Nieudacznik

Nieudacznik

Prawdziwy upadek komunizmu w Polsce rozpoczął się w momencie, kiedy komunistyczne władze nie były w stanie zapewnić swojemu zasadniczemu zapleczu politycznemu, a więc średniej klasie politycznej PZPR, warunków życia porównywalnych chociaż,do życia średniej klasy społecznej na Zachodzie. Mimo iż ich warunki życia były trzy, a może cztery razy lepsze od przeciętnego zjadacza pasztetowej, to jednak nie przypominały w żaden sposób zachodniego dobrobytu, a dysproporcja ta stale się powiększała…

Nie mówimy tu o bonzach partyjnych, którzy prowadzili podwójne życie ekonomiczne tu i na Zachodzie, ale o aparatczykach rozsianych po różnych kluczowych stanowiskach i urzędach w kraju: to właśnie ta część klasy politycznej pierwsza rozpoczęła emigrację, i to często całymi rodzinami. Byli lepiej wyposażeni, lepiej wykształceni i posiadali jakieś tam środki na start. Dzięki systemowi wewnętrznej dystrybucji posiadali przydziały na mieszkania, talony na samochód i swoje sklepy, gdzie ludzie z zewnątrz nie mogli wejść.

To oni pierwsi, już w latach 70., zaczęli wypychać swoje dzieci na studia za granicę, budując pierwsze przyczółki. Po komunizmie ideowym nie pozostał już żaden ślad, zastępowała go powoli mieszanka bełkotu i propagandy, a kiedy w latach 80. nadchodził nowy kryzys, migracja przybrała wymiar masowy. Najbardziej cierpieli tak zwani „czerwoni baronowie” oraz przedstawiciele władz bezpośrednich. Ponieważ ich emigracja nie była możliwa, starali się więc utrzymać przy władzy, jednocześnie grabiąc pod siebie możliwie jak najwięcej. Kiedy więc nadchodziły transformacje w Polsce, proces grabienia nazywany uwłaszczaniem się na majątku państwowym – był w samym apogeum swojego rozkwitu. W procesie tym ochoczo zresztą brało udział całe społeczeństwo, powstało nawet określenie „kadzone”, które oznaczało „państwowe”, czyli niczyje, więc to nie grzech sobie to zabrać; przecież to nasze, czyli wszystkich, czyli niczyje, a skoro tak – mogę sobie to przywłaszczyć.

Radosny proceder rozkradania państwa został uświęcony społecznym przyzwoleniem: wszystko się załatwiało, trzeba było kombinować, mieć układy, brać i dawać do łapy i „tylko ryby nie brały” – to taki żarcik. Panią w księgarni podkupywało się kawą i czekoladą, panią w przedszkolu – kawą i rajstopami. Na szczeblu państwowym wyglądało to już nieco inaczej i oczywiście szło o inne stawki, ale proceder trwał w najlepsze. Wszyscy ci, których matka źle wychowała i nie potrafili sobie czegoś „załatwić” – uznawani byli za nieudaczników. Komunizm osiągnął swój ostateczny sukces, pełną demoralizację społeczeństwa.

Ale w pewnym momencie dotarliśmy do ściany, już nawet system kartkowy nie zapewniał dostępu do podstawowych dóbr pozwalających na przetrwanie. Polacy nigdy nie rozumieli komunizmu, nie chcieli i nie potrafili go przyswoić. To, co udawało się w NRD, Litwie, Ukrainie, Białorusi, Bułgarii, Rumunii czy Albanii – przybrało u nas szczególną i karykaturalną formę; nie na darmo powszechnie nazywano nas najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym. Ale kiedy doszliśmy do granicy możliwości państwa w systemie socjalistycznym, wszyscy usiedli, zaczęli się zastanawiać, co dalej. Wprawdzie możesz „podpierniczyć” maszynę z zakładu pracy, żaden problem, ale kto ją kupi – jest stara, mało wydajna, trochę zepsuta i nikomu do niczego niepotrzebna – natomiast koszty dostarczenia jej na złom będą większe niż jego cena, a żreć trzeba.

I taka jest prawdziwa geneza Okrągłego Stołu. Nawet Rosjanie nie chcieli już interweniować u nas; mimo wyraźnej prośby pana „Spawacza”, nie było ich na to stać. Tak: po prostu nie unieśliby kosztów utrzymania naszego państwa, bo walczyć nie było z kim, bo przecież nie z własnymi służbami albo ze służbami na utrzymaniu własnych służb. To mijało się z celem, o czym zresztą wyraźnie poinformowano pana generała – swoją drogą: jakim trzeba być idiotą, żeby pojechać tam po interwencję, nie mając nic do zaproponowania? Państwo i tak było podległe, kadry się rozjechały, ekonomia nie istniała, a lud był wściekły i chciał żreć. Aż tak głupi Rosjanie nie byli, by się w to pakować – chociaż gdyby wiedzieli, jak to się potoczy dalej, może dziś wojna hybrydowa byłaby obecna w okolicy Biłgoraju. Na szczęście ich służby analityczne tak były zajęte zszywaniem własnej kołdry, że nie rozpoznały tego zagrożenia w odpowiednim procencie.

Nie wierzycie?

Cóż, możecie. Ale patrzcie na państwo: Ukraina.

Jak myślicie: skąd się bierze permanentny chaos w tym kraju?

Przypomnijmy, iż czarnoziem Ukrainy mógłby wyżywić całą Europę.

Na Ukrainie występuje ponad 90 rodzajów kopalin użytecznych, do tej pory odkryto 8 tysięcy złóż. Zasoby naturalne dzielone są na trzy grupy: zasoby paliwowo-energetyczne, rud metali i niemetaliczne. Na terytorium Ukrainy skoncentrowane są wielkie zasoby ród manganowych i żelaza, uranu, węgla koksującego, siarki rodzimej, soli kamiennej i potasowej, surowców do produkcji cementu. Ukraińskie zasoby mineralne i surowcowe są jednymi z najlepszych jakościowo zasobów na świecie.

Ale przeciętny Ukrainiec wpiernicza kartofle z ziemniakami, jak jest zaradny – polane tłuszczem, jeszcze bardziej zaradni pracują na Zachodzie, czyli u nas; zabawne – prawda? No cóż, Ukraińców to jakoś nie śmieszy. W roku 2015. gospodarka Ukrainy miała najgorszy w Europie Wskaźnik Wolności, a zarazem jeden z najgorszych w ogóle na świecie. Zajmuje 162. miejsce ze 178 państw, które wzięto pod rozwagę.

Jak to możliwe – czyżby cud?

Ale wracajmy do Polski: to też piękny kraj.

Przy Okrągłym Stole służby ustaliły, co następuje: jesteśmy w dupie, Ruscy mają nas w żopie, Niemcy są zajęci jednoczeniem, państwo jakby trochę nie istnieje, jaja się skończyły, a na rozbiory nie ma co liczyć, musimy się jakoś dogadać. I może ktoś w końcu wziąłby się do roboty.

Kiedy już nie było czego kraść, pozostał potencjał i, jak to mówią dziś „zasoby ludzkie”, które spuszczono z łańcucha – nazywało się to reforma Wilczka. Do dziś wielu wspomina ten czas ze łzą w oku.

Szanowni Państwo, język, jakiego używam, nie jest literacką transpozycją sytuacji ekonomicznej naszej ojczyzny, jest informacją wynikającą z moich doświadczeń oraz szeregu rozmów, które odbyłem w tym czasie z właściwymi ludźmi.

No i ruszyło się. Na bazarach i w wielu małych sklepikach powstały fortuny ludzi o złotych zębach, a rozkradzione dobra zaczęły nabierać wartości; to, co wcześniej było bez wartości, nagle okazało się wartościowe; to, co czekało na właściciela, okazało się nagle go mieć. Na rynku naszych wartości społecznych nagle pojawiła się dawno oczekiwana jakość – pieniądze.

Miliony Polaków stworzyło swoją pracą i poświęceniem bazę finansową do urealnienia się finansowych przekrętów nomenklatury. To ona stała za uwolnieniem rynku finansowego, oczekując wymiernych zysków, i uzyskała go. Rynek ten nigdy nie był wolny do końca, zawsze nad nim czuwały służby, realizując swoje cele; manipulowały tym rynkiem, uwalniając lub zamykając różne jego elementy wraz z ludźmi reprezentującymi te poszczególne segmenty. Nie, nie ma cudów; nikt nie tworzy wielkiego biznesu, czyszcząc buty – tak się nie dzieje, a na pewno się tak nie dzieje w kraju kompletnie zindoktrynowanym przez zorganizowane i zdeterminowane służby specjalne.

Ale nie da się w pełni ogarnąć rzeczywistości, która rozwija się gwałtownie we wszystkich kierunkach równocześnie. Dlatego sektor zajmowany przez służby zaczął wymykać się spod kontroli, udział w tym miały oczywiście organizacje mafijne w połowie finansowane przez obce służby wywiadowcze. To może się wydawać dziwne, ale niestety tak jest. Nie mam na to dowodów, bo gdybym miał, już dawno bym nie żył, tak jak ci, którym się wydawało, że mają. Czy przypominacie sobie nazwiska?

No, ale – nie o tym jest ten artykulik na tym portaliku. Tak, to żarcik podszyty strachem.

W każdym razie, mniejsza o to; okazało się, iż „kapitał ludzki” jest znacznie bardziej wydajny niż pierwotne założenia i nie pomaga na to wszelka nałożona na niego systematyka. A poza tym nagle doszli do głosu ci, którzy kryją się pod nazwą „milcząca większość”. Nie, nie, nie – to jeszcze nie Wy, Drodzy Obywatele, do Was droga pozostaje jeszcze daleka.

Tu chodzi o setki tysięcy urzędników, świat się zmienił, historia się zmieniła, ustrój się zmienił. Ale oni pozostali. Rozumiecie? Wszystko się stało, doszło do przemian, a w gminie „Gnojna” siedział dalej „pan Kowalski”.

Pan Kowalski zawsze był Polakiem, zawsze chciał dobrze, ma nawet poglądy i jest katolikiem, przecież chodzi do kościoła, a jego dzieci są ochrzczone, ale w pracy jest stanowiskiem C24, i jest! Nie wiem, jak opisać istnienie pana Kowalskiego ze stanowiskiem C24: nie produkuje, nie może być kreatywny, głównym zajęciem pana Kowalskiego jest niepodpadanie, a ponieważ pan Kowalski nic nie potrafi, nic nie umie zrobić i niczego nie udowodni, jego głównym zajęciem pozostaje survival. Czy słyszeliście kiedykolwiek o protestach urzędników?… A podwyżki dostają. Jak to możliwe – cud?

Od szczebla gminy po szczebel ministerialny: tabuny urzędniczych miernot – ludzi, którzy w życiu nie zrobili nic użytecznego, którzy nie potrafiliby zaistnieć gdziekolwiek poza swoim układem, którzy do sklejenia krzesła wołają fachowca – nagle zaistniały. Nie żeby zaczęli jakoś istnieć rzeczywiście, ale zostali powołani jako siła wyborcza. I nagle cała masa ludzi w tandetnych krawatach w kratkę i wygniecionych spódnicach do kolan – okazała się siłą wyborczą.

Objawienie to miało miejsce w czasie, kiedy uzyskiwaliśmy stabilizację ekonomiczną, czyli we właściwym czasie; wcześniej nikt ich nie szanował – bo niby za co? Bierny, wierny, ale mierny – to przysłowie było wyznacznikiem istnienia niższej klasy urzędniczej, a ponieważ zabrakło tych co zdolniejszych, którzy już dawno uciekli na Zachód, pozostała klasa ludzi kompletnie nijakich ze specjalnością „surwiwal urzędniczy”. Kiedy ci ludzie rozejrzeli się wokoło i okazało się, iż pana nie ma, bo komuniści pouciekali reformować świat zachodni, doszli do wniosku że są: „Elita”.

Elita! Naprawdę?…

Wyobraźcie sobie człowieka, który całe życie wypełniał rubryki w formularzach od punktu 16 do punktu 21, miał porządek na biurku i nie spóźniał się do pracy, który dochodzi do wniosku, że jest elitą tego kraju. Co pierwsze przychodzi mu do głowy, kiedy ma przerwę śniadaniową? Tak, dokładnie, macie rację – łapówka! Przecież jest elitą i ma obowiązki, musi być kulturalny, inteligentny, i, no, taki, jak to powiedzieć: współczesny czy nawet postępowy (to jeszcze pamięta po panach, co tu rządzili, że ma być postępowy, przecież). A to kosztuje, a sam za to płacić nie będzie – weźmie to od nas: nieudaczników, roboli, złodziei i podatników… nawet sam nie wiem, co gorsze.

Nieudacznik 3

I tak niosąc sztandar wolności – nagle zostaliśmy z tyłu!

Przed nami stoją w kolejce do prawa bycia prawdziwym człowiekiem i Europejczykiem różni pretendenci informujący społeczeństwo, że – po pierwsze – jest podłe, po drugie – głupie, po trzecie – niech i tak się cieszy, że dostaje jakieś pieniądze, a nie tylko baty; a w ogóle to: zamknijcie pyski chamy jedne, bo to mowa nienawiści jest.

Jeszcze nie wiesz, czego nienawidzisz, ale już wiesz, że jakbyś tylko chciał, to możesz nienawidzić wszystkich tych, których musisz utrzymywać. No, co się tak dziwisz? Ktoś musi na to zarobić!

Cała ta „mętownia” pozostała po wszelkiego rodzaju służbach, urzędniczych ściekach, politycznych przestępcach, medialnych szumowinach – chce, żebyśmy na nią pracowali. My, nieudacznicy, którzy się nie załapali na „wyżerę” po resztkach.

Traktowanie obywatela jako potencjalnego przestępcy gospodarczego, wieczne zagmatwanie praw obywatelskich, mafia prawniczo-sądowa, urzędniczy serwilizm i przede wszystkim nieuleczalna zachłanność – są wyznacznikiem poczucia wolności części naszego społeczeństwa, które nigdy nie pogodzi się z rzeczywistością i będzie rozdzierać szaty, szmaty tak pod krzyżem, jak pod pomnikiem Lenina, bo dla tych ludzi nie istnieje większa wartość, niż tylko nachapanie się. To ich znak wypalony na czole, po czasie wielkiego głodu. Oni nie są w stanie żyć w społeczeństwie, ponieważ nienawidzą go – jednoczą się czasem, ale tak naprawdę chcą tylko, żeby ich pogrzeb był bogatszy od pogrzebu sąsiada.

Nie wierzycie? Zapytajcie ich. Śmiało, oni się nie wstydzą i powiedzą Wam o tym.

Całe to gadanie o Polsce jest nic niewtarte, jeśli tylko mój pomnik na cmentarzu nie będzie odpowiednio „wypasiony”. Tak myślą ludzie z obydwu stron barykady, bo to jedno i to samo pokolenie jest. Przegrani ludzie dekady, których już czas omija, czy walczą o wiarę, czy o demokrację, chodzi im o to samo: o moje-swoje zgniłe jajo pogardy dla innych. Za nimi idą ich dzieci, ale twarze tych dzieci są naznaczone cynicznym, marketingowym uśmieszkiem, i po tym można ich rozpoznać: nie są w stanie już kłamać tak jak rodzice, więc wstydzą się, a wstyd maskują uśmieszkiem; a co dziwne, nawet wiedząc o tym, nie są w stanie się go pozbyć, taki rodzaj „karmy” czy przekleństwa.

Temu wszystkiemu trochę beznamiętnie, a trochę w sposób rozbawiony przygląda się nadchodzące pokolenie. I cieszy mnie to, ponieważ litości – nie będzie. Dla tego pokolenia po prostu jesteście niezrozumiali; Wasze ambicje, Wasze modlitwy, Wasze oczekiwania są nie tyle żałosne, ile po prostu niepraktyczne. A oni nie tolerują rzeczy niepraktycznych, i wyrzucają je tam, gdzie ich miejsce: na śmietnik…

Będą się natomiast bardzo dziwić Waszym narzekaniom. Bo to śmieszne, że na śmietniku historii „katol” nie chce leżeć koło „komucha”.

Leonard Jaszczuk

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (5)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *