O Avatarze Camerona i o Drzewie Życia

O Avatarze Camerona i o Drzewie Życia

Filmy trójwymiarowe istniały już wcześniej, i to nawet w pełni umieszczone w trzecim wymiarze, ale Avatar jest pierwszym filmem trójwymiarowym, którego oglądanie w technice 3D jest konieczne. Ten fakt zmienia i wzbogaca w oczywisty sposób historię kina, wprowadzając nas w świat trzeciego wymiaru; powszechnie podjęto produkcję na użytek kin domowych – okularów oraz odpowiednich odbiorników, by jakość Avatara mogła na dobre wsączyć się również do naszych domów.

Nie mowa o samej fascynacji współczesną technologią, mowa o przemianie kategoryzacji zdarzenia i każdy z głową na karku, kto film obejrzał, nie ma co do tego żadnych złudzeń. Ten film trzeba zobaczyć właśnie w tej technologii, ponieważ oglądanie go w innej – odbiera mu połowę sensu. Brakuje nawet jeszcze języka, który dawałby możliwość opisania tego zjawiska, brakuje miarodajnej skali, która pozwoliłaby ocenić, do jakiego stopnia ten film jest bardziej lub mniej 3D.

Dzięki Avatarowi otrzymujemy w pełni doznanie przestrzeni nie tylko wynikającej z technologii, ale przede wszystkim z właściwości psychiki ludzkiej. Autor od kilku lat nie kręci już filmów, oddając się w całości studiom nad technologią IMAX, i w zasadzie tym priorytetom poświęcony był jego ostatni film przyrodniczy. Czym dokładnie jest wymiar 3D, na razie nie wiemy, a ponieważ mamy szansę oglądać pionierskie czasy tego kina, nie znamy jeszcze możliwości tkwiących w tej technologii.

Na potrzeby filmu uruchomiono z firmą Nvidia nowy silnik obliczeniowy o ciekawej nazwie PantaRay,  ponieważ znane do tej pory metody renderingu nie były w stanie podołać zadaniu. Aby film mógł zostać wyrenderowany – przepraszam: nakręcony, musiał czekać na odpowiednią technologię 10 lat.

Myślę jednak, że za parę lat „offowi”, ambitni, „koniecznie” reżyserzy – będą kręcić filmy płaskie tak, jak teraz kręcą „szlachetne” czarno-białe, a najczęściej w sepii; żeby było zabawniej, oczywiście taki film poddaje się obróbce komputerowej, gdyż już nikt nie produkuje czarno-białej taśmy i byłaby ona koszmarnie droga.

Film Avatar nie jest eksperymentem, nie jest też szczególnie odkrywczym materiałem intelektualnym, jest zupełnie normalnym, bardzo atrakcyjnym filmem trójwymiarowym. Aby Państwu to „unaocznić”, do jakiego stopnia atrakcyjnym, pragnę poinformować, iż „dzicy” przestali na chwilę żreć w kinie, film można więc zobaczyć w oryginalnej wersji dźwiękowej bez szczęku żwaczek dzielnego sąsiada zapełniającego sobie organizm papką.

Chciałbym takiego sąsiada obrazić, ale wiem, że „dzicy” nie potrafią czytać, więc mój głos się zmarnuje.

Avatar należy do mojego ulubionego typu kina, po prostu uwielbiam takie filmy, czyli  mianowicie kino „operowo-cyrkowe”; kino tego rodzaju uprawiali i uprawiają tacy mistrzowie sztuki filmowej, jak Fellini, Lucas czy Gilliam, przy czym mistrzom tym ów rodzaj (typ kina) zupełnie nigdy nie przeszkadzał w przekazywaniu głębszych treści, chociaż na pewno także forma, w jakiej swoją treść podawali, znacznie różni się od Avatara. Podobieństwo natomiast dzieł wskazanych mistrzów i Avatara dotyczy właśnie tej swoistej estetyki: osobiście kino zawsze traktowałem jako rozrywkę, stąd uwielbiam owe kinowe spektakle o rozmachu przedstawienia iście operowego…

… w tym wypadku oceniamy Camerona, reżysera, który kręci filmy przebojowe, przekraczając budżet i terminy, ale zawsze oddając widzom gotowe dzieło, będące niesamowitym spektaklem właśnie, czarującym widownię.

Reżyser ten lubi kino science-fiction, „Obcy”, „Otchłań” czy „Terminator” wydają się o tym świadczyć, co ciekawe, często kluczową postacią jego filmów jest kobieta walcząca o przetrwanie w stechnicyzowanym świecie.

Monumentalny i drobiazgowy „Titanic” wziął praktycznie wszystko, jeśli chodzi o nagrody, no, prócz Leonarda, który się może zbyt cienko rozsmarował na za dużym kawałku, nagrodę zabrał mu wtedy ironiczno-cyniczny uśmiech Nicholsona, i dobrze bardzo.

Co się stanie z Avatarem w jego dalszych losach i częściach – trudno powiedzieć, bo wciąż mówimy tu o  pionierskim kinie, w jakim, w sposób tradycyjny, dobro walczy ze złem, bohaterowie są wyraźnie podzieleni i są postaciami klasycznymi w rozumieniu pop-kultury.

 O Avatarze Camerona i o Drzewie Życia 2

Treść pierwszej części Avatara jest oto mniej więcej taka: bohater identyfikuje się ze swoim alter-ego, zakochuje się, dokonuje wewnętrznego przewartościowania pod wpływem miłości, i staje po stronie pokrzywdzonych, w nierównej walce przeciw przeważającym siłom zła  – koniec.

Aha –zapomniałbym, zwycięża oczywiście jedyny słuszny bohater o wdzięcznym imieniu i nazwisku – Happy End.

Kluczową rolę zajmują tu animacje postaci człekopodobnych obcych, to one odgrywają główne role i są też głównymi bohaterami filmu – pytanie brzmi, kto w rezultacie takiego technologicznego progresu kina będzie dostawał nagrody, to znaczy: czy w konkurencji z człowiekiem wygra animacja? A podobna sytuacja już szczęśliwie miała miejsce w filmie „Władca pierścieni”, gdzie najwybitniejszą kreację stworzył oczywiście Golum, reszta aktorów wypadła na jego tle dość jednowymiarowo. Wyobrażacie sobie tego tak wybitnie utalentowanego aktora na deskach teatru?…

Ale na Pandorze, bo tak nazywa się planeta, na której toczy się akcja Avatara, główną rolę odgrywają przedstawiciele cywilizacji Na’vi. Te humanoidalne postacie wykreowane są niezwykle wiarygodnie, o ile można tak powiedzieć o obcych, a właściwie o tubylcach, bo w tym przedstawionym świecie: obcy – to my.

I muszę przyznać, rzeczywiście zabieg ten w sposób niezwykły daje o sobie znać w trakcie oglądania filmu, ponieważ świat, który oglądamy, jest obcy i niezwykły, piękny jak głębinowy motyl, ale dzięki temu właśnie akceptowalny, gdyż oglądamy go jako emanację krajobrazu, który jednocześnie jest nam znany i nieznany, i jest to niezwykłe przeżycie, bo realność tego świata jest niesłychanie przekonywująca, a dzięki technologii 3D – wręcz namacalna, czujemy się więc trochę jak turyści w rajskim ogrodzie świata, zanim wjechali do niego ekolodzy z Greenpeace’u.

I to właśnie jest najważniejszy, główny, bohater filmowej opowieści Camerona: piękny, dziewiczy, rajski świat, groźny także i bywa, że niebezpieczny, ale cudny i uwodzicielski.

O Avatarze Camerona i o Drzewie Życia 3

Następnym elementem niezwykłym tej opowieści jest modyfikacja znanej nam skali, gdyż ciało głównego bohatera, jak i innych postaci ze społeczności Na’vi – mierzy ponad trzy metry wysokości, co rodzi konieczność nowych rozwiązań, jakie stanęły przed reżyserem, w rezultacie jakich pewna część produkcji musiała zrezygnować z ujęć amerykańskich, co cudownie odświeżyło kompozycję obrazu.

Mamy więc już dwie warstwy przekazu, jakie proponuje nam film Avatar – techniczną i libretto, którego treść pozostawimy uwadze i opinii widza, i prócz tego, co już powiedziano na ten temat, zwracam tylko uwagę na możliwy, choć niepotwierdzony, kontekst polityczny.

A ponieważ jest to film 3D, więc zapraszam Państwa do trzeciej warstwy najbardziej niezwykłej i najbardziej fascynującej…

Film ten, będąc wehikułem czasu przenoszącym nas w przyszłość do roku 2154. (a  pomyśleć, że pierwszym filmem, jaki zobaczyłem w kinie science-fiction, była „Odyseja kosmiczna 2001”), prezentuje świat technologicznie zacofany, ma on jednak jedną zdumiewająca cechę, otóż wszyscy są w nim zlinkowani.

Nie w przenośni – łączność z naturą itd. – tylko fizycznie: wszystko, co żyje, ma końcówki, dzięki którym wszystko ze wszystkim może się połączyć bezpośrednio. A wszystko razem jeszcze może się połączyć w jedną wielką sieć – neuronową, tworząc świadomość wyższego rzędu, która odwołuje się do mistycznej postaci planety nomen omen Eywy, bo na Pandorze, Bóg jest kobietą.

Końcówki USB w wydaniu z Pandory nazywają się Tsa’helu i pozwalają się włączyć nie tylko w świat flory, ale również fauny. Szanowni Państwo, oczywistym się wydają te paralele do świata naszych realiów, a raczej wirtualiów.

O Avatarze Camerona i o Drzewie Życia 4

Reżyser studiował nie tylko literaturę angielską, ale również fizykę i jest świadomym podróżnikiem po krainie naszej codzienności, zadając jej pytania o przyszłość:

bardzo wyraźnie postawione w „Terminatorze” pytanie o nasz konflikt ze światem techniki i światem elektronicznego super mózgu. W „Obcym”, człowiek wyobraża sobie siebie jako potęgę i traktuje Kosmos jak teren do eksploatacji, i tu Kosmos zadaje mu pytanie o wymiar tej potęgi. „Otchłań” stanowi opis człowieka wobec tajemnic oceanu, w głąb którego człowiek przenosi swoje konflikty z powierzchni.

A o czym mówi Avatar? Może nie wprost, ale jest to pierwszy przekaz, który w widoczny sposób traktuje u tego reżysera działalność człowieka w formie sieci – jako zjawisko pozytywne.

Splecione w sieć jednostki tworzą wyższą formę świadomości, która pozwala im zrozumieć świat, w którym żyją ich klany, dzięki temu nie zachodzi konflikt pomiędzy otaczającym je światem a człowiekiem – Na’vi.

Partnerka głównego bohatera, spełniająca kluczową rolę w filmie, w pewnym momencie mówi do niego, jeszcze niepodłączonego do sieci – jesteś jak dziecko, niezgrabny i ogłupiały, nic nie potrafisz i niczego nie rozumiesz.

Bohater jeszcze długo czuje się człowiekiem jakby XX-wiecznym, agresywnym i zaślepionym swoją wielkością, traktującym wszystko, co obce, we wrogi i wyniosły sposób. Dopiero kiedy słyszy głosy z sieci w wyniku podłączenia się do Drzewa Dusz, dokonuje przemiany wewnętrznej, za którą jednak musi zapłacić życiem inna bohaterka filmu.

Klany, kierując się naturalnym prawem i akceptacją w stosunku do otaczającego je świata, otrzymują za to dar absolutny, jaki daje im sieć – nieśmiertelność w jej głębi.

Oto pytanie, jakie dopada nas po wyjściu z kina i pozostaje do głębokich rozmyślań. I tak właśnie myślałem, wracając ongiś z kina do domu, i pierwszą moją refleksją było – ale czy motyl doprawdy musi być mądry, może wystarczy mu, że jest piękny? Drugą zaś – przecież to, co jest treścią filmu, nie jest zawarte w jego libretto, przecież Camaron pisał tę rzecz cztery lata, a czekał, by napisać, dziesięć lat; przecież czegoś podobnego nie można pisać cztery lata…

Nagle zobaczyłem na mojej drodze ośnieżoną wierzbę.

O Avatarze Camerona i o Drzewie Życia 5

Każdy, kto poszedł do kina i zobaczył Drzewo Życia, wie, iż film jest warty każdej złotówki, jaką wydaliśmy na bilet, jeśli ktoś mówi, że film jest głupi – odpowiedzcie mu: „Jesteś jak dziecko, niezgrabny i ogłupiały,  nie potrafisz myśleć i niczego nie rozumiesz”.

Leonard Jaszczuk

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *