Nakazy i zakazy – witaj w krainie nędzy kulturalnej!

Uprzedzam lojalnie i otwarcie ostrzegam: ten artykuł nie jest adresowany do czytelnika o miękkich nerwach. Jeśli nie jesteś gotów do podjęcia odważnej dyskusji dotyczącej kultury osobistej i norm społecznych – oszczędź swoje nerwy i odejdź. Jeżeli natomiast masz siłę i ochotę zagłębić się wraz ze mną w temat kultury najmłodszych członków naszego społeczeństwa, czyli dzieci, to wtedy zapraszam cię do lektury serdecznie.

Znasz to uczucie, kiedy ze strumienia fejsbukowego wypływa wprost do ciebie fascynująca, inspirująca informacja – czytasz ją z uwagą, po czym niechcący klikasz inne miejsce i już nie potrafisz wrócić? Ja poznałam to uczucie właśnie dziś: przypadkiem trafiłam do blogowego wpisu matki trojga dzieci, która entuzjastycznie opowiedziała się za tym, by wszystkie restauracje miały wyraźne oznaczenie, iż są albo wyłącznie dla dorosłych, albo są zorganizowane specjalnie pod kątem dzieci. Albo, albo – natomiast nic pomiędzy.

Przeczytałam całość tego fantazyjnego blogowego postulatu z niegasnącą uwagą. Następnie zgubiłam doń dostęp. Szczerze żałuję tej zguby, bo z radością podałabym link – abyście mogli osobiście doświadczyć tego absurdu, jakim uraczyła polskie społeczeństwo owa blogerka. Linku niestety nie znam – opiszę przedstawiony przez blogerkę problem, następnie się do niego konstruktywnie odniosę.

Otóż pani uznała, że podział restauracji na pro-dorosłe oraz pro-dziecięce, to najlepsze rozwiązanie dla absolutnie wszystkich. Dorośli goście danego lokalu będą przebywać jedynie wśród innych dorosłych. Rodzice małych dzieci będą w czasie niedzielnego obiadu z rodziną patrzeć jedynie na innych rodziców z małymi dziećmi. Cóż piękniejszego? Czyż to nie idealne rozwiązanie? Życzysz sobie spędzić miłe popołudnie na randce – wybierasz się z wizytą do restauracji dla dorosłych. Pragniesz posilić dzieci – zabierasz je do restauracji dla dzieci. I już! Po kłopocie!

Może nie zawierałoby się w ww. tezie nic szczególnie niestosownego, gdyby nie to, że pani opowiedziała się za tym, by wszystkie bez wyjątku restauracje dla dorosłych miały wyraźne oznaczenie na drzwiach – o treści: zakaz wprowadzania dzieci. Że pani opowiedziała się za tym, iż małe dzieci nigdy nie powinny przebywać w lokalach gastronomicznych wśród obcych dorosłych, ponieważ ci mogą sobie ich obecności nie życzyć.

Równie głupiej i niegodziwej bzdury – dawno nie czytałam. Bo dzieci jak najbardziej powinny być zabierane przez rodziców do miejsc użyteczności publicznej – takich jak na przykład rozmaite restauracje. Gdzie mają się nauczyć zachowania pośród innych ludzi (nie tylko dzieci!) – i zachowania przy stole, jeśli nie w restauracji, która pozostaje dostępna dla wszystkich grup wiekowych? Przecież to jasne, że normalny rodzic pokazuje dziecku świat, uczy dziecko różnych obyczajów, zachowań, przekazuje mu informacje o normach społecznych.

Odrębną sprawą są rozpieszczone dzieci biegające po restauracji całkiem samopas. Tu należy zdziwić się rodzicom, którzy nie obawiają się, że na głowie malucha wyląduje gorąca zupa niesiona przez kelnera. Restauracje na pewno nie powinny służyć dzieciom za plac zabaw i rolą rodzica jest utrzymać dziecko przy stoliku, aby nie biegało slalomem między nogami kelnerów, którzy noszą parzące potrawy. Ale to nie oznacza, że absolutnie wszystkie restauracje, które nie chcą z góry określać swego klienta docelowego, winny wywieszać oznaczenie na drzwiach: zakaz wprowadzania dzieci. Dzieci nie są psami – to pełnoprawni członkowie społeczeństwa. Mali i zdani na opiekę rodziców, ale – ludzie.

Nauka zachowania przy stole – jak trzymać sztućce, jak ładnie jeść – rzecz jasna rozpoczyna się w domu. Gdy malec jest gotowy – wtedy rodzice zaczynają zabierać go od czasu do czasu do różnych restauracji. Nie tylko do tych urządzonych typowo pod kątem dzieci, ale do różnych – właśnie po to, by dziecko mogło uczyć się odnajdywania w różnych sceneriach, okolicznościach i kontekstach. To bardzo naturalne i zdrowe podejście. Próba zakazania zabierania dziecka w różne miejsca – jest moralnie skrzywiona, bezwartościowa dla społeczeństwa, i krzywdząca dla dziecka oraz jego rodzica.

Zasady w życiu są potrzebne, bo to na ich bazie generują się normy społeczne, pewne kody komunikacyjne i konwencje, które dla różnych ludzi budujących jedno społeczeństwo – stają się jednakowo czytelne. Ale próba obwarowania bardzo naturalnych, zwyczajnych, normalnych procesów wychowywania, kształtowania dziecka i włączania go w określone kanony życia w społeczeństwie – absurdalnymi nakazami i zakazami, jest nieetyczna, a wręcz jest nikczemna.

To zdumiewające i zarazem obraźliwe dla rozsądnego człowieka, iż w czasach, w jakich jakże wiele trąbi się o tolerancji, dziecko raptem staje się przedmiotem w rękach dorosłych skupionych na dyskutowaniu o własnej wygodzie. Pewnie, że małe dziecko w restauracji nie raz zagrymasi, ale normalny, mądry rodzic wie, jak je uspokoić. Dzieci bardzo chętnie uczą się nowych rzeczy – i z ogromnym zapałem podchodzą do zadań, do zasad, które przekazują im rodzice. Niejednokrotnie – będąc w restauracji – byłam świadkiem sytuacji, w jakiej dziecko np. nieznośnie dzwoniło widelcem po talerzu, lecz wystarczył zrównoważony ton matki, która upomniała malucha: – W tym miejscu tak nie robimy. Zobacz, jak zachowują się inni ludzie. Rozejrzyj się. Nikt nie uderza sztućcami w swój talerzyk jak w bębenek. Widzisz? Jesteś już dużym chłopcem i na pewno też umiesz tak jak oni – jak ten pan albo ta pani. Na pewno potrafisz usiąść ładnie przy stole i sam zjeść pyszny obiadek. Dziecko zafascynowane tą wypowiedzią matki – ujęte tym, że mama mu ufa, że mama uznaje je za „dorosłe” i odpowiedzialne – natychmiast zmieniło swoje zachowanie na poprawne. Co więcej – wyszło z restauracji dumne z siebie. Bo dzieci są dumne, kiedy uczą się nowych, „dużych i znaczących” rzeczy – tych rzeczy, które „zarezerwowane” są dla dorosłych. Kiedy pozwalamy im nabywać różnych nowych „dorosłych” umiejętności, z radością się słuchają – czują się bowiem traktowane poważnie, czują się coraz bardziej samodzielne, a więc i pewne siebie, niezawstydzone, niezagubione etc.

Dzieci jak najbardziej mają i powinny zachować prawo do swobodnego przychodzenia pod opieką rodziców do restauracji „dla dorosłych”. Oczywiście nie mówię o lokalach ze striptizem – mówię o lokalach gastronomicznych, które nie posiadają basenu z piłeczkami i regału z pluszowymi maskotkami. Rozumiem, że w Polsce zwyczaj stołowania się wraz z dziećmi na mieście jest stosunkowo nowym zwyczajem, ale jeśli jesz obiad z narzeczonym w uroczej restauracji indyjskiej, gdzie panuje kameralna i „przyćmiona” atmosfera, a przy sąsiednim stoliku posiłek spożywają rodzice ze swymi pociechami – a ciebie brzydzi sam widok dziecka, sama jego obecność w tym kameralnym i „dorosłym” anturażu, to według mnie masz problem z głową. Jeśli natomiast dziecko przy stole obok źle się zachowuje – wrzeszczy, piszczy lub bryka po całym lokalu, wtedy bez nerwów podejdź do rodziców i zwróć im uwagę. Albo poproś kelnera bądź kogoś z obsługi, by zapanował nad sytuacją i zwrócił rodzicom uwagę. Rozwydrzone dziecko wyrośnie na rozwydrzonego dorosłego (choć to nie jego wina, że za rodziców ma rozwydrzonych dorosłych) – i we wspólnym interesie społecznym leży, aby tak się nie stało. Natomiast rozwiązaniem nie jest zakazywanie dzieciom przebywania w tego rodzaju restauracjach. To tak, jakbyś chciał, by komunikacja miejska wyposażyła się w dodatkową linię autobusów – tylko i wyłącznie dla dzieci (oraz ich rodziców). Wówczas zyskałbyś pewność, że żadne dziecko wiezione o świcie do przedszkola – nie kopnie cię przypadkiem w nogawkę garnituru, w którym podążasz do pracy. Tobie z pewnością byłoby wygodniej – ale to dziecko oraz jego rodzice zostaliby przez ciebie objęci wykluczeniem społecznym. Czy naprawdę tego właśnie chcesz, by różne pod względem np. wiekowym grupy społeczne – nie komunikowały się ze sobą? Pragniesz funkcjonować w wyizolowanym społeczeństwie? W oderwaniu od siebie nawzajem?

Życie w społeczeństwie nie polega na tym, by każdemu z nas, w każdej sytuacji i w dowolnym kontekście – zawsze było wygodnie. Musimy się wzajemnie nie wykluczać, musimy spotykać się w rozmaitych rejonach przestrzeni publicznych – a jesteśmy zobowiązani podejmować te wysiłki wielu kompromisów po to, aby w rezultacie tworzyć spójne, pełne społeczeństwo. Musimy i jesteśmy zobowiązani – nie dlatego, że ktoś czy coś tak nam każe, lecz dlatego, że to normalne, zdrowe podejście do życia.

W naszym społeczeństwie – prócz obecności dzieci w restauracjach – dyskutowany gorąco jest i drugi pokrewny temat: karmiąca piersią matka w przestrzeni publicznej. I tu również zajmę ostre, jednoznaczne stanowisko: jeżeli brzydzi cię widok piersi dyskretnie przysłoniętej materiałową pieluszką czy ręczniczkiem, do której to piersi przyssana jest niemowlęca główka, to masz problem z głową. Czasy, w jakich kobiety wstydziły się być w ciąży – kiedy chowały ciążowe brzuszki w obszernych, zgrzebnych, wstrętnych szatach – dawno się skończyły. Pogódź się z tym. Kobieta w ciąży jest cudem. Należy jej się szacunek, a także zwykła, ludzka sympatia. Należy jej się ustąpienie miejsca w autobusie – niezależnie od tego, czy krzesło zajmuje kobieta, czy mężczyzna. Należy jej się przepuszczenie w kolejce do kasy. A karmiącej piersią kobiecie należy się akceptacja, jeśli zaszła potrzeba nakarmienia dziecka w miejscu publicznym. Nie musisz fascynować się widokiem karmiącej, ale musisz dać jej spokój – musisz nie patrzeć się na nią krzywo, nie siać swojej obrazy majestatu choćby spojrzeniem. Nie ma racjonalnego powodu, dla którego karmiąca piersią kobieta np. w restauracji powinna z niej wyjść albo udać się do kibla i tam nakarmić dziecko. Wystarczy, jeśli kobieta delikatnie się od ciebie odwróci, jeśli umiejętnie „odsłoni” pierś – tak, że zobaczy ją tylko niemowlę, ty tej piersi nawet nie dostrzeżesz. Ta kobieta robi coś dla ludzkości – wydała z siebie nowe życie, a teraz podaje mu pokarm. Jak ci się nie podoba, to sam wyjdź do kibla i tam dokończ własny obiad. Smacznego! Ona robi coś dla ludzkości – ty przyszedłeś tylko zjeść danie, które za kilka godzin wydalisz. Ona robi coś dla ludzkości – a ty w tym czasie powściągnij swoje „bycie estetą”: zrób to dla dobra ludzkości.

W restauracji kilkakrotnie napotkałam gości, którzy jedli niczym świnie. Na przykład dorosły elegancki, przystojny mężczyzna lat trzydzieści pięć czy czterdzieści, a posiłek spożywał jak pięciolatek. Mięsny sos cieknący po brodzie oraz spływający z dłoni trzymającej sztuciec, aż po nadgarstek. Burdel na talerzu. Bicie po talerzu sztućcami, jakby walenie w dzwon na wieży kościelnej. Poliki z każdym kęsem – wypchane jak u wygłodniałego dzikiego chomika. Że o mlaskaniu i chrumkaniu – nie wspomnę. Twarz – przyjemna, naprawdę przystojna. Postura – niczego sobie, a rzekłabym: atrakcyjna. Ciekawe dlaczego ten mężczyzna je kolację sam – w piątkowy czy sobotni wieczór? Chwileczkę – ja wiem, dlaczego! Rodzice nie zabierali go do restauracji dla dorosłych, gdy był dzieckiem. Jeżeli nawet zabierali go do restauracji, to zapewne do tych pro-dziecięcych, gdzie prawidłowe trzymanie sztućców nikogo nie obchodzi, bo wszak frytki lub pizzę można jeść rękoma, a cola przez słomkę – wiadomo, że się dziecku siorbnie.

Znam też inny ciekawy przypadek: pewni chłopcy w klasie licealnej mieli szczęście mieć jednego kolegę, którego rodzice zabierali, gdy był mały, do dorosłych restauracji. Ten kolega potem uczył swoich kumpli – rówieśników, licealistów – jak prawidłowo posługiwać się sztućcami, jak zachowywać się przy stole, jak zamawiać, jak jeść w miejscu publicznym… Dzięki niemu młodzi chłopcy nauczyli się ładnie jeść, być w restauracji – i nie wstydzili się podrywać dziewczyn, i zapraszali dziewczyny do eleganckich lokali. Ci biedni chłopcy zapewne nie bywali wraz z rodzicami w restauracjach – nie wiedzieli o zachowaniu w takim miejscu najzupełniej nic. Byli skrępowani i nieszczęśliwi. Coś ważnego ich ominęło. Na szczęście mieli w zasięgu jednego kumpla, który wiedział, co i jak. On jeden na trzydziestoosobową klasę miał za rodziców mądrych ludzi, którzy nie obawiali się wprowadzać go do społeczeństwa.

Nakazy i zakazy są potrzebne – Homo sapiens nie dorósł do samoorganizacji. Jako społeczeństwa potrzebujemy wielu regulacji – obyczajów, kodów kulturowych, a nawet (w pewnym stopniu) stereotypów, które służą do skrótowego, błyskawicznego odczytywania informacji… Ale namnażanie nakazów i zakazów ponad miarę jest dławiące, duszące i dalece niekonstruktywne – tworzy bowiem podwalinę pod osobność, brak zaufania, alienację i egoizm. Namnażanie nakazów i zakazów obyczajowych jest obmierzłym, sztucznie nierzucanym „dekretem” – a ten „dekret” ugruntowuje nędzę kulturalną, zaś nie daje, nikomu, kompletnie nic. Ten „dekret” nikogo nie ubogaca, a wręcz – odbiera i upokarza: każdego. I nietolerancyjnego, nieelastycznego dorosłego – i bezbronne, niczemu i nikomu nic niewinne, dziecko.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o autorce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

4 komentarze

  1. Dobrze napisane. Izolacje dzieci od dorosłych niczemu dobremu nie służą. Dzieci potem mogą naprawdę być rozwydrzone jako dorosłe osoby. Takie, co tylko od innych wymagają, ale nie od siebie. Ja spotkałam dziecko, które w parku chciało pogłaskać mojego psa. Zwróciłam mu uwagę, że cudzych psów się nie głaszcze i zaczęło się. Mamusia zaraz z krzykiem, że jak mam groźnego psa, to powinnam go trzymać na smyczy. Właśnie ja coś powinnam, ona nic. Mój pies akurat był łagodny, ale niech sobie dziecko tak beztrosko podleci do innego, który dzieci nie lubi? Wiadomo mamusia będzie mieć pretensje do kogoś, nie do siebie, że nauczyła dziecko zaufania do każdego napotkanego psa.
    Z restauracją podobnie. Nic od siebie nie wymagajmy, tylko od innych.

  2. 100 procent racji. Proszę postarać się aby jakieś gazety ten logiczny wywód wydrukowały

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *