O suplementacji życia w kontekście Unii Europejskiej

Mniejsze stada mają większe szanse na przeżycie, niż jedno wielkie – to teza wyjściowa moich dzisiejszych rozważań o Unii Europejskiej. Sama idea Unii Europejskiej jest piękna, ponieważ oparta na podstawach humanizmu. Problem polega na tym, że jest to okaleczony humanizm, doprowadzony przez unijną politykę do lewicowości groteskowej…

Ta groteskowa lewicowość zakłada nie tyle otwarcie, co rozpuszczenie wszelkich granic. W objęciach zawsze poprawnej Unii możliwym jest swobodne podróżowanie pomiędzy krajami unijnymi, to cudownie, tylko że jednocześnie w zastępstwie współistnienia różnorodnych państw mogących wymieniać się swoim indywidualnym zapleczem doświadczenia – otrzymaliśmy polityczne dążenie do zlikwidowania unikalności kulturowych wynikających z odrębnych narodowości. Dziś, w myśl narracji politycznej dyktowanej przez UE, samo słowo „naród” kojarzone jest ze skrzywieniami takimi jak „nazizm” oraz „faszyzm”. Zamiast wielu pomniejszych stad, otrzymujemy (zgodnie z polityką UE) jedno wielkie stado, które, co świetnie wiemy z historii oraz z nauk przyrodniczych, musi zapaść się niejako pod własnym ciężarem, niezdolne do długofalowego przetrwania.

Olbrzymie korporacje opanowały nie tylko przemysł żywnościowy jako taki, ale wręcz rolnictwo. Na Zachodzie można zobaczyć rozległe, przepięknie zielone pola uprawne – są to jednakże monokultury biologiczne, czyli de facto jedna wielka pustynia biologiczna (a więc miejsce niebędące życiem, a będące „antyżyciem”). Nad tymi polami nie fruwają owady, zatem w efekcie ubywa także ptactwa – jako naturalnego wroga tychże owadów. Taki obraz jest stale pogłębiającym się spadkiem po polityce UE: wyjaławiający się z różnorodności świat to logiczne następstwo myślenia „wielkoformatowego”. Pod szyldem równości pomimo różnic Unia upycha do wszystkich przestrzeni egzystencjalnych – wykluczanie różnorodności. Widać to z poziomu pól uprawnych – owych biologicznych pustyń… Ten problem nie dotyczy jedynie człowieczeństwa i społeczeństw – jest to głęboki, esencjonalny problem każdego drobnego elementu składającego się na wielorakość wpisaną w miano, jakim jest życie. Tymczasem w obrębie Unii tworzona jest „równowaga wymuszona”, a zaburzana jest „równowaga dynamiczna”, co oznacza, że z rzeczywistości zostają, kawałek po kawałku, sukcesywnie odejmowane „pierwiastki chaosu”, a to bardzo źle: dla każdego człowieka i społeczeństwa. Źle, gdyż wyłącznie żywotny ekosystem, złożony z wpisanych w swoją różnorodność napięć i tarć, może brać udział w jakiejkolwiek kreacji – w posuwaniu się naprzód.

Różnorodność widać jeszcze tylko w tych krajach europejskich, w których panuje bieda (rozumiana tu jako względna nędza związana z brakiem stabilnej klasy średniej) – natomiast najsilniejsze gospodarczo i politycznie, a więc i cywilizacyjnie, europejskie kraje cechują się narastającym „spłaszczeniem” wszystkich wymiarów życia, co z oczywistych względów logicznych prowadzi do smutnej jednośladowości. W wyniku tej narastającej jednośladowości, kiedy z biednej Polski do rozwiniętych Niemiec przespacerował się naiwny żubr – został natychmiast zastrzelony i stało się to w kraju, z którego do Polski jako państwa członkowskiego Unii napływają surowe dyrektywy unijne mające wpoić ubogiej mentalnie i gospodarczo zacofanej Polsce postępowe myślenie proekologiczne. Podobnie postąpiono z lasami: wycinki w Puszczy Białowieskiej – UE nazywa wprost pogwałceniem obowiązku proekologicznego w zarządzaniu zasobami zieleni i zbrodnią przeciwko przyrodzie, podczas gdy Niemcy wycięli doszczętnie wielkie pasy zieleni u siebie, swoje słynne Lasy Bawarskie. Widać jaskrawą, paskudną sprzeczność poglądów i uczynków Unii; sprzeczność tę można by śmiało określić hipokryzją, gdyby nie fakt, że to nie jest zwykła hipokryzja, lecz misternie wystudiowana drabina polityczna, która nie jest żadnym przypadkiem, lecz świadomym zabiegiem zaimplementowania całej Europie marksizmu kulturowego.

No oczywiście bardzo niemodnie i z wszech miar niegustownie jest wyrazić pogląd, że w Polsce w ogóle funkcjonuje coś takiego, jak różnorodność – należy głośno mówić, że Polska jest narodem i społeczeństwem nazistowsko-faszystowsko-ksenofobicznym oraz przede wszystkim hermetyczną monokulturą… Ach tak, tyle że to właśnie u nas można spotkać owady fruwające nad prawdziwymi grządkami z równie prawdziwymi pomidorami – dla odmiany w Niemczech grządki zarządzane są przez dalece wydajne ekonomicznie, potężne technologie korporacyjne, no więc tam owadów nie ma, nie uświadczycie ich nad kukurydzą Monsanto.

Tak, to akurat prawda: nasze ojczyste pomidory, jabłka zresztą również, istotnie są zacofane – całkiem niepostępowe. Żeby przyjąć do wiadomości, że tak właśnie jest, starczy udać się na rynek z warzywami i owocami. Tak, w Polsce jeszcze funkcjonują rynki – targi, bazary. Można na nich spotkać na przykład starszą panią, która handluje marchewkami, które wyrosły na skromnym podwórku za domem. Na tym podwórku, prócz brudnych, niepostępowych marchewek, posiada i kilka kurek – te kurki też są brudne i niepostępowe, biegają po brudnym piachu, a potem znoszą brudne jajka (można je zakupić razem z marchewką na tym samym brudnym rynku, od tej samej brudnej staruszki, a potem cieszyć się autentycznym kolorem jajecznicy, i ta jajecznica będzie rzecz jasna tragicznie niepostępowa: krzywa, prymitywna i o zupełnie innym zapachu, a nie taka ładna cała, jak równa jajecznica unijna z równych unijnych, zaprojektowanych w laboratorium, wesoło urasowionych żółtek). Te babcine kury nie mają urżniętych dziobów i pazurów, nie spędzają żywota w ciasnej klatce, która nie pozwala nawet na obrócenie się, zmienienie pozycji ciała – te polskie kury zachowały swoje pazury, pióra oraz dzioby, którymi dziobią w prawdziwej glebie w poszukiwaniu prawdziwych, oczywiście brzydkich i niepostępowych, robaków, a prawdziwe słońce pieści ich kurze jestestwo.

W postępowych krajach unijnych nie ma już rynków – są za to wielkie sieci hipermarketów. W hipermarkecie można kupić sobie wszystko – orzeszki z najwyższej półki oraz wyprasowane marchewki i wypielęgnowane jaja kurze. Humanizm w rozumieniu unijnym stał się synonimem bezrefleksyjnego wygodnictwa. Nie mówimy już o banalnym, otępiającym zdolności poznawcze – konsumpcjonizmie. Mówimy o dojmującej wygodzie – substytucie wolności. I to jest właśnie marksizm kulturowy wpojony współcześnie, narzucony europejskim społeczeństwom – oto matryca zysków wdrożona w miejsce ludzkiej kreatywności i przyziemnego zdrowego rozsądku; matryca przesiąknięta ideą „opiekuńczości państwa”, a idea ta wycina w pień wszystko, co ludzkie i poprzez to bliskie, ważne.

„Nic, co ludzkie, nie jest mi obce” – to jedno z najbardziej fundamentalnych pierwotnych założeń humanizmu oryginalnego (a mówiąc ściślej: klasycznego oraz odrodzeniowego, czyli renesansowego). Dziś, w zaprzeczeniu do tego przytoczonego humanistycznego credo, importuje się społeczeństwom warunki zgoła demoniczne, których ogólne przesłanie brzmi następująco: „To ty jesteś obcy – skoro nie podzielasz naszych poglądów na świat. Możesz być jedynie częścią naszego ekosystemu wymuszonego, naszej monokultury biologicznej – bądź możesz przestać istnieć. Jesteś z nami albo przeciwko nam”. Oczywiście żadna kasta polityczna nie jest na tyle tępa, aby zakomunikować nam to przesłanie wprost – i właśnie po to została powołana do intensywnego działania szeroko oraz szczegółowo wtłaczana poprawność polityczna: prawa ręka marksizmu kulturowego.

Poprawność polityczna jest pseudoestetycznym zabiegiem, który na głos deklaruje wzmożoną potrzebę dostrzeżenia i zaakceptowania dowolnego przejawu tak zwanej inności. No więc produkuje się w tym celu serię uroczych programów rozrywkowych takich jak np. Azja Express – wspaniałe, spektakularne widowisko Telewizji TVN; imponująca pod względem nakładów finansowych telewizyjna produkcja (mój szczegółowy artykuł krytyczny o Azji Express możesz przeczytać tutaj: http://tosterpandory.pl/wszystko-na-sprzedaz-azja-express-edycja-1/). W jej ramach radośni celebryci na czas trwania programu zrzekają się swojej podstawowej „waluty duchowej”, czyli pieniędzy, następnie w trywialnych dżinsach i bez makijażu przemieszczają się autostopem przez ubogie rejony egzotycznego kontynentu. Podróży tej przypisana jest idea poznawcza, a także idea kształtowania i rozszerzania empatii – zaś po powrocie można znów założyć drogi garnitur i zażywać zdrowotnej kąpieli w „słońcu” fleszy, co odbywa się na tzw. ściankach.

Prócz rozrywkowego wymiaru poprawności politycznej, zadaniem którego jest w sposób powierzchowny czy niepozorny dawać społeczeństwu do zrozumienia, że „bieda jest szlachetna, czysta oraz możliwa do zaakceptowania”, najważniejsze spektrum oddziaływania na społeczeństwa poprawnością polityczną finansowane jest z potężnych źródeł takich jak Soros – w Polsce jest to Fundacja im. Stefana Batorego. Można przyjąć od ww. fundacji bardzo sympatyczne kwoty pieniędzy i napisać sympatyczny tekst sponsorowany na swój blog – tekst rzecz jasna musiałby wypełnić sobą jakiś piękny punkt na liście „towarów” unijnych służących wygodzie każdego Europejczyka. Tym punktem może być na przykład „walka z mową nienawiści”. W rzeczywistości ta unijna „walka z mową nienawiści” zakłada potrzebę obwarowania medium, jakim jest Internet, takim systemem stale rosnących obostrzeń, który regularnie ograniczy niszowym, uczciwym blogerom publikowanie treści będących odważnym wyrazem ich, a nie cudzej, wolności słowa.

Wolność i równość stanowią w tym kontekście zaledwie wydmuszki słowne – polityka Unii nie jest zainteresowana faktycznym uszanowaniem czyjejkolwiek wolności. W myśl Unii – każdy i wszystko, co przejawia własny charakter, musi być z owego sztucznego ekosystemu wykreślone, ponieważ ów system doskonale wie, że jedynie aktywny indywidualizm człowieka mógłby ten system zakłócić, sprzeciwić mu się. Dlatego bierze się śliczną dziewczynę chorującą na bielactwo i organizuje się z jej udziałem kosztowne i przepiękne sesje fotograficzne – komunikat, który z tych kampanii płynie, brzmi: „Każda inność leży w ścisłym kręgu naszych zainteresowań – kochamy ciebie takiego, jakim jesteś, bez względu na wszystko”. Ta dziewczyna jest tego komunikatu, tego zamoczenia politycznego nieświadoma – ona rzeczywiście jest piękna (pomimo swojej choroby), a jej uroda została wykorzystana jako produkt, element strategii propagandowej. Zaproponowano jej uznanie i podziw, czyli najważniejsze rekompensaty za niedogodności, z którymi na co dzień mierzy się z powodu swojej choroby – w ten sposób odebrano jej myślenie niezależne, ponieważ propozycja zaistnienia w świadomości społecznej jest zbyt atrakcyjna, by normalny człowiek gładko potrafił odrzucić ją w imię jakichś zupełnie nielukratywnych własnych ideałów… Albo bierze się dziewczynkę z zespołem Downa i robi się analogiczną do powyższej kampanię – komunikat jest ten sam, tylko niewinni aktorzy się zmienili. Istotne pozostaje to, że w tym samym czasie prowadzi się zagorzałe kampanie proaborcyjne – zarazem zdjęcia z udziałem szczerze ślicznej, wyjątkowej dziewczynki z zespołem Downa zupełnie nie ukazują trudności życia z zespołem Downa, ukazują one tylko to, co ładne, miłe, normalne, bezpieczne i wygodne. I wtedy pani Iks, która właśnie przegląda w czasopiśmie bardzo wytworną kampanię zdjęciową z udziałem modelki z zespołem Downa – podświadomie myśli sobie tak: „W takim razie aborcja nigdy i w żadnej sytuacji nie może być niczym ani niewłaściwym, ani niebezpiecznym – aborcja za każdym razem jest OK, ponieważ status człowieczeństwa jest nadawany i kształtowany wyłącznie przez kulturę; biologia jest nieistotna”. Potem w poniedziałek zakładasz różnokolorowe (nie do pary) skarpetki, robisz komórką fotę swoich stóp i zamieszczasz ją w mediach społecznościowych, aby ostemplować się komunikatem: „Jestem po stronie osób z zespołem Downa”. A we wtorek ubierasz się na czarno i hasztagujesz: „#czarnyprotest” – tym sposobem opieczętowujesz się komunikatem: „Jestem po stronie usuwania z macic płodów z zespołem Downa”.

Niepełnosprawność w rozumieniu Unii nie jest stosem faktycznych, bolesnych problemów życiowych – jest jedynie broszką, bibelotem mającym za zadanie ukryć rzeczywiste intencje Unii. Unia uwielbia korzystać z różnorodności ludzkiej oraz z ludzkich nieszczęść, przepoczwarzając je do funkcji swoistych „ozdobników” służących własnym interesom. Interes Unii nie obejmuje troski o człowieczeństwo i społeczeństwa – interesem Unii jest zlikwidowanie suwerenności państw narodowych; to przecież oficjalny komunikat Unii, a nawet zapis prawny – podkreślam, że oficjalny, choć umiejętnie przykryty miękką kołderką poprawności politycznej właśnie po to, aby normalny człowiek nie mógł za szybko zorientować się w tym unijnym interesie.

Rzeczywiste problemy ludzkie spychane są przy pomocy narzędzia, jakim jest poprawność polityczna, na margines społecznej jaźni, na pierwszy plan wyłaniane są problemy sztuczne – w tym zakresie jest potęgowany, akcentowany np. „faszyzm” państw, w których wciąż istnieje naród i struktura społeczna tożsama właśnie z pojęciem narodu. Unia wobec państw członkowskich, które jakkolwiek starają się utrzymać przy życiu swoje korzenie, pamięć, stosuje napastliwą retorykę piętnującą postawy (rzekomo) faszystowskie… Celami tej retoryki padają między innymi Polska oraz Węgry, jako obszary niewygodne (dla Unii).

Aby w europejskich społeczeństwach wzmocnić duchowe rozcieńczenie – aby jakoś przekonywająco uzasadnić wmontowywaną w nas, przeciętnych ludzi, wygodę, która „nam się należy” – stosuje się także szeroko zakrojone manipulacje na języku. Kasta lepszych i równiejszych, czyli światłych, postępowych Europejczyków – perfekcyjnie zdaje sobie sprawę, że język jest niezbędnie arcyważnym kodem komunikacyjnym (a kod ten można złamać czy przekierować). Język to nadrzędna formuła międzyludzkiej koegzystencji. Dzięki językowi dany naród rozumie swoiste szkielety, podwaliny znaczeń kulturowych – więc jeżeli przemyślnie zawładnie się tym spektrum kształtowania myśli, rozumowania społecznego (bo język służy nie tylko wymianie poglądów – prócz komunikacji, język służy także do „sprawiania” i „wcielania”; istnieją takie funkcje języka, które poprzez wypowiedzenie danego komunikatu niejako urzeczywistniają jakieś zjawisko – przyp.: J.K.), to uzyska się papkę bezosobową, a ona jest dużo poręczniejsza w obsłudze od struktury społecznej.

No więc mówi się „osoba” zamiast „człowiek”. Mówi się „udzielam ci kredytu zaufania” zamiast „ufam ci, wierzę tobie”. Mówi się „obraziłeś moją osobę”, a nie „uraziłeś mnie – zraniłeś moje uczucia”. Nie ma „ja” – jest „ono”, „coś” oraz „jakoś” i „jakby” (czyli w języku potocznym, obiegowym zaczynają silnie ożywać te słowa i pojęcia, które „stoją obok, a nie w środku”, które nie chwytają esencji znaczenia, lecz opisują rzeczy i sprawy w sposób „oddalony”, czyniąc ważne znaczenia „niedotykalnymi”). Mówi się także „zasób i kapitał ludzki”, nie „ludzie” – i w rezultacie człowiek traci status podmiotu, zaś zostaje zdegradowany do poziomu przedmiotu. Stopniowo ubywa również kobiet i mężczyzn, natomiast przebywa osób – kobieta i mężczyzna rozpoczynają podejmowanie dyskusji z pominięciem odniesień do swojej indywidualnej tożsamości płciowej. Aby uzasadnić tę jałową formę komunikacji osób, postuluje się przy wsparciu odpowiednich ekspertów i kołczów, iż taka forma jest wyrazem merytorycznej polemiki – bo przecież o danym problemie społecznym to samo i tak samo wygłosi osoba (kobieta i mężczyzna mogliby mieć różne zdania, a to jest niewygodne), więc gusta i opinie zostają wyrównane i otrzymują rangę „wygody, która nam się należy”. Stajemy się „szczęśliwymi” osobami, które nie muszą borykać się z różnicami poglądów – wolno nam myśleć to samo, możemy być jednakowi! No i możemy być Europejczykami (nie musimy już być tylko zacofanymi, głupimi Polakami)…

Kreacja przez wcześniejsze epoki utożsamiana z niezwykłym aktem twórczym, z ludzką nieprzeciętną charyzmą – dzisiaj w obrębie postępowego myślenia europejskiego uzyskuje nowe, o ileż płytsze znaczenie. Dziś każdy może być kreatywny – to znaczy może kreować swoją osobę (a nie rozwijać swoje człowieczeństwo), ponieważ ma prawo nabyć w hipermarkecie wszystko, co potrzebne do szczęśliwej… tfu! Do wygodnej egzystencji. Wokół jest pełno „osób kreatywnych” – czyli takich, które wiedzą, co im smakuje i jakie seriale im się podobają. Potem starczy napisać pięć zdań na temat swoich emocji wywołanych filmem, i już powstaje „recenzja”, którą osoba z dumą prezentuje w sieci. To samo dotyczy tekstów literackich – starczy być nieanalfabetą, i już jest się kreatorem literatury. Na stronie internetowej pewnej restauracji spotkałam nawet opis „architekta żywności” (a nie kucharza), w restauracji tej także nie pracują kelnerzy, tylko „doradcy do spraw żywienia”, a serwowane posiłki są „spersonalizowane” oraz „dostosowane do indywidualnych potrzeb osoby”. Zupa opisana jest pompatycznym bełkotem „storytellingu”, a desery „projektuje się”, aby „zaspokajać indywidualne potrzeby konsumentów”.

I tu już znaleźliśmy się bardzo blisko pojęcia i problemu – edukacji. Edukacja jest równie istotna, co jedzenie i zakupy. Oczywiście nie chodzi w niej o to, aby realnie edukować, czyli nauczać – przekazywać wiedzę; chodzi w niej o to, aby wychowywać i tresować. Rodzice sprawują coraz bardziej uszczuplone funkcje wychowawcze, ponieważ w wizję rodzicielską coraz jawniej wkracza państwo opiekuńcze. Aby wartość rodzica mogła zostać rozpuszczona w sposób płynny, a nie nagły (co byłoby poczytane jako działanie opresyjne i mogło wywołać bunt społeczny), należy wprowadzać do przedszkoli i szkół takie przedmioty i taką organizację, która uśpi czujność pedagogów z powołania (bo czujny pedagog realizujący osobistą misję społeczną mógłby alarmować rodzica w istotnych sprawach, zatem trzeba najpierw „uśpić” właśnie tego pedagoga, co skutecznie przełoży się na zachwianie rodzicielską świadomością tego, co rzeczywiście odbywa się w szkole). Nauczyciele zasypani stosem de facto nikomu niepotrzebnych biurokratycznych bzdur, papierów i dyrektyw, stają się zmęczonymi przez system realizatorami określonej linii programowej. I przestają nauczać – zaczynają głównie wychowywać.

W liceum jest przedmiot, który nazywa się „czytanie ze zrozumieniem” – jest to wręcz przerażająca idea treserska, ponieważ w stosunku do fragmentów literackich jest wyprowadzony jakiś zawężony klucz interpretacyjny. Żeby prawidłowo, czyli zgodnie z linią programową, odszyfrować ten klucz – mózg ucznia musi wykonać kilka albo wiele kompletnie bezpłodnych czy nawet irracjonalnych operacji, a więc w rezultacie: operacji otępiających inteligencję. Nauczyciel skupiony na przypilnowaniu tego konkretnego klucza i dzieci skupione na konieczności wytropienia tego samego klucza – przestają się koncentrować na obrazach podsyłanych przez indywidualną wyobraźnię w procesie czytania literatury. Zatraca się związek czytelnika z głęboką treścią literacką – mam nadzieję, że nie muszę szczegółowo tłumaczyć, dlaczego przedmiot „czytanie ze zrozumieniem” wyhamowuje rozumienie literatury, a nie je napędza…

I żeby było jeszcze bardziej „dowcipnie”, to jest misternie oraz owocnie, w edukację stosowaną w szkołach pośrednio muszą być zaangażowani także rodzice – a właściwie nie rodzice, lecz opiekunowie młodych osób. Lekcji do odrobienia jest na tyle dużo, że po powrocie ze szkoły dziesięcioletnie dziecko (młoda osoba) je obiad, po czym zasiada do prac domowych i rozwiązuje zadania razem z mamą (opiekunką młodej osoby), co odbywa się nierzadko do późnego wieczora. W ten sposób zaciera się więź pomiędzy rodzicem a dzieckiem – opiekun oraz osoba przystępują wspólnie do wyścigu po wyższy stopień z jakiegoś przedmiotu szkolnego. A jak człowiek się ściga, dręczy i męczy, to nie ma już ani czasu, ani siły na podejmowanie istotnych dialogów o życiu. No więc jeśli dziecko miałoby przypadkiem niewygodne pytania do rodzica dotyczące seksualności – to w wielu sytuacjach życiowych zanim do rozmowy w domu na ten temat dojdzie, na wszystkie wątpliwości młodego człowieka zdąży wpierw odpowiedzieć szkoła, czyli przedmiot „wychowanie seksualne”. Oczywiście to nie będzie normalna lekcja poglądowa ani też zwykła rozmowa o seksie i o biologii, fizjologii człowieka – będzie to przedstawienie określonego klucza interpretacyjnego. W tym kluczu zostaną wyeksponowane inności i skrajności, takie jak molestowanie seksualne (z akcentem na „kulturę gwałtu”) oraz problemy osób homoseksualnych – natomiast temat zwykłej, przeciętnej seksualności ludzkiej zostanie upchnięty do zacienionych kątów jako mało ważny ze społecznego punktu widzenia. Cały ten proces zostanie pięknie nazwany „pracą edukacyjną nad wzrostem świadomości społecznej”…

Rację będzie miał ten Czytelnik, który uzna ten artykuł za opisujący pewne sprzeczności czy niedorzeczności. Bo rzeczywiście kiedy solidnie przysiąść i przeczytać pilnie cały ten artykuł – powoli, akapit za akapitem – to można dojść do wniosku, że artykuł ten opowiada o jakimś wymyślonym, absurdalnym świecie. Trudno uwierzyć, że artykuł opisuje prawdę – mechanizmy i konteksty, które autentycznie funkcjonują w dzisiejszej Unii Europejskiej; które są ewidentnie obecne w myśleniu europejskim. Mogłabym drastycznie rozwinąć części opowiadające o marksizmie kulturowym – mogłabym odwołać się do Manifestu z Ventotene, do ideologii Spinellego (o których notabene Toster Pandory opublikował odrębny artykuł dostępny tutaj: http://tosterpandory.pl/manifest-z-ventotene-podstawa-ideowa-unii-europejskiej/), lecz wtedy artykuł ten przerodziłby się w książkę spisaną na kilkudziesięciu stronicach… Nie jest moim celem żadne „wykładanie jakichś hipotez” i przykuwanie Czytelników do monitorów „na wieki”, a jedynie zarysowanie charakteru ryzyka obyczajowego, jakim obarczony jest ten obłudny organizm, czyli dzisiejsza Unia Europejska. Uprzedzę też komentarze krytykujące mnie za „radykalizm poglądów” i z góry uściślę, iż moje osobiste poglądy bynajmniej nie są konserwatywne – nie neguję ani społecznej potrzeby dyskusji o aborcji, ani potrzeby umieszczenia porządnej edukacji seksualnej w szkołach (o aborcji pisałam tu: http://tosterpandory.pl/dialogi-pandory-w-sprawie-aborcji/ oraz tu: http://tosterpandory.pl/12-argumentow-dotyczacych-aborcji-o-2-wiecej-niz-w-boskich-przykazaniach/, a o edukacji seksualnej – tu: http://tosterpandory.pl/czy-mozna-zgubic-seksualnosc/). W swoim artykule pokazuję po prostu niebezpieczeństwa towarzyszące polityce Unii – pokazuję wrogie ingerowanie tego organizmu w ludzką zwykłość, w pewien naturalizm relacji rodziców i dzieci, etc. Jeśli ktoś nie rozumie tego, o czym tu piszę, nic na to nie poradzę – mogę jedynie konsekwentnie pisywać swoją publicystykę i marzyć o tym, że stanie się ona w mniejszym lub większym stopniu zapalnikiem wyzwalającym w Czytelniku wolę samodzielnego poszukania brakujących informacji, które uzupełnią mu faktyczny sens Unii, dziś bardzo ładnie schowany w zagęszczeniu dużych mass mediów polskojęzycznych będących w przewadze obcym, a nie rodzimym kapitałem.

Lecz jeżeli ktoś nie chce, nie życzy sobie zastanowić się, przemyśleć, dlaczego naród, narodowość, suwerenność państwa narodowego – mają znaczenie nie tylko kluczowe, ale wręcz priorytetowe, to niestety nie mogę mu pomóc. Nie mogę, ponieważ wiem, iż myślenie niezależne jest trudne i koszmarnie niewygodne – i nie prowadzi do zaspokojenia, do szczęścia, do nakarmienia, do stabilizacji. Więc niewymownie trudną rzeczą byłoby nie tylko dla mnie, ale dla każdego uczciwego pisarza czy publicysty – próbować kogokolwiek przekonać do tego, żeby porzucił wygodny styl myślenia europejskiego na rzecz niewygodnego bycia Polakiem. Sama wybrałam, że chcę podejmować to ryzyko – mówić, pisać o rzeczach trudnych i niewygodnych oraz cennych dla Polaków. To mój wybór intelektualny i etyczny, natomiast jest to wybór gorzki – niemodny i całkiem niepluszowy. Rozumiem, że nie każdy musi mieć ochotę podejmować analogiczne „niepluszowe zastanowienia” nad losem Europy i poszczególnych państw składających się na tę wymuszoną, fałszywie pojmowaną jedność – natomiast jestem dość pewna, że jedność ta nie utrzyma się na powierzchni; rozpadnie się (rozpad Unii „przepowiadałam” daleko dawniej przez Brexitem, który potem potwierdził słuszność moich prognoz, jest to bowiem pierwszy mięsisty sygnał mówiący o rozszczelnieniu Unii – przyp.: J.K.). Powiedziałabym, że rozpad ten podyktowany będzie czymś w rodzaju „niechybnej nieuchronności – konieczności dziejowej” – jako że wielkie stada naturalnie narażone są na takie właśnie rozpady.

Nie da się wymusić na kulturze długoterminowego ujednolicenia, bez szkód dla poszczególnych członków jednego olbrzymiego stada – nie można sterylizować kultury, stosując środki masowego otępienia umysłowego i duchowego. Takie postępowanie może skutecznie odbywać się wyłącznie do pewnego etapu czy poziomu, zaś po osiągnięciu nieubłaganego punktu kulminacyjnego – musi nastąpić rozwiązanie akcji (bo tak zwykł przebiegać „scenariusz życia ludzkiego” i ludzkość nie odkryła jeszcze innego modelu egzystowania – nie wiadomo nawet, czy jakiś inny model w ogóle istnieje; czy jest możliwy). Europa już jest niezwykle bliska zdobycia tego kuriozum – jej idee i postulaty wykrzywiły się do granic nieprawdopodobności. Jeżeli ktoś nie chce tego surrealistycznego nieprawdopodobieństwa dostrzec w jego faktycznym natarciu – to nie dostrzeże, i nie ma na to żadnej rady.

Niemniej Unia Europejska jest jak dobry wolontariusz hurtowo kastrujący koty – wykastrowane koty otrzymują ciepły dom, tyją, świat oglądają przez okno; nie polują oraz nie wydają i nie wychowują potomstwa. Pan wkłada gotowe jedzenie do miski – dostępne są nawet bardzo kosztowne karmy ekologiczne dla kotów; bezmięsne. Kot wcale nie musi spożywać mięsa – nawet kota będącego drapieżnikiem można wyjałowić, złamać i przystosować do nowego systemu, który jest „pozytywny”, a nawet „dobroduszny”, ponieważ nie ma w nim żadnych zagrożeń (a przynajmniej nie ma ich wprost). W ten sposób można spokojnie tyć, i nic nie czuć – czasem co prawda przez wygaszone serce przemknie jeszcze mikrostrzępek tęsknoty za prawdziwym życiem, ale jest to już na tyle przezroczysty powidok, że samo serce błyskawicznie odrzuca go jako niechcianą krzywdę. No więc kiedy na parapecie przypadkiem usiądzie ptak, otyły kot popatrzy na niego przez szybę i wyda z siebie przy tym kilka odgłosów „zwierzęcia przygotowującego się do polowania”, ale ptak zaraz odfrunie – a w każdym razie szyba obu stronom relacji efektywnie przypomni, że tej relacji (ptak-kot) właściwie od dawna już nie ma. To jest relacja niebyła – tak samo jak wymierają owady latające nad modyfikowanymi roślinami, nad polami z płodami rolnymi będącymi tragicznymi pustyniami biologicznymi… No więc umarł robak, ptak i kot (ponieważ umarły w nich ich „dusze”, a wykastrowane koty, hodowane w wygodnych mieszkaniach, są już ledwie powidokami po realnych kotach). Trzeba by jeszcze zwrócić uwagę na istotny fakt: blizna po zmiażdżonych w kastracji jądrach nie boli, choć ówcześnie nikt nie zapytał kota o zdanie, co kot by dla siebie wolał i gdzie oraz jak chciałby żyć.

Sumując: oczywiście to wszystko jest dla dobra kota – plaga bezdomności kotów zostaje efektywnie powstrzymana, koty nie są już bezdomne i mogą wygodnie tyć oraz nie przeżywać swojego życia. Świat obserwowany jedynie przez szybę, a niedotykalny, wciąż jest tym samym światem – każdy z nas jest takim właśnie „kotem”, a naszym oknem jest Internet: zwykłe twarde szkło izolujące. Owszem, można próbować roztłuc to szkło, można wyrzec się wygody na rzecz mówienia prawdy płynącej prosto z serca, ale to na nic. Można studzić głowę z prywatnych kaprysów i pragnąć prawdziwego życia, a nie dostarczanej z zewnątrz wszelkimi możliwymi kanałami – suplementacji życia. To też na nic…

Powidoki – osobiste tęsknoty: pryskają. Nosimy na sobie blizny po dawnym, praktycznie niebyłym już świecie. A one, te blade blizny, nie bolą. Jest ciepło, wygodnie i pozornie bezpiecznie. Czegóż więcej chcieć od życia? No – czegóż?…

Justyna Karolak

Justyna Karolak – pisarz i red. nacz. Literatury Tostera Pandory. Recenzent filmowy, twórca powieści, opowiadań, felietonów oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Na swoim blogu okołoliterackim Karolakowo w kategorii Pisanie publikuje artykuły dla pisarzy. Ich uzupełnieniem jest Głowa pisarza – regularny podcast dla pisarzy dostępny na kanale YT.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (13)
  • w porządku-niezła grzanka (7)
  • potrzebny-smaczny tost (7)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Cenię sobie święty spokój i leżenie na dowolnie wybranym boku. Nie chcę zbawiać świata. Czy mnie wykastrowali i wyrwali duszę (?) -wisi mi i powiewa, o czym marzą i co robią ,”macherzy od śpiewu i mas” . Żyję ze świadomością ulotności mego życia a jeźdźcy apokalipsy ………ciekawym było by ich zobaczyć.
    linka do artykułu zapisuję do folderu “Piękne”

    • “Powiewa mi, o czym marzą i co robią macherzy od śpiewu i mas” – ładnie powiedziane; chciałabym przejawiać taki właśnie dystans do świata i mówię to najzupełniej serio, bez kropli ironii…

      To już drugi raz, kiedy ze swoim artykułem trafiam do Pańskiego folderu “Piękne” – dziękuję 🙂 .

      Pozdrawiam serdecznie 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *