Naturalny talent żywcem pogrzebany  

Naturalny talent żywcem pogrzebany 4

Artyści są dla świata bardzo atrakcyjni. Lubimy sobie wyobrażać, że wiodą mocno zdynamizowane i poprzez tę cechę – cudownie ciekawe życie. Głowa artysty codziennie bombardowana jest mnóstwem ślicznych i cudnie oryginalnych pomysłów, form, idei oraz kapitalnie barwnych projektów, co w oczach świata rysuje się jako wspaniałe i godne pozazdroszczenia. Czy to malarz, czy pisarz, jakimże szczęśliwcem jest każdy artysta, mogąc być powszechnie podziwianym i wielbionym. Niestety, każdy kto stanął w swoim życiu po tak zwanej drugiej stronie sztalug – czytaj: nie jako model, lecz jako twórca – dobrze wie, że nie takim ptak wolny, radosny i natchniony, jakim społeczeństwo chętnie go „maluje”.

Słowo „artyzm” najczęściej kojarzy się ludziom z byciem uposażonym do lepszego, łatwiejszego i wygodniejszego życia. Artysta to ten, któremu wolno pić wino przed południem. Ten, który zastyga w bezruchu na kilka godzin i intensywnie rozmyśla, a który następnie stwierdza, że w tym czasie ciężko pracował. Tak rozumiany przez przeciętnego człowieka model życia musi kojarzyć się z wielce wygodną baśnią, nie może być inaczej. Ale wrażliwym i inteligentnym ludziom tłumaczyć nie trzeba, że tego rodzaju postrzeganie i interpretowanie artysty pozostaje powierzchownym bredzeniem na temat tego, o czym się nie ma przysłowiowego zielonego pojęcia.

Bycie artystą nigdy nie zapewniało wygody, nie mówiąc o szczęściu. Artysta codziennie zmaga się z wewnętrznym krytykiem, od którego każdy przeciętny człowiek przy odrobinie dobrej woli i asertywności może z rozkoszą odwrócić się plecami albo pokazać mu gest Kozakiewicza. Artysta – nie może. Artysta i jego wewnętrzny krytyk – obdarzony wyjątkowo ciętym językiem – są nierozłączni jak nieoperacyjne bliźnięta syjamskie. Artysta i jego gorączka myśli tkwią w ścisłym związku, a związek ten na każdym kroku domaga się pierwszeństwa przed wszelkimi innymi wartościami. Dla artysty niedostępne są zjawiska takie, jak spokojny niedzielny obiad w gronie rodzinnym, czy jakikolwiek inny odpoczynek,  cudownie i sprawiedliwie wolny od wojny myśli i artystycznych planów. W dużym skrócie rzecz ujmując, praca twórcza aż nadto często odbywa się kosztem tak szczęścia prywatnego (osobistego), jak kosztem rodziny artysty, np.: dzieci.

Zuchwali i nieprzejednani powiedzą: skoro tak ciężko być artystą, to proszę przestać nim być – przecież nikt ci nie każe!

Powyższe stwierdzenie, to kolejny – płaski jak pusta kartka papieru – stereotyp na temat artystów. Otóż artysta rodzi się, kim jest, i gdy jesteś artystą, nie możesz radośnie wybrać być kim innym. Jeśli urodziłeś się z tą szczególną wrażliwością i niepospolitym talentem w określonej dziedzinie – nie możesz ich zaniechać, musisz się z nimi zmagać. Zauważmy również, że artysty nikt nie pytał o zdanie, czy chce przyjść na ten świat artystą właśnie – takim artysta jednakże powstał i teraz musi żyć ze samym sobą w przynajmniej względnej zgodzie, inaczej grozi mu schizofrenia albo katatonia wynikająca z depresji. Wszystkie inne zawody i profesje świata mogą być przez człowieka wybierane w sposób świadomy i suwerenny: bo mam zdolności matematyczne, więc mogę zostać inżynierem, bo uwielbiam czytać, mogę studiować filologię polską etc. Artysta nie wybrał „tego, czym jest”, ale musi żyć „jako to, czym jest”. Nie stał się artystą, ponieważ tego pragnął, urodził się nim i nie może, ot – bo taką przybierze postawę, przestać.

Oczywiście istnieją ludzie o wybitnych talentach artystycznych, którzy porzucili te talenty w drodze życia. I od razu uściślijmy jedno, co w tym kontekście kluczowe: nie mówię o ludziach, którzy w młodości pisywali tak zwane wiersze, albo którzy, będąc dzieckiem lub młodym-gniewnym, „ładnie rysowali”. Mówią o artystach: o tych, którzy od wczesnego dzieciństwa wykazywali absolutnie wielki, niepowtarzalny talent – zdolności artystyczne tak ogromne, iż powinny im teoretycznie zagwarantować osiągnięcie w życiu najwyższych szczytów. Powinny, lecz tak się nie stało. Jesteście ciekawi, dlaczego?

Właśnie dlatego, że tworzenie sztuki – prawdziwej sztuki – jest tak wobec człowieka bezkompromisowe i dotkliwe, iż wbrew pozorom wyłącznie brutalnie wyselekcjonowane na ścieżce autokrytycyzmu jednostki potrafią ten stan rzeczy wytrzymać. Proces twórczy jest do tego stopnia wymagający intelektualnie i emocjonalnie, iż stale – boli do szpiku kości i do wrzenia krwi. Człowiek nieomal bez przerwy znajduje się pod naciskiem niewidzialnej, a jednak niewysłowienie silnie prącej z góry i ze wszystkich stron, prasy. Stąd często się zdarza, iż po prostu nie wytrzymuje tego ciągłego nacisku. Myślenie nad kolejnym – na przykład rysunkiem, obrazem – jest dla niego tak okrutne w swym przebiegu, że w rezultacie ochoczo porzuca swój talent i obiecuje sobie w pewnym momencie życia, być może w punkcie kulminacyjnym albo z różnych względów – newralgicznym, iż odtąd będzie żył normalnie, zwyczajnie, przeciętnie, bo tylko tego pragnie: zwykłego, szczęśliwego życia, nie bycia artystą (zanadto boli).

Jeśli nie wiecie dokładnie, o czym opowiadam, dodam, iż widziałam takich ludzi: utalentowanych wysoko ponad przeciętną; takich, przed talentem których pozostaje mi w zachwycie niemym pochylić czoło, a którzy odwrócili się od swojego talentu i na dobre przestali tworzyć. Co więcej, osobiście widziałam prace twórcze – dzieła takich ludzi. Te prace nie zniknęły z powierzchni ziemi – są pieczołowicie przechowywane na dnie szuflady z bielizną albo pod stosem jakichś papierów, dokumentów, którymi zajmują się obecnie na co dzień w swojej zwykłej, przyziemnej pracy. Nie wiecie, jaką stratą dla świata jest fakt, iż ci ludzie się wycofali, poddali.

Powiecie: może to i lepiej, może to mądre prawo ewolucji – może byli za słabi, może mieli przepaść bez echa? Nie – nic bardziej mylnego. Ci ludzie tylko się zagubili, nie wytrzymali, poddali, wycofali, ale wielkość ich naturalnego talentu w dalszym ciągu trzyma ich za gardła i nie pozwala głęboko oddychać. Ich deficyty emocjonalne – nadal i stale rosną. Wkrótce nie będą w stanie zapełniać tych deficytów niczym, żadną ułudą w postaci ani banalnego seksu, ani stopniowo zwiększanych dawek alkoholu służących błogiemu uśmierzeniu i zapomnieniu, które de facto nigdy nie nadejdą i wytchnienia, mimo wszystko, zwyczajnie nie będzie. A te rysunki i obrazy, jeszcze niestworzone, te, których postanowili sobie odmówić, dalej gotują im się w głowach, domagając wypowiedzenia, wydostania na zewnątrz… Pozostaje lać słone, grube strugi łez – świat jest miejscem przerażającym, ale mało istnieje na nim rzeczy równie tragicznych i dosadnych, co nieprzeciętny talent, który wyparł się swojej wrodzonej tożsamości.

Prawdziwa sztuka – ta czysta, naturalna, wrodzona, którą pozostaje artystom popierać przez całe życie wytężoną pracą, bezsennymi nocami i ciągłym bólem – nie uznaje żadnych kompromisów. Ona nigdy się nie pyta, czy jest mile widziana, czy może usiąść z nami przy jednym stole. Ona po prostu: istnieje oraz istnieje w nas, zabierając dla siebie wszystko, czym dysponujemy, bez mała każdą myśl i każde marzenie. Zabiera człowiekowi sen, trywialny komfort i apetyt, wygodną jakość codziennej egzystencji. To są specyficzne koszty, jakie każdy artysta ponosi za to, iż od czasu do czasu jawi się wyjątkowym w oczach świata, choć po prawdzie wyjątkowym pozostaje w każdej godzinie swojego marnego jestestwa. Bycie artystą polega na codziennym wypruwaniu sobie żył i flaków, a następnie – na udostępnianiu ich całemu światu. Lecz jeśli tego nie robisz, bo za bardzo się boisz, bo nie chcesz wieść aż tak nienormalnie ciężkiego i bezlitosnego życia, możesz wycofać się bez echa i nikt nawet nie przypuści, że kiedykolwiek tu byłeś – że stałeś po drugiej stronie sztalug. Jednakże w takim przypadku nie sądź pogodnie, że tym sposobem uwolnisz się kiedykolwiek od tych zmagań, bólu i ciężaru, z którymi się urodziłeś. Życie nie służy do tego, byśmy osiągnęli błogostan – służy do walki, do pracy ponad miarę, do orania. Chyba, że akurat nie zależy nam na niczym szczególnym – że jesteśmy w stanie zadowolić się tym, że nasz życiorys będzie wyglądał następująco: urodziłem się, zjadłem, wydaliłem, umarłem. Jeżeli taką drogę życia uznajesz za wystarczająco satysfakcjonującą dla siebie, to wiedz, że – gdy narodziłeś się z wybitnym, wspaniałym naturalnym talentem – ja dalej będę lała nad tobą łzy.

Justyna Karolak

 

 

 

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *