Nosić krawat i pięknie pachnieć

Można nosić krawat i pięknie pachnieć kosztownymi perfumami, znać języki obce, być ogólnie i szczególnie oczytanym, umieć wypowiedzieć się na każdy temat, wszędzie potrafić zademonstrować swój nowoczesny gust oraz na każdym kroku przynosić światu oświecenie.

Można nosić krawat i pięknie pachnieć, i interesować się biedą przypadkowo spotkanego bezdomnego.

Można nosić krawat i pięknie pachnieć, i współczuć uchodźcom można, a przy tym można być człowiekiem dogłębnie zimnym i nieempatycznym, który obdarowuje czułostkowością jedynie wybrane, jaskrawe przypadki cudzego nieszczęścia, a który zupełnie nie umie dostrzec średniej klasy społeczeństwa, ponieważ uwielbia paradować wyłącznie w sferach wysokich, od czasu do czasu – dla poprawy własnego samopoczucia – zaglądając przez szparę w drzwiach do sfer najniższych, tych najbardziej przez życie upodlonych, by poprawić samemu sobie humor i zyskać fałszywe poczucie, że się komuś wielce pomogło, obdarowując najnędzniejszego nieszczęśnika swoją zacną, uprzywilejowaną uwagą.

Idąc przez moje skromne życie, wiele razy widywałam tego rodzaju osobników. Byli obecni i w latach 80., i 90. poprzedniego wieku, i w roku 2000… W 2016 i w 2017 – też. Istnieli w PRL-u, istnieją i w systemie specyficznej polskiej demokracji XXI wieku. Przez wszystkie te czasy zmieniały się jedynie kolory krawatów, niekiedy much, i zapachy perfum; twarze bywały nieco inne, raz chudsze i poważniejsze, innym razem obło nalane, bardziej miękkie. Ale zawartość tych osobników – za każdym razem była taka sama. Każdemu z nich towarzyszyło przeświadczenie o własnej wyjątkowości i lepszości, podczas gdy w rzeczywistości żaden z nich niczym się nie wyróżniał.

Bo różnice były powierzchowne – jeden pan znał się na historii sztuki, inny z lubością grywał w szachy, jeszcze inny zajmował się matematyką… Szerokie spektrum dziedzin uprawianych przez tych osobników nigdy nie miało jednakże żadnego znaczenia – istotą tej ilustracji pozostaje pewna charakterystyczna, występująca u tychże osobników, bezpardonowa potrzeba obdarowywania świata swymi wybitnymi osądami, za każdym razem wygłaszanymi w sposób kategoryczny, bezkompromisowy, nierzadko cyniczny, choć zawsze skrywany pod pozorem wypełniania wielkiej misji względem świata.

Unikam tego typu ludzi jak najniebezpieczniejszego ognia. I ubolewam nad tym, jak wielu z nas ulega ich pozornej, zakłamanej elegancji. Pod spodem tej elegancji kryje się głęboka, wręcz organiczna potrzeba gromadzenia i posiadania dóbr zarówno materialnych, jak intelektualnych, a także dojmująca chęć bycia powszechnie poważanym i uznanym autorytetem.

Prawdziwe autorytety rodzą się w rozmaitych kontekstach kulturowych, w wielu różnych sytuacjach egzystencjalnych, na wielu różnych tłach. Nie można ich zaprojektować, nie można powołać do istnienia na siłę. Prawdziwego autorytetu nie stworzy ani moda, ani prywatna ochota, ani myślenie życzeniowe. Autorytetu nie generuje również wysoki status ekonomiczny. Ni nawet imponujące oczytanie nie wystarczy – trzeba jeszcze myśleć, a nie tylko sprawnie recytować wyuczone na pamięć slogany.

Są ludzie, którzy faktycznie odczuwają potrzebę swoistego posłannictwa względem świata – ci ludzie nie oglądają się za splendorem i entuzjastycznym społecznym uznaniem, tylko każdego dnia zakasują rękawy, starając się wnieść do świata swoją porcję dobra. Oni nigdy nikomu nie wymachują przed nosem pawim ogonem, nie ronią czasu na ozdabianie się w pióra i cekiny, nie czekają też, aż samo się przydarzy – tylko robią; pracują. Czasem ci ludzie chadzają w garniturach, a czasem w trampkach. Jednak garnitur zawsze jest zwyczajny, a buty do niego – czyste, lecz na pewno matowe. Nigdy nie są to nadęte lakierki, z „dowcipnie” wygiętym noskiem oraz połyskliwymi dziurkami na sznurówki…

Można być urzekająco pięknym i pięknie się wysławiać, ale nic nie zastąpi człowiekowi piękna prostolinijności, umiejętności nazywania rzeczy po imieniu, zdolności mówienia w sposób uczciwy, dobierania słów starannie, z głębi umysłu czy duszy, tak aby intencjonalnie nikogo nie zraniły, by przysłużyły się komuś, były dla niego konstruktywne.

Nic nie zastąpi człowiekowi chęci wyławiania z otaczającego świata jakichś kropel prawdy, normalności, szarych kolorów. Na nic zda się zachwyt nad tęczą, jeśli człowiek nie widzi szarości chodnika. Na nic zda się zachwyt nad pięknem secesyjnej kamienicy, jeśli człowiek nigdy nie zadziera głowy, by choć zerknąć na niebo. Na nic zda się wyciąganie ręki do najsłabszych, jeśli człowiek nie obejmuje swoją percepcją dziesiątek zwykłych ludzi wokół, którzy codziennie wstają o świcie, wsiadają w ponury tramwaj i jadą do banalnej, przyziemnej roboty, by zarobić na czynsz i jedzenie. A to właśnie ci ludzie zasługują na mój szacunek i współczucie – nie potrzebują wprawdzie, by ich nakarmić czy kupić im buty na zimę, mają gdzie mieszkać i radzą sobie sami – ale zasługują na zauważenie, bo trywialność ich losów jest także moim udziałem.

Te szare zmęczone sylwetki o świcie, to dusze miasta – bez nich miasto byłoby puste, wyprane z charakteru. Ci ludzie mają marzenia. Wielu z nich w młodości pisywało wiersze, potem wyrosło. Każdy z nich chciałby zostać wysłuchanym – nikt z nich nie chce, żeby go oceniać, mówić mu, jak powinien żyć…

Każdy z nas coś wie, ma jakąś opinię, coś chce, czegoś pragnie. Nie każdy potrafi siebie wyrazić, nie wszyscy obdarzeni są siłą przebicia, niektórzy wstydzą się albo boją powiedzieć, co myślą naprawdę. Przytłoczeni trudami codzienności, styrani pracą, zbyt łatwo ulegamy pouczeniom płynącym ze strony licznych kołczów i ekspertów. Mylimy eksperckość z autorytetem. Coraz mniej nam się chce. I coraz mniej – sami wiemy… A to przecież właśnie my jesteśmy nieodzownymi duszami miast polskich XXI wieku.

Nikt zwykłym szarym ludziom nie stawia pomników – bo szarość jest nudna i „taka jakaś nie dość medialna”. W telewizorze ładnie się prezentuje wyłącznie celebryta i pogodynka, a wszystko dookoła nich jest „takie czyste, takie zgrabne” i „tak jakoś lepiej nawet bieda wtedy wygląda, jak się ją poda, poćwiartowaną, na sterylnym szkle”.

Prawie nikogo nie obchodzi zwykłe życie zwykłych ludzi. Gazety o nich nie piszą, bo uśredniona przezroczystość nie jest ani trochę atrakcyjna. W dodatku, co taki zwykły człowiek miałby mieć światu do powiedzenia? Że codziennie wstaje o piątej rano i jedzie ponurym tramwajem do nudnej i nierozwijającej roboty? Że w niedzielę na obiad je rosół? Że od trzydziestu lat ma tę samą żonę, której nigdy nie zdradził? Że został wychowany w wierze katolickiej i lubi chodzić do kościoła? A kogo to obchodzi niby?! Gdyby był buddystą albo ateistą, byłby przynajmniej bardziej współczesny, interesujący oraz ogólnie godny szacunku… i „taki jakiś silniej kolorowy”…

Być może czasem brakuje ci czasu, siły, pomysłu albo woli na zrobienie czegoś dla samego siebie – ja jednak ze swej skromnej strony zachęcam cię gorąco do tego, byś przytulił samego siebie właśnie dziś. Nie czekaj, nie zwlekaj, nie odkładaj siebie na półkę – po prostu się przytul, od razu, teraz. Może przeszukaj strych i odkurz swoje stare, prawie całkiem zapomniane wiersze z lat szkolnych. A może znajdziesz zniszczoną, ukochaną książkę z dzieciństwa? Wiem, że wieczorami często jesteś zbyt zmęczony na czytanie książek, więc może po prostu usiądź w fotelu i posiedź sobie z tą książką z dzieciństwa w dłoniach – przywołaj w wyobraźni przyjemne obrazy; ciepłe ręce mamy, uśmiech taty… Pewnie zresztą już sam zapach strychu poruszy lawinę wspomnień – zatęsknij do tych wspomnień; pomyśl o sobie…

… tyle już przeżyłeś, tyle doświadczyłeś i doznałeś, czasem było miło, czasem wręcz przeciwnie – i wciąż tutaj jesteś; przetrwałeś. Tyle już przeżyłeś, a nadal brakuje ci czasu i przestrzeni dla samego siebie. Czyż to nie smutne? Bardzo!

Nie pozwalaj wmawiać sobie przez liczne i modne „autorytety”, że wiedzą o świecie i życiu więcej niż ty. Można nosić wykwintny krawat i bajecznie pachnieć drogimi perfumami, ale nie można wiedzieć o drugim człowieku więcej, niż wie on sam. Tylko ty jesteś dla siebie najsroższym ograniczeniem – namawiam cię więc nader gorąco do tego, abyś się wreszcie uwolnił. Idź na strych i koniecznie znajdź jakiś bliski tobie skarb. Albo idź na dwór i pogap się w niebo – bezkarnie i po nic. Albo zacznij od nowa pisać wiersze. Zrób, co zechcesz, ale przestań żałować sobie czasu na własne myśli. To, że istniejesz i możesz snuć osobnicze przemyślenia, to prawdziwe piękno; to jest autentyczny cud…

… i gdyby to zależało ode mnie, ja postawiłabym temu cudowi pomnik ze spiżu albo jeszcze twardszy… Postawiłabym ci pomnik, człowieku – zwykły szary człowieku – moimi zwykłymi szarymi dłońmi dumnie wyryłabym twoje inicjały w kamieniu, aby wieki przyszłe nie zażywiły najmniejszych wątpliwości wobec tego faktu, że właśnie ty: byłeś tu, żyłeś, trwałeś, snułeś myśli, marzyłeś.

Z pokorą

Justyna Karolak

Zdanie „(…) postawiłabym temu cudowi pomnik ze spiżu albo jeszcze twardszy” jest nawiązaniem do myśli Horacego: Exegi monumentum aere perenius, regalique situ piramidum altius (Pomnik stawiłem sobie twardszy niż ze spiżu, królewskim sterczy czołem nad piramid szczyty).

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to ebook (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Dowiedz się więcej: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *