O obyczajach i słowach ― feminizacja nazw zawodów

 

O obyczajach i słowach feminizacja nazw zawodów

Język ― ewoluuje, bo podąża za zmianami społecznymi i duchowymi. Język służy do komunikacji i aby mogła być ona jak najbardziej precyzyjna, „umawiamy się” między sobą na określone kody słowne, czyli na nazwy. Nazwy dla języka są tym, czym dla miejsca pracy jest konkretny uniform. I tak jak obyczaje się zmieniają, tak samo zmienia się charakter używanych przez nas strojów, tak samo zmienia się język, a w jego obrębie wiele zwrotów i nazw. Żaden język będący w użyciu nie jest sztywny, zaklęty, nieprzystający ― język podąża za nieustannie płynącą rzeczywistością, abyśmy przy jego pomocy mogli jak najpełniej ją opisywać, wyrażać, odzwierciedlać. I abyśmy mogli tym samym ― dobrze (prawidłowo) rozumieć się wzajemnie.

Językoznawcy często podkreślają spore możliwości słowotwórcze języka polskiego. Nasz język jest bardzo plastyczny i bogaty. Dzięki tej plastyczności obecnie obserwujemy ― coraz bardziej popularną ― feminizację nazw zawodów. Wiele Polek nie chce określać pełnionych przez siebie profesji męsko brzmiącymi nazwami, jak np.: redaktor, psycholog, dramaturg. Zwłaszcza feministki domagają się dodania żeńskich końcówek do wymienionych nazw, zgodnie z pasującym do nich językowym wzorcem ―ka. W ten sposób otrzymujemy słowa: redaktorka, psycholożka, dramaturżka. Według innego wzorca, jak w słowie np. bogini, by poprawnie utworzyć żeńską nazwę zawodu, korzystamy z dodania końcówki ―ini albo ―yni. W ten sposób otrzymujemy słowa: naukowczyni (zamiast męskiego: naukowiec), marszałkini (zamiast męskiego: marszałek). Dla męskich urzędów takich jakich premier i minister proponuje się używanie żeńskich odpowiedników: premiera i ministra. I tu natrafiamy na pierwsze schody. Po pierwsze słowo „premiera” już istnieje i oznacza ono przedstawienie (utwór, występ, np. spektakl w teatrze) ukazywane publiczności po raz pierwszy. Ale przecież w języku polskim istnieją słowa wieloznaczne i nikt nie podnosi larum z tego powodu ― to sensowny, uzasadniony argument. Jednak w zdaniach typu „pani ministra powitała nas serdecznie” natrafiamy na inny kłopot: tak brzmiąca wypowiedź sugeruje, że mamy na myśli kobietę przynależną do mężczyzny będącego ministrem, z uwagi na pokrycie się mianownika żeńskiego słowa „ministra” z dopełniaczem męskiego słowa „minister”.

Kłopotów z tworzeniem żeńskich nazw zawodów w języku polskim jest więcej. Niektórzy uważają, że nazwy typu „profesorka”, „doktorka”, „filozofka” brzmią jak zdrobnienia, co odbiera profesjom tym powagi. Inni ― przeciwnie ― nie dostrzegają niczego niepoważnego w tak brzmiących nazwach i nie znajdują powodu, dla jakiego miałyby one nie zagościć trwale w języku polskim, zarówno tym potocznym, jak i wzorcowym. Opinie są więc zdecydowanie podzielone, i to wśród samych kobiet.

Te, które deklarują się jako feministki nie widzą innej możliwości, niż wchłonięcie przez język żeńskich nazw zawodów i naturalne, codzienne ich stosowanie. Część kobiet ― odwrotnie: chętnie przedstawia się jako adwokat czy inżynier i zupełnie nie przeszkadza im męskie brzmienie tych nazw. Przecież słowo „człowiek” również brzmi męsko, lecz czy nie wydaje się absurdalne, by mówić o człowieku―kobiecie „człowieka”, a jedynie o człowieku―mężczyźnie „człowiek”? Czy naprawdę istnieje konieczność, by kobiety opisywać wyłącznie odrębnymi (od mężczyzn) słowami? Czy aby nie jest tak, że dawniej wszyscy byliśmy przede wszystkim ludźmi, a dziś jesteśmy przede wszystkim kobietami i mężczyznami? Czy podkreślanie na każdym kroku aspektów płci niezbędnie musi być domeną współczesnych czasów i obyczajowości?…

O obyczajach i słowach feminizacja nazw zawodów1

Język polski jest elastyczny i ma duże możliwości słowotwórcze. To jednak nie uprawnia do tego, by kierunek jego rozwoju miał być wyznaczany przez określone cele polityczne czy ideologiczne, takie jak równouprawnienie kobiet. Język ewoluuje sam i nie potrzebuje do wspomagania tego procesu żadnych konkretnych grup społecznych” ― czytam w artykule pt.: Dlaczego nie warto mówić „ministro”? (źródło: www.literufka.wordpress.com). I ja się z tą tezą bardzo zgadzam ― to zresztą mój osobisty podstawowy zarzut w stosunku do środowisk feministycznych, że starają się one nieomal „siłowo” przekonywać wszystkich do swoich subiektywnych punktów widzenia, zupełnie nie dopuszczając do siebie innych, różnych perspektyw i przekonań. Z kolei feministki w odpowiedzi zarzucają mnie, że skoro jestem kobietą, a nie rażą mnie ani nie obrażają męskie nazwy zawodów używane w odniesieniu do kobiet, to przemawiają przeze mnie patriarchalne przekonania, które męski świat wpoił mi na tyle skutecznie, że nie odróżniam ich od własnych. Odpowiem wam zatem, drogie feministki, że mylicie się, bowiem zwykłam trafnie oddzielać to, co moje, kobiece od tego, co cudze, męskie ― zaś zupełnie odrębną kwestią jest, że ani trochę nie odczuwam tej uporczywej czy zagorzałej potrzeby manifestowania swojej kobiecości za pomocą słów, potrzeby ciągłego i nachalnego dowiedzenia w słowach, iż na pewno jestem kobietą. Tak, jestem nią, nie mam co do tego żadnych złudzeń, ale moje stanowisko jest następujące: jestem przede wszystkim człowiekiem (nie: człowieką)! Stąd też uważam, że dużo więcej pożytku społecznego od feminizmu będącego efemerydą ― niesie ze sobą humanizm, i to ten drugi „izm” należałoby współcześnie pielęgnować i powszechnie szczepić jako wartość dla społeczeństwa wyjątkową i budującą.

Ciekawe, że dokładnie te same feministki, które upierają się przy konieczności wprowadzenia do języka żeńskich nazw zawodów, jednocześnie deklarują, że nie dostrzegają żadnych różnic między kobietami a mężczyznami (mowa oczywiście o różnicach w psychice). Twierdzą bowiem, że mężczyźni nie są w niczym od kobiet lepsi, i że na tym świecie nie istnieje „męski sposób myślenia” albo „kobiecy sposób myślenia”. Ciekawe więc, że zawody fizyczne w przewadze uprawiają mężczyźni, a na uczelniach wyższych na kierunkach ścisłych takich jak automatyka i robotyka praktycznie kobiet nie ma. Temu drugiemu przytoczonemu zjawisku wychodzą naprzeciw parytety ― jest to idea zapewniająca kobietom procentowy, gwarantowany udział w obszarach, w których dotychczas prym pod względem liczebności wiedli mężczyźni. Na przykład w Szwecji swego czasu wprowadzono owe parytety na uczelnie wyższe, dzięki czemu na kierunku ścisłym musiało ― zgodnie z zapisem prawnym ― znaleźć się po tyle samo studentów i studentek. Czym sytuacja ta poskutkowała w praktyce? Tym, że uczelnia musiała odrzucić np. 30 procent aplikacji studentów, aby zachować nową proporcję, czyli 50 % studiujących mężczyzn i 50 % studiujących kobiet, podczas gdy przed wprowadzeniem parytetów proporcja na danym kierunku prezentowała się tak: 80 % studiujących mężczyzn i 20 % studiujących kobiet. W efekcie należało obniżyć poziom egzaminów wstępnych oraz poziom nauczania, aby umożliwić wejście na uczelnię i pomyślne studiowanie odpowiedniej (większej) liczbie kobiet, które faktycznie osiągały na egzaminach niższe noty od tych mężczyzn, którzy w imię parytetów zostali przez uczelnię odrzuceni. W krańcowym rezultacie Szwecja podjęła heroiczną próbę odżegnania się od feminizmu, zauważając dosadnie, że poziom uczelni wyższych od chwili wprowadzenia parytetów poszybował… w dół. Oczywiście odtrąbienie feminizmu w kraju takim jak Szwecja w praktyce jest morderczo trudne z uwagi na ekspansywną poprawność polityczną, która stanowi temat na osobny artykuł. Wracając do owych parytetów na przykładzie Szwecji ― czego ja próbuję dowieść tym przykładem; czy chcę ośmieszyć kobiety i powiedzieć, że są głupsze od mężczyzn?! Odpowiedź brzmi: nie, wręcz przeciwnie! Nie chcę ośmieszyć kobiet, ponieważ nie uważam nas, kobiet, za głupsze od mężczyzn ― natomiast jestem zdania, że kobiety myślą inaczej od mężczyzn (a mężczyźni myślą inaczej od kobiet) oraz że obie płcie wykazują własne, osobnicze predyspozycje intelektualne i zdolności. Drogie feministki, czy wy wiecie, kto napisał kod naprowadzający dla programu Apollo 11? Tak, dla tego legendarnego programu, dzięki któremu ludzkość po raz pierwszy wylądowała na Księżycu. Otóż ten kod stworzyła kobieta nazwiskiem Margaret Heafield Hamilton. Właśnie tej pani zawdzięczamy wręcz ukucie terminu naukowego, jakim jest inżynieria oprogramowania” (szczegółowy artykuł o przełomowych dokonaniach Hamilton pisałam osobiście ― ja, jako kobieta dumna z możliwości intelektualnych kobiet; artykuł ten znajdziecie tutaj), nie mówiąc o tym, że bez niej ― bez jej mózgu, bez jej wiedzy matematycznej i informatycznej, bez jej nadzoru nad własnoręcznie opracowanym kodem naprowadzającym ― lądowanie na Księżycu w 1969 roku nie byłoby realne. Wkład tej pani w astronautykę jest wprost nieopisany; pani ma na koncie imponującą bibliografię, olbrzymią ilość opracowań naukowych i oczywiście stosowne, zgodne z ustawą kosmiczną NASA, wyróżnienie za wyjątkowe zasługi naukowe i techniczne. Pani ta nie potrzebowała dla swoich dokonań żadnych ustępstw, ulg od świata ― takich jak nieszczęsne parytety! To wymysł taki jak parytety ośmiesza nas, kobiety!

O obyczajach i słowach feminizacja nazw zawodów2

Fakty są stanowczo inne, niż twierdzą dzisiejsze feministki ― otóż rzetelne opracowania historyczne wskazują wyraźnie, że już w średniowieczu kobiety sprawnie zarządzały majątkiem, były przedsiębiorcami, a także naukowcami. „Zachowały się do dzisiejszych czasów umowy handlowe zapisy kupna i sprzedaży, testamenty, weksle i wiele innych form rejestracji transakcji gospodarczych, które przeprowadzane były wyłącznie przez kobiety, z prawami dyspozycji bez względu na urodzenie. Można więc z pewnością powiedzieć, że w średniowieczu preferowano, jak w żadnej innej epoce historycznej, kobiety w rodzaju bizneswoman. Kobiety średniowiecza trudniły się na przykład zawodem lekarza. Tylko wtedy zdarzały się nawet przypadki kobiet płatnerzy czy kowali, nie wspominając już o ginących na średniowiecznych polach chwały kobietach wojowniczkach. Średniowiecze wypełnione było tysiącami poetek, tłumaczek, kopistek, pisarek, a więc kobiet nauki i wysokiej sztuki. Kobiety sponsorowały także rozwój nauk średniowiecza, będąc mecenasami wielu artystów i naukowców. Wybitną twórczynią tamtych czasów była na przykład Hildegarda, ksieni klasztoru Bingen (1098 1179), twórczyni encyklopedii medycznej o nazwie Scivias, czyli Znaj drogi Pana. Można z niej było wyczytać wczesny opis ludzkiego systemu krążenia krwi. Dokonała ona także reformy alfabetu niemieckiego, pisała hymny i symfonie, opublikowała też wiele opracowań, tworzących zręby współczesnej astronomii i fizyki” (źródło: Średniowieczna emancypacja). Osobną sprawą jest, że ― istotnie ― w następujących po średniowieczu epokach pozycja społeczna i zawodowa kobiet podupadła, właśnie dlatego ― istotnie ― my, współczesne kobiety w Polsce, Europie i Ameryce, niezależnie od tego, czy uznajemy się za feministki, czy też nie, wiele zawdzięczamy pierwszej fali: najpierw tzw. sufrażystek (działających w wieku XVIII), następnie feministek. To one wywalczyły dla nas prawa do kształcenia się, zdobywania wiedzy na równi z mężczyznami, do głosowania i brania udziału w wyborach. W tym miejscu dodajmy, że Polska była jednym z pierwszych krajów na świecie, w którym kobiety uzyskały należne im prawa wyborcze na równi z mężczyznami, miało to miejsce w 1918 roku; w Arabii Saudyjskiej nastąpiło to dopiero w roku 2015. O co więc walczą dzisiejsze feministki w Polsce? O żeńskie nazwy zawodów. Walczą o żeńskie nazwy zawodów, choć zarazem postulują uparcie, że de facto nie dostrzegają żadnych różnic w sposobach myślenia kobiet a mężczyzn. Jeżeli nie dostrzegają tych różnic, to po co im ― własne nazwy? Czy kobieta―pilot jest inna od mężczyzny―pilota? Nie sądzę. Właśnie dlatego nie uważam, że kobiety wykonujące zawód pilota nieuchronnie winny się nazywać pilotkami. Myślę, że słowo „pilotka” opisuje jednak czapkę pilota albo kurtkę pilota (tak jak „reporterka” opisuje torbę należącą do reportera, a „reżyserka” opisuje pomieszczenie, w którym przebywa reżyser), a nie kobietę.

Dobrze ― powiecie teraz ― ale przecież słowo „pilot” to także przedmiot (służący do zmieniania kanałów telewizyjnych), a mężczyznom wykonującym zawód pilota to uprzedmiotowienie nie przeszkadza. To prawda, „pilot” to też przedmiot, jednak nazwa tego przedmiotu wzięła się z nazwy określającej zawód człowieka (tą samą drogą powstały nazwy czapki i kurtki pilota ― od człowieka). Jeśli kobietę pilota zechcemy określać pilotką, nazwa ta weźmie się jednak od czapki już, czy kurtki, nie od człowieka… taką widzę osobiście kolejność tych potencjalnych językowych zdarzeń, bowiem słowo „pilotka” oznaczające przedmioty właśnie ― już istnieje, i z tym faktem nikt niczego nowego nie wskóra.

Mam to szczęście, że osobiście znam dwoje pilotów ― mężczyzna pilot i kobieta pilot będący moimi znajomymi, są małżeństwem. Dodam gwoli ścisłości, że obecnie są na emeryturze, ale oboje mają za sobą znakomite kariery. Specjalnie na potrzeby tego artykułu zatelefonowałam do tejże kobiety wykonującej wcześniej zawód pilota, aby zapytać ją, czy kiedykolwiek w swej karierze chciała nazywać się pilotką, czy być może inni (w swoim środowisku zawodowym znała samych mężczyzn, nie było w tym środowisku innych kobiet pilotów), a więc mężczyźni, próbowali ― dla odróżnienia ― określać ją inaczej niż siebie, a więc być może zwracali się do niej „pilotko”, a nie „pilocie”? Oto, co odpowiedziała: ― Miałam pasję do oblatywania, to była moja miłość, byłam w tym wyjątkowo dobra, nawet bardziej od mojego męża. Mój mąż czy inni męscy piloci byli bardziej zachowawczy, a ja latałam naprawdę, byłam wyjątkowo sprawna techniczne, oczywiście odpowiedzialna, ale też bardzo wolna w tym, co robię, taka nawet afektywna. Po prostu kochałam to, co robię, to było moje życie. Pewnie dlatego zostałam żoną mojego męża ― rozumieliśmy się bez słów. Ale on też zawsze mnie podziwiał, mimo że nie mam mu nic do zarzucenia, bo był świetny, ale on też tak uważał: ja byłam o wiele lepsza. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby powiedzieć o sobie pilotka. Pilotka, to była czapka, potem kurtka, ale nigdy człowiek. Nie, to nie tak, że jak by nie było nazwy „pilotka” na przykład jako czapki, to ja jako człowiek bym chciała być pilotką. Ja brałam tę pracę na równi z mężczyznami, w niczym im nie ustępowałam, a nawet byłam pod pewnymi względami bardziej utalentowana ― dlaczego miałabym chcieć nazywać się inaczej od nich? I ja, i mąż, oboje byliśmy po prostu pilotami. Tak samo ważni, tak samo pracowaliśmy. Miałam wielu kolegów i nikt nigdy mnie nie traktował jakoś inaczej, to znaczy ulgowo albo z góry. Prawdę mówiąc, gdyby nie wypadek mojego męża (jego samolot się rozbił, mężczyzna szczęśliwie przeżył, choć amputowano mu stopę ― przyp.: J.K.), ja sama latałabym jeszcze dużo dłużej i zrobiłabym jeszcze lepszą karierę. Odkąd on nie mógł już latać, a też kochał, zdecydowałam się, że też więcej nie polecę, chociaż byłam zdrowa i mogłam jeszcze dużo zwojować. I też nikt mi nie kazał i nie było żadnej presji. Ja sama zdecydowałam, że już nie polecę, że moja kariera się skończyła. I wcale się nie poświęciłam ani nie miałam i nie mam do nikogo żalu. Całe życie robiłam, co chciałam, co sama wybrałam, mimo że za mojej młodości nie było prawie wcale kobiet pilotów, ale wtedy nikt nie miał z tym problemu. Po wypadku męża zajęliśmy się razem inną pracą, otworzyliśmy sklepy, i już spędzaliśmy życie na ziemi. I na ziemi też było nam dobrze. I jest. Nie wiem, dlaczego ja miałabym sama siebie nazywać inaczej niż chłopców, którzy oblatywali. Byłam wyrobionym pilotem tak samo jak oni, do czarta… po prostu pilotem.

O obyczajach i słowach feminizacja nazw zawodów3

Ja też nie wiem, dlaczego koniecznie miałabym się określać pisarką albo literatką (szklanką)… reporterką (torbą), reżyserką (pokojem)… Moja literatura nie staje się inna, ani lepsza, ani gorsza, zależnie od nazwy, jaką określę wykonywany przez siebie zawód. Pozostaję Justyną Karolak, nikim więcej, ale i nikim mniej. Na pewno jestem kobietą, ale tworzę literaturę piękną ― dla ludzi; nie pisuję tzw. literatury kobiecej. I uważam, że jak najbardziej są dziedziny, w których mężczyźni są od nas, kobiet, lepsi ― jak i są dziedziny, w jakich to kobiety nie mają sobie równych. Nie ma na świecie wielu naukowców ― kobiet takich jak ww. Hamilton, czy Temple Grandin. Statystycznie ― więcej kobiet na uczelniach wyższych studiuje kierunki humanistyczne i artystyczne, a nie ścisłe, i te statystyki nie wynikają znikąd. Co oczywiście ani trochę nie znaczy, że kobiety nie mogą być wybitnymi fizykami na przykład, albo że mężczyźni nie mogą być poetami czy nauczycielami języka polskiego! Jasne, że pewne nasze ― żeńskie i męskie ― zakresy bez problemu się pokrywają i każde z nas może potencjalnie osiągać w nich wyżyny, za to inne zakresy kobiet i mężczyzn pozostają wspaniale odrębne, i to w tych odrębnych zakresach najczęściej płcie się kształcą i specjalizują, zachwycając świat swoją różnorodnością, a nie jednośladowością!

Ciekawe, że „zanik przyrostków typu ka, owa, ina można wiązać ze zjawiskiem emancypacji. Przez całe lata awans społeczny kojarzył się ludziom w Polsce z przejściem ze wsi do miasta, a ponieważ znakiem gwar jest rozbudowane słowotwórstwo żeńskie, potwierdzeniem emancypacji stało się pozbycie owych ‘obciążających’ przyrostków”, powiedział profesor Jan Miodek (źródło: www.naszswiat.net). To też ciekawy motyw do rozważenia, bowiem jeśli prof. Miodek się nie myli, dawniej kobiety z powodu swej emancypacji same wyzbyły się owych żeńskich końcówek w nazwach zawodów, a dziś kobiety ― także z powodu swej emancypacji ― owe żeńskie końcówki usiłują przywrócić! Zwrócono mi uwagę, że obcokrajowcy uczący się języka polskiego dziwią się, że w naszym języku istnieje pewna asymetria polegająca na tym, że żeńskie nazwy zawodów zachowały się dla kobiet ― wykonawczyń, np.: kelnerka, pielęgniarka, fryzjerka, natomiast kobiety na wysokich stanowiskach czy pełniące ważne funkcje społeczne ― już tych żeńskich nazw nie stosują. Feministki korzystają z tego argumentu jako z postulatu, iż właśnie dlatego koniecznie należy żeńskie nazwy zawodów ― wszystkich ― usilnie do powszechnego użytku wprowadzać, abyśmy choćby podświadomie nie kojarzyli kobiet z, powiedzmy, mniej istotnymi społecznie rolami. Ja myślę przeciwnie ― bliższa jest mi teza prof. Miodka; sądzę, że właśnie dawna emancypacja kobiet sprawiła, iż same kobiety zajmujące wysokie stanowiska pozbyły się żeńskich końcówek językowych, aby podkreślić, że pełnią społeczne role na równi z mężczyznami, a nie ― inaczej, a nie ― po kobiecemu”.

Obawiam się, że nigdy nie zrozumiem, dlaczego niektóre kobiety (współczesne feministki) nie czują się obrażone przez parytety, które de facto oparte są na mechanizmie deprecjonującym płeć żeńską. Ja wolałabym dostać się na wybrane studia dzięki zdobytym punktom, dzięki świetnie zdanym przez siebie egzaminom, a nie dzięki kuchennym drzwiom, które otworzono by specjalnie dla mojej płci. Płeć żeńską w kontekście parytetów uznać należałoby właśnie za gorszą: mniej władną, mniej sprawczą, co z gruntu uznaję za obraźliwe. Nie uważam, że kobiety są lepsze, nie uważam, że lepsi są mężczyźni ― mnie interesuje treść pełnionych przez nas ról, nasza praca, nasze dokonania, zadania, jakich się podejmujemy, i w kontekście tych zadań zupełnie nie obchodzi mnie, czy nazwę siebie samą pisarką, czy jednak pisarzem.

O obyczajach i słowach feminizacja nazw zawodów4

Jeśli formy takie jak „dramaturżka” pewnego dnia na stałe zagoszczą w języku polskim, jeśli stanie się to rytmem naturalnym ― bez iście politycznego wiedzenia słów na barykady, jak gdyby chodziło o kwestie życia i śmierci ― ja za tą naturalną ewolucją językową podążę. Ale nie chcę, by za pośrednictwem zimnego narzutu z zewnątrz, ideowego, celowego, intencjonalnego narzutu, wymuszano na mnie stosowanie tych form natychmiast, ponieważ „wypada” i „trzeba”. Na razie Rada Języka Polskiego w dniu 19 marca 2012 roku na posiedzeniu plenarnym w sprawie żeńskich form nazw zawodów i tytułów podała następujący wniosek: „Językowi nie da się jednak niczego narzucić, przyjęcie żadnej regulacji prawnej w tym zakresie nie spowoduje, że Polki i Polacy zaczną masowo używać form inżyniera bądź inżynierka, docentka bądź docenta, ministra bądź ministerka, maszynistka pociągu, sekretarza stanu czy jakichkolwiek innych tego rodzaju” (źródło: www.rjp.pan.pl). I ja osobiście pozostaję z tego stanowiska Rady Języka Polskiego bardzo zadowolona, nie chciałabym bowiem, aby naszym życiem ― życiem ludzi, po prostu ― sterowały wyłącznie regulacje prawne stanowczo za ciasne na to, by objąć sobą wszystkie odcienie rzeczywistości.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (9)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (6)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

6 komentarzy

  1. Niedoszły Śmietanek Intelektualny

    Urocze szermierki słowne,

    co w takim razie, nomen omen, począć, kiedy w dobie postępującej koedukacji w wojsku padnie komenda „Bierz saperkę!” ?

    Wg mnie „pani sekretarz” brzmi jednak bardziej dystyngowanie niż „sekretarka”, która jednakowoż brzmi deprecjonująco nie ze względu na formę żeńską, a ze względu na sugerowane zdrobnienie, co zauważyła już w głównym tekście Pani Justyna. Tak samo brzmiałby „sekretarzyk” pomimo swej męskiej formy, gdyby miał nazywać zawód, nie mebel. Osobiście wolałbym już końcówki „-ina/-yna”, jeśli już tak „nakoniecznie”.
    Idąc tym tropem, tytułowanie się na siłę z użyciem końcówek „-ka”, wygląda mi raczej na strzał w stopę, ale przede wszystkim jest dla mnie w wielu przypadkach tak sztuczne, że np. „dramaturżka” wręcz boli w uszy.

    • Panie Śmietanku Intelektualny,

      jako autor 🙂 tego artykułu z entuzjazmem się z Panem zgadzam. Cóż jednak począć? Język się zmienia w wielu obszarach, dlatego, jak zakładam, również w tej kategorii feminizacji nazw zawodów i funkcji pewne pomysły do języka się wchłoną, choć inne zostaną odrzucone/zapomniane (mam nadzieję, że do tej drugiej grupy zaliczą się twory takie jak „dramaturżka” i „saperka” jako kobieta 🙂 ).

      Mój głos w tej sprawie jest jednak tylko jednym z głosów – wkrótce na naszych łamach ukaże się artykuł, dyskutującej tu, pani Iwony, i będzie on kontrpropozycją wobec tego artykułu, ujmującą zjawisko z zupełnie innej strony.

      Pozdrawiam 🙂 .

  2. Iwona Łabuda-Bobowska

    Pani Justyno,
    dziękuję, że odniosła się Pani do mojej opinii. Nie pozostaje mi nic innego, jak kontynuować zaczęty wątek, choć nie sposób wyczerpać w naszej dyskusji tak niełatwy i kontrowersyjny temat.
    Rozumiem, że Pani sprzeciw budzi nie tyle samo zjawisko, jakim jest pojawianie się w języku polskim żeńskich form – dotąd nieobecnych lub występujących sporadycznie – nazw zawodów, stanowisk, tytułów itp., ile dostrzegane przez Panią dążenie niektórych środowisk do jego upowszechniania i zalegalizowania na siłę, wbrew woli i przekonaniom pozostałych użytkowników języka. Kto jednak, jeśli nie same kobiety, powinien zadbać o ich interesy? A czy takowym nie jest właśnie owo dostosowanie słownictwa – bądź co bądź żywego tworu, a nie nienaruszalnej struktury – do współcześnie pełnionych przez kobiety ról i posiadanych przez nie pozycji społecznych?
    Zwraca Pani uwagę na fakt, że w minionym wieku Polki na własne życzenie zrezygnowały z żeńskiego wyróżnika gramatycznego, by posługiwać się ujednoliconą formą męskoosobową. Owszem, ale trzeba pamiętać o odmiennym kontekście społecznym, o innych realiach, w których miało to miejsce. Nie wiem, czy istnieją jakieś opracowania naukowe dotyczące owych tendencji, ale gdyby samemu pokusić się o ich analizę, można by złożyć je na karb ówczesnej hermetyczności, elitarności pewnych środowisk zawodowych (i nie tylko), w których kobiety były niemile widziane, nieakceptowane, niedoceniane i traktowane niepoważnie. Stanowiły też w nich zdecydowaną mniejszość i jako taka musiały wpasować się w męskie ramy, udowadniać na każdym kroku, że potrafią pełnić swe role „na równi z mężczyznami […], nie «po kobiecemu»”. Dzisiaj czasy się zmieniły. Kobiety znają swoją wartość, śmielej sięgają po swoje, wchodzą w nowe role, osiągają wyższe pozycje. Awans społeczny utwierdza je w przekonaniu o posiadaniu tych samych praw co mężczyźni, a język jest tylko tego ukoronowaniem.
    Z Pani wywodu wynika, że różnicowanie nazewnictwa ze względu na płeć jest pewną formą manifestacji kobiet i jako takie jest zbędne i bezzasadne, bo nie końcówka, żeńska czy męska, przesądza o wartości czyichś dokonań. Owszem, trudno podważyć ten przewrotny argument, ale trzymając się go uparcie, można dojść do absurdalnego wniosku, że najlepiej w ogóle wyrugować z naszego języka formy żeńską i nijaką, ujednolicić i zmaskulinizować słownictwo, żeby go niepotrzebnie nie komplikować.
    Emancypacja kobiet od lat przejawia się w różnych sferach życia, ale jej motorem niezmiennie pozostają feministki, którym – jakkolwiek by patrzeć i niezależnie od osobistych sympatii – sporo zawdzięczamy. Jak wspomniałam w swoim pierwszym komentarzu do Pani artykułu, mimo że nie jestem związana z ich ruchem, to zgadzam się z nimi w wielu kwestiach. Cieszy mnie podjęta przez nie inicjatywa wprowadzenia zwyczaju używania adekwatnego dla kobiet nazewnictwa. (Jego brak i wrzucanie nas do jednego wora uszytego dla wygody i na miarę potrzeb mężczyzn zawsze, jeszcze zanim w ogóle usłyszałam o feminizmie, mnie raziły i budziły mój sprzeciw.) To, czy zagości ono na stałe w języku polskim, zależy jednak od jego asymilacji, powszechnej akceptacji społecznej, a nie od widzimisię bądź nacisku poszczególnych grup. Póki nie stanie się ono uzusem językowym i nie uzyska odpowiedniego statusu, jego używanie nie będzie obligatoryjne. Tym bardziej że – jak sama Pani zauważyła – wśród językoznawców póki co nie ma zgodności w kwestii odpowiednich regulacji gramatycznych.
    Z rewolucjami, przemianami, postępem itd. zwykle tak bywa, że na początku napotykają na opór, budzą mieszane uczucia i wywołują różnorakie reakcje. Tak samo jest w przypadku nazewnictwa, którego żeńskie formy, pojawiające się coraz częściej w mowie i piśmiennictwie, jednych bulwersują, innych śmieszą. Dziwi mnie jednak, że wśród sceptyków i oponentów jest tak dużo kobiet. Wiele z nich nie jest przekonanych do owych innowacji językowych, upatrując w nich zbędnych dziwolągów słownych umniejszających powagę i rangę zajmowanych przez nie stanowisk, pełnionych funkcji. Przyzwyczajone do tradycji językowych faworyzujących i uwzględniających jedynie płeć męską, nie tylko nie widzą nic złego w ich kontynuowaniu, ale też deprecjonują proponowane zgodnie z polskimi normami gramatycznymi odpowiedniki żeńskie. (Z pewnością postawa ta ma niejedno podłoże, ale to już temat na obszerne badania socjologiczne i psychologiczne.) Z kolei jednym z argumentów chętnie przywoływanych przez obrońców dotychczasowych zwyczajów językowych jest wieloznaczność niektórych proponowanych nazw żeńskich (np. pilotka czy literatka). Taka sytuacja nie jest jednak w polszczyźnie niczym nowym i jakoś sobie z nią wszyscy radzimy.
    Czas zatem pokaże, czy większość z nas przekona się do proponowanych korekt słownictwa, czy zechce pozostać przy dotychczasowych zwyczajach. Mnie osobiście wydaje się jednak podążanie w kierunku owych modyfikacji czymś bardziej pożytecznym niż, dajmy na to, ochocze przyswajanie przez tak zwany ogół anglicyzmów, pleniących się i zadomawiających bezkrytycznie, bez większych sprzeciwów w naszym rodzimym języku. I właśnie w tym sensie poszerzenie nazewnictwa o żeńskie odpowiedniki uważam za naturalną kolej rzeczy, za szansę na przywrócenie równowagi znaczeniowej i na wyrównanie proporcji, na uzupełnienie i uporządkowanie pewnych obszarów języka. Taki kierunek wydaje mi się zdrowszy i bardziej logiczny niż tkwienie w uproszczonych i przestarzałych schematach czy brnięcie w zapożyczenia. Jeśli zaś ów nowy porządek przyjmie się jako przydatny i wygodny, nie będzie miało znaczenia, kto przyłożył do niego rękę i z jakich pobudek.
    Pozdrawiam
    Iwona

    • justynakarolak

      Pani Iwono.

      Dziękuję za nowy głos w naszej dyskusji – ponownie: bardzo mi miło 🙂 .

      Podoba mi się, że pomimo niezgodności wobec kilku kwestii językowych oraz społecznych – nasza dyskusja opiera się na wzajemnym słyszeniu i na merytorycznych argumentach. Pozwalam sobie wspomnieć o tym marginalnie, acz jednak świadomie, celowo, aby podkreślić, że zrównoważony dialog z interlokutorem (albo: interlokutorką 🙂 ) prowadzony w sieci, to jednak swego rodzaju perła połowiona w wodach dzisiejszych „internetów”, i dlatego perła ta, w mojej opinii, warta jest podziękowania.

      Pani argumenty odnośnie do feminizacji nazw zawodów, ale także odnośnie do ról społecznych kobiet etc. – są bardzo atrakcyjne, to znaczy: na tyle precyzyjne, świadome, przemyślane itd., iż spokojnie pozwoliłyby się ubrać w odrębny artykuł, który byłby pięknym kontrargumentem, a w istocie – kompletnym kontr-publicystycznym materiałem, jaki wspaniale zrównoważyłby moje stanowisko w tej materii. Innymi słowy – jeśli zechciałaby Pani napisać (w oparciu o swoje komentarze) własny artykułu na temat feminizacji nazw zawodów (ról społecznych pełnionych przez współczesne kobiety w Polsce, etc.) – nie tylko mnie osobiście, ale redakcji Tostera Pandory byłoby niezwykle miło z tego tytułu. Gdyby zechciała Pani rozważyć tę propozycję – pozostajemy otwarci i serdecznie zapraszamy Panią do współpracy 🙂 .

      Pozdrawiam

      Justyna Karolak

  3. Iwona Łabuda-Bobowska

    Pani Justyno,
    z zainteresowaniem przeczytałam Pani artykuł. Nie jestem zdeklarowaną feministką, jednak nie widzę nic złego w nadawaniu żeńskich form zawodom, stanowiskom, tytułom. Nie uważam, aby dążenie to było podszyte potrzebą podkreślania wyższości jednych nad drugimi czy manifestowania jakichś postaw, ideologii itp. Nie upatrywałabym też w nim „celów politycznych czy ideologicznych” określonych środowisk (m.in. feministek) ani prób narzucenia wymyślonych i preferowanych tylko przez nie norm. Tak jak Pani wspomniała na wstępie, język ewoluuje wraz z zachodzącymi zmianami społecznymi. Jest więc naturalną koleją rzeczy, że przeobrażenia obyczajów, mentalności wyzwalają nowe potrzeby, a te znajdują swe odzwierciedlenie również w języku. Poszerzenie nazewnictwa o żeńskie formy uważam nie za przejaw kobiecych animozji czy za pewien rodzaj manifestacji, lecz za słuszne i naturalne dopełnienie i uporządkowanie słownictwa. To, że następuje ono właśnie (dopiero!) teraz, zbiega się oczywiście z tym, że kobiety głośniej i odważniej zabiegają o należne im miejsce w świecie, w społeczeństwie. Nie chcąc wchodzić w głębszą polemikę, proponuję – zamiast dowodzić, że kobiety nie gorsze, też swój rozum i miejsce w świecie mają – przyjrzeć się drugiej stronie medalu, czyli nazewnictwu zarezerwowanemu dla mężczyzn, dla wykonywanych przez nich zawodów, pełnionych funkcji, posiadanych tytułów. Nie znajdziemy w nim ani jednego przykładu mającego formę żeńską. Czyżby dostosowanie do współczesnych realiów końcówek określających zawody niegdyś wykonywane wyłącznie przez kobiety, a dzisiaj również przez panów, było czymś naturalniejszym niż transformacja nazewnictwa odnoszącego się do kobiet? Po co „sprzątacz”, skoro przyzwyczailiśmy się do określenia „sprzątaczka”, „pielęgniarz” zamiast „pielęgniarka”, czy „wychowawca przedszkola/nauczyciel przedszkolny” zamiast „przedszkolanka”? Chyba jednak coś jest na rzeczy…
    Z pozdrowieniami
    Iwona

    • justynakarolak

      Pani Iwono.

      Dziękuję za interesujący i również obszerny komentarz – bardzo mi miło 🙂 .

      Parafrazując Pani krańcową wypowiedź: niewątpliwie coś jest na rzeczy; zgadzam się! 🙂

      Nie będę w tym komentarzu broniła moich tez i stanowisk – cały bowiem artykuł jest wyrazem tego, co w materii feminizacji nazw zawodów sądzę ja osobiście. Natomiast pragnę dodać, że jak najbardziej – i ja nie widzę przeszkód wobec tego, by kobiety nazywały siebie (wykonywane przez siebie profesje i pełnione tytuły) tak jak sobie życzą, jak uznają za stosowne (np. doktorka, profesorka czy profesora etc.). Jedynie ze swej strony – tu w komentarzach, w naszym dialogu – chcę podkreślić, że dostrzegam jednak motor ideologiczny czy wręcz polityczny w usilnym rozpowszechnianiu tego rodzaju nazw i uważam, że obecnie obserwowany wykwit żeńskich nazw zawodów nie jest podyktowany torem naturalnym (czyli naturalną ewolucją języka). Moim zdaniem jest podyktowany właśnie ideowością środowisk feministycznych, a więc owa feminizacja nazw zawodów – obecnie, dzisiaj – zachodzi w języku polskim właśnie z przyczyn ideowych, zaś nie: naturalnych, językowych i ogólnie: społecznych. Na portalach feministycznych nie spotkałam zresztą zrównoważonych artykułów na ten temat – spotkałam artykuły „grzmiące”, „nawołujące kobiety do przebudzenia” i narzucające „jedyną słuszną drogę”.

      Jak wspomniałam w artykule – niektórzy językoznawcy są zwolennikami tej właśnie tezy – wyzbycie się z języka żeńskich nazw zawodów (żeńskich końcówek językowych) odbyło się z wyboru samych kobiet, Polek, w obliczu ich emancypacji. Pewne dzisiaj kwitnące nazwy żeńskie zawodów nie są więc w naszym języku czymś wyłącznie nowym – są, jak w odwróconym zwierciadle, powrotem dzisiejszych feministek do tego, co ongiś feministki dobrowolnie porzuciły, a nie są – przecieraniem nowych szlaków (dla kobiet).

      Już powstał – pierwszy polski słownik żeńskich nazw zawodów; został wydany. Uważam, że jest na to za wcześnie: język sam zweryfikuje, co zostanie do niego wchłonięte, a co nie; jeszcze nie pora, by „odgórnie” na ten temat wyrokować – a wydanie tego słownika jest jednak próbą poczynienia pewnego wyroku. Zważywszy, że językoznawcy deklarują mnóstwo kwestii spornych na tym polu: dotychczas nie wyłoniły się jednoznaczne zdania poważnych językowców, czy np. „premiera”, czy jednak „premierka”, czy może „premierini”.

      Z pozdrowieniem 🙂
      Justyna Karolak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *