O Bożym Narodzeniu – poważnie, bez żartów

 

 

O Bożym Narodzeniu

Boże Narodzenie, to piękny czas. Wytworny i jednocześnie ciepły. Czas rodzinny i przyjacielski. Ale nie dla wszystkich, niestety. Wielu ludzi żyje samotnie, wielu – w biedzie. Niektórzy – odeszli, i bez nich żadne nasze święta nigdy już nie będą prawdziwe, w pełnym wymiarze piękne…

To w okresie Bożego Narodzenia wzrasta liczba samobójstw. To na Boże Narodzenie ludzie umierają. To w Boże Narodzenie najwięcej starszych osób potrzebuje maksymalistycznej opieki, którą tak trudno zapewnić w czasie specyficznym, świątecznym, bo ten czas lubi być niezwykle egoistyczny: dokładnie w tym czasie kontakty rodzinno-towarzyskie intensyfikują się ponad miarę, wybuchają ekspansywnie, i każdy oczekuje naszej uwagi, życzeń i obecności. Trudno podzielić siebie tak, by dla wszystkich starczyło po równo, a jeszcze człowiek chciałby odrobiny wytchnienia – dla siebie samego. Żeby odpocząć, żeby poświęcić uwagę własnym myślom, żeby zdobyć się na autorefleksję, żeby ocenić miejsce w życiu, do którego dotarło się w drodze prozaicznej tułaczki i nieprozaicznych marzeń, i brutalnej walki o byt.

Jak pogodzić odświętny, wykrochmalony obrus, z głęboką autorefleksją? Jak zadowolić wszystkich wokół, którzy oczekują naszego zaangażowania w ich prywatną wizję świąt? Jak uszanować swoje potrzeby i pragnienia w tym specyficznym, świątecznym czasie, który nawołuje do empatii, obdarowywania innych, przygarniania zbłąkanych do swojego odświętnego stołu?

Jeszcze nikogo nie zgubił zdrowy dystans do rzeczywistości… chyba.

O Bożym Narodzeniu 1

Łatwo mówić o zdrowym dystansie, znacznie trudniej go poczuć. Jeszcze trudniej – skutecznie chwycić za gardło i uczynić swoim wiernym sługą.

Niepomiernie trudno wytłumaczyć starszemu pokoleniu matek, że już nie muszą, bo nie powinny (to się nie godzi) targać do domu tryliarda siatek z nikomu w tej ilości niepotrzebnymi zakupami. One tych tłumaczeń nie rozumieją – i my to rozumiemy, że one nie rozumieją, ale patrzeć bezsilnie na ich bezsensowne wysiłki też nie sposób, bo sumienie człowieka pali i piecze.

Niemożebnie trudno wytłumaczyć samemu sobie, że nie jest się winnym anachronicznym przyzwyczajeniom własnej matki. Sumienie pali mnie i piecze zupełnie bez sensu za każdym razem, kiedy patrzę na abstrakcyjne wysiłki mojej matki, które ani jej, ani nikomu, ze mną na czele, nie służą. Nie powinno palić mnie sumienie – moje wyrzuty sumienia są równie bezsensowne, co jej abstrakcyjne zapracowanie przedświąteczne, co jej bezowocne udręczenie.

Zabronić jej trwonić jej prywatne zdrowie – nie mogę, bo poczułaby się zdradzona, oszukana i co najgorsze bezużyteczna, nikomu niepotrzebna. Tymczasem to jej tachanie zakupów i „gorączka sprzątaczkowa” są niepotrzebne, nie ona. Mój problem polega na tym, że nie da się oddzielić mojej matki od jej zakupów, od jej pastowania podłogi, od jej pracowania ponad siły i po nic, ni dla nikogo – na tym polega moja, i jej, tragedia.

Odebrać matce choćby części jej zajęć, do których przywykła, nie mogę – to jak ukraść chomikowi jego kółko do biegania: bez tego kółka chomik już biec nie potrafi, więc nie pobiegnie, a gdy tylko się zatrzyma pośrodku terrarium pozbawionego chomiczej karuzeli, wtedy zatraca prawdę o samym sobie i już wcale nie wie, ani czym jest, ani po co jest; jest totalnie zagubiony i sfrustrowany.

Wziąć ją, matkę, w ramiona, przytulić – unieruchomić przymusem, silnym gestem, obezwładnić ją bezwarunkową miłością i powiedzieć słodkim szeptem do ucha: uspokój się, usiądź, już nie musisz; jestem dorosła, wyręczę Cię, otoczę troską, zaopiekuję się Tobą… to jak gdyby za życia umieścić własną matkę w grobie bezsilności – odebrać jej jej matczyną abstrakcję i zaprzeczyć wszystkiemu, co ona zna, co jest jej bliskie, co pamięta.

O Bożym Narodzeniu 2

Niesłychanie trudno otworzyć wigilijne drzwi obcemu ubogiemu, który niepostrzeżenie zapuka. W takiej sytuacji ochoczo wyniosę na korytarz jedzenie i ubranie (jeśli takowe w swym domu znajdę). Wyniosę na korytarz i się podzielę, a nawet siądę z tą osobą na parapecie w oknie klatki, i się opłatkiem albo winem podzielę. Ale dystansem – zdrowym, czy chorym? – napawa mnie obcość uboga, często zatęchła, brudna, cuchnąca. Boję się zaprosić wszy ubraniowe do mego skromnego domu – a potem pali mnie sumienie. Powinno? Nie wiem…

Równie trudno odwiedzić babcię w domu opieki, w domu spokojnej jesieni – niektórzy z Was byliby dogłębnie zdumieni, gdyby się dowiedzieli, jak bardzo szpitale zapełniają się ludźmi w podeszłym wieku, zapełniają się na samo Boże Narodzenie.

Starszy człowiek, dziadek albo babcia, z demencją, z pieluchą w kalesonach lub rajtuzach, wydaje się jakże przystępny do pominięcia w naszym świadomym działaniu, bo istotnie często przejawia na tyle obrazowe schorzenia, objawy i dysfunkcje, że szpital weźmie staruszka pod swoje skrzydła na święta bez dwóch zdań, żeby badać, diagnozować i leczyć. Gdyby tylko szpital wiedział, że ten wylęg starców w szpitalnych progach na same święta nie jest wcale spowodowany realnymi chorobami starców, ich organiczną dysfunkcją…

Kto o tym wie, jaki jest realny powód tego wylęgu? Prawie nikt. Prawie czyni co prawda pewną różnicę, ale ta różnica nie prezentuje się nadto malowniczo, by zaintrygować sobą tłumy. Każdy schorowany czy umierający starzec, który trafi do szpitala na święta, pozostaje wyłącznie pomarszczonym balastem – ciężar tego człowieka jest marny dla niemal wszystkich wokół niczym wątły, przeterminowany puch, który niechcący usypał się z zapomnianej poduszki, i teraz trzeba ten puch po prostu zamieść, żeby przestrzeń znów stała się czysta…

Jeszcze trudniej zrozumieć człowieka – wcale jeszcze nie starego – który wigilię świąt Bożego Narodzenia spędził samotnie, jedząc puszkę szprotek w oleju, popijając pół litrem wódki, siedząc na dziurawej kanapie w wynajętym pokoju, bez prądu. Jego dzieci – duże już, praktycznie dorosłe, na pewno samodzielne – wiodły w tym samym czasie własne życie, w świetle sutych, kolorowych choinkowych lampek, i przy suto zastawionym świątecznym stole, nakrytym białym, wykrochmalonym obrusem odświętnym. Spytacie: – Czym zasłużył sobie ten mężczyzna na swój ponury los? Odpowiedź Was zaskoczy swą banalnością i czystością czyjejś życiowej prawdy: niczym. Niczym sobie nie zasłużył. Stracił pracę, było mu ciężko, nie chciał obarczać swoimi problemami dzieci. On i jego dzieci – byli w stałym, ciepłym kontakcie telefonicznym. Dzieci oczywiście zaprosiły go do siebie na święta – ale on nie miał na bilet, a wstydził się przyznać. Żadne z dzieci nie wpadło na pomysł, by odwiedzić tatę w jego domostwie – nie mieli pojęcia, co się z nim dzieje, jego życiowa prawda była dla nich kompletnie nieuchwytna.

Jak się skończyła ponura historia tego mężczyzny? Pomyślnie. O własnych siłach, bez niczyjej pomocy, wygrzebał się z bagna. W końcu znalazł pracę, choć był już bardzo wycieńczony. Ożenił się, odzyskał siły, zyskał dom. Jednak nie każda tego rodzaju historia kończy się równie pomyślnie – większość kończy się przeciwnie, najczęściej sznurkiem, o czym świadczą „bezlitosne” statystyki policyjne.

O Bożym Narodzeniu 3

I na koniec tego korowodu nieszczęść – ja, i Ty… i nasze przedświąteczne i świąteczne, trywialne dylematy oraz zmagania:

kogo sobą obdzielić na święta Bożego Narodzenia, jak odnaleźć wytchnienie w gorączce i gonitwie absurdu, gdzie poszukiwać radości, kiedy jakże wiele – sobą przygniata, nie pozwalając ani na chwilę przystanąć, pomyśleć?…

Odpowiedzi szukaj, czasu jest niewiele” – śpiewał Grechuta…

ważne są tylko te dni

których jeszcze nie znamy

ważnych jest kilka tych chwil

tych na które czekamy…

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *