Niezależność poglądów — człowieku: broń się!

 

 

Niezależność poglądów człowieku broń się

Manifest Humanistyczny wydany w 2002 roku na Światowym Kongresie Humanistycznym w Holandii, zaakceptowany także przez Polskę (tzw.: Deklaracja Amsterdamska; wcześniejszym ważnym Manifestem Humanistycznym był ten sformułowany w roku 1993 — przyp.: J.K.) powołał się na następujące motto: Wszyscy różni — wszyscy równi: prawa człowieka, różnorodność, humanizm.

Idea nie tylko słuszna, szlachetna, ale też nadzwyczajnie potrzebna w XXI wieku dla rozwoju istoty, jaką jest człowiek. Idea oparta na szacunku wobec wszystkich sfer człowieczeństwa tych sfer wynikających z korzeni, z pochodzenia, i tych intelektualnych, osobniczych, duchowych. A dziś idea ta zamienia się we własne przeciwieństwo, jak szpetna narośl na niegdyś zdrowej skórze. Bo dziś równość ludzi, mimo żywiołowych deklaracji tak społeczeństw, jak polityków reprezentujących te społeczeństwa, nie zachodzi już na poziomie uznania różnic pomiędzy poszczególnymi jednostkami. Wbrew licznym deklaracjom na ten temat — świat, rozumiany tu jako Kultura Zachodu, domaga się od ludzi jednośladowości, czyli podobieństw, a nie różnorodności. Różnorodność stała się powodem do wstydu, stała się czymś niewłaściwym i ordynarnym, czymś, co należy tępić lub przynajmniej sprawnie pętać i uśmierzać. Zachód wypiera z siebie dawne zdrowe postulaty humanistyczne, tłumiąc w swoich społeczeństwach przebłyski oryginalności czy śmiałości do wyrażania własnych, niezależnych poglądów.

Różnice pomiędzy poszczególnymi ludźmi są tym walorem, który bezwzględnie zasługuje na obronę. To różnice pomiędzy nami, poszczególnymi jednostkami, pozwalają na interesujący dyskurs. Dyskusja w obrębie zwolenników jednej idei nie jest budująca, nie jest odżywcza, bo zamknięty zbiór przekonań, opinii, poglądów opiera się na poczuciu przynależności, a stąd już tylko niewielki krok do fanatyzmu. Zauważmy, że dzisiejsze mass media w Polsce (w przewadze będące kapitałem niemieckim, nie wahajmy się podkreślić tego faktu) prezentują dyskursy właśnie w obszarze zwolenników jednej idei. W ten sposób media manipulują odbiorcą, polaryzując percepcję odbiorcy w kierunku jednego tylko skrzydła danego problemu. Na przykład zaprasza się do studia telewizyjnego zwolennika PO i przedstawiciela KOD-u, którzy opisują to samo zjawisko nieco innym językiem, w ten sposób tworzy się dla widza pozór dyskursu, w rzeczywistości prezentując stanowiska pokrewne, wynikające ze “wspólnego interesu”. Albo pisze się artykuł pt.: “Gdzie Wałęsa? Nie ma. Są za to Lech Kaczyński i Szydło – ‘Die Welt’ ostro o wystawie w Bundestagu”; źródło: wiadomości.gazeta.pl, artykuł z dnia 11.06.2016r., autorstwa Moniki Margraf. W pierwszym zdaniu tego artykułu autorka podaje: „‘Tak Polska ośmiesza Niemcy w Bundestagu’ – ocenia ‘Die Welt’, opisując wystawę o relacjach polsko-niemieckich, przygotowaną przez warszawskie Muzeum Historii Polski”. Manipulacja odbiorcą zawiera się już w tej pierwszej wypowiedzi artykułu, gdyż mówi ona, że niemiecki dziennik zauważył nieuczciwość polskiego rządu (mówiąc oględnie). Jeśli jednak czytelnik zagłębi się w ten temat, bez trudu odkryje, że niemiecki dziennik “Die Welt” wcale nie krytykował polskiego rządu — autorką tegoż wyjściowego artykułu w “Die Welt”, na jaki powołuje się gazeta.pl, jest… korespondentka z Polski nazwiskiem Monika Margraf, będąca na co dzień pracownikiem gazeta.pl, mieszkającym w Warszawie. 

Polaryzowanie świadomości i rozumowania odbiorców na jedno skrzydło danego problemu wytłumia naszą świadomość niezależną. Pozorny, iluzoryczny dyskurs obecny w mediach osłabia naszą czujność i tym samym niezależność. A tłumienie naszej niezależności w myśleniu i wyrażaniu własnych poglądów odbywa się dzięki rugowaniu ze współczesnego świata różnorodności, w jej miejscu umieszcza się za pomocą medialnych przekazów ową jednośladowość (nie tylko przekazy mass mediów korzystają z tego rodzaju manipulacji; korzysta z niej nowoczesne kino i inne sztuki wizualne, choć w tym artykule nie miejsce na przytaczanie licznych przykładów z dziedzin sztuki i popkultury).

W jaki sposób odbywa się rugowanie ze współczesnego świata różnorodności? Otóż z jednej strony jest to proces bardzo prosty czy łatwy do zdemaskowania, z drugiej jednak podstępny i zawiły. Podstawowym kluczem do zrozumienia tego procesu jest miano “poprawność polityczna”, która zwłaszcza we współczesnej Europie zbiera swoje najbardziej przerażające żniwo.

Polityka Unii Europejskiej przekonuje nas, Europejczyków, że jest rodzajem wspólnoty, która unosi się skutecznie ponad formalnymi i geograficznymi granicami, dbając o wspólny europejski interes rozumiany jako dobro ogółu wielu różnych — społeczeństw. Z tej postawy wynikają wszelkie unijne standardy dotyczące np. żywności, ale także obyczajowości. Stąd pod pozorem kulturowego tygla różnorodności doprowadza się do państw członkowskich UE imigrantów wszelkiej maści; w tym miejscu dodam, że użycie przeze mnie sformułowania “wszelka maść” jest dalece niepoprawne politycznie, wyłamujące się z zaklętego wianuszka uplecionego z semantycznych sloganów proponowanych przez UE. Mimo że sformułowanie “wszelka maść” w mojej intencji w tym kontekście dotyczy różnych obszarów kulturowych, zwolennicy owej poprawności politycznej powiążą je raczej z kolorem skóry, pochodzeniem etnicznym, a więc w następstwie tego posądzą mnie o rasizm. W ten oto sposób odbywa się proces rugowania ze współczesnego świata wolności wypowiedzi i niezależności podglądów — odbywa się on i toczy pod pozorem dobra wyższego wynikającego ze zniesienia różnic pomiędzy ludźmi, obywatelami różnych krajów, spadkobiercami różnych historii, różnego systemu zarządzania i wyrazicielami różnych systemów etyki oraz różnych religii.

Wolny duch nie zna ograniczenia wynikającego z narzutu zewnętrznego, np. politycznego. Wolny duch rozumie, że obywatel Iraku różni się od obywatela Syrii i od obywatela Polski — i nie: nie mówię tu w żadnym razie o kolorze skóry, ani nawet o wyznawanej religii; mówię o różnicach w uznawanych i głoszonych systemach wartości, o różnicach wynikających z przyzwyczajeń kulturowych, o różnych rodzajach wrażliwości, z których część “wysysamy z mlekiem matki”, czyli z których część odziedziczamy w efekcie przynależenia do danego rewiru kulturowego, a z których część nabywamy w nieświadomej i świadomej drodze kształcenia i gromadzenia własnego doświadczenia.

Niezależność-poglądów-człowieku-broń-się1

Lecz polityka UE wymusza na nas odrzucenie w naszym analizowaniu rozmaitych problemów tych międzykulturowych różnic. Poprawność polityczna każe nam zapomnieć o korzeniach, jak i o teraźniejszej potrzebie wyrażania samego siebie, swoich osobistych, niezależnych poglądów i popatrywań na rzeczywistość.

Zgodnie z linią pseudodyskursu wynikającego z poprawności politycznej, za pośrednictwem medialnych przekazów mówi nam się, że tygiel międzykulturowy wprowadzony do dowolnego kraju UE służy wzmocnieniu owej równości w międzyludzkich różnicach, a jest to postulat fałszywy, bo niemożliwy, nikczemny i niemający nic wspólnego z przytoczonym we wstępie Manifestem Humanistycznym. Posiłkując się w tym miejscu wątkiem imigrantów rzekomo syryjskich w krajach europejskich takich jak np. Niemcy czy Francja, warto zauważyć, co mówią bezrefleksyjni zwolennicy tej idei transferu do Europy ludzi pozostających w doskonałej sprzeczności z kulturą Europy. Mówią: nieważne, skąd pochodzisz; nieważne, w co wierzysz; akceptujemy cię takiego, jakim jesteś. Piękne słowa, nieprawdaż? Otóż: nie. Te słowa jedynie ładnie brzmią. Lecz co naprawdę się za nimi kryje? Poprawność polityczna, która jest wydmuszką — postawą nadmuchaną niby szlachetnym wdziękiem. Poprawność polityczna, która jest radosnym balonikiem wypełnionym helem — jest dziecięcą fraszką, zabawką, czymś kolorowym i miłym. Jej głębokie echo jawi się natomiast czymś zupełnie innym; to echo nie jest mięciutkie i różowe — to echo, to np. zamach islamskich terrorystów w redakcji Charlie Hebdo, a ostatnio pogrom z karabinu maszynowego syna imigrantów z Afganistanu (pogrom w klubie gejowskim w Orlando na Florydzie)…

To, skąd pochodzę, to, w co wierzę, w co nie wierzę i co myślę — ma znaczenie kolosalne. Ja jako człowiek mam prawo do głośnego wyrażania swoich indywidualnych poglądów (oczywiście bez korzystania z przemocy werbalnej i fizycznej). A poglądy moje wynikają z uwarunkowań zewnętrznych (np.: wychowanie, pochodzenie) i wewnętrznych (np.: intuicja). Jako człowiek wolny we współczesnym świecie chcę zachować moje prawo do wyrażania nie tylko aplauzu wobec idei, które osobiście uznaję za słuszne, ale i do wyrażania niechęci czy obawy w stosunku do idei, które uznaję za wadliwe, niesłużące czy niebezpieczne. Jako człowiek wolny potrzebuję móc bronić mojej naturalnej niezależności poglądów. Jako człowiek wolny jestem również wyrazicielem czy manifestacją tzw. wolnego ducha, który brzydzi się cenzurą oraz sztucznym nadawaniem różnym ludziom etykiet. Który brzydzi się poprawnością polityczną.

Dzisiejsza Europa każe mi spętać mojego wolnego ducha, a swoje nakazy wydaje półgębkiem, między wierszami i niby niechcący. Każe mi powtarzać na głos jedynie dyktowane przez środki masowego przekazu i płytką kulturę obrazkową slogany. Każe mi rozpatrywać człowieczeństwo opieczętowane etykietami: zamiast dyskutować publicznie o relacjach kobiet i mężczyzn, każe mi się rozprawiać o relacji feministek i szowinistów. Zamiast dyskutować o niebezpieczeństwach związanych z napływem do Europy uchodźców z Iraku i Afganistanu, każe mi się otwierać ramiona dla bez wyjątku każdego, a każdą moją obawę okłada się z punktu krzywdzącą mnie etykietą: ksenofobka, rasistka, nazistka, faszystka (w nurcie poprawności politycznej złowrogich “izmów” służących za zacne epitety ci pod dostatek). Zamiast dyskutować o sytuacji gospodarczej w Polsce, każe mi się stać po prawej albo lewej stronie — tymczasem mój wolny duch nie sympatyzuje z żadną frakcją polityczną, nie życzy sobie stosowania wobec mnie żadnych etykiet.

Kiedy mówię, że na refundowanie in vitro mogą sobie pozwolić jedynie bogate społeczeństwa, a do takich Polska się nie zalicza, zarzuca mnie się, iż w całości popieram partię PiS. Kiedy poprę wycięcie chorych świerków w Puszczy Białowieskiej, zarzuci mnie się, że jestem “wstrętnym PiSuarem”. Kiedy stwierdzę, iż dostrzegam luki w programie 500+, usłyszę, że jestem “obrzydliwym POwcem”. Wybaczcie te trywialne przykłady, ale do nich właśnie sprowadza się obecnie nasz społeczny, polski — i europejski — “dyskurs”.

Moi znajomi wybrali się na wycieczkę do Lwowa. Urzekło ich, że w Ukrainie można ugotować w domu pierogi albo inną potrawę — własną, prostą, wynikającą z tradycji rodzinnej i regionalnej — po czym można wynieść tę potrawę przed dom, można usiąść na kocu na krawężniku i można sprzedać te kulinarne domowe twory, zapakowane do słoików. W Polsce nic podobnego nie można — na wszystko trzeba posiadać zezwolenie od władzy; nie można wyjść sobie przed kamienicę czy blok i sprzedać za parę groszy schabowego z modrą kapustą. Jednak dla Ukraińców Polska jest synonimem zachodniego dobrobytu — my, Polacy, już świetnie wiemy, że coś takiego jak obietnica łatwo dostępnego dobrobytu płynącego z Zachodu, to była próżna, otumaniająca, niedotrzymana obietnica. Jednak dla Ukrainy Polska to wielki, bogaty świat — nie tylko wielki, suty Zachód, ale przede wszystkim państwo członkowskie UE, a więc mianujące się wysokim poziomem ekonomicznym i standardem socjalnym. Tak prezentujemy się z perspektywy Ukraińców, ponieważ poziom biedy tam, nie wspominając o tłamszeniu niezależności narodowej, kulturowej i gospodarczej Ukrainy przez Rosję, znacznie przerasta poziom biedy Polaków. Jednak jeżeli baczniej się przypatrzyć, to różnica między poziomami Ukrainy a Polski jest dziwnie czy krucho cienka. Gdyby Ukraina dostąpiła tego wątpliwego zaszczytu i została przyjęta do UE — co oczywiście nigdy nie nastąpi — dość szybko zorientowałaby się, jak niewiele korzyści z tego wynika. Zwłaszcza jeśli rozpatrzymy rzecz z punktu zarobków średniej klasy społeczeństwa, wtedy zobaczymy nader wyraźnie, że standardy unijne zupełnie nas nie obowiązują. Zresztą UE — w tym kształcie, jaki znamy dzisiaj — już jest wyczerpującym się, przebrzmiałym, a raczej niespełnionym, tworem. Ten twór musi — mniemam, że już wkrótce — pęknąć, rozkruszyć się, i moim zdaniem tak właśnie się stanie. Myślę tak głównie dlatego, że w historii nie istniało imperium europejskie, które mogłoby posłużyć współczesnej Europie za rzetelny punkt odniesienia (Cesarstwo Rzymskie jako takowy punkt odniesienia z gruntu skazane jest na upadek, a lepszego wzorca w tej materii nie znamy). Nie zagłębiając się w tej chwili w szczegóły, uważam, że za przysłowiowe pięć minut z UE wypisze się Anglia, w jej ślady pójdzie Francja, i to będzie zdecydowany początek końca UE.

Niezależność poglądów człowieku broń się2

Wracając do zagrożeń wobec wolnego ducha, a więc wobec niezależności w wypowiadaniu poglądów, wobec człowieczeństwa i humanizmu — owa poprawność polityczna silnie nadużywana przez Europę, de facto pozostaje wymysłem Ameryki. Tak, drogi czytelniku, to nie europejskie radosne, cudnie wygadane, by nie powiedzieć, że pyskate, panienki w grzecznych warkoczykach, same siebie nazywające feministkami, to nie europejskie środowiska wesoło lewicujące (czy raczej lewitujące ponad poziomem brudnej podłogi, którego to brudu się nie dostrzega, jak się buja noskiem w obłokach i wśród nieba wyściełanego promienną tęczą) wymyśliły miano poprawności politycznej — otóż: nie, wymyślili je Amerykanie.

To USA ma sporo za uszami, mówiąc kolokwialnie, jeśli chodzi o handel czarnoskórymi niewolnikami, i to w USA, z chęci odkupienia tych ponurych win, narodziła się idea słodkiej poprawności politycznej. Ale ta poprawność polityczna — tam, w Ameryce — już się przejadła; w tej chwili obserwujemy ciekawy moment na światowej scenie politycznej: oto nadciąga prezydent Donald Trump (temu kandydatowi na prezydenta mogłabym poświęcić co najmniej kilka osobnych artykułów, dziś jednak nie o tym panu).

Za rządów Trumpa cała wesoluchna i naiwna poprawność polityczna zostanie błyskawicznie zmielona i zamieniona na, na pewno mniej wesoły, ale za to o wiele bardziej charakterystyczny i efektywny, nacjonalizm amerykański — i dobrze się zrozummy: ja nie o tym, że cieszę się i zacieram ręce na hasło “nacjonalizm”, bo mnie ten “izm” zwyczajnie brzydzi i trwoży; ja o tym, że tak jak Ameryka wymyśliła dla siebie i Europy poprawność polityczną, tak dokładnie ta sama Ameryka tę samą poprawność polityczną zakończy, i zapoczątkuje zupełnie inny trend w patrzeniu na rzeczywistość. I to, co mówię — to, że chcę naszkicować pewną tendencję w polityce światowych mocarstw — nie oznacza, że ja coś popieram, a coś szykanuję.

Ja mówię co innego: że na świecie, nie tylko w Ameryce, następuje nawrót radykalizmu, a dzieje się tak, ponieważ rządy lewicujące poległy, nie sprawdziły się w żadnym ze swoich postulatów podawanych społeczeństwom w różowych papierkach po cukierkach. Nie sprawdziły się, i teraz dogorywają, leżą i popłakują, skrywając łzy przegranej za różowym uśmiechem. Nie sprawdziły się — i to już jest koniec pomysłów lewicowych (czy neo-liberalnych); świat już od znacznego czasu obrazuje inną propozycję myślenia i o polityce, i o społeczeństwach — tą propozycją jest dogłębny, bezkompromisowy z definicji radykalizm, a Trump jest obecnie najbardziej malowniczym, silnym akcentem tej propozycji. A gdyby ktoś z Państwa miał wątpliwości, czemu w ogóle przywołuję postać Trumpa w tym artykule, wtedy informuję uprzejmie, iż prezydenturę jakiegoś tam Trumpa w jakiejś tam Ameryce odczuje dosłownie każdy z nas, Polaków: odczuje dobitnie i na poziomie prywatnej kieszeni, i światopoglądu.

Bardzo ciekawe jest to, że kraje dziś najgłośniej chełpiące się swoją poprawnością polityczną, jeszcze całkiem niedawno niewoliły ludzi i wykorzystywały różnorodność ludzką, traktując czarnoskórych jak zwierzęta, i zastanawiając się głośno, czy “czarny może mieć duszę”. W tym miejscu przypomnę, że ostatnie zoo z ludźmi (było to zoo w Belgii) zamknięto dopiero w 1958 roku! Cóż — zapewne nikt nie jest wolny od kompleksów, ale wolnemu duchowi nie wolno narzucać niewoli własnych kompleksów.

Ale o czym faktycznie jest ten artykuł? Ano o tym, że należy koniecznie bronić niezależności swoich poglądów, przy jednoczesnym zachowaniu intelektualnej czujności. O tym, że należy koniecznie komentować w sieci zdarzenia takie jak ACTA, a dziś TTIP (druga po ACTA duża umowa dyskutowana i ustalana poza świadomością społeczeństw, chociaż to właśnie społeczeństwa, z naciskiem na klasę średnią, treść tej umowy dotknie bezpośrednio. Szczegółowy pełny artykuł o TTIP przeczytacie na łamach Tostera Pandory tutaj). O tym, że należy koniecznie kupować warzywa na kanapki i na surówki nie w hipermarketach (w dyskontach będących obcym kapitałem), a na ryneczkach, u polskich rolników. O tym, że kiedy islamista ucina głowę brytyjskiemu wolontariuszowi, to należy koniecznie powiedzieć głośno, że za zbrodnią tą stoi jak byk: religia. I nie jakaś, nie nie wiadomo jaka czy dowolna religia, tylko dokładnie ta: islam.

Poprawność polityczna wpompowywana w nas jak słodki syrop na kaszel, odbija się gorzej niż lekarstwo udające smakołyk. Za tę poprawność polityczną odpowiemy wszyscy, choć już dzisiaj każdy z nas obrywa za nią rykoszetem, ponosząc mniejsze bądź większe koszty osobiste. Powtórzę: za tę poprawność polityczną odpowiemy wszyscy, a jako pierwsze odpowiedzą te środowiska i jednostki, które są jej najgorętszymi miłośnikami. Powtórzę raz jeszcze: za tę poprawność polityczną odpowiemy wszyscy (Polska, Europa, Wschód Bliski i Daleki, i Zachód), choć ta “poprawność” już umiera. Jednak zanim umrze doszczętnie, jeszcze objawią się jej dalsze konsekwencje, i to Ty i ja — te konsekwencje poniesiemy.

Jedną z tych konsekwencji jest coraz ekspansywniej objawiający się konserwatyzm, fundamentalizm, radykalizm. Te postawy są światu potrzebne, bo tylko one mogą odcedzić ów mętny kożuch neo-liberalizmu, który rozsiewa szkodliwy szum informacyjny, który nie nazywa rzeczy po imieniu, który mami i kłamie, który udaje, który istnieje, ale niczego nie tworzy i nie buduje. Właśnie dlatego nadchodzą radykałowie. Słyszysz, jak idą? Słyszysz, jak równo, rytmicznie, przemyślanie maszerują?… To właśnie oni — radykałowie — zbudują mury obronne i fosy. Oni będą się okopywać, izolować i kreować bardzo zimny, wyrachowany świat, nieuznający rozwiązań połowicznych. Oni są światu potrzebni właśnie dlatego, że neo-liberalny świat ich zawiódł, więc teraz muszą go przefiltrować, odcedzić — i tym sposobem uratują wyłącznie to, co ich zdaniem niezbędne, co kluczowe i czyste.

Oczywiście, że istnieje i druga strona tego medalu: nawrót radykałów będzie dla nas wszystkich groźny; to pierwsza z poważnych konsekwencji, jakie poniesiemy wskutek podskórnego idiotyzmu i błędów strategicznych neo-liberałów. I właśnie dlatego tym bardziej istotny staje się wolny duch — człowiek, który brzydzi się cenzurą, który myślą i słowem stawia opór wobec wpompowywanej wszem i wobec jednośladowości, który uwielbia i szanuje międzyludzkie różnice, ale który gardzi fanatyzmem… Coraz bardziej istotny staje się wolny duch, czyli ten człowiek, który jest gotowy na zmiany, który słyszy zbliżające się, rytmiczne kroki i który gotów jest bronić swojej niezależności. Bo wolny duch przede wszystkim jest niezależny — ale czym jest niezależność? Jest suwerennością, którą należy w zdrowy sposób chronić, której broni się jak najpiękniejszego skarbu.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (7)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (6)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *