Nagual – Carlos Castaneda, szaman z drwiącym uśmiechem

Carlos Castaneda, szaman z drwiącym uśmiechem

Wśród pseudointelektualnych pop-kulturowych przedstawicieli różnego rodzaju paranauk, pokutuje wciąż – jak wyrzut sumienia – niejaki Castaneda. Nazwisko malownicze i postać barwna. Jego istnienie w pop-kulturze to ponury żart, jaki antropologii wycięła historia. Tym niemniej nie przeszkadza wciąż od nowa powoływać się na niego ludziom, którzy chcą uchodzić za głębokich, mistycznych lub nawet magicznych. A wydawnictwa, ciesząc się nieprzemijającą popularnością tych pseudo mądrości, żerują na naiwności klienta, którego wiedza orbituje między przysłowiowym już Paulo Coelho, Bławatską a Castanedą właśnie. Dobrze, jeśli te mądrości postrzegane są z dystansem i przyglądając się im, jako pewnemu zjawisku w pop-kulturze, mówimy o nich tak, jak mówi się o słodyczach: smaczne, ale niezdrowe. Tymczasem dla wielu wyznawców szamanizmu są to zjawiska z kategorii – wiedza. Ale niestety: ani Paulo Coelho, ani Castaneda – nie nadają się do tworzenia podstaw zrozumienia duchowości współczesnego świata. Jest jednak tak, iż to właśnie oni zapełniają lukę w zapotrzebowaniu społecznym na tajemnicę, że zacytuję tu tekst z oficjalnej polskiej strony Coelho: Filozofia i tematyka książek Paula znajduje uznanie milionów czytelników, którzy poszukują swojej własnej drogi i nowych sposobów rozumienia świata.

Piękne. Aż by się chciało zanucić: „ale to już było”; problem tylko w tym, że wbrew słowom piosenki – wraca, wraca uparcie, wraca w coraz bardziej zdeformowanej, spłaszczonej i spauperyzowanej formie. Zapotrzebowanie na duchowość rozpada się na plastik, coraz bardziej przesiąka mistyką pop.

I śmieje się profesor Pnin po stokroć zmartwychwstały, chichoce cichutko Bławacka, a  najgłośniej śmieje się ten, który rozmawiał z kojotami, i od Don Juana uczył się latać – Carlos Castaneda.

Wiele już napisano o śliskiej granicy pomiędzy beletrystyką a literaturą faktu, przemysł wydawniczy i medialna machina nie ponosi jednak odpowiedzialności za te rozróżnienia, i, co za tym idzie, za potencjalne szkody wobec czytelników. Być może dlatego niewiele wspomina się współcześnie o jednym z najbardziej pomysłowych oszustów literacko-naukowych XX wieku, o Carlosie Castanedzie. Uznany przez magazyn Time za Ojca Chrzestnego New Age, Castaneda był literackim uosobieniem epoki Woodstock. Napisał dwanaście książek, rzekomo na podstawie spotkań z tajemniczym szamanem Indian, Don Juanem. Jego wielbicielami byli, między innymi: John Lennon, William Burroughs, Federico Fellini i Jim Morrison.

Przez wiele lat książki Castanedy zaliczane były do literatury faktu. Dopiero w 1972. roku Joyce Carol Oates, w liście do New York Times’a wyraził zdziwienie, że recenzent zaliczył dzieła Castanedy do tej właśnie kategorii. To uruchomiło całą lawinę prób demaskowania jednej z największych antropologicznych mistyfikacji w dziejach. Nie przeszkodziło to jednak książkom Castanedy wyśmienicie się sprzedawać a jemu samemu zorganizować wokół siebie grupki zagorzałych zwolenników, w większości kobiet, z których znaczna część (a może wszystkie) były jego kochankami. Dwie z nich zniknęły dzień po jego śmierci, kolejna przepadła w kilka tygodni później. Część byłych współpracowników Castanedy twierdzi, że zaginione po śmierci swego guru popełniły samobójstwo. Hipoteza ta jest tym bardziej prawdopodobna, że według nauk Castanedy osiągnięcie transcendencji możliwe jest poprzez śmierć szlachetnie wybraną. A poza tym każda religia przecież potrzebuje swoich męczenników.

Castaneda urodził się w Peru w 1925. roku. Jeszcze w Limie podjął studia w zakresie Sztuk Pięknych, w 1951. roku przyjechał do Stanów Zjednoczonych. Przez kilka lat pracował dorywczo a jednocześnie zapisał się na zajęcia z filozofii, literatury i twórczego pisania w Los Angeles Community College. W tym właśnie czasie zafascynował się okultyzmem. W 1959. roku podjął studia z etnografii i zainteresował się obrzędowością Indian Południowoamerykańskich. W 1960. roku rozpoczął pracę nad rękopisem, który po prawie ośmiu latach miał zostać opublikowany jak „Nauki Don Juana”, jego pierwsza książka. Kilka wydawnictw odrzuciło gotowy rękopis, powątpiewając w jego autentyczność i rzetelność, w końcu University of California Press zdecydowało się wydać owe „nauki”, licząc na wysoką sprzedaż ze względu na liczne odniesienia do twórczości i osoby Aldousa Huxleya, a także ze względu na opisy działania halucynogenów popularnych i uwielbianych w owym czasie przez, będących głównymi odbiorcami wydawnictwa, studentów.

Gdy w latach 70. antropolodzy i dziennikarze poważnie zabrali się do analizy „Nauk Don Juana”, a także kolejnych książek Castanedy, on sam był już otoczonym nimbem świętości prorokiem nowej religii. Do wyobraźni masowej przemówiły peyotlowe wizje, „odrębna rzeczywistość” i odwołujące się do archetypów ścieżki, którymi winien podążać człowiek w drodze do pełnego zjednoczenia się z tym, co jest.

Być może dlatego właśnie na masowym odbiorcy nie zrobiło specjalnego wrażenia ujawnienie mistyfikacji, której dopuścił się Castaneda. Udowodniono, że Don Juan nigdy nie istniał, a jego nauki są połączeniem mitów różnych szczepów Indian i wyobraźni autora.  Wskazały na to nie tylko liczne wewnętrzne sprzeczności w dziełach Castanedy, brak naukowych sprawozdań i przekonujących źródeł, ale również: zwykłe błędy merytoryczne. Co więcej, najbardziej zagorzały demaskator Castanedy, Robert de Mille, wykazał również liczne przypadki plagiatu. Stwierdził, że większość wypowiedzi Don Juana, to wyrwane z kontekstu cytaty z dzieł Wittgensteina, C. S. Lewisa i czasopism antropologicznych. Okazało się, że mądrość rzekomego indiańskiego szamana nie pochodzi wcale z pustyni Sonora, a z akademickich bibliotek – i to jednak nie ostudziło entuzjazmu wyznawców Castanedy. Legenda po raz kolejny oderwała się od faktów i zaczęła żyć własnym życiem.

I dziś, ponad 16 lat po jego śmierci, Castaneda choć niewygodny, zapominany i zapomniany,  nadal określany jest jako antropolog nie tylko przez swego wydawcę, ale także przez większość encyklopedii (w tym przez Wikipedię). Ci, którzy odwołują się do jego twórczości, nie wspominają o nim i o jego książkach. A przecież naśladowców nie brakuje. Nie brakuje oferujących warsztaty ze ścieżką mocy (1800 złotych) neoszamanów, guru Tensegrity i innych „oszołomów” odmawiających postrzeganej rzeczywistości istnienia; popularyzatorów powrotu do natury, pierwotnych instynktów, magii, z których jednak żaden nie zrezygnował z samochodu, z wygodnego łóżka i stałego dostępu do Internetu. Bo podobno nie wolno od mistrza wymagać tego, by przestrzegał przez siebie stanowionych praw. A my mistrzów mamy już „od cholery”. A każdy z nich – istnieje ze swoim własnym patentem na Nieskończoność…

Antykwariusz

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (2)

Jeden komentarz

  1. zgoda, ale i tak nie czytałem nic lepszego..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *