Niebieski Ptak i podróż Donikąd

niebieski ptak i podróż donikąd bajka

Był sobie niezwykły kraj, w którym niebo miało rumiany, soczysty kolor, jak najsłodsza landrynka. Granice kraju stanowił gęsty, zielony żywopłot, wysoki po samo niebo. Pachniał pięknie, jak świeża trawa na wiosnę. Liście krzewów, które go budowały, były tak zwarte, że nie dało się wsunąć między nie choćby czubeczka nosa. Krzewy rosły strzeliście. Ciągnęły się naprawdę chyba do samego nieba, bo nawet skrzydlate istoty nie potrafiły wzbić się do miejsca, w którym żywopłot by się kończył. Toteż nikt z mieszkańców nie wiedział, co znajduje się poza granicami niezwykłego kraju, ale zdaje się, że dla nikogo nie miało to większego znaczenia. Tu, wewnątrz, znajdowało się wszystko, czego ktokolwiek mógłby pragnąć do szczęśliwego życia: niebo było rumiane jak landrynkowy cukierek, żywopłot kojarzył się ze świeżutką wiosenną trawą, a w środku wszyscy mieli mnóstwo miejsca do spacerowania, do biegania i zabawy, i wszystkiego.

Ten kraj zdawał się tak niezwykły, że nie było potrzeby go porzucać, nawet na jedną krótką chwilę. Ten kraj zdawał się nieograniczony, mimo iż wszyscy zdawali sobie sprawę, że okala go szczelny żywopłot – granica. Ale przecież było tu wszystko. Po cóż szukać czegokolwiek innego gdzie indziej, skoro było tu wszystko?

Jeśli którykolwiek z mieszkańców kiedykolwiek wpadł na pomysł, żeby wyjrzeć poza żywopłot, zapominano o tego rodzaju pomysłach. Lubiano myśleć: t a m nic nie ma, przecież tu jest  wszystko.

Czy tam mogło kryć się coś strasznego? Coś, o czym mieszkańcy niezwykłego kraju chcieli skutecznie, na zawsze zapomnieć? Czy za pięknym żywopłotem chował się dziwny, przerażający świat? Jeżeli na tym świecie – w niezwykłym kraju – istniała jakakolwiek istota, która zadała sobie te pytania, to zadała je po cichu, w zamknięciu prywatnych myśli. Nikt nigdy tych pytań nie usłyszał. Tu było wszystko, i było dobrze, i pięknie. Bo to był niezwykły kraj…

To był kraj stworzeń mleko i miodopitnych. Przez środek kraju płynęła rzeka mleka i rzeka miodu. Nikt nie wiedział, skąd obie rzeki czerpią swój początek, gdzie leży i czym jest ich źródło. Nikt nie wiedział, dokąd obie rzeki wpływają, które morze połyka dwie wstęgi dwu rzek. I nikt o to nie pytał. A jeśli pytał, czynił to zdecydowanie po cichutku, w zamknięciu myśli, więc nikt nie mógł usłyszeć. Rano, gdy na landrynkowe niebo wstępowało złote, błyszczące słońce, powierzchnią podobne do wesołego guzika, liczne stworzenia budziły się radośnie do życia, przeciągały ręce i nogi, zadzierały do góry głowy, trzepotały rzęsami, i ze szczęściem namalowanym na twarzach, szykowały się na nowy niezwykły dzień w niezwykłym kraju. Rodzice stworzeń mleko i miodopitnych chwytali swe dzieci za rączki i prowadzili do mleczno‑miodowej doliny w samym środku kraju. Tam, gdzie płynęły dwie życiodajne rzeki. To była dolina mlekiem i miodem płynąca.

W dolinie tej rozkładano koce, by wylegiwać się na nich całymi rodzinami. Stworzenia zwijały buzie w trąbki i zanurzały je z apetytem w jednej albo drugiej rzece. Stworzenia mleko i miodopitne z urody były jak piankowe stworki, ich buzie z łatwością zwijały się w trąbki – takie, w jakie wyposażone mogłyby być maleńkie (miniaturowe) słoniki. Obie rzeki były smaczne i sycące. Rzeka mleka miała smak jedwabisty i szlachetny. Smak rzeki miodu zachęcał do igraszek i roześmianych gonitw po całej dolinie, był słodki i przyjemnie kleisty. Niektórzy przynosili ze sobą herbatę w termosie i dodawali do niej miodu prosto z rzeki. Nikogo nie obchodziło, skąd rzeki do kraju wpływają, ani co się z nimi dzieje, kiedy dopłyną do drugiego krańca żywopłotu. Najważniejsze, że rzeki zwyczajnie tu były. Przecież każdy cieszyłby się z takich życiodajnych rzek w swoim kraju. „Te rzeki są jak dobrobyt” – mawiali mieszkańcy.

–       Co to znaczy: dobrobyt? – pytały od czasu do czasu mleko i miodopitne dzieci.

–       Dobrobyt, to uczucie, które pojawia się w środku brzucha, kiedy myślisz, że niczego ci nie brakuje, że nic więcej nie trzeba do szczęścia – odpowiadały ich matki. – Uczucie, które czujesz codziennie po śniadaniu, kiedy napełnisz brzuch mlekiem albo miodem. Kiedy jesteś spokojny i bezpieczny, posilony i odżywiony.

–       Dobrobyt, to myśl, że nic nie może zakłócić twojego spokoju i bezpieczeństwa – tłumaczyli ich ojcowie. – Spójrzcie, dzieci – ojcowie zwykli zataczać ramieniem obszerny łuk, wskazując na obie rzeki, zupełnie jak gdyby chcieli obie rzeki ująć w garść. Był to wytworny gest, pełny wdzięczności i akceptacji. – Obie rzeki zawsze tu były i zawsze tu będą. Bo tu jest  wszystko. I to właśnie oznacza dobrobyt. Że nic nigdy się nie zmieni, bo najlepiej jest dokładnie tak, jak teraz. Że nic nigdy się nie skończy. Każdego dnia pijemy mleko albo miód z jednej lub drugiej rzeki, tymczasem i mleko, i miód ani trochę się nie wyczerpują.

W niezwykłym kraju rzeka miodu i rzeka mleka starczały za pełne posiłki. Mieszkające tu stworzenia syciły bez przeszkód swoje brzuchy – mlekiem albo miodem, wylegując się beztrosko na kocach w dolinie mlekiem i miodem płynącej. Po posiłku dzieci biegły na plac zabaw. Urządzono go z obłoków, które sprowadzono prosto z rumianego nieba na specjalnych sznurach uplecionych z porannej rosy. Sznury obwiązywały każdy obłok ciasno w pasie, a ich końce przytroczono do rosnących w pobliżu drzewek. Sznury z rosy skrzyły się i mieniły w blasku złotego słońca podobnego do wesołego guzika. Obłoki próbujące nieustannie poderwać się z powrotem w kierunku rumianego nieba, tworzyły niezwykłą karuzelę, huśtawkę, kolejkę i samochody wyścigowe. Pewną grupę obłoków porozrywano na puchate strzępki, następnie strzępki te wyprasowano solidnie przy pomocy ciasnych liści żywopłotu – w ten sposób z pierzastej, sprężystej chmury uzyskano stos twardych patyków i desek. Sklejono te patyki i deski, aż powstał gąszcz drabinek, po których można było hasać i kicać, i z których można było zwisać i fikołkować.

Prócz stworzeń mleko i miodopitnych, niezwykły kraj zamieszkiwały jeszcze inne, niezwykłe istoty. Mówiono o nich – niebieskie ptaki. Były to istoty skrzydlate, w kolorze niebieskie, jak nic innego na tym świecie. One to jako jedyne nie piły ani mleka, ani miodu. Nic nie piły, niczym się nie posilały. Nie musiały. Były to bowiem wyjątkowe istoty – urodzone do snucia marzeń. Pożywiały się marzeniami. Niektórzy mieszkańcy mawiali, że niezwykły kraj narodził się w głowie najstarszego niebieskiego ptaka.

–       Najstarszy niebieski ptak nas wymyślił – mawiali niektórzy. – To było dawno temu, kiedy nie było jeszcze świata, ani doliny mlekiem i miodem płynącej, ani żywopłotu. W owych dawnych czasach żył tylko jeden niebieski ptak. Latał poprzez pustkę i marzył. I wymarzył niezwykły kraj. Z góry okryty rumianym niebem jak landrynkowym cukierkiem, z boku otoczony gęstym żywopłotem, spoza którego nie da się niczego wypatrzeć, od spodu podbity doliną mlekiem i miodem płynącą. Coś takiego mógł wymyślić tylko niebieski ptak: ktoś urodzony specjalnie po to, żeby marzyć.

Mimo że wydawało się nieprawdopodobne, by jeden niebieski ptak był zdolny wymyślić cały niezwykły kraj, w którym jest wszystko, od czasu do czasu wspominano tę historię z uśmiechem zadowolenia na ustach. Pewnie z powodu tej historii niebieskie ptaki cieszyły się niezwykłym szacunkiem. Nawet jeśli nie była to prawdziwa historia wyjaśniająca powstanie świata, kryło się w niej coś miłego i zachwycającego. Kiedy usłyszało się albo wspomniało tę historię, to jakby znalazło się bardzo niewinny i uroczy skarb. Każdy, kto zerknął na niebo i ujrzał na nim przefruwającego niebieskiego ptaka, uśmiechał się do swoich myśli, czuł się uzasadniony i pozdrowiony.

Nawet gdyby ta historia mogła być prawdziwa, nigdy nie udałoby się znaleźć niebieskiego ptaka, który wymarzył niezwykły kraj. Bo wszystkie niebieskie ptaki były nie do odróżnienia z wyglądu ni z charakteru – nie było więc wiadomo, który z nich mógł być tym najstarszym. A same niebieskie ptaki, choć miały bogatą ponad miarę wyobraźnię, to poskąpiono im pamięci. Można śmiało powiedzieć, że niebieskie ptaki były wręcz prawie całkiem pozbawione pamięci. Potrafiły jedynie spoglądać w przyszłość i wymyślać. Żaden z nich nie miał pojęcia, co było wczoraj, co przed momentem, a co przed kilkoma chwilami. Dlatego nie dało się o nic żadnego z nich zapytać. Dlatego też historia o wymyśleniu niezwykłego kraju przez pojedynczego, najstarszego niebieskiego ptaka najpewniej była wyłącznie miłą, niewinną, uroczą historią. Taką, której dobrze jest wysłuchać i którą dobrze jest sobie wspomnieć, lecz za jaką nic kluczowego się nie kryje.

Wszystkie niebieskie ptaki były jednakowe. W całym niezwykłym kraju nie istniały dwie identyczne chmury czy dwa identyczne liście żywopłotu. Nawet karuzela z obłoków za każdym razem kręciła się w nieco innym tempie. Nawet krople rosy różniły się między sobą. Tylko niebieskie ptaki były takie same:

ciało niebieskiego ptaka przypominało ciało człowieka, chociaż w niezwykłym kraju nikt nigdy nie widział żadnego człowieka ani o nikim podobnym nie słyszał. Niebieskie ptaki były smukłe, ludzkie, a z ich pleców wyrastały ogromne, wspaniałe skrzydła. Nos każdego niebieskiego ptaka w kształcie był orli, przez co oblicza niebieskich ptaków prezentowały się dostojnie i przepysznie.

Ponieważ niebieskie ptaki potrafiły tylko patrzeć w przyszłość, często dawało się zauważyć, jak mkną po niebie nieomal w wielu kierunkach jednocześnie. Ich lot był zygzakowaty, szalony – podobny do lotu ważki, ale o wiele bieglejszy. Niebieskie ptaki w ten zdumiewający sposób fruwały dlatego, że przyszłość jest nieprzewidywalna i kapryśna. Nie da się podążać jej tropem jak po sznurku. Trzeba mocno namachać się skrzydłami, by dostrzec wiele różnych kształtów przyszłości, by chwytać przyszłość za wiele nieuchwytnych, śliskich ogonów. Tylko niebieskie ptaki to potrafiły – tylko one umiały dowolnie łapać przyszłość i dostrzegać jej rozmaite kształty. Bo tylko w marzeniach staje się możliwe – widzieć przyszłość i dotykać przyszłości.

Czasem jeden czy drugi niebieski ptak lądował w dolinie mlekiem i miodem płynącej. Kucał nad brzegiem rzeki mleka albo rzeki miodu i podpierał dłonią swoją napiętą, niebieską skroń. Nie odzywał się do nikogo słowem. Jego oczy stawały się zamglone jak dalekie łódki z papieru. Myślał. O czym? Twierdzono, że o niebieskich migdałach. Jednak nikt nie wiedział, co to znaczy. Mówiono tak tylko dlatego, że nikt nie znał myśli niebieskiego ptaka. Nikt nie miał do nich dostępu…

Pewnego razu, gdy jeden z niebieskich ptaków kucnął nad brzegiem rzeki miodu, opętało go zupełnie nowe marzenie. Było ono silne, mrowiące, jak tysiące małych zuchwałych robaczków pełzających po całym ciele. Marzenie łaskotało niebieskiego ptaka w podeszwy stóp i szturchało go w sklepienie czaszki, jakby w jego głowie zamieszkał złośliwy łokieć. Po raz pierwszy w życiu niebieski ptak znalazł się w tak niezręcznej sytuacji: to nie było normalne marzenie, to było coś wystającego i twardego, jak korcący kolec albo igła. To nienormalne marzenie dopadło go znienacka, gdy akurat zapatrzył się na żywopłot. Próbował rozpędzić nienormalne marzenie swoim szalonym, zdumiewającym lotem, ale z jakiegoś powodu tym razem fruwanie nie przyniosło ulgi. „Co się ze mną dzieje?”, zastanawiał się niebieski ptak, krążąc w tę i we w tę nad doliną. Lecz nie znajdował zadowalającej odpowiedzi nigdzie – ani w rumianości nieba, ani w pierzastości obłoków, ani w dobrobycie doliny. Z chwili na chwilę robaczkowe mrowienie w całym jego ciele – narastało, a wzmagało się szczególnie, gdy popatrywał na żywopłot. Nie potrafił zmieścić uczuć, które poczęły nim targać, nigdzie – ani w sercu, ani w rozumie. Nie miał pojęcia, co się z nim dzieje…

Lecz z dnia na dzień, stan ten się pogłębiał. Mrowienie z ciała przeniosło się na skrzydła – odtąd odczuwał drapanie w każdym bez wyjątku piórze. Bez wątpienia doświadczał czegoś, czego nie powinien był doświadczać. Po raz pierwszy w życiu snucie marzenia i spoglądanie w przyszłość zmieniły się w cielesne, niepojęte drżenie, które od stóp, poprzez korpus, przeniosło się między pióra i zajęło całe skrzydła. Dotarło do niebieskiego ptaka jedno: – Muszę coś z tym zrobić – powiedział głośno. Wszak skrzydła tworzyły esencję niebieskiego ptaka – nie mógł dopuścić, by to, co się z nim działo, czymkolwiek to było, zajęło mu skrzydła. To nie tak, że martwił się o siebie, gdyż niebieskie ptaki nie znały trosk, ale było mu z tym czymś, co opętało jego skrzydła, okropnie niewygodnie. „Skrzydła są najważniejsze! – zawołał do siebie w myślach. – Coś innego mi w nich utknęło, muszę koniecznie się tego pozbyć”.

Niebieski ptak nie wiedział, czym to było, ale wiedział, że stanowczo musi się od tego uwolnić. Skrzydła były dla niego najważniejsze – były jego esencją. To tak, jak gdyby komuś, kto najbardziej na świecie uwielbia rysować, niewidzialny niecny chochlik raptem pozamieniałby na rysunkach miejscami wszystkie kolory, czy pomieszałby kredki w pudełku. Dlatego właśnie niebieski ptak rozumiał, że stanowczo musi się uwolnić od przenikliwego i niewygodnego drapania, które opętało jego skrzydła. „Muszę odzyskać moje normalne samopoczucie”, w ten sposób myślał o swojej niezręcznej sytuacji niebieski ptak.

Nazajutrz o świcie cierpliwie zbierał rosę do podręcznych kielichów kwiatów. Kiedy nazbierał dwanaście pełnych kielichów, wylał sobie całą zawartość na plecy, aż skrzydła zupełnie zamokły. Kilkukrotnie zabujał potężnymi skrzydłami, żeby krople rosy porządnie wsiąkły w każde, nawet najdrobniejsze, pióro. Następnie mozolnie przeczesał wszystkie pióra palcami, starając się namierzyć dotykiem to, co mu się tam zalęgło, co go drapało i przeszkadzało mu wygodnie fruwać. Ale niczego nie poczuł – to wciąż tam tkwiło, nadal drapało, ale nie dało się tego dotknąć ani zobaczyć.

Do południa suszył skrzydła w cieple słońca – przez cały czas czuł wyraźnie, że to wciąż tam tkwi, że drapie…

Gdy tylko wyschły mu skrzydła, natychmiast wybrał się z wizytą do Śliwy. Śliwa była mądrym drzewem owocowym, niezbyt rosłym, ale życzliwym i opiekuńczym. Jej gałęzie zwieszały się miękko tuż nad ziemią, pochylone pod ciężarem ślicznych fioletowych śliwek. Była prawdziwą damą, zawsze mówiła dobre rzeczy, a jeśli nie miała niczego miłego do powiedzenia, uśmiechała się słodko i wymijająco. Jeżeli ktokolwiek mógł pomóc niebieskiemu ptakowi zrozumieć, co właściwie się z nim działo, to tylko Śliwa. Bo tylko prawdziwe damy przynoszą światu dobre nowiny i zrozumienie.

niebieski ptak i podróż donikąd bajka 1

Śliwa wysłuchała opowieści niebieskiego ptaka uważnie. Nie przerwała mu nawet słówkiem, jak na damę przystało – kołysała tylko swoimi gałęziami w rytm słuchanej opowieści.

–       Wybacz dosłowność mego pytania, ale czy odczuwasz drapanie w skrzydłach? – chciała upewnić się Śliwa.

–       Tak – odparł bez namysłu – wyraźne drapanie w skrzydłach.

–       Zaczęło się od łaskotania w stopy?

–       Owszem, od łaskotania w stopy – przytaknął niebieski ptak.

–       I stukało cię w środku głowy, stuk-stuk-stuk, jakby złośliwy łokieć?

–       Nie inaczej – potwierdził niebieski ptak. – Czułem wyraźnie obecność łokcia wewnątrz czaszki.

Śliwa zamyśliła się na chwilę. Poznał zamyślenie po tym, jak zgrabnie ułożyła listki na końcach najsmuklejszych gałązek.

–       I mówisz, że to jest inne? – dopytywała Śliwa. – Że nie umiesz tego z niczym porównać?

–       Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale mam wrażenie, że to jest… – urwał, chcąc dobrać jak najwłaściwsze słowo – inne – dokończył nieśmiało, bo rozmowy, a zwłaszcza z damami, go krępowały. – Nie znam lepszego słowa, które mogłoby opisać to, co czuję. Zalęgło się we mnie coś innego, i utknęło mi w skrzydłach.

–       Pozwól, że spróbuję wszystko podsumować – uśmiechnęła się Śliwa grzecznie. – Otóż to przestało łaskotać, a zaczęło cię niewygodnie drapać, nie możesz spokojnie myśleć i to wepchnęło się na miejsce normalnych marzeń, i czujesz to szczególnie nagminnie, kiedy spoglądasz na żywopłot.

–       Znakomite podsumowanie – przyznał z podziwem niebieski ptak.

–       Słuchaj – podjęła Śliwa – a czy to cię przypadkiem nie swędzi?

Niebieski ptak nie pomyślał wcześniej o swędzeniu, ale rzeczywiście – drapanie, które czuł w skrzydłach, było podszyte swędzeniem.

–       Skąd wiedziałaś? – zdumiał się.

Śliwa zachichotała. Był to czarujący śmiech.

–       To, co cię opętało, to ciekawość – wytłumaczyła z dumą – a czujesz to zwłaszcza w skrzydłach, bo one są twoją esencją. Ciekawość zawsze zalęga się w tych częściach ciała, które są najsilniej związane z osobowością.

–       Ooo! – niebieski ptak ucieszył się, że nareszcie wie, co mu dolega – a czym jest ciekawość? – musiał jeszcze tylko porządnie zrozumieć, co mu dolega…

–       Ciekawość jest tym uczuciem, które pcha cię poza żywopłot – wyjaśniła Śliwa zwięźle i taktownie, jak na damę przystało.

–       Ciekawość chce ode mnie, żebym porzucił niezwykły kraj? – niebieski ptak nie mógł uwierzyć własnym uszom.

–       Tak, właśnie tego oczekuje od ciebie twoja ciekawość – zgodziła się Śliwa.

„Jestem ciekaw, co jest na zewnątrz”, pomyślał szybko niebieski ptak, a kiedy tylko pomyślał, swędzenie skrzydeł się wzmogło.

–       Ależ to niemożliwe – zaprotestował. – Nie da się wydostać poza żywopłot przecież. Jest za szczelny i za wysoki. Sięga samego nieba albo nieskończoności…

–       Po raz pierwszy w życiu spotykam niebieskiego ptaka, który dotarł do granic własnej wyobraźni – Śliwa zachichotała z właściwym sobie wdziękiem. – To pewnie dlatego, że teraz mniej marzysz, a więcej się ciekawisz – dodała wyrozumiale, jak na damę przystało.

Niebieski ptak odpowiedział jej promiennym uśmiechem.

–       Jesteś niezwykła – ukłonił się Śliwie. – Ciekawe, czemu sam na to nie wpadłem? – zastanowił się na głos, potrząsnął głową, stawał się niecierpliwy, skrzydła mocno go swędziały. – Chodzi ci o to, że mogę wymyślić, w jaki sposób wydostać się poza żywopłot, bo jestem niebieskim ptakiem?

–       Nie jesteś już tylko marzycielem, bo ogarnęła cię ciekawość, ale tak czy inaczej, ciągle jesteś sobą – uśmiechnęła się Śliwa porozumiewawczo. – Twoja wyobraźnia nie ma granic, możesz pofrunąć dokąd zechcesz, nawet tam.

–  Tam – rozmarzył się niebieski ptak. – Ciekawe, co tam jest? – zastanowił się głośno. – Tam, jakie piękne, intrygujące słowo. Tam…

Gdy raz po raz powtarzał w zachwycie piękne, kryjące tajemnicę słowo „tam”, nim się spostrzegł, Śliwa była jedynie małą fioletową kropką daleko w dole. Swędzenie skrzydeł wzniosło go tak wysoko i szybko, jak jeszcze nigdy. I już wcale nie wydawało się wadzące – pomyślał, że jest przyjemne, bo to nie było byle jakie swędzenie, lecz ciekawość. Na skrzydłach ciekawości mógł frunąć coraz wyżej i wyżej, to ciekawość pchała go w najdalsze, sekretne miejsca, do których nigdy nie doprowadziłaby go zwykła marzycielskość. To ciekawość przenikała całe jego ciało, łaskotała w pięty i w pióra, śmiała mu się do ucha jak chochlik, korciła i kusiła: – Fruń wyżej, dalej, dokąd tylko zechcesz! Nie cofaj się przed niczym, nie słuchaj podszeptów hamującego wiatru, leć najdalej, śmiało tnij przestrzeń powietrzną swoimi skrzydłami, dopóki…

Naraz zobaczył przed sobą północną ścianę żywopłotu.

–       Dopóki nie dotrzesz do północnej ściany żywopłotu – powiedział na głos, zawisnąwszy na skrzydłach przed północną ścianą żywopłotu.

Była to chłodna, bardzo twarda ściana. Pozostałe niebieskie ptaki przyfruwały tu rzadko, prawie nigdy.

–       Z północy wieje dziwny, chłodny wiatr i okolica wydaje się nudna – uzmysłowił sobie niebieski ptak.

Nuda była tym, czym niebieskie ptaki się brzydziły i czego starannie unikały. Ale ten niebieski ptak był inny… Prócz marzycielskości miał teraz w zasięgu ciekawość, dzięki której stał się swobodny, wolny i dzielny, jak żaden niebieski ptak. Chłodny wiatr z północy dziwnie pogłaskał jego skrzydła, spodobała mu się ta chłodna przestrzeń powietrzna przy północnej granicy niezwykłego kraju, więc zaczął zapamiętale marzyć…

… wymyślił, że w żywopłocie ukryte są drzwi…

… te drzwi muszą prowadzić do innego świata…

… tam…

… wystarczy, że niebieski ptak ujrzy drzwi w swojej wyobraźni, że naciśnie klamkę. To w zupełności wystarczy, by znaleźć się po drugiej stronie. By na własne oczy zobaczyć, co tam jest.

Zamknął oczy, dziwny wiatr z północy przeniknął go głęboko przez skórę, niebieski ptak wyciągnął przed siebie rękę, dotknął gładkiej chłodnej powierzchni. Otworzył oczy…

niebieski ptak i podróż donikąd bajka 2

Ujrzał przed sobą szklane drzwi. Nigdy nie widział podobnego szkła: było jak lustro, ale nic nie odbijało. Nie ujawniało też niczego, co czekało po drugiej stronie – tak jak zrobiłoby to okno. Ciekawość się wzmogła – skrzydła aż zaszczypały. Ochoczo nacisnął klamkę…

Kiedy tylko znalazł się po drugiej stronie, zaczął spadać. Nie do wiary! Niebieskie ptaki były biegłymi fruwaczami, nawet ważki nie fruwały równie wprawnie, co one. Nie mógł pojąć, co się dzieje – po prostu spadał, leciał w dół jak ciężka kłoda i bał się. Po raz pierwszy w życiu poczuł strach, dowiedział się, co to znaczy – bać się i nie wiedzieć, dokąd lęk prowadzi, a może donikąd…

Dobitnie łupnął o ziemię. W ten sposób niebieski ptak dowiedział się, czym jest ból. Było to uczucie dużo dotkliwsze od ciekawości, przesłaniające sobą wszystkie myśli. Niebieski ptak zrozumiał, że poprzez ból nie da się niczego sensownie zobaczyć – ból był dużo gęstszy od żywopłotu, który pamiętał z niezwykłego kraju.

Z trudem podniósł się z ziemi i otrzepał. Ból opuszczał jego ciało powoli i niechętnie. W końcu jednak opuścił. Lecz niebieski ptak nie zdążył się z tego ucieszyć, bo nagle odczuł niewyobrażalne zimno. To zimno przerastało jego wyobraźnię, było bezlitosne – było tysiąc razy sroższe od chłodnego wiatru z północy i sprowadzało lęk i dziwne, niespokojne myśli o Donikąd.

Mimo tych strasznych i gwałtownych uczuć i myśli, postarał się uspokoić oddech i zwiedzić choć trochę tego zdumiewającego, przerażającego świata, do którego przybył na skrzydłach ciekawości. Czuł na dnie serca, że ciekawość jeszcze tam jest, dlatego nie mógł się od razu poddać – nie mógł od razu zawrócić i poszybować do domu.

Splótł ze sobą dłonie, zbliżył do ust i spróbował ogrzać je własnym oddechem, chuchając w nie lekko. W ten sposób ogrzewał ręce co parę chwil, ale bezwzględne zimno i tak przenikało całe jego ciało. Nie czuł nawet ciężaru skrzydeł na plecach.

Szedł naprzód – powoli, ciężko. Zimno paraliżowało jego ruchy. Z ust dobywały się obłoczki pary – zupełnie inne od miłych obłoków, które tworzyły plac zabaw w niezwykłym kraju. Nie znał dotychczas takiego zimna, jak to, z którym zmagał się obecnie. Po części trwożnie, a po części ciekawsko rozglądał się na wszystkie strony. Znalazł się doprawdy w zupełnie innym świecie. Nie rozpoznawał w nim niczego. Wszystko wokół było skute surowym jakoby szkłem, gałęzie drzew były szare i łyse, pod stopami biała zmarznięta wata chrzęściła złowieszczo. W ten sposób niebieski ptak dowiedział się, czym jest zima, mróz, lód i śnieg. Zaczął marzyć o ciepłym, miłym domu, w którym paliłoby się w piecu, i w którym mógłby okryć zmarznięte ciało ciepłą kołdrą z obłoku. Ale zdaje się, że w tym świecie jego marzenia przestały się spełniać. Zmartwił się tym faktem – oto pierwszy w historii świata niebieski ptak, który wie, co to troska… Myśl o obłoku powiodła jego oczy ku niebu – w ten sposób dowiedział się, skąd wziął się niebieski kolor jego ciała. W tym świecie niebo było bowiem niebieskie, nie rumiane!

Szedł przed siebie, powoli i ciężko, bezskutecznie wypatrując jakiegoś ciepłego domostwa, w którym mógłby rozgrzać zmarznięte kości i odzyskać czucie w skrzydłach. Ale nie potrafił niczego podobnego wypatrzeć. Świat dookoła był lodowo‑śnieżną równiną, od czasu do czasu porosłą przez pojedyncze łyse, smętne drzewa. Przyszło mu do głowy, że ten świat musi być dużo większy od niezwykłego kraju, bo nigdzie nie mógł natrafić wzrokiem choćby na cień tutejszego żywopłotu czy innej granicy. Czy to możliwe, że ten świat nie miał żadnych granic? Nie, gdzieś musiał być koniec.

–       Koniec. Koniec. Koniec… – wymówił to słowo aż trzykrotnie, licząc w duchu, że słowo się urealni…

Ale w tym świecie jego marzenia przestały się spełniać. Mógł tylko iść, dalej iść, niczego więcej nie mógł, niczego o niczym nie wiedział.

Już nie potrafił z radością spoglądać w przyszłość i łapać jej za ogon. Przyszłość stała się dla niego białą, skutą litym lodem tajemnicą. Płaską, śnieżną powierzchnią – bez żadnych kształtów. Z tej płaskiej zimowej tafli nie wystawały żadne ogony, żadne figury, ani trawa, ani kwiaty. Nic z niej nie wystawało – przyszłość w tym świecie w całości była niewidzialna, a nie tylko nieprzewidywalna i kapryśna.

Był już zmęczony i doprawdy skostniały, kiedy w dali spostrzegł zarys sylwetki. Oczy mu zapłonęły, zrobiło mu się odrobinę cieplej na duszy – tak oto niebieski ptak odkrył, czym jest nadzieja. Dzięki nadziei odzyskał część sił i pomknął czym prędzej do tej postaci, która kuliła się pod opuszczonym, łysym drzewem. Nareszcie przestanie przemierzać ten obcy świat sam!

niebieski ptak i podróż donikąd bajka 3

Ale kiedy dotarł na miejsce, nadzieja ustąpiła pola niepokojowi. Skulona postać była ostra z wyglądu, jak zardzewiała pinezka. Mimo niepokoju, który wzbudziła w nim swoim ponurym wyglądem, postanowił nie tracić nadziei do końca.

–       Kim jesteś? – odważył się zapytać.

„Pinezka” prychnęła w jego stronę, wykrzywiając usteczka jak starą, zużytą podkowę.

–       Ja? – skrzywiła się z wyższością. – To raczej ty się przedstaw! – warknęła. – Trzeba mieć nie lada tupet, żeby tak wtargnąć do cudzego domu i nawet się nie przedstawić!

Niebieski ptak nie przywykł do rozmów, nawet zwierzenie się eleganckiej Śliwie kosztowało go wiele wysiłku. Większość życia spędził na snuciu marzeń i rzadko kiedy z kimś rozmawiał. W tym sensie nie był wcale wyjątkowy, bo wszystkie niebieskie ptaki skupiały się na własnych myślach, dialogi nigdy nie były mocną stroną żadnego z nich. „Pinezka” nie mogła o tym wiedzieć – dla niej niebieski ptak był tak samo nieznajomy, jak ona dla niebieskiego ptaka. Nie znali się wcale. Gdy to sobie uświadomił, poczuł znajome swędzenie w okolicy pleców, choć nadal nie odzyskał czucia w skrzydłach. „Póki jest ze mną ciekawość, nic złego nie może mi się przytrafić”, pokrzepił się w myślach.

–       Ty tu mieszkasz? – zdziwił się niebieski ptak.

Wszak wokół było zimno, lodowo i śnieżnie. Czy to możliwe, by mała, ponura, zardzewiała istota zamieszkiwała samotnie pod gołym niebem, skulona pod marnym, łysym drzewem? W odpowiedzi „pinezka” znów prychnęła. Tym razem przewróciła oczami, jakby zniechęcona czy nawet oburzona.

–       Oczywiście, że tu mieszkam! – podparła się pod boki, wyraźnie nadąsana. – Dlaczego niby cię to dziwi?

–       Jest przecież okropnie zimno, pada śnieg i…

–       Też coś! – przerwała mu oschle. – Mieszkam sobie, gdzie mi się podoba! Przecież ja w ogóle nie czuję zimna! – mocniej podparła się pod boki. – Ktoś ty? Gadaj wreszcie!

–       Jestem niebieskim ptakiem.

„Pinezka” zarechotała zardzewiałym śmiechem, od którego na całym świecie w jednej chwili zrobiło się jeszcze zimniej.

–       Jak masz na imię? – spytała ozięble, gdy tylko skończyła rechotać.

–       Jestem niebieskim ptakiem – powtórzył bezsilnie.

–       Słyszę przecież – burknęła. – Pytam, jak masz na imię.

Zawahał się.

–       Nie mam imienia – odpowiedział – a przynajmniej nic o żadnym imieniu nie wiem. Od urodzenia jestem tylko jednym z wielu identycznych niebieskich ptaków.

–       Głupi jesteś – stwierdziła „pinezka”, uśmiechając się cynicznie. – W takim razie nazywasz się Niebieski Ptak.

–       Pewnie masz rację…

–       W tym świecie nikogo nie obchodzi, ilu was jest. Nawet jeśli byłoby ze stu takich jak ty, trudno, to już problem tamtych, nie twój – ciągnęła „pinezka”. – Jesteś tu pierwszy, więc będziesz jedynym Niebieskim Ptakiem, jasne? Nawet jeśli przyjdą następni, trudno, będą musieli poszukać sobie całkiem nowych imion, to nie twoja sprawa.

Niebieski Ptak nie bardzo potrafił nadążyć za trybem myślenia „pinezki”. Szczerze mówiąc, postać ta naprawdę miała w sobie tyle powabu, co rdza. Patrząc na nią, Niebieski Ptak usilnie zatęsknił do elegancji i gracji Śliwy. Niestety „pinezka” ani w milimetrze nie wydawała się zbliżona do damy. Była nieprzyjazna i odpychająca i z pewnością nie miała w zanadrzu żadnych dobrych nowin do przekazania. Mimo wszystko postanowił nie rezygnować z nadziei do końca.

–       Jak tobie na imię? – nie tracił ducha.

„Pinezka” zarozumiale uniosła podbródek, przeciągnęła małą zardzewiałą rączką po brzydkich zardzewiałych włosach.

–       Jestem Pogarda – odparła z pychą. – Mieszkam na całym świecie, pod gołym niebem, jestem wszędzie, przemieszczam się z drzewa pod drzewo i nigdy nie jest mi zimno – wyjaśniła zardzewiałym głosem.

Niebieski Ptak wzdrygnął się na te słowa. Zdało mu się, że Pogarda nie mówi mu wszystkiego. Owszem, była rezolutna i przebojowa, lecz poza tym prezentowała się dość niepozornie. „Niemożliwe, by to skarlałe, zardzewiałe stworzonko zamieszkiwało bez przeszkód cały świat – pomyślał. – Widocznie Pogarda nie mówi mi wszystkiego”. Przez skórę przeczuwał, że jeśli pozostanie w jej towarzystwie, coś złego może stać mu się w skrzydła…

–       Miło było cię poznać, muszę już iść – oznajmił pospiesznie i ruszył przed siebie.

Już wcale nie chciał wędrować przez niepoznany, wielki świat z kimś takim u boku, jak Pogarda. „Już lepiej iść przez życie samotnie”, pomyślał i ponaglił kroku. Ale, jak się okazało, nie tak łatwo zgubić Pogardę. Zardzewiałe stworzonko wpiło zardzewiałe pazurki w nogi Niebieskiego Ptaka w kostkach i w ten sposób do niego przytwierdzone, poczęło iść z nim przez życie. Za nic w świecie nie potrafił pozbyć się Pogardy. Z początku próbował ją zrzucić, machając na przemian prawą i lewą nogą, ale trzymała się hardo, a on obawiał się tknąć rdzy, bał się ubrudzić sobie nią dłoni. I ostatecznie się poddał. Szedł przed siebie, z Pogardą oplecioną wkoło kostek. Im dłużej szedł, tym bardziej nienawidził wszystkiego wokół, a ciepłego domu nigdzie na horyzoncie nie było. Na domiar złego, Pogarda przez całą drogę prowokowała Niebieskiego Ptaka do kłótni, a on – jako urodzony marzyciel – nie miał wprawy w wyswobadzaniu się z tarapatów.

–       Hej, a czym zajmuje się taki Niebieski Ptak, co? – zaczepiała Pogarda.

–       Marzeniami – odrzekł niechętnie.

–       Marzeniami! – Pogarda pękała od zardzewiałego śmiechu. Salwy jej śmiechu wbijały się Niebieskiemu Ptakowi w samo serce jak zardzewiałe pinezki. – Marzeniami, a to dobre! – naśmiewała się Pogarda. „Jak tak dalej pójdzie, rdza Pogardy przeniknie z mojego serca prosto do wszystkich mięśni, a wtedy bezpowrotnie stracę skrzydła!”, przeraził się Niebieski Ptak. – Marzeniami, też coś! Na całym świecie nie słyszałam o niczym równie głupim, co marzenia! Marzenia są najgłupszą rzeczą ze wszystkich rzeczy na świecie, są dla głupców! – szydziła Pogarda.

Im dłużej szydziła, tym mocniej serce Niebieskiego Ptaka skuwał nieprzejednany lód, a mięśnie drętwiały od opanowującej je, brudnej rdzy. Ale, co ciekawe, im Pogarda była mu bliższa, tym mniej strachu, bólu i zimna odczuwał. „Może Pogarda nie jest wcale taka zła? – przyszło mu na myśl. – Przecież takie niepozorne stworzonko jak Pogarda nie może wyrządzić krzywdy takim potężnym skrzydłom, jak moje”. To pomyślawszy, schylił się, odczepił zardzewiałe rączki od swoich kostek, po czym ułożył stworzonko na swojej piersi.

–       Tu będzie ci wygodniej – powiedział Pogardzie. – Trzymaj się mocno.

–       Tak – ucieszyła się Pogarda podstępnie. – Blisko twojego serca będzie mi najwygodniej – wyszeptała zardzewiałym, niby przytulnym głosikiem. – Będzie ci ze mną dobrze, sam zobaczysz – szemrała. – Trzymaj mnie bliziutko serca, a już nigdy nie zatęsknisz za swoimi głupimi skrzydłami…

–       Co?! – Niebieski Ptak przerwał jej trwożnym okrzykiem.

Ale było już za późno. Z chwilą, gdy zaprosił Pogardę do swojego serca, wpiła w nie swoje zardzewiałe rączki wyjątkowo głęboko. Jej rączki były spiczaste, długie i niezwyciężone jak rdzawe sztylety, już nie jak żałosne pinezki. Sztylety Pogardy przeniknęły serce Niebieskiego Ptaka tak sprawnie i dogłębnie, że dobiły aż do umysłu i w nim zapuściły zardzewiałe korzenie.

–       Oszukałaś mnie… – zdążył wytknąć Pogardzie Niebieski Ptak.

Zdążył przypomnieć sobie, że w niezwykłym kraju traktowano go z szacunkiem. Tam, w niezwykłym kraju, jego marzycielskość spotykała się z uznaniem i radością – tu, w tym świecie, marzenia były nic niewarte, bo utraciły moc sprawczą i zasługiwały wyłącznie na Pogardę. Zdążył zrozumieć, jak niewiele trzeba, by tu i tam zamieniły się miejscami, lecz było już za późno. Odtąd, z Pogardą, która wypełniła jego serce i zakotwiczyła w umyśle, Niebieski Ptak szedł przez życie niewzruszony, nieczujący ani zimna, ani bólu, ani strachu. Stał się podobny do przezroczystego sopla lodu, bo zupełnie wyparowała z niego nadzieja. Nie martwił się o swoje skrzydła i było mu obojętne, czy odzyska w nich czucie, czy nie. Najwyżej będzie jedynym Niebieskim Ptakiem bez skrzydeł, będzie spacerował po obcym świecie skutym lodem, będzie gardził tym światem i kpił z tego świata, będzie szydził z marzeń i wcale a wcale nie będzie próbował wrócić do domu. Na co komu jakiś głupi dom pod jakimś głupim rumianym niebem, przecież to jakiś głupi, całkiem wymyślony kraj, w którym nie ma nic prawdziwego, nic godnego szacunku!

W ten sposób myślał Niebieski Ptak, gdy nagle się potknął i przewrócił…

Pogarda także straciła równowagę i rdzawe sztylety wypadły z serca Niebieskiego Ptaka – odczepiła się od jego piersi i odturlała daleko. Natychmiast na powrót poczuł zimno na całym ciele, choć korzenie Pogardy pozostały w jego umyśle. Przez chwilę siedział oszołomiony na ośnieżonej, zimnej ziemi, nim dotarło do niego, co właściwie się stało.

niebieski ptak i podróż donikąd bajka 4

–       Potknąłeś się o mnie – uśmiechnęła się świetlista kulista postać. Miała ładne długie rzęsy i urokliwe pyzate policzki. – A mówiąc uczciwie, podstawiłam ci nogę – przyznała otwarcie. Podała mu rękę, żeby wstał. – Jak się czujesz?

Niebieski Ptak jeszcze był oszołomiony. Odrobinę chwiał się na nogach, po czym strzepnął grudy śniegu, które przywarły do niego w czasie, gdy upadał.

–       Trochę boli mnie głowa – odparł. – Poza tym chyba wszystko w porządku. O ile określenie „w porządku” może pasować do tego zimnego, beznadziejnego świata.

–       Och – świetlista postać załamała ręce. – Widzę, że się spóźniłam – zakłopotała się. – Pogarda zdążyła zapuścić korzenie w twoim umyśle. To niedobrze, oczywiście, to bardzo, bardzo niedobrze. Szkoda, by taki ciekawski Niebieski Ptak się zmarnował.

–       Ty mnie znasz? – zdumiał się.

–       Ja znam wszystkich – postać uśmiechnęła się świetliście. – No ale nie mówmy o mnie, szkoda czasu – machnęła zawadiacko ręką. – Wesprzyj się na mnie, musimy iść, niedługo nastanie wieczór, a potem noc. Jeśli nie zdążymy przed zachodem słońca…

–       A co z moją małą zardzewiałą przyjaciółką?

–       Ojej, widzę, że doprawdy się spóźniłam – świetlista postać podrapała się w skroń i lekko zasępiła. – Słuchaj, nie myśl już o niej, dobrze? – skinęła świetlistą głową w stronę poturbowanej Pogardy, która wciąż próbowała podnieść się z ziemi i dojść do siebie po upadku z wysoka. – Korzenie Pogardy w twojej głowie są młode i wątłe, na szczęście jeszcze możesz je wyrwać, no ale to wymaga czasu, którego, prawdę mówiąc, mamy coraz mniej…

–       Kim ty jesteś? – Niebieski Ptak spojrzał na świetlistą postać nieufnie, jeszcze przemawiały przez niego wątłe korzenie Pogardy.

–       Mam na imię Prawda – pyzata urokliwa kulka dygnęła jak prawdziwa dama, choć raczej damą nie była, czy też bywała nią od święta. – Ta mała rdza nie była twoją prawdziwą przyjaciółką, wiem, co mówię. Ja znam wszystkich, proszę cię, musisz mi zaufać – zatrzepotała ładnymi rzęsami, patrzyła mu prosto w oczy.

Ten charakterystyczny trzepot rzęs o czymś mu przypomniał. Kiedyś, w zupełnie innym świecie, Niebieski Ptak musiał być chyba kimś innym… Ach, tak – kiedyś miał skrzydła, które trzepotały… „Co się stało z moimi skrzydłami?!” – straszna trwoga chwyciła go za gardło. Złapał Prawdę za ramię – było dużo silniejsze, niż się spodziewał.

–       Zabierz mnie do domu – poprosił rozpaczliwie, a do oczu napłynęły mu łzy.

Prawda troskliwie poklepała go po plecach.

–       Słuchaj, to nie jest odpowiednia chwila, ale ja nie znam odpowiednich chwil. Z reguły przychodzę za późno, niekiedy za wcześnie, ale bardzo rzadko udaje mi się pojawić na czas – wyznała. – Dlatego muszę powiedzieć ci teraz, choć na pewno byłoby dla ciebie lepiej usłyszeć o tym później lub nigdy.

–       Ty coś wiesz o moich skrzydłach – domyślił się Niebieski Ptak.

W milczeniu skinęła głową.

–       Jeżeli to coś złego, to…

–       Wybacz – Prawda bezradnie wzruszyła ramionami – ja słabo się orientuję w pojęciach dobra i zła. Po prostu muszę ci powiedzieć. Nie potrafię inaczej. Taka już jestem.

–       Jestem ranny w skrzydła? Dlatego ich nie czuję? – przeraził się.

Jakaś jego część jeszcze chciała gardzić całym światem albo i dwoma światami, ale tęsknota za domem wzięła górę nad korzonkami Pogardy i Niebieskiego Ptaka ogarnął olbrzymi smutek pomieszany z paniką.

–       Ty nie masz skrzydeł – powiedziała mu Prawda. – Opadły z ciebie z chwilą, kiedy porzuciłeś swój dom. Gdy tylko przekroczyłeś granicę, gdy otworzyłeś drzwi, gdy podążyłeś za ciekawością…

–       Nie! – zaskowyczał Niebieski Ptak.

Wyrwał się Prawdzie, zaczerpnął powietrza w płuca, mimo iż było tak zimne, jakby jego duszę przebijały miliony lodowych drzazg. Biegł przed siebie, na oślep, z całych sił próbował poruszyć skrzydłami, niezliczona ilość grubych płatków śniegu zaklejała mu oczy, nos i usta. Mroźny wicher dudnił w uszach, do cna wywiewając korzonki Pogardy z jego niebieskiej głowy. Bał się, dusił od zimowego powietrza i pędził przed siebie jak szaleniec, starając się poruszyć zmarzniętymi skrzydłami… ale nie poruszył. Nie był w stanie. Po prostu ich nie czuł. Bezradnie padł na kolana i ukrył twarz w dłoniach. Milczał. Jego oczy były suche. Nie potrafił zapłakać. Nie potrafił poruszyć skrzydłami. Dlatego, że ich nie miał. Stracił skrzydła. Nie wiedział, co ma teraz uczynić, dokąd pójść.

–       Jestem w podróży Donikąd – zrozumiał.

Poczuł miłe, życzliwe dotknięcie. Ktoś położył mu rękę na ramieniu. To była Prawda. Jej dotyk nie był ani ciepły, ani chłodny. Na pewno Prawda dobrze mu życzyła, ale wieści, które dla niego miała, nie były ani dobre, ani złe.

–       Ja posługuję się faktami – powiedziała mu cicho. – Suchymi faktami – powiedziała wprost. – Przykro mi. Taka już jestem.

Uniósł głowę i z bliska spojrzał w jej jasną, przyjemną, pyzatą twarz.

–       Co wiesz o moich skrzydłach? – zapytał poważnie.

–       Skrzydła są potrzebne, żeby marzyć – odparła. – To skrzydłami się marzy, nie głową i nie sercem – wytłumaczyła. – Z chwilą, kiedy jakiś niebieski ptak porzuca swoje królestwo, z jego ramion na zawsze opadają skrzydła. Tak już jest.

–       Czemu o tym nie pomyślałem?

–       Nie wiem – odpowiedziała Prawda. – Prawdopodobnie nie myślałeś, tylko frunąłeś.

–       Gdyby nie ciekawość, która mnie tu przywiodła, nigdy nie straciłbym skrzydeł?

–       Prawdopodobnie tak.

–       Przejście ukrytymi drzwiami, między wymyślonym światem a prawdziwym światem, spowodowało utratę skrzydeł?

–       To nie podlega pod dyskusję.

–       Gdybym pozostał ciekawski tam, w moim królestwie, nadal miałbym skrzydła?

–       Owszem. Ale wtedy skrzydła straszliwie by cię dręczyły i piekły, więc prawdopodobnie przyfrunąłbyś tutaj i tak.

–       To znaczy, że musiałem stracić skrzydła? Nie było innego wyjścia?

–       Nie wiem, nie jestem pewna…

–       Mówiłaś, że wiesz wszystko!

–       Powiedziałam, że znam wszystkich, to różnica – Prawda uśmiechnęła się pokornie.

Niebieski westchnął. Skoro nie miał już skrzydeł, przestał być Ptakiem.

–       Co się ze mną teraz stanie? – zapytał, zrezygnowany, przybity.

Nie było przy nim ani nadziei, ani strachu, ani bólu. Wszystko już się stało. Teraz był zupełnie innym, nowym sobą – nie wiedział o sobie nic i był zupełnie sam. On, obcy dla siebie samego, w wielkim obcym świecie spowitym przez mróz.

–       Nie wiem – odpowiedziała Prawda szczerze. – Wiem tylko, co się z tobą stało i że ciągle masz mnie. Jednak nie widzę przyszłości.

–       Ale co teraz będzie? – nie rozumiał Niebieski. – Zostaniemy tu na wieki wieków?

–       Skądże! – żywo zaprotestowała Prawda. – Chodź, do zachodu słońca już niedaleko, powinniśmy się pospieszyć.

–       Ale, po co? Przecież jesteśmy w drodze Donikąd. A z Donikąd nie ma powrotu. A jeśli nie mogę wrócić z Donikąd do królestwa marzeń, po co mam dalej żyć?

–       Po co tyle pytań? – zagadnęła Prawda. – Po prostu chodźmy – przekonywała.

–       Ale, jaki to ma sens?

–       Słuchaj – Prawda spojrzała mu głęboko w oczy – prawie każdy co najmniej raz w życiu przez chwilę jest w podróży Donikąd, ale to jeszcze wcale nie znaczy, że…

–       Ale ja nie widzę sensu w dalszym podróżowaniu – przerwał jej Niebieski. – Ja już nic nie chcę, rozumiesz?

W jego głosie nie pobrzmiewał ani smutek, ani troska. Jego głos stał się zupełnie wyprany i podarty, jak dziurawa chorągiewka, która nie umie już łopotać na wietrze. Prawda ujęła się oburącz za głowę.

–       O rany! – zakrzyknęła energicznie. – Ogarnia cię Zwątpienie, to niedobrze… Chodź już, teraz naprawdę musimy się pospieszyć!

niebieski ptak i podróż donikąd bajka 5

Nim zdążył spytać się Prawdy, czym jest Zwątpienie, dostrzegł małe żyjątko pełznące wprost do niego od strony północy. Niósł je na swoim grzbiecie zimny północny wicher. Żyjątko było zgniłozielone, oślizgłe i roztrzęsione, jak źle przyrządzona galaretka bez smaku. Wzbudzało w Niebieskim litość i obezwładnienie. Już miał się schylić, żeby podnieść je z ziemi, ale w ostatniej chwili Prawda mocno uderzyła go w plecy. Przewrócił się, jak wystrzelony z procy, i boleśnie uderzył kolanem o zmarznięty karb śniegu.

–       Przestań, to boli! – bronił się przed Prawdą, usiłował opędzić się od niej, jakby była denerwującą muchą.

Ale Prawda niestrudzenie ciągnęła go za ucho, to znów popychała w plecy, po czym szarpała za bark i podszczypywała w kark. Sprawiała mu mnóstwo bólu, jak to Prawda. Jednak czy chciał, czy nie, musiał iść, bo Prawda była bezwzględna. Nie uznawała żadnych skrótów, z nikim nie przybijała piątki i nigdy się nie myliła.

–       Teraz się na mnie wściekasz, ale jeszcze mi podziękujesz – mówiła, popychając go stale do przodu, bez najmniejszego współczucia. – Teraz się złościsz, ale to dlatego, że Zwątpienie depcze ci po piętach.

Rzeczywiście – gdy obejrzał się przez ramię, zobaczył, że roztrzęsione galaretowane żyjątko pomału obłapia mu pięty, próbując przylgnąć do nich całym sobą.

–       Spiesz się, czy chcesz, czy nie! – wrzeszczała Prawda. – Jak oblepi cię Zwątpienie, prawie na pewno będziesz stracony! – groziła szorstko. – Zwątpienia nie pozbędziesz się równie lekko, co Pogardy! Zwątpienie nie jest wprawdzie rezolutne, ale możesz wierzyć mi na słowo, że przykleja się do duszy dużo skuteczniej od wbitych w samo serce pogardliwych pinezek czy sztyletów! Ze Zwątpieniem nie ma żartów! No, ruszaj się, biegnij, musimy jak najszybciej zostawić je w tyle!

W ten sposób, z wrzaskiem i z siłą najsurowszej wichury, popychała bez wytchnienia Niebieskiego do przodu i chociaż jemu powoli było wszystko jedno i na niczym mu nie zależało, Prawda pozostawała nieugięta i pełna werwy. Zwątpienie coraz bystrzej usiłowało przykleić się trwale do pięt Niebieskiego, a jego śliskie dotknięcie przypominało zanurzenie stóp w misce z zimnym, zepsutym kisielem. Gdy wyglądało, że Niebieski już nie ucieknie, wtedy Prawdzie udało się kopnąć Zwątpienie w samo czoło…

–       No, jesteśmy ocaleni! – ucieszyła się Prawda. – Przewrócone na wznak Zwątpienie bardzo długo będzie się podnosiło do pionu – wyjaśniła, zadowolona. – Zyskaliśmy nieco czasu, możemy odrobinę zwolnić.

Niebieski skinął głową i chociaż nie było mu do śmiechu, zmusił się i posłał Prawdzie blady uśmiech przychylności. Wziął ją za rękę i wespół powędrowali poprzez śnieg i mróz. Już prawie zaczęło się zmierzchać, gdy dotarli do gęstego, ciemnego lasu. Na jego skraju spotkali dziewczynkę. Prawdziwą ludzką dziewczynkę – Niebieski po raz pierwszy w życiu widział człowieka, nie stworzonko, nie istotę, nie żyjątko i nie stworka. Na nogach miała puchate kozaczki, na głowie wielką wełnianą czapkę z kolorowym pomponem, wokół szyi długi szalik z frędzlami, na rękach – jednopalczaste rękawice w paski. Ogrzewał ją łaciaty płaszczyk do kolan, zapinany na guziki, które przywodziły na myśl złote, wesołe słońca. W prawej dłoni trzymała dużą lakierowaną torbę, a w lewej – małe papierowe zawiniątko. Buzię miała białą jak śnieżna gwiazdka, ale policzki i nos zaróżowiły się sympatycznie od mrozu. Oczy błyszczały jej na błękitno. Spoglądając dziewczynce w oczy, Niebieski pomyślał o łódkach z papieru – sam nie wiedział, dlaczego… Na widok dziewczynki poczuł dziwnie kłującą pustkę w środku brzucha. Ta pustka była nieomal bolesna, wyrazistsza od wszelkich innych wyrazistych uczuć, które zdążył poznać. Przez tę pustkę nie mógł jasno myśleć, miał wrażenie, że cały organizm próbuje przejąć nad nim kontrolę, i nie miał pojęcia, jak zdusić ten gwałtowny bunt własnego organizmu. Splótł ręce na brzuchu i skierował zapadnięte, smutne oczy do jasnej Prawdy.

–       Dopadł cię Głód – Prawda rozumiała go bez słów.

–       Głód? – odezwał się słabym głosem. – Czy Głód to ten błotnisty, wijący się potwór, który usiadł w środku mojego brzucha?

–       Tak – podjęła Prawda. – Głód, to ten potwór, który sprawia, że czegoś ci brakuje i że to, czego ci brakuje, dzieli cię od szczęścia. To Głód w twoim brzuchu powoduje uczucie, że jesteś niespokojny i że znalazłeś się w niebezpieczeństwie. To Głód daje ci do zrozumienia, że coś się kończy, że nic nie trwa wiecznie. Że wszystko nie może być bez przerwy niewyczerpane.

Pod wpływem Prawdy Niebieski przypomniał sobie o dolinie mlekiem i miodem płynącej. Było to silnie zaprószone wspomnienie, zakłócone przez Głód. Ale – było. Gdzieś na dnie Niebieskiego jeszcze tliła się poświata dwu rzek, rzeki mleka i rzeki miodu.

–       Muszę poszukać morza, do którego wpływają dwie rzeki, rzeka mleka i rzeka miodu, które pamiętam z mojego niezwykłego kraju – odezwał się do Prawdy. – Muszę poszukać źródła, z którego dwie niezwykłe rzeki czerpią swój początek…

–       Nie – przerwała mu Prawda. – W prawdziwym świecie nie ma rzeki mleka ani rzeki miodu. Nigdy nie znajdziesz morza, do którego wpływają. Przykro mi. W prawdziwym świecie tylko Głód jest prawdziwy. Na szczęście można go nakarmić, więc zamiast szukać nieistniejącego morza, lepiej zajmij się swoim brzuchem.

–       A co ze źródłem? – Niebieski nie dawał za wygraną.

–       Zawsze jest jakieś źródło – zgodziła się Prawda. – Źródło, to zupełnie inna historia…

–       Historia? – podchwycił Niebieski. Jego głodne, udręczone serce na chwilę prawie poderwało się do lotu. – Czy to taka historia, którą dobrze jest usłyszeć? Taka, którą wykopuje się głęboko w ziemi jak niewinny, uroczy skarb?

–       Sam musisz się przekonać – Prawda zmrużyła przymilnie swoje jasne oczy – przecież ja też nie wiem wszystkiego – to rzekłszy, pociągnęła Niebieskiego za nadgarstek wprost do dziewczynki, bliziutko.

Kiedy stanął twarzą w twarz z dziewczynką, Głód w środku jego brzucha przybrał na sile…

–       Mam na imię Koniec – przedstawiła się dziewczynka. – Marnie wyglądasz – przechyliła na bok główkę. – Proszę, zjedz to szybciutko – podała mu małe papierowe zawiniątko.

Zdumiał się, bo do tej pory nie musiał niczego jeść – żywił się marzeniami. Ale skoro w prawdziwym świecie jego marzenia utraciły moc sprawczą, skoro dopadł go Głód, nie było innej rady, więc potulnie odpakował zawiniątko. Przez chwilę przypatrywał się bezradnie temu, co odpakował…

–       Kanapka z pasztetką i kiszonym ogórkiem – rzekła Koniec. – Ogórek jest ze sklepu, ale pasztetkę upiekła moja mama – obwieściła dziewczynka dumnie. – No, am-am, posil się w końcu – zachęciła.

Potulnie, choć nieśmiało, ugryzł kanapkę… Cóż za kapitalne uczucie! Ależ niespodzianka! Pszenny chlebek wspaniale oblepił mu dziąsła, pasztetka cudownie rozsmarowała się po podniebieniu, a ogórek dodał temu zjawisku charakteru i zamaszystości. Niezwykłe, fantastyczne uczucie! A najlepsze, że pod jego wpływem Głód zupełnie się załamał, zaś po chwili – napęczniały od kanapki – pękł i prysł jak bańka mydlana. Oczy Niebieskiego zapałały nadzieją, ciało nabrało sił, zaś tuż za mostkiem, blisko serca, ukłuła Niebieskiego nagła, radosna ochota na rozmarzone poszukiwanie jakiegoś źródła…

–       Ubierz się, przecież jest okropnie zimno, a czeka nas jeszcze żmudna droga przez ciemny las – to powiedziawszy, Koniec wręczyła mu lakierowaną torbę.

Niebieski przyjął torbę, ale spojrzał Prawdzie w oczy, kompletnie zdezorientowany.

–       Nie patrz na mnie wyczekująco – uśmiechnęła się Prawda. – Mówiłam ci, że nie znam przyszłości.

–       A tę dziewczynkę znasz?

–       Znam, przecież ja znam wszystkich – Prawda kiwnęła świetlistą głową. – Widujemy się od czasu do czasu – puściła dziewczynce oczko – zwykle na koniec.

–       Koniec, czego? – nie nadążał Niebieski.

–       Och, ubierz się wreszcie! – zakrzyknęły jednocześnie Prawda i Koniec.

Posłusznie otworzył torbę. Znalazł w niej puchową kurtkę, ciepłą czapkę z daszkiem i nausznikami, pięciopalczaste rękawice w granatowym kolorze, skarpety, wiązane buty i… zdziwił się tylko, że wszystkie ubrania są w tak małym rozmiarze – niewiele większym od rozmiaru ubrań Końca. Mimo że pamięć zawsze miał kiepską, jeszcze jak przez mgłę pamiętał potężność swoich skrzydeł, smukły korpus, długie ramiona i nogi… Jak to możliwe, że zmieścił się w stroje niewiele obszerniejsze od strojów małej dziewczynki, która stała naprzeciwko? Zupełnie nie potrafił tego pojąć, a jednak wszystkie części ubrania pasowały na niego bezbłędnie.

–       Ty coś wiesz! – zawołał do Prawdy.

Ale Prawda tylko wzruszyła świetlistymi ramionkami.

–       Tym razem nic ci nie powiem – stwierdziła tajemniczo. – Ja przeważnie mówię różne rzeczy zupełnie nie w porę, więc tym razem pójdę sobie, zostawię was samych…

–       Jak to: zostawisz?

–       Nie obawiaj się, nie na zawsze – uspokoiła Niebieskiego. – Kto raz zaprosił Prawdę do swego serca, z tym Prawda zostanie na dobre i na złe. Prawdy nie roztrwonisz równie łatwo, co Pogardy albo Zwątpienia – uśmiechnęła się przyjaźnie. – Zostawię was na trochę, bo gdzie na stałe gości Prawda, tam trudno o snucie marzeń – odezwała się tajemniczo. – Czasem dobrze odsunąć Prawdę na chwilę, żeby poznać samego siebie, do końca…

To powiedziawszy, rozpłynęła się w powietrzu, jak dobitny, zagubiony pośród śniegów, promień słońca.

niebieski ptak i podróż donikąd bajka 6

–       Chodźże w końcu – Koniec podała Niebieskiemu dłoń i powiodła go w kierunku lasu. Kiedy ich dłonie spotkały się przez grube rękawiczki, Niebieski pomyślał, że zima ma swoje uroki i że mógłby mile ją wspominać, gdyby miał lepszą pamięć. – Musimy skończyć wszystko przed zachodem słońca, w przeciwnym razie całość trzeba będzie zaczynać od początku, a twoja pamięć z każdym dniem jest coraz słabsza – powiedziała Koniec.

–       Nie bardzo rozumiem…

–       Zrozumiesz, kiedy wyjdziemy z lasu – przerwała Koniec. – Nie bój się, przez cały czas będę przy tobie – zapewniła.

Westchnął, uwierzył dziewczynce i pozwolił prowadzić się przez las. Było tu bardzo ciemno, mimo że jeszcze nie całkiem zaszło słońce. Jednak konary dorodnych drzew, ich zmarznięte igły i różne dzikie krzewy rozpościerały się na tyle gęsto, iż z trudem wpuszczały między siebie ostatnie, gasnące, słoneczne przesmyki. Zdawać by się mogło, że ten zbity las był jak jakaś nieprzekraczalna granica, jak zwarty, ciągnący się w nieskończoność żywopłot…

–       Teraz szukaj szyszek – poleciła Koniec.

–       Szyszek?…

–       Nie marudź tyle, po prostu szukaj szyszek!

–       Ale…

–       Co za uparciuch! – roześmiała się Koniec.

Był to czarujący śmiech.

–       Dobrze, poszukam tych szyszek… – speszył się Niebieski. – Ale, jak one wyglądają?

–       Zaraz sobie wszystko przypomnisz!

Posłusznie spacerował razem z Końcem po ciemnym lesie i zbierał szyszki. Rzeczywiście, dość szybko nauczył się je rozpoznawać, ich kształt o czymś mu przypominał, choć nie był pewien, o czym… Pamięć zawsze miał kiepską… Upychał szyszki starannie po wszystkich kieszeniach, a Koniec pląsała wokół niego, nucąc jakąś piosenkę. Nim się obejrzał, wyszli z lasu. Jego kieszenie były ciężkie od szyszek, a serce dudniło w nim, jakby skrzydła jakiegoś ptaka, który szykował się do lotu.

Spojrzał przed siebie – słońce jeszcze nie całkiem zaszło, to dobrze. Rodzice – jej mama i jego tata – martwiliby się, gdyby nie wrócili do domów na kolację. Słońce zachodziło na rumiano.

–       Jaki słodki zachód słońca! – radośnie zawołała dziewczynka.

–       Słodki – zgodził się chłopiec. – Zachodzi na landrynkowo.

–       Niebo jak cukierek, ależ ty masz pomysły! – ucieszyła się, aż podskoczyła z radością.

–       Opowiadałem ci kiedyś, jak byłem niebieskim ptakiem?

–       Niebieskim ptakiem? – zaciekawiła się dziewczynka.

–       Tak – powiedział chłopiec poważnie. – Byłem nie byle jakim niebieskim ptakiem, tylko wyjątkowym, najstarszym ze wszystkich niebieskich ptaków. Wymyśliłem niezwykły kraj, w którym karuzela i huśtawka były zrobione z chmur, i w którym śliwkowe drzewko mówiło ludzkim głosem, i w którym nie trzeba było chodzić do szkoły i przez cały dzień można było wylegiwać się na kocu pod rumianym, landrynkowym niebem. W mojej niebieskiej głowie wziął się początek dla dwu niezwykłych rzek, które płynęły przez dolinę niekończącego się dobrobytu, a potem niknęły daleko, w nieistniejącym morzu – opowiadał dziewczynce, z wypiekami na twarzy.

Szli w głąb doliny pokrytej kołdrą nie obłoku, tylko śniegu. Podobno dawno temu tą doliną płynęły dwie rzeki, ale było to tak dawno, że nikt już nie pamiętał, jak te rzeki wyglądały naprawdę. Gdy chłopiec opowiadał, dziewczynce błyszczały błękitne oczy, przywodząc na myśl dwie łódki z papieru.

–       Kiedy mówisz takie rzeczy, w ogóle nie chce mi się wracać do domu, ani iść do szkoły – wyznała mu.

Sprawiła mu przyjemność tym wyznaniem…

Zatrzymała się w połowie zejścia do doliny i spoglądała w zmierzchające niebo. Do oczu napłynęły jej łzy. Chłopiec troskliwie zajrzał jej w twarz.

–       Martwisz się? – spytał.

–       Martwię – zgodziła się przez łzy.

–       Nie lubisz tej nowej pani w szkole?

–       Nie lubię – pociągnęła nosem. – I jest jedna koleżanka, która stale mi dokucza.

–       Wiesz, w moim niezwykłym kraju nie było zmartwień, smutku, beznadziei i…

–       Jeżeli tak, to po co go porzuciłeś? – spojrzała mu w twarz poprzez łzy. – Trzeba było zabrać mnie do siebie do twojego landrynkowego świata!

–       Gdybym tylko mógł…

–       Zmyślasz i nic a nic ci nie wierzę! – zakrzyknęła z wyrzutem.

–       Ale ty przecież byłaś tam ze mną…

Pociągnęła nosem. Otarła zapłakane oczy wierzchem rękawiczki. Buzia oblała jej się rumieńcem.

–       Byłam tam?…

–       Tak. Na pewno byłaś.

–       A kim ja tam byłam?

–       Słabo pamiętam – zawstydził się chłopiec – ale zdaje mi się, że tym ślicznym śliwkowym drzewkiem… a przynajmniej powinnaś być właśnie nim.

Dziewczynka ucieszyła się wyraźnie. Łzy z jej oczu odpłynęły, oczy stały się weselsze.

–       Chcę, żebyś wiedziała, że chociaż w moim królestwie nie było smutku, łez i kłopotów, za nic w świecie nie chciałbym do niego wrócić – powiedział szczerze. Przyszło mu to z olbrzymim trudem, bo różne rozmowy, a zwłaszcza z dziewczynkami, mocno go peszyły. – Jeśli musiałem stracić skrzydła, żeby spotkać ciebie i się z tobą zaprzyjaźnić, było warto.

–       Wiesz co? – rozpromieniła się dziewczynka. – Myślę, że ty ciągle masz swoje niebieskie skrzydła.

–       Naprawdę? – rozmarzył się chłopiec.

–       Oczywiście – przytaknęła z przekonaniem. – Czasem, jak zmrużę oczy, dobrze je widzę.

Justyna Karolak

Niebieski ptak i podróż Donikąd .pdf  – plik bez ilustracji do pobrania za darmo, objętość 8,5 Mb

Niebieski ptak i podróż Donikąd ilustracje .pdf  – plik z ilustracjami do pobrania za darmo, objętość 9,5 Mb

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (10)
  • w porządku-niezła grzanka (8)
  • potrzebny-smaczny tost (7)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Pingback: TOSTER PANDORY 2016 – BILANS ROCZNY I WYBRANE ARTYKUŁY – Toster Pandory

  2. W zaawansowanym przygotowaniu już znajduje się druga baśń z tego cyklu, tym razem o przygodach małego chłopca, który odkrywa swój cień… Zapraszamy do systematycznych odwiedzin naszego działu Bajki dla Dorosłych i dla Dzieci – kolejne baśnie w dalszym ciągu będą ukazywały się w BEZPŁATNYCH plikach Pdf do pobrania, bogatych w kolorowe, urozmaicone ilustracje :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *