O POTĘDZE I NADZIEI W NAUCE

Polemika do artykułu pt.:
„DLACZEGO NAUKA XX w. UZNANA ZOSTAŁA ZA NIEMORALNĄ”,

link do artykułu:

http://tosterpandory.pl/?p=29

O POTĘDZE I NADZIEI W NAUCE

W finalnych scenach znakomitego filmu Andrzeja Kondratiuka, „Big Bang”, toczy się dyskusja między Zosią, czyli panią sklepową, a panem Kazimierzem, wioskowym pastuchem. Dyskusja dotyczy kondycji ludzkości, a więc spraw najogólniejszych, ale nie zostaje dokończona, ponieważ do akcji wkraczają kosmici i zabierają ze sobą pana Kazimierza, nie wiadomo zresztą, dokąd.

Czego się od niego dowiedzieli, tego też nie wiemy, ale ponieważ pan Kazimierz był „pod wódką”, możemy więc się spodziewać, że jego wypowiedzi nie do końca zostały zrozumiane. Niewykluczone też, że kosmici byli uczuleni na wodorotlenek etylu, jak ci z Aldebarana usiłujący skolonizować Ziemię, co opisał kiedyś Stanisław Lem. W każdym razie ostatnie słowa pana Kazimierza skierowane do swoich współbraci – Ziemian spod Pułtuska, brzmiały: Ludzie, opamiętajcie się!

W tym okrzyku skupiał się cały życiowy pesymizm naszego bohatera, pesymizm uzasadniony jego aktualną pozycją społeczną i zapewne trudną drogą życiową. Cóż, gdyby nie wynalazek braci Lumière, a po nich paru innych niezadowolonych z tego wynalazku, nie moglibyśmy rozpamiętywać tej historii.

Już w około XVIII wieku zaczęto wierzyć we wszechmoc nauki i rozumu, konsekrowano nawet Świątynie Rozumu, co prawda w sposób, który z rozumem nie miał za wiele wspólnego. Potem Kant i Laplace wymyślili swoją hipotezę, a niejaki Joseph Plateau zaczął pokazywać w słoiku z wodą i olejem, jak powstają planety. Salony arystokracji pełne były zachwyconych dam, którym koniecznie trzeba było zademonstrować to zadziwiające zjawisko. Były to jednak damy francuskie, nasze w tym czasie omdlewały, słuchając bajdurzeń o czuciu i wierze, w pogardzie mając szkiełko i oko. Gdzieniegdzie jednak uczeni cieszyli się ogromnym zainteresowaniem sfer wyższych oraz władzy, z czego niektórzy umieli korzystać.

Wkrótce wielu uczonych doszło do wniosku, że wszystko niebawem da się obliczyć, cały przeszły i przyszły stan Wszechświata, z kilku tylko początkowych danych. Skoro udało się Halleyowi obliczyć moment nadejścia komety, a nieco wcześniej Newtonowi wykazać, że Kepler miał rację z tymi elipsami, to dlaczego ma się nie udać z innymi zadaniami. Trudno się dziwić optymizmowi ówczesnych uczonych, wszak zasada nieoznaczoności nie była jeszcze znana, choć znano już rozkład Gaussa. Przecież jeszcze niedawno nasi, i nie tylko nasi, planiści sądzili, że uda się wszystko dobrze zaplanować, jeżeli tylko uzyskają dostęp do odpowiednio wielkich komputerów. Co prawda, z czasem wyszło na jaw, że byle większa śnieżyca czy ulewa może bardzo skomplikować obliczenia albo zupełnie uniemożliwić ich wykonanie. Wiara w determinizm przyrody i ekonomii politycznej była jednak tak wielka, że uniemożliwiła odkrycie teorii gier czy podstaw cybernetyki, a ci, którzy byli w pobliżu tych odkryć, unikali jak ognia używania wyklętych przez ideologię słów.

Za naszej pamięci problem planowania rozwiązał w prosty sposób Leszek Balcerowicz, zastosowawszy metodę empiryczną. Jednak empiryczne metody rozwiązywania macierzy czy całkowania, choć skuteczne i szybkie, bywają bolesne. Ich główną zaletą jest niski koszt wprowadzania, trochę większy jawi się koszt kontynuacji, czyli zmienności w czasie, ale i tak wychodzi taniej niż przy wcześniejszych, teoretycznych, sposobach.

Co ciekawe, sposób profesora Balcerowicza, tak dla nas nowy, jest stary prawie jak ludzkość, a empiryczne rozwiązywanie najbardziej złożonych problemów ma długą tradycję. Dawid nie myślał o trajektoriach, dynamice i balistyce ani wytrzymałości materiałów, w jego sytuacji chodziło o wytrzymałość czaszki Saula, tylko podszedł do sprawy doświadczalnie. Nie w głowie też była mu psychologia i sztuka negocjacji. Dobrze natomiast wiedział, że kamień o odpowiednim kształcie równie dobrze tnie powietrze, jak baranią albo ludzką kość. Saul znał natomiast przydatność obrobionych metali, ale zemściła się na nim błędna taktyka, czyli nieznajomość jednej z nauk ogólnowojskowych. Widać szkolenie, jakie przeszedł, nie kładło zbytniego nacisku na stronę teoretyczną.

Bywa, że pomyłki naukowców są nam na rękę, życzymy ich sobie, wręcz na nie wyczekujemy. Przecież nie chcemy, aby sprawdziły się prognozy o nadciągających syberyjskich mrozach. W lecie tak samo, prognoza deszczowego lipca spędza nam sen z powiek i zakłóca dobre samopoczucie, a naszym jedynym pragnieniem pozostaje, aby ci wszyscy mądrale od meteorologii, meteoropatii i globalnego ocieplenia – się pomylili. Jeżeli nasze marzenia się spełnią, to możemy z pełną satysfakcją głosić wyższość zdrowego rozsądku i wiary w ludowe przysłowia nad uczone mędrkowania.

Podobnie postępujemy, myślimy, słysząc diagnozę lekarza, że oto mamy szczęście, bo to tylko adenocarcinoma. Taka już jest przewrotna natura człowieka, że wszystko potrafi przenicować, z igły zrobić widły, a czasem nawet przekuć miecze na lemiesze. Bywa jednak, że kij do bejsbola staje się maczugą, prawie tak skuteczną jak maczuga Herkulesa, a ośla paszczęka – narzędziem pogromu.

W XX wieku i poprzednim, argumentów na korzyść nauki i zachwytów nad nią przybyło. Ktoś tam wykombinował salwarsan, nazwa ładna, ale choroba, którą on leczył, już mniej. Ford zaczął na potęgę produkować samochody, co niespecjalnie spodobało się właścicielom koni. Jednak ówcześni ekolodzy szybko ich zakrzyczeli, wykazując, że w samym tylko Nowym Jorku codziennie trzeba wywozić 1500 ton produktów końskiej przemiany materii. Nie przewidzieli jednak, że samochody będą służyć gangsterom do ucieczek, a tajnym policjom do fingowania nieszczęśliwych wypadków. Ale, z drugiej strony, jak ładnie wyglądają filmowe gonitwy samochodowe, a jak radosne są rozmowy z samochodziarzami prowadzone w TV. Samochody nie są zatem takie złe…

W ogóle: z tymi wynalazkami były od początku same zmartwienia! Dymiące lokomotywy, pędząc z szybkością nawet 20 mil na godzinę, straszyły krowy, odbierając im mleko. Słusznie protestował przeciw temu wynalazkowi nasz Kraszewski, twierdząc, że węgiel, para i dym – są to szatany zatracenia pięknych widoków, dostępnych tylko z dyliżansów.

Oświetlenie gazowe także naruszało odwieczny boski porządek, uczyniając z nocy dzień. Trochę przeciwdziałały temu dymiące kominy fabryczne, które niekiedy robiły z dnia noc, ale – to nie to samo. Przerażające perspektywy zaczęły też rysować się przed polskimi rolnikami, a to za sprawą pomysłodawców budowy kanalizacji w Warszawie. Cały pomysł, jak to opisywała jedna z gazet sprzed 100. lat, obliczony był na wytępienie słowiańskiej ludności i zniszczenie polskiego rolnictwa. Nie muszę chyba pisać, jakie to siły miały spiskować na naszą zgubę.

Przykłady, które zaczerpnąłem z artykułu Pana Profesora Ignacego Siemiona pt.: „De Horrore Novi”, można by mnożyć, ale ponieważ te i inne katastroficzne przepowiednie jakoś się nie sprawdziły i żaden Armagedon nie nadszedł, więc, zapewne na zasadzie wahadła, co łatwowierniejsi zaczęli wierzyć w nieomylność uczonych.

Ich wiarę mogła i wzmocnić wiadomość potwierdzająca nieznany dotąd fakt, że gwiazdy podczas zaćmienia Słońca są zupełnie nie tam, gdzie są w środku nocy, a na dodatek jeden mędrek wyliczył, gdzie być powinny i to się sprawdziło. Pojawiło się też gadające pudełko, czyli radio, a potem radio z lufcikiem, czyli telewizja. Inny znowu szaleniec wykombinował penicylinę i wszystkim wydawało się, że wszystkie mikroby zostaną zaraz wytępione co do sztuki.

Trochę tylko powiało grozą, gdy okazało się, że bezbożni Moskale wykombinowali jakiegoś sputnika, który może spaść na głowę, komu tylko zechcą.

A spaść mogła co najwyżej bomba atomowa. W sumie nic wielkiego by się nie stało, bo nie o nasze głowy chodziło; przynajmniej na początku. Potem sytuacja się nieco skomplikowała i wtedy przypomniano sobie, że to ten sam mądrala, co liczył gwiazdy, winien jest i bombie atomowej. Liczenie gwiazd, jak widać, mu nie wystarczało. Słusznie więc ze wszystkich stron zaczęły padać pytania w stylu – kto za tym stoi i komu to służy? Szybko okazało się, że za tym wszystkim stoją starozakonni i idealiści wszelkiej maści. Próbowano odrzucić całą tę zdegenerowaną i sprzedajną naukę będącą na służbie burżuazji i innych wrogich sił, nierzadko zdeklarowanych podżegaczy wojennych.

Życie jednak pokazało, że ta, klasowo obca, nauka da się wykorzystać w jedynie słusznej sprawie, więc poniechano zarzutów. Ale ponieważ nie tylko przyroda nie znosi próżni, ale także ideologia, szybko znaleziono inne. Są one bardziej wyrafinowane, a przez to bardziej szkodliwe, choć równie mało merytoryczne. Odwołują się one do uczuć, a nie do rozsądku, bo takich nie ma. Z grubsza można je streścić następująco: gdyby Einstein nie odkrył, że E równa się „mc kwadrat”, nie byłoby bomby atomowej, gdyby ten i ów nie zrobił tego a tego, nie byłoby tamtego itd., itd. …

Jest to czyste zawracanie głowy. Gdyby nie zrobił tego Einstein, zrobiłby ktoś inny, i tak w każdym przypadku. Być może wtedy bomba atomowa nie spadłaby na Hiroszimę, a Zyklon B użyto by wobec innych ludzi. Argumentując w ten sposób, do niczego mądrego się nie dojdzie.

Można też pójść dalej w tym gdybaniu i zacząć zastanawiać się, od czego to wszystko się zaczęło, czyli zacząć robić taki drobny regres do początku ludzkości.

Zaczęło się mianowicie wszystko od głupiego pomysłu, by pospacerować po sawannie zamiast, jak Pan Bóg przykazał, siedzieć spokojnie na drzewie. Potem takiemu włóczędze zachciało się jeść pieczone mięso i gotowany obiad, a przecież wiadomo, że surówki są najzdrowsze. Nie chciało się też towarzystwu chodzić pieszo, więc wymyślili sobie koło, etc.

Potem zaś było jeszcze gorzej… Pojawili się różni heretycy, libertyni, liberałowie, masoni i demokraci, chociaż przestrzegali przed nimi prorocy, Nostradamus, Hanussen i Ossowiecki. Ale kto by się przejmował ich przepowiedniami, skoro nawet potop czy los Sodomy i Gomory nikogo niczego nie nauczył. Inna sprawa, że te przepowiednie jakoś pojawiają się po czasie, zazwyczaj grubo po, i dopiero wtedy wszyscy są mądrzy. Rezultaty znamy. Tylko, że też do niczego sensownego nie doszliśmy.

Dziś mówi się raczej, że nauka utraciła moralność. Od razu nasuwa się kilka pytań, na przykład takie: co to jest moralność, na czym polega moralność nauki, i czy jest to zjawisko nowe?

Zacznijmy od pierwszego pytania. Wystarczy sięgnąć do dostępnych definicji tego pojęcia, by zauważyć, że o moralności można mówić tylko, analizując stosunki między ludźmi. Czy więc algebra, chemia, fizyka albo astronomia – mogą być moralne lub amoralne? Czy „Dekameron”, „Kochanek Lady Chatterley” albo „Dzieje Grzechu” są książkami amoralnymi? A może jest nim „Playboy” albo „Cosmopolitan”?

Czy matematyk, chemik, fizyk albo astronom może być człowiekiem amoralnym? Oczywiście, że tak! Pitagorejczycy uznali Hippasusa za tak zdemoralizowanego, że za zbędne gadulstwo na temat ich odkryć skazali go na śmierć, ale my powinniśmy go raczej uznać za męczennika równego Galileuszowi.

Bez trudu można znaleźć liczne przykłady uczonych o fatalnych skłonnościach, ale bez względu na to, czy Kopernik miał homoseksualne skłonności, bez względu na to, ilu ludzi posłał na szubienicę Newton i ile razy Einstein sprał swoją żonę, ich odkrycia nie stają się przez to mniej wartymi, żeby przyjąć tylko przykłady negatywne. Cóż z tego, że Cauchy był człowiekiem pobożnym, niektórzy uznawali go nawet za bigota? Z tej racji ani z faktu, że paru ludziom zniszczył karierę, kryterium Cauchy’ego nie przestaje być prawdziwe. A tak swoją drogą, jakoś trudno o przykłady bogobojnych uczonych, zazwyczaj kończy się spis na Pascalu i Pasteurze, czasem dodając parę „podróbek”. Odkrycia Pascala i Pasteura, gdyby nie były wartościowe, nie ostałyby się, a ich dokonanie nie wynika z pobożności, tylko z mądrości i wytrwałości w pracy.

Z całą pewnością można przyjąć, że synteza 3,3’-dwuamino, 4,4’- dwuhydroksyarsenobenzenu – nie jest bardziej moralna od syntezy dwuchlorodwufenylotrójchloroetanu, liczba palindromiczna też nie jest w niczym lepsza ani gorsza od jakiejkolwiek trójki pitagorejskiej, a twierdzenie Talesa od twierdzenia Pitagorasa czy Rolle’a.

Podobnie z autorami wymienionych i wielu innych książek i czytelnikami barwnych pism o erotycznej zawartości.

Mówienie o moralności nauki jest bezprzedmiotowe. Chemia nie jest bardziej moralna od fizyki, a ta od oceanografii czy geologii. Podobnie można by zastanawiać się, która nauka jest mądrzejsza.

I można by na tym poprzestać, gdyby nauka ograniczała się do zbioru nauk przyrodniczych, ale tak nie jest. Istnieje niemniej liczny zbiór nauk społecznych, z których wypływają wnioski mające bardzo bliski związek z moralnością. Są to nauki zajmujące się człowiekiem i zbiorowiskami ludzkimi.

Z natury rzeczy wypływające z tych nauk wnioski, jeśli tylko ktoś spróbuje je wykorzystać w praktyce, nie pozostaną obojętne dla ludzi poddanych takiemu eksperymentowi. Nie każdemu jednak może sięs spodobać wynik, jeden będzie zachwycony, drugi natomiast uzna, że go skrzywdzono. No i nieszczęście gotowe!

Są też nauki, które zajmując się naturą, przedstawiają wnioski o dalekosiężnych skutkach społecznych. Dobrym przykładem jest medycyna. Już nawet nie chodzi o skutki wyleczenia pojedynczego pacjenta, może to być geniusz, ale może to być ostatni łotr. Niektóre z działów medycyny zajmują się całymi społeczeństwami, dziś nawet całym rodzajem ludzkim, choćby taka epidemiologia i bakteriologia. Wprowadzone dawno temu obowiązkowe szczepienie przeciw ospie, chorobie Heinego-Medina czy tyfusowi, stanowiły prawdziwe dobrodziejstwo dla ludzkości. Odkrycia i praktyka, wbrew krytykom, zaowocowały skutkami moralnymi. Tak było przynajmniej do niedawna. Doświadczenia ostatnich miesięcy wykazały jednak, że pod tymi wzniosłymi działaniami może kryć się drugie dno, wcale już nie tak jednoznaczne moralnie.

Pal diabli nawet te zmarnowane miliardy, ale skutki dalekosiężne mogą być fatalne w przypadku większego zagrożenia. Podczas tegorocznej pandemii grypy zmarło kilkanaście tysięcy ludzi ale miliony podjęły ryzyko i nie poddały się szczepieniom, co jednak będzie, gdy umrą miliony, a ocaleją tysiące… Na kogo wtedy zrzucimy moralną odpowiedzialność? O tym narazie się nie mówi, choć zapewne niektórzy myślą.

Podobnie ma się sprawa z klimatologami. Choć trafne lub błędne prognozy co do ocieplania lub oziębiania się klimatu nie skutkują od razu ludzkimi ofiarami, to, w dalszej perspektywie, wydane lub nie wydane pieniądze mogą zostać przeliczone na te ofiary.

Szczerze mówiąc, nie ma co zazdrościć ludziom, którzy podjęli prace w tych dziedzinach. Wydaje się, że bez względu na rezultaty, nie znajdą uznania w oczach opinii publicznej.

A popatrzmy na demografów: dopiero co wieścili szybkie wymarcie naszego społeczeństwa na skutek utraty apetytu na seks, a już mamy komunikaty o nowym wyżu demograficznym nadciągającym niczym huragan na nasz biedny kraj. Ekonomiści już załamują ręce nad dziurawiącym budżet becikowym, samorządy nie wiedzą, co z noworodkami począć, bo prawie wszystkie żłobki i przedszkola, jako relikty minionej epoki, zostały sprzedane, a przedszkolanki rozpędzone na cztery wiatry. A za parę lat cały ten wyż zacznie wpychać się do szkół, które też gdzieś się porozpływały i trudno znaleźć jakieś po nich ślady.

Są więc nauki, które z moralnością mają do czynienia niebezpiecznie blisko. Nie pomoże im obowiązkowa nauka etyki, ponieważ ta z moralnością życia codziennego ma niewiele wspólnego. Nie pomoże także teologia aspirująca do roli nauczycielki jedynie słusznej moralności, czego dobitnie dowodzą przykłady życia codziennego. Znacznie więcej będzie miała do powiedzenia ekonomia. O klęskach moralnych zawodowych moralistów nikt raczej nie mówi – z tej prostej przyczyny, że każdy z nas ma coś w tym względzie na sumieniu.

Matematycy, fizycy, chemicy, elektrycy, mechanicy i wszyscy inni znajdują się więc w komfortowej sytuacji. Nie muszą liczyć się ze skutkami społecznymi swych pomysłów, bo po prostu nie da się ich przewidzieć. Nikt nie jest zobowiązany do przyjmowania na siebie odpowiedzialności moralnej za złe użycie jego wynalazku, a nawet jeśli przyjmie ją dobrowolnie, to nic z tego nie wynika, w szczególności nie można mówić o upadku moralności.

Jeżeli już chcemy się upierać przy takim poglądzie, to musimy wynalazcę koła albo tego, kto pierwszy rozpalił świadomie ogień, uznać za pra-winowajców całego zła. A jeśli będziemy jeszcze bardziej zapalczywi lub konsekwentni w swoich twierdzeniach, to zrzucić winę na Stwórcę.

Teza o moralnym upadku nauki ma też swój moralny wydźwięk. Wyobraźmy sobie uczonego, który ogarnięty skrupułami, rezygnuje z ogłoszenia ważnego odkrycia, przez co opóźni wprowadzenie skutecznego leku. Czy obciążymy go moralną odpowiedzialnością za cierpienia lub, co nie daj Boże, śmierć chorych? Istnieje przecież coś takiego jak grzech zaniechania. Przez jego skrupuły ludzie będą niepotrzebnie cierpieć, lek wynajdzie ktoś inny i zgarnie Nobla, a nasz skrupulant wyleci z roboty i jeszcze może pójść siedzieć za obniżanie wartości swoich prac naukowych. Historia zna takie przypadki.

Teza ta przypomina mi pogląd o szczęśliwych czasach, w jakich żył, podobno, szlachetny dzikus. Nikt jednak do tego stanu wrócić nie chce. Wystarczy, że przez kwadrans nie ma prądu, a od razu rozumiemy, że gapienie się Galvaniego w żabie udka i machanie magnesem wokół kawałka drutu przez Faradaya miało swój sens. Lodówka, kuchnia mikrofalowa i telewizor mają jednak więcej dobrych stron niż krzesło elektryczne, które jest także efektem odkryć dokonanych przez tych dwu panów.

To, że plenią się różne irracjonalizmy, wynika raczej ze zbyt wolnego tempa rozprzestrzeniania się racjonalizmu. Ich istnienie dowodzi, że nadmierne oczekiwania wobec nauki i bezgraniczna wiara w każde słowo wypowiedziane przez uczonego, raz po raz okazują się równie naiwne jak wiara w słowa wróżki, przepowiednie jasnowidza czy wskazówki radiestety. Ale wróżek, jasnowidzów i bioenergoterapeutów moralną odpowiedzialnością ich klienci raczej nie obciążają, zapewne ze wstydu za własną głupotę. W końcu ci naiwni odnajdują się w poczekalniach lekarzy, czasem na salach sądowych.

Jakiż z tego wszystkiego wniosek? Ano ten, że bogowie chętnie zrzucają na ludzi odpowiedzialność moralną za swoje pomysły, i to na tyle, że już nowo narodzony jest nią obciążony i to nie za swoje winy. Jaki jest więc sens w tym, żeby ludzie sami dorzucali do swoich grzechów rzeczywistych jakieś winy urojone? Po co przykładać miarę moralności tam, gdzie do niczego ona nie służy?

W ślad za Profesorem Suchodolskim krzewmy apollińskie wartości nauki. Życie twórcze, poznawanie świata, rozwijanie nauki i sztuki powinno cieszyć się najwyższym uznaniem, bo dziś, jak nigdy dotąd, każdy ma szanse urzeczywistnienia swych marzeń. Przykład Janka Meli najlepszym dowodem.

Nie rezygnujmy też z pomnażania wartości prometejskich, ponieważ zło i cierpienia, choć wpisane na stałe w system świata, można skutecznie zmniejszać, przysparzając sobie dobrego samopoczucia, chwały u współobywateli, a czasem nawet pieniędzy. Te ostatnie bardzo się nam przydadzą, abyśmy mogli korzystać ze wszystkich udogodnień, jakie oferują nam niestrudzeni wynalazcy, nie zamartwiając się rzeczami niepotrzebnymi, chyba że ta adenocarcinoma nas dopadnie, ale nawet wtedy, za symboliczną wprost opłatę, wytną nam co zbędne i będziemy żyć długo, choć nieco mniej szczęśliwie.

Jerzy Skoracki

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Piękny – bogaty tekst 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *