Ostatni Jedi (2017) – opinia o parodii Gwiezdnych Wojen

Poprzedzająca część o nazwie Przebudzenie Mocy – to było pikowanie w dół, i to z poziomu Jar Jar Binksa, gdzie Solo uprosił w końcu scenarzystów o zabicie go, by nie musiał pojawiać się w kolejnych częściach.

Powtórzony schemat z pierwszej części cyklu – Nowa Nadzieja, w której dublu wszystko było po prostu większe, nie dawała szans na nowe otwarcie. Jednak finał filmu osiągnął dno, gdy nieprzeszkolona biegaczka dała oklep na miecze świetlne szwarccharakterowi (dobrze, że wiedziała, za który koniec miecz trzymać), czyli temu, który powinien pozostać w masce. Niemniej Ostatni Jedi ryje dno, głęboko zagrzebując się w mule, z którego raczej nie będzie mu dane się podnieść…

Film zaczyna się od sceny, w której aktor wcielający się w ów szwarccharakter przedstawia emocje po przeczytaniu niechlubnych recenzji jego własnych wystąpień z poprzedniej odsłony – z bezsilnej wściekłości – rozbija swoją maskę o windę. Jednocześnie uprzedza widownię, że tym razem będzie grał. Potem jest już tylko gorzej. Scenarzyści powtarzają schemat Imperium Kontratakuje, tyle że scenę ataku na zimową bazę umieszczają na końcu, nie na początku. No i tym razem atak odbywa się latem, a zamiast śniegu – uroków wizualnych dodają pokłady czerwonej soli (przecież na coś te pieniądze trzeba było wydać). Sporo poszło na te lepsze aktorsko, bo wirtualne, postacie – Chubaka, lisy kryształowe, Snooke, no i przede wszystkim Leia. Trzeba przyznać, że graficy postarali się przy każdym detalu tych nieistniejących już postaci – problem polega na tym, że wyszedł im film rysunkowy. Nie wiem, po co wprowadzono tylu bohaterów. Po co wszędzie biegał ten czarny stormtrooper, skoro i tak niczego nie spowodował, a dwa razy ratować go musiała poprawna politycznie Azjatka: bardzo ekologiczna, uwalniająca biegające hazardowo zwierzątka, każąc im przebijać nosami szyby i skakać tam, gdzie z pewnością połamałyby sobie kopyta, gdyby nie był to kiepski film. Na szczęście haker ich sprzedał – chyba było mu wszystko jedno, bo jego wątek był tak bezznaczeniowy i beznadziejny, iż nie miał nic do stracenia. W wielkim finale wszyscy zostają jednak uratowani przez kamikaze, chociaż w pierwszej kolejności powinni się na to zdecydować rebelianci – mniejszym statkiem…

No i nie wypada nie opisać tytułowego Ostatniego Luke’a, który wyszedł naprzeciw wielu maszynom – niczym Chuck Norris. Kim jest ten pustelnik? Nawet aktor go grający miał wciąż minę, jakby rozglądał się i pytał, co tu się, u diabła, dzieje – czy tak ma wyglądać Ostatni Jedi?!…

W przeciwieństwie do poprzedniej części, wywołującej powszechny śmiech i oburzenie, w tym roku nawet głośno nie było od natłoku recenzji. Ciszej nad tą trumną – niestety to już koniec legendy Gwiezdnych Wojen, jak sądzę…

Jest to aż tak zła część Star Warsów, że lepiej ode mnie opisze ją los głównego bohatera: Luke miał przez cały film zatwardzenie, a jak się w końcu wypróżnił – to aż zniknął.

Muleta

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *