O nowej naturze władzy w naszym państwie

O nowej naturze władzy w naszym państwie 2

Odejście od „Jak?” w kierunku „Co?” i „Kiedy?”

Większość naszego myślenia o naturze przywództwa oparta jest na historycznych stereotypach. Ale dzisiaj niekoniecznie musi sprawdzać się to, co sprawdzało się wczoraj. Warunki technologiczne oraz bazujące na nich relacje społeczne, uległy poważnym przemianom.

Już czas najwyższy redefiniować pojęcia takie jak „władza” oraz „państwo”. Na nowo określić dla przedstawicieli suwerena odpowiednią i optymalną rolę.

Nie ma już potrzeby chronienia się za jednomyślnym i bardzo wprawnym w taktyce wojennej przywódcą. Władca współczesny już dawno przestał być odpowiednikiem wodza. Dzieje się tak dlatego, bo wprawny generał – zajmujący się przez całe życie tylko tym jednym, znacznie lepiej poradzi sobie na współczesnym polu walki. Nie wybieramy więc już od dawna przywódców po to, żeby ich wprawny umysł radził sobie najlepiej w obronie terytorium, naszego dobytku i dalszego powodzenia. Nie mamy już potrzeby gromadzić wiedzy na temat sprawności w dowodzeniu naszego wybrańca.

Do czego jest więc nam potrzebny przywódca?

Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że gdy wypadł on z tradycyjnej, przeznaczonej mu roli, nie mamy tak naprawdę dla niego nowego i bardziej przystającego do współczesnych czasów zadania. Zamiast tego, zadowalamy się, gdy polityk potrafi mówić możnym tego świata niewygodną prawdę. Uważamy, że to wystarczy, gdy polityk nie dał się na salonach skorumpować jakimiś marnymi pieniędzmi, czy groźbą braku wyboru na następną kadencję. A to całkowicie nieprawda, że wystarczy, tylko to. Od naszych przywódców mamy prawo wymagać dużo więcej niż od siebie, mamy prawo wymagać naprawdę wiele.

Dlatego cały wysiłek propagandy zjednoczonej klasy politycznej kładzie się na skłócenie społeczeństwa. Wmówienie mu, że do ważnych należą jakieś tematy zastępcze, bo rozmawiają o nich w telewizjach z pełnym zaangażowaniem. Wszystko po to, żeby przeciętny człowiek był w amoku od nadmiaru bełkotliwych informacji, żeby znudził się bzdurami i zatracił zapał, chęć dorzucania swojej drobnej cegiełki do wielkiego wysiłku zmieniania świata.

Ale tak jest z każdym naprawdę wielkim kłamstwem. Wcześniej, czy później wychodzi ono na jaw. Dlatego działania pozorowane mogą jedynie opóźnić to, co stanie się wcześniej czy później, czyli obudzenie się społeczeństwa. Wyjście na jaw prostej prawdy.

A stanie się to wtedy, kiedy my, społeczeństwo – startujących do władzy, przestaniemy pytać o to, jak zamierzają coś zrobić. My, społeczeństwo – suweren, mamy własne problemy, sprawy do załatwienia i osobiste cele. Nie jesteśmy od tego, żeby analizować poprawność wyimaginowanych, mających w założeniu naprawić to czy tamto, programów wyborczych dla całego miasta, województwa czy kraju.

Zamiast tego, musimy dostać określoną listę rzeczy, które się zmienią na lepsze, i to konkretnie, co się zmieni i o ile procent. A już jak to zamierzają dani politycy zrealizować – to jest ich problem, tylko i wyłącznie. Potrzebujemy listy rzeczy, które po wyborach naprawią, i listę deadline’ów, czyli listę dat „do kiedy?”. I jeśli dany zestaw polityków wybierzemy, to będzie jasna i spójna umowa społeczna z tym zestawem. Jeśli nie zrealizuje on założeń, jeśli przekroczy terminy – musi być odsuwany od władzy automatycznie, bez żadnego głosowania o rozwiązaniu parlamentu, bez referendów. Wtedy inni wejdą na jego miejsce i nauczeni marnym losem poprzedników, na pewno poradzą sobie lepiej. Albo obniżą trudność obietnic wyborczych, albo wydłużą terminy realizacji. Po pewnym czasie wszystko się unormuje, bo nikt nie będzie startował, jeśli nie będzie dysponować skonkretyzowanym planem działania.

System wyborczy trzeba zmienić i to gruntownie. Nie może być taki, jak dziś – „rób, co chcesz, i tak masz całą kadencję”. Jeśli wygrywa partia, która uzyska najwyższą liczbę głosów, to ona ma rządzić – nie w koalicji, nie w układach. Jedna partia i całkowita odpowiedzialność za władzę. Będzie dysponować ludźmi, którzy ze zwycięskiej partii w okręgu mają najwyższe poparcie, bo uzyskali najwyższą liczbę głosów. I żadnej polityki więcej, żadnych głosowań, żadnego ustalania prawa przez parlament. Parlament jest od dyskusji i opiniowania. Od ustalania praw są nie posłowie, tylko urzędnicy – prawnicy.

Partia ma rządzić po zdobyciu władzy. Inne partie w parlamencie mają tylko dyskutować i patrzeć władzy na ręce. Żadnych targów i kompromisów. Jak tylko zwycięska partia uformuje rząd, ma on wprowadzać poprawiające byt społeczeństwa ustawy – zgodnie z listą rzeczy, które przed wyborami miały się zmienić na lepsze, a urzędnicy mają to wykonywać przed minięciem terminu wdrożenia. Jeśli ten zestaw ludzi się nie sprawdzi, od razu ma być automatyczne rozwiązanie parlamentu i nowe wybory. Żadnych dymisji poszczególnych ministrów, tylko całkowite rozwiązanie struktury nieudolnej władzy.

I wtedy, drogie Panie i Panowie, mielibyśmy u władzy tych, którzy coś robią – robią dobrze albo odchodzą, a teraz mamy teatrzyk tylko dla naiwnych i młodych: pajdokrację.

Zibikendo

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *