O wojnie – głos trzeci

Wojna, czyli spór, konflikt prowadzony z użyciem siły, istnieje od chwili organizowania się człowieka w strukturę społeczną. Jest to więc zjawisko stare jak świat – tak powiedzielibyśmy o wojnie, posiłkując się poręcznym przysłowiem, choć bliższe prawdzie byłoby powiedzieć, że wojna jest stara na tyle, na ile stare są społeczeństwa.

Błędem jest utożsamianie pojęcia wojny z pojęciem agresji. Agresja może być jednym z elementów składowych działań wojennych, chociaż wcale nie musi, natomiast miano wojny jest szersze, o wiele bardziej pojemne. Słowo „agresja” oznacza po prostu wrogie zachowanie, w ramach którego, owszem, mieści się napaść jednego państwa na drugie, ale podstawowe znaczenie bazuje na mocnych negatywnych emocjach mogących prowadzić do eskalacji siły czy przemocy.

Łacińskie słowo bellum – to właśnie wojna. Wojny (liczba mnoga) to bella – miękkie i jednocześnie dźwięczne słowo, które chętnie kojarzymy z pięknem, a nie z jakąkolwiek postacią siłowego sporu. Przy tej okazji warto przywołać znaną, interesującą sentencję łacińską: Si vis pacem, para bellum – Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny (czy: szykuj się do wojny, gotuj się do wojny). Porzekadło to wywodzi się ze słów Tytusa Liwiusza, rzymskiego historyka. A swoją drogą byłabym ciekawa, co na znaczenie słowa bella odparłyby panie noszące imię Izabella, bo wszak starożytni zauważyli, że nomen omen – imię jest wróżbą. Czy Izabelle rzeczywiście są wojownicze?… Co jest ważniejsze w procesie rozumienia, interpretowania rzeczywistości – korzenie historyczne, prawda kryjąca się w pojedynczym ziarnie piasku, archetyp czy osobiste znaczenie, jakie nadajemy różnym zjawiskom w procesie obserwowania ich?…

Na pewno należy podkreślić, że wojna przypisana jest ludziom – zwierzęta nie prowadzą wojen, bowiem organizują się w struktury stadne, kolonijne, ławicowe, a nie społeczne, zaś wojna to zjawisko społeczno-polityczne. Ale już nieprawdą jest, że zwierzęta nie są zdolne do brzydkiej czy perfidnej agresji – że zabijają jedynie po to, aby zaspokoić głód i przetrwać. Urocze delfiny butelkonose mordują się nawzajem dla zabawy – zdarza im się zabijać z nudów, co chyba możemy uznać za najokrutniejszy przejaw zachowania agresywnego, jako że nie jest ono podbite żadnym, nawet niskim, instynktem, a stanowi jedynie wyraz rozrywki. Z kolei mrówki nie zwykły się nudzić – są niezwykle pracowite, a przy tym waleczne, ochoczo pojmują w niewolę pokonane osobniki, następnie wykorzystują jeńców do ciężkiej pracy.

Agresja występuje wszędzie, swobodnie mieści się w królestwie przyrody, w naturze, wypełnia ją i przenika, nie jest ona bynajmniej wynalazkiem człowieka – pasożyty żerują na swych żywicielach, samce biją się o samice, modliszki odgryzają głowę swoim partnerom seksualnym… Ale wojna – tak, tę że wynalazł człowiek.

I wojna może być zupełnie nieagresywna – niebrutalna w swym przebiegu, a wręcz nieuchwytna dla naszego percypowania codzienności. Wojna ekonomiczna toczy się przez cały czas, jest dziełem kręgów bankierów i bogatych rodów, osób w garniturach sączących ekskluzywną herbatę albo trunek , obradujących przy eleganckich stołach. I nie sądźcie, że w środowiskach tych nie uczestniczą kobiety – właśnie dlatego napisałam: osoby, a nie panowie.

I nie sądźcie, że agresja jest cechą samczą i męską, albowiem z równym powodzeniem korzystają z niej samice i kobiety – agresja nie czerpie się wyłącznie z testosteronu, może obrazować się na rozmaite sposoby i wynikać z co najmniej kilku mechanizmów biologiczno-psychologicznych.

A skoro już rozprawiamy o hormonach, trzeba wspomnieć o adrenalinie – to hormon walki i ucieczki. Hormon bezpłciowy czy ponadpłciowy, bo produkowany przez nadnercza, a więc wyzwalany w organizmach i kobiet, i mężczyzn – wyzwalany w obliczu strachu, stresu. Tak, rezygnacja z walki i podjęcie walki – nie tylko leżą bliziuteńko siebie, ale wręcz w tym samym punkcie. Sytuacja zagrożenia jest jak zapalnik – a to, co wybucha na końcu tej reakcji przyczynowo-skutkowej, to wybór zdeterminowany naszym wspólnym zwierzęcym instynktem zmieszanym z naszą indywidualną ludzką, świadomą wolą.

Są ludzie głośno deklarujący wielkie obrzydzenie i pogardę dla pojęcia wojny, mianujący się uwielbieniem dla szeroko pojętego pacyfizmu – a jednocześnie przesiąknięci agresją. Nie są to wojownicy – to tchórze przyczajeni w swoich ciepłych mydlanych bańkach będących wyobrażeniami o świecie. Nie myślcie, że ci gromko agitujący swoje przekonania pacyfistyczne, że ci orędownicy miłości i pokoju w kontekście wojennym – i tu mówię o wojnie bezpośredniej, fizycznej, skutkującej bólem ciała i duszy, rozlewem krwi – stanęliby pośrodku tej rzeczywistości ze zwieszonymi bezwładnie rękoma. Nie, nie zrobiliby tego – nie zamanifestowaliby swej dogłębnie wystudiowanej pokojowości. Zabarykadowaliby się w mieszkaniach, uciekliby do piwnic i lasów, po drodze chwytając podręczne zapasy żywności i dostępną im broń – dokładnie tę broń, która znajduje się w każdym domu. Jest nią choćby nóż, którym co dzień kroimy chleb. I zabranie ze sobą tego noża na wojnę to nie tylko decyzja o przetrwaniu – to akt miłości w stosunku do najbliższych. Bo w koszmarze napaści, wojny – albo będziesz bronił swojej rodziny, dzieci i przyjaciół do ostatniej kropli własnej krwi, albo oddasz swoich ukochanych ludzi napastnikowi.

Szczerze mówiąc, wolałabym zginąć z ręki wojownika walczącego o ideologię, niż stanąć po jednej stronie muru z człowiekiem obłudnym, z hipokrytą – który zarzeka się, że brzydzi się wojną, a którego słowa ociekają jadem, czyli chroniczną pretensją oraz tonem roszczeniowym i wyrzutem wobec świata o to, że dzieje nie toczą się w zgodzie z jego życzeniami. Ta ponura, niepojęta wyższość jego, tego hipokryty, ideałów nad moimi ideałami. Jego podniosłość, jego poczucie lepszości, jego wielkoduszne obrzydzenie do wojny – jego osiągnięcie duchowe, które zwycięża nad małymi, nierozwiniętymi duszyczkami o upośledzonych zasobach empatii, takimi jak ja… Jego zwycięstwo – otóż tak, ten typ ludzki uwielbia zwyciężać, zupełnie jakby codziennie był na wojnie, choć przecież oficjalnie wojna tego człowieka obrzydza, jednakże jest głównie czymś, co go podnieca i co zarazem usiłuje on zmiażdżyć, zniszczyć, odnieść nad tym osobiste zwycięstwo.

Wolałabym zginąć z ręki wojownika, niż stanąć po jednej stronie muru z tym hipokrytą, ale biorę pod uwagę, że tylko lubię w ten sposób o sobie myśleć – chcę wyobrażać sobie, że jestem tym, czym wolę być. Prawda jest taka, że najprawdopodobniej stanęłabym po jednej stronie muru z ludźmi bezbronnymi, bo zaskoczonymi wojną, a więc z ludźmi jak ja. Raczej byłoby mi wówczas obojętne, czy to obłudnicy, których pamiętam ze starego życia, czy idealiści podobni do mnie – tej, którą byłam w starym życiu. Przypuszczam, że w nowym życiu – na wojnie – różnice pomiędzy nami zatarłyby się nie do poznania, kompletnie niezależnie od tego, że dziś wolałabym, by się uwypukliły.

Nigdy nie przestało mnie dziwić, że usilnie uwielbiają zwyciężać – właśnie ci ludzie, którzy podobno brzydzą się wojną. Jest to bardzo smętne, nieprzyjemne zdziwienie i wolałabym go nie odczuwać – chciałabym, żeby na świecie nie było hipokrytów i żeby delfiny butelkonose nie mordowały drugich delfinów butelkonosych dla osobistej frajdy, igraszki. No ale świat nie służy do tego, aby realizować moje wyobrażenia o nim.

Miejsce w cywilizacji, do którego dotarliśmy jako Polacy oraz jako Europejczycy, częściowo jest spadkiem po wojnie.

Ekspansja ludów prowadziła do tarć pomiędzy plemionami, osady rozrastały się nie tylko wskutek budowy, procesów wznoszenia, ale i żmudnej eksploracji sąsiadujących oraz oddalonych terenów, która nierzadko kończyła się podbojem, zawłaszczeniem i wchłonięciem w siebie – analogicznie do fagocytu pożerającego wirusa. Nie są to oczywiście te odsłony prawd historycznych, z jakich ktokolwiek powinien być dumny, natomiast są to odsłony prawd historycznych – czyli autentyczne cząstki tego, co złożyło się na dzieje świata, na losy człowieka i ludzkości.

Dziś na powierzchnię politycznej mapy świata wypływają radykałowie, ich uaktywnienie się wynika z wiodącego poparcia społecznego w kilku europejskich krajach oraz w Stanach Zjednoczonych. Dynamizujący się aktualnie radykalizm przypomina nam, iż wojna nie może być przytaczana w poważnej dyskusji wyłącznie w formie argumentu mającego poświadczyć porażkę duchową człowieka i ludzkości, jako że na różnych etapach historii pojawiała się w charakterze konieczności dziejowej. Również dzisiejszy radykalizm nie wziął się z próżni, jest on odpowiedzią społeczeństw na nieskuteczność polityki liberalnej, która zawiodła Europę i jej obywateli oraz Amerykę. A żeby dyskusja stała się jeszcze ciekawsza, można sięgnąć znacznie głębiej i powiedzieć, że wojna to nie tylko stale powtarzające się zachowanie Homo sapiens, lecz doprawdy stare zjawisko, bo prehistoryczne. Dzisiaj wszyscy ludzie na Ziemi są reprezentantami jednego gatunku ludzkiego, rzeczonego Homo sapiens, ale dawno temu istniało więcej różnych gatunków hominidów, które koegzystowały na wspólnych terenach, tak jak Homo erectus i Homo habilis na terenie Afryki, jednak zgodnie z wiedzą o ewolucji, człowiek współczesny wywodzi się od najsilniejszego hominida, który, mówiąc brutalnie i wprost, wyciął pozostałe w pień…

Nie wiem, czy lub na ile wojownicze są Izabelle. Wiem natomiast, że imię Justyna pochodzi od łacińskiego słowa „iustus” oznaczającego sprawiedliwość.

Wiem także, że w stosunku do wojny powinno się odczuwać respekt. Strach? Tak, to bardzo naturalna emocja, zdecydowanie kompatybilna z mianem wojny. Ale obrzydzenie? Pogarda? Jeżeli moje jestestwo Justynowe potrafi czymkolwiek gardzić, to właśnie pogardą. Gardzę pogardą, jako emocją obleśną, szpecącą i upodlającą człowieczeństwo, skrywającą niezdrową ekscytację. I stanowczo odgradzam się od pogardy żywionej do wojny.

Jak mogłabym gardzić zjawiskiem, które może mnie pokonać, zniewolić, pozbawić życia?

Nie gardzę wojną ekonomiczną, która wyniszcza i doi większość ziemskiego globu zasiedloną przez człowieka – ten rodzaj wojny mnie zasmuca, powoduje rozpacz, żal. Nie gardzę wojną bezpośrednią – to ten brutalny, krwawy obraz wojny, który dzieje się obecnie na przykład w Iranie, Syrii, Jemenie. Tego obrazu wojennego boję się jak jasna cholera, a jednocześnie chciałabym wierzyć, że w chwili prawdy nie doznam paraliżu mięśni, że mój lęk mnie nie zniweczy, że odpali się organiczny mechanizm ucieczki albo walki – który popchnie mnie do działania, jakiegokolwiek, bylebym pozostała w ruchu, nie zlękła się własnego cienia…

Łatwo być zdeklarowanym pacyfistą w świecie formalnego czy oficjalnego pokoju, jedynie podszytego wojną ekonomiczną, bo ta – nie boli, przynajmniej nie fizycznie i nie od razu; sporo wody musi upłynąć, zanim zaatakowany nią człowiek zaczyna czuć z jej tytułu ból. Bo żeby wojna ekonomiczna zaczęła Cię boleć, musisz ją najpierw zrozumieć.

Dużo trudniej o pacyfistyczne nastroje w dosłownym pojedynku ze złem, które staje się naoczne, niezaprzeczalne, dosadne. A wojna bezpośrednia boli sama w sobie, bez Twojego ani niczyjego zrozumienia. W stanie wojny bezpośredniej nie ma miejsca na przenikliwe analizowanie, studiowanie sytuacji i własnej postawy duchowej w obrębie tej sytuacji – lecz ten, który rzeczywiście pragnie pokoju, potrzebuje być chronicznie gotowy do obrony wartości, w które wierzy. I tym jest rzeczywisty, uczciwy, lojalny pacyfizm – w przeciwieństwie do pacyfizmu życzeniowego bądź urojonego, który oficjalnie wypiera się agresji, ale wystarczy najdrobniejsza iskra, ot, zwykła różnica poglądów, żeby ujawniły się prawdziwe intencje i ekscytacje tegoż „pacyfisty”.

Kiedy słyszymy słowo „wojna”, umysł często podsuwa nam zacienione powidoki po historycznych wojnach z naszego kręgu kulturowego. Moje osobiste skojarzenie plastyczne wywołane słowem „wojna” to mała kuchnia z piecem węglowym, na którym stoi garnek z zupą, do kuchni wbiega dwóch niemieckich oficerów, pierwszy pojedynczym kopnięciem w twarz pozbawia młodą kobietę niemal wszystkich zębów, kobieta pada na podłogę, zalana krwią, przytomna. Następnym, o czym chce mówić kobieta, to Rzesza, obóz, zimno, praca, tęsknota za ojczyzną. Tą kobietą była moja babcia. Miała na imię Janina i była enklawą pokojowego, łagodnego usposobienia – ale nigdy nie brzydziła się wojną, zawsze opowiadała o niej z respektem.

Wysłuchałam mnóstwa opowieści wojennych mojej babci, każda z nich wzbudziła we mnie trwogę nie przed wrogiem, tylko przed niesprawiedliwością. Każda uruchomiła mi pokłady współczucia do ludzi bezsilnych, do ofiar. A jednocześnie jestem zdania, że dzisiejsze dyskusje publicystyczne o wojnie są za silnie zamoczone w uczuciach. Te uczucia są przeciekami naszej pamięci – obejmującej ból wojny, którego doświadczyli nasi rodzice bądź dziadkowie czy pradziadkowie. I kiedy umysł czerpie z tej pamięci, z jej powidoków – wyobraźnia generuje widziadła takie jak karabin, żołnierz, więzień… Zapominamy o tym, że wojna to również strategia i obrona, a nie tylko atak, najazd, nalot.

Gdyby to zależało ode mnie, wprowadziłabym do szkół podstawowych lekcje szachów i przysposobienia obronnego. Nie po to, żeby kształcić dzieci w kierunku obsługi wojny czy zanurzać je w aurze strachu, tylko po to, by uczyć je myślenia logicznego (matematycznego), opatrywania ran, ratowania ludzkiego życia (pierwszej pomocy), a także umiejętności panowania nad emocjami histerii, zachowania się w rozpędzonym tłumie ogarniętym paniką, czy też bezpiecznego i efektywnego rozpalania ogniska. Uważam, że za dużo i nazbyt napastliwie rozmawia się o emocjach i uczuciach, upycha się emocje i uczucia do każdej przestrzeni i szczeliny życia, popierając to pławienie się w emocjonalności ludzkiej złotymi radami tabuna psycholożek z telewizji śniadaniowej, a prawie nikt nie podejmuje rzeczowego dyskursu zogniskowanego na zagadnieniach życia i śmierci – w sposób pilny, chłodny, bezemocjonalny, odnoszący się choćby do podstaw socjologii, ekonomii i politologii.

Pokolenie mojej babci umie zwierzać się ze swoich przeżyć wojennych, opowiadać o strachu i tęsknocie, te opowieści są naturalnie bardzo wartościowe, ale już nie rozumie dzisiejszych potrzeb w zakresie edukacji oraz prowadzenia dyskursów społecznych. Pokolenie to wypiera się prawdy – nie lubi jej, bo życie nauczyło je maskowania się, dopasowywania, służenia. Upatruje zatem zagrożenia duchowe tam, gdzie ich nie ma, natomiast nie chce, by dzieci uczyły się o wojnie, by były na to niebezpieczeństwo przygotowywane, bo w tym procesie przygotowawczym widzi wyłącznie albo zachęcanie do agresji, albo wychowywanie młodych ludzi w atmosferze strachu. Zbyt dobrze zakodowało sobie tę atmosferę z własnego dzieciństwa i młodości, czemu nie ma się co dziwić, i teraz przenosi ten kod na współczesność. Niemniej nie rozumie wielu aspektów dzisiejszej polityki i obyczajowości, nie akceptuje koniecznych wydatków na obronność i inwestycji w armię, poza tym uważa, że zakaz posiadania broni palnej przez obywateli jest słuszny oraz w dobrym tonie, gdyż wszelką broń intuicyjnie kojarzy jedynie z amokiem, obłędem, dzikością i prymitywizmem (w negatywnym ujęciu tego słowa), a ani trochę nie kojarzy jej z potrzebą normalnej samoobrony.

Zresztą potrzeb obrony terytorialnej oraz dbania o swoje osobiste, bezpośrednie bezpieczeństwo nie rozumie wielu Polaków, nie tylko osób starszych, ale i dwudziestolatków, i czterdziestolatków. Pojęcia samoobrony i obrony koniecznej są dla nich równie abstrakcyjne, co wojna w Jemenie. A modna apolityczność i, w tej chwili już słabnąca, tendencja społeczna w kierunku fałszywie pojmowanego liberalizmu nakazuje im zakładać, iż starczy prawnie narzucić społeczeństwom łamać chleb – zamiast kroić, a ze wszystkich domostw noże znikną jak zaklęte.

Dziś modnie, to znaczy „po europejsku”, jest brzydzić się polityką oraz oczywiście wojną – przede wszystkim wskazane jest reagowanie odruchowym, w zasadzie alergicznym obrzydzeniem do własnego narodu, do naszych narodowych doświadczeń wojennych, w których należy dłubać z zaangażowaniem i metodycznością szaleńca tak długo i uporczywie, aż znajdzie się na kartach historii jakiś szczegół, który dostarczy nam odpowiednich alergenów, a więc powie, że to Polacy w czasie wojny z lubością mordowali Żydów i że obozy śmierci na terenie Polski są polskie, mimo że instrukcje obsługi przy piecach do palenia ciał napisano w języku niemieckim. Właśnie do tego typu ojkofobicznych postaw prowadzi nowoczesna, proeuropejska „duchowość pacyfistyczna”, która wszędzie, na każdym kroku dopatruje się srogiego ciosania w rozkoszną i zupełnie nieagresywną matkę naturę i która świetnie, bo z ogromnym entuzjazmem odnajduje się w kontekstach złorzeczenia i pogardzania. W formie dygresji dodam, iż ta sama „duchowość pacyfistyczna”, która postuluje opresywny weganizm (np. dieta z surowych owoców i warzyw stosowana na malutkich, ledwie odstawionych od piersi dzieciach), uwielbia hodować wykastrowanego kota – bo pacyfizm ten oraz miłość do matki natury sięgają tylko do kocich jąder, tam przemieniają się w lodowate kleszcze i robią swoje…

Taki styl bycia zagraża społeczeństwu, ponieważ ugruntowuje je w braku zainteresowania olbrzymimi tarciami geopolitycznymi i konfliktami interesów, a jednocześnie nawołuje do hołubienia, celebrowania emocji bezsilności, bezbronności i w ich następstwie – poddaństwa. Na tym etapie społeczeństwo stopniowo rezygnuje z samodzielnego myślenia, z woli utrzymania swojej autonomii intelektualnej, co w prostej linii prowadzi do zdeprecjonowania pozostałych sfer autonomicznych – etycznej, narodowościowej, politycznej. Członek takiego społeczeństwa zaczyna uprawiać nadinterpretację rzeczywistości – po to, żeby nie musieć nadążać za odbywającymi się wokół przemianami społecznymi i na rodzimej oraz światowej arenie politycznej. A żeby móc usprawiedliwić przed samym sobą swoją postępującą ignorancję, rozpoczyna przypisywanie swym interlokutorom znienawidzone przez siebie wariacje polityczne, by w nich upychać poglądy interlokutorów, co jest dla niego prostszym rozwiązaniem – aniżeli przystanięcie przy cudzym zdaniu i rzetelne jego przemyślenie.

Cementowanie się w pogardzie i obrzydzeniu do tych rozdziałów historycznych, które światu się nie udały, które istotnie są brzydkie czy ponure, jest łatwiejsze od woli nauczenia się czegoś nowego – i jest cenniejsze z punktu widzenia kryptoagresywnej jednostki, ponieważ w retoryce, którą ta jednostka się posługuje, osobista wygoda płynąca z egzystowania w iluzorycznej różowej bańce musi być na pierwszym miejscu, a dobro społeczne na ostatnim.

Tymczasem świat nieustająco płynie, zmienia się – niepomny na agitacje tej jednostki. W każdej chwili każdy z nas może obudzić się w zupełnie nowym świecie – a w tym nowym świecie ludzkość jak postawi stopę na Marsie, tak samo prężnie będzie mogła sięgnąć po nowe technologie wojenne, a one znów, tylko nieco inaczej, zmienią oblicze świata i pchną go w kolejne dzieje, w kolejną porcję historii.

Kiedyś ponownie ktoś chwyci za pióro i opisze tę historię w swoim artykule publicystycznym – ale aby tak się stało, najpierw musi przeżyć…

Świat, czasy, obyczaje, poglądy i technologie – nieuchronnie i bez przerwy się zmieniają. Codziennie rodzi się nowy potwór, codziennie rodzi się nowe dzieło sztuki. Jedno tylko pozostaje niezmienne – tłum ogarnięty paniką, tratujący sam siebie.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – pisarz i red. nacz. Literatury Tostera Pandory. Recenzent filmowy, twórca powieści, opowiadań, felietonów oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Na swoim blogu okołoliterackim Karolakowo w kategorii Pisanie publikuje artykuły dla pisarzy. Ich uzupełnieniem jest regularny podcast dla pisarzy dostępny na kanale YT.

O wojnie – czyli różnica pomiędzy wyborem jedno i obustronnym. Głos pierwszy

O wojnie – głos drugi

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *