„Ostatnia miłość na ziemi”, recenzja Perfect sense (2011) – Dania, Szwecja, Wielka Brytania, Irlandia

Ostatnia miłość na ziemi

Perfect sense w reżyserii ambitnego Szkota, Davida Mackenzie, to film zdecydowanie ponad przeciętną, choć jeszcze odległy od arcydzieła. Powłóczysty i niespieszny sposób prowadzenia kamery, gustowne i eleganckie zdjęcia Gilesa Nuttgensa, sugestywne udźwiękowienie i rewelacyjnie akcentująca treść opowieści muzyka autorstwa Maxa Ritchtera – są cechami, które jako pierwsze koncentrują uwagę widza. Te cechy są najmocniejszymi atutami filmu, czyniąc z niego twór sprawny technicznie, zrealizowany z dużą świadomością filmowej materii i starannością oraz bardzo ładny plastycznie. Te cechy nie pozwalają się pomylić, iż mamy do czynienia z produkcją europejską – będącą kolejnym w ciągu ostatnich lat przykładem na wielkość różnicy w kulturach filmowych Europy i Ameryki na rzecz pierwszego kontynentu. Do najlepszych produkcji amerykańskich zaliczyć należy kino akcji, w jakim Amerykanie wciąż wiodą prym. Ale wszelkie filmy – powolne, nieoparte na prędkości i wizualnym przepychu, obyczajowe, a zwłaszcza dramatyczne i psychologiczne, gdy mówimy o kinie nowoczesnym, są nienaruszoną dotychczas domeną twórców europejskich. Również powierzenie w Perfect sense głównych ról dwojgu aktorów przebojowych, bo znanych z produkcji amerykańskich, czyli Evie Green (Susan) i Ewanowi McGregorowi (Michael), nie zakłóciło tej antypopcornowej wizji reżysera, bowiem oboje ujmują dojrzałym, mocnym i charakterystycznym – jak na Europejczyków przystało – zawodowstwem.

Polskie tłumaczenie tytułu, jak na ogół, tak i tutaj, wypada co najmniej niezręcznie, gdyż sugeruje sztampowo nudną i przewidywalną melodramatyczność, która to sugestia niestety idzie w parze z klasyfikacją tego filmu do gatunku melodramatu. Tymczasem – owszem – film opowiada o miłosnej relacji Susan i Michaela, ale relacja ta została osadzona w zbyt szerokim i głębokim kontekście szkicującym emocjonalność ludzi jako całości populacji na Ziemi, by zamykać film w zbyt wąskim i powszechnie eksploatowanym słowie „melodramat”. Ta opowieść maluje ludzkie uczucia w sposób nieco wykreowany z uwagi na zamysł posłużenia się metaforami, ale pod względem aktorskim i stylistycznym na szczęście nie pchnięto klimatu filmu w teatralność, ni inną przesadę.

Tym sposobem film skłania do przemyśleń na temat tego, w jakim kierunku zmierza człowieczeństwo, na czym człowieczeństwo się opiera (co jest jego wymierną, namacalną esencją?), i którędy przebiegają ostateczne granice bycia człowiekiem… Miłosny wątek Susan i Michaela tylko podkreśla te pytania, tylko uwypukla najważniejszy w tej historii ogólnoludzki dramat, zwracając nasze baczenie najpierw na archetypowe emocje jednostek, które następnie budują złożoną biosferę i kulturę społeczną na całej planecie.

Na forum filmowym w sieci wzbudza wątpliwości również klasyfikacja tego filmu do gatunku science-fiction, ale akurat ta klasyfikacja pozostaje słuszna. Rzeczywistość filmowa jest bowiem wyraźnie różna od realnej rzeczywistości, choć nie od pierwszej chwili potrafimy zrozumieć, na czym polega ta odmienność. Z wierzchu oba światy zdają się pokrywać, a na pewno przynależeć do jednej i logicznej matrycy, a jednak z każdą sceną narasta poczucie, że widziane wydarzenia dzieją się w innym świecie – w nieokreślonym, alternatywnym czasie, który nie przystaje do naszych czasów, ani obecnych, ani przeszłych, więc muszą to być potencjalnie przyszłe czasy, czyli artystyczna wizja kierunku, w jakim być może zdążamy, ubrana w formę o tyle symboliczną i poetycką, co naturalistyczną i pragmatyczną.

Widzowie zostaną przede wszystkim zderzeni z doprawdy zdumiewającą epidemią, sukcesywnie koszącą ludzkość na całym świecie, i to właśnie ona zmieni z pozoru zwykłą, dobrze nam znaną rzeczywistość w bardzo przekonywująco oddaną, tak straszną, że aż piękną, apokalipsę. Zobaczycie szarość, chaos, gmatwaninę i bałagan na ulicach dużego miasta, rozbite i porzucone samochody, poryglowane domy, opuszczone budynki i wyludnione, zimne, bezpańskie trotuary… Niemniej nie zobaczycie typowej wizji postapokaliptycznej, w jakiej zagubieni pojedynczy ocalali osobnicy tułają się bezwiednie, poszukując żywej duszy i próbując przetrwać w wymarłym i złowrogim świecie. Doświadczycie za to dawkowanej ze spokojem, metodycznej genezy specyficznej apokalipsy. Ujrzycie elementarny drobny supeł, od którego tragedia ludzka się zacznie. Po czym z ciekawością będziecie wyglądali finału, który – mimo że historia ta niczego przed nami nie maskuje i o wszystkim dowiadujemy się otwartym tekstem – nie okaże się wcale tak prostolinijny i przewidywalny, jak mogłoby się zdawać…

W wyniku zdumiewającej epidemii ludzie po kolei tracą zmysły – najpierw węch, następnie smak, następnie… Utratę każdego ze zmysłów poprzedza odpowiedni i intensywny zestaw objawów psychicznych…

Węch na co dzień jest zmysłem przez nas ignorowanym, traktujemy powonienie jako oczywistość i nie całkiem zdajemy sobie sprawę, jak dalece poważną pełni funkcję. Ale węch, to nie tylko aromat potraw, które gotujemy i spożywamy, nie tylko ulubione perfumy – zapachy przywołują wspomnienia, węch współistnieje z głębokimi zakamarkami naszej pamięci i z oceanem nieświadomości, działa jak wędka, przy pomocy której nasz mózg poławia cenne składowe naszej osobistej historii. Tracąc zmysł węchu, zostajemy odcięci od wspomnień – nić łącząca człowieka z jego przeszłością zostaje zerwana, pamięć pozbawiona wsparcia ze strony zmysłu powonienia staje się tkanką silnie okaleczoną i zbyt słabą, by człowiek mógł nawiązać kontakt ze starym źródłem. Dlatego utratę węchu poprzedza niewiarygodnie głęboki i dotkliwy smutek, nastrój mocno depresyjny i rozpacz – być może aż tak silny przypływ emocji smutku i rozpaczy jest ludziom niezbędny, by po raz ostatni mogli pochylić się z czułością i tkliwym żalem nad wspomnieniami, z którymi już za chwilę nigdy więcej nie nawiążą żadnej łączności…

W drugiej kolejności ludzie tracą smak. Utratę smaku poprzedza kompulsywna, nie do opanowana łapczywość. Ludzie, niczym w hipnotycznym amoku, chwytają wszystko, co tylko mają pod ręką, i pożerają, chciwie gryząc, wyrywając zębami olbrzymie kęsy, jak drapieżne, dzikie zwierzęta, a nie mogą się nasycić. W chwilę później wyrzucają z rąk surowe, na pół zmacerowane ich zębami i paznokciami mięso i tysiąc innych produktów, dziwiąc się samym sobie, nie pojmując, co w chwilę wcześniej w nich wstąpiło. Odtąd nie będą już znali smaków – wystarczy parę tygodni, by umysł odwykł od kubków smakowych. Najpierw oczywiście ludzi zdejmie trwoga, poczucie bezsilności i strach przed zagładą, która ich odczłowieczy, odbierając egzystencję w postaci, do jakiej przywykli, jaką traktowali jako jedyną możliwość życia, z której korzystali bez refleksji nad tym, że przecież nic, czym dysponuje człowiek, nie zostało mu dane raz na zawsze. Nic dziwnego, że utrata smaku odbiera ludziom energię witalną, że napawa lękiem o jutro i jednocześnie sieję rezygnację. Nagła świadomość tego, iż wszystko, czym dysponuje człowiek w granicach swojego ciała i możliwości poznawczych, to tylko fanty, szczodrze użyczone przez naturę, a nie nasza własność – ma prawo odebrać wolę trwania i jakiegokolwiek działania. Ale po chwilowym załamaniu, ludzie podnoszą się na duchu, zaczynają akceptować nowy rodzaj egzystencji i biorą życie takim, jakim się stało, jakim jest. Zdawało się, że zbankrutują restauracje, bo bez smaku wystarczy żywić się mąką i smalcem, do życia i przetrwania nie trzeba wszak niczego więcej. Ale po chwilowym upadku, restauracje się odradzają i znów kwitną – choć stały się odmienione, bo przecież w świecie, w którym mydło i chleb „smakują” tak samo, należało zastąpić smak potraw nowymi atrybutami. Tak oto ludzie wracają do restauracji, a szef kuchni, Michael i jego kucharze, konsekwentnie zastępują smaki – fakturą, konsystencją, chrupkością lub miękkością oraz kolorem. I życie toczy się dalej.

Ostatnia miłość na ziemi 3

Zaraza jednak w dalszym ciągu wisi jako nieuchronne widmo nad światem, bo nie wiadomo, jaką drogą się rozprzestrzenia, co ją wywołuje, jak leczyć czy tym bardziej zapobiegać. Naukowcy są bezradni, wie o tym doskonale Susan, która jest epidemiologiem. Dramat gęstnieje i uderza ze zdwojoną mocą w momencie, gdy nastaje kolej na postradanie trzeciego zmysłu – słuchu… Zanim ludzie ogłuchną, popadną w nadzwyczajny gniew i agresję, krzywdząc swoich najbliższych. A w chwilę później zostaną samotni, odcięci od świata, w swoich domach, objęci beznadziejną kwarantanną. Po tym niemym, gwałtownie wyjałowionym, milczącym świecie, wspaniale oprowadzi nas kraina dźwięków Maxa Ritchtera.

Apokalipsa zatem nadciąga nader metodycznie, jawi się jako niezaprzeczalna i na wskroś czytelna, a jednak w widzu narasta kłujące pytanie – czy ludzie naprawdę postradają wszystkie bez wyjątku zmysły? Czy Susan i Michael rzeczywiście zgubią do siebie dostęp? Czy tragedia głównych bohaterów i ogólnoludzka tragedia faktycznie są nieuniknione? Nie da się zapobiec nieszczęściu? Nie istnieje antidotum?…

Ostatnia miłość na ziemi 5

Film zdecydowanie wart zobaczenia, przeżycia i wysnucia własnych refleksji. Realizacja nie zasługuje wprawdzie na laury za arcymistrzostwo, ale mianuje się jakością wysoką i oryginalną. Udało się twórcom osiągnąć naprawdę dość świeży i wysublimowany wydźwięk estetyczny, który przywodzi na myśl dziwny obraz świata, który z etapu na etap lekko tonie, zanurza się stopniowo w jakiejś wilgotnej, szaro-zielonej, mokrej aurze, jak gdyby w otchłani. A najważniejsze, że ta prosta w konstrukcji historia mobilizuje do starcia swojego intelektu z naprawdę ciekawymi pytaniami:

Czy człowieczeństwo powinniśmy definiować poprzez zmysły? Czy po utracie wszystkich zmysłów, odcięty zewsząd, zamknięty w więzieniu ciała, niekomunikowalny człowiek – wciąż jest człowiekiem? Czy kompletnie wyizolowany byt, dysponujący jedynie świadomością, wciąż jest bytem w pełni ludzkim – czy fakt, że taki byt nadal żyje w sensie biologicznym, oznacza, że w dalszym ciągu wiedzie ludzką egzystencję? A jeśli tak – jeżeli człowiek bez zmysłów w dalszym ciągu wiedzie pełnowartościową egzystencję, to czym taka egzystencja miałaby różnić się od śmierci? Co mamy myśleć o dotarciu do takiego punktu, w którym nie sposób odróżnić życia od śmierci? A więc czym rzeczywiście jest człowieczeństwo? Czym jest życie? I jaki jest sens życia? Czy życie należy za wszelką cenę podtrzymywać w zgodzie z jego biologicznym sensem? Czy raczej skłonić się ku eutanazji, czyli do godnego wycofania się z przestrzeni, w której nie ma już miejsca na nic więcej poza czystą biologią? I czy ciało (byt biologiczny) okaleczone w tak totalnym stopniu, jakim jest utrata wszystkich zmysłów, jest w stanie zdeterminować umysł, by znieczulić duchowe poczucie cierpienia? A może właśnie wyłącznie umysł (byt świadomy) naznaczony wybitnym cierpieniem jest w stanie wzbić się ponad kaleką fizyczność i czystą biologię, by człowieczeństwo mogło dostąpić wolności i niczym niezmąconego bezpieczeństwa?

Polecam zmierzenie się z tą propozycją filmową wszystkim poszukiwaczom treści prostych, ale wzmagających apetyt odbiorcy na drążenie naszkicowanego tematu celem dotarcia do własnych, samodzielnych wniosków. Ci, którzy nie lubią uczucia mrowiących z tyłu głowy pytań natury egzystencjalnej, mogą tym filmem się zmęczyć. Ci, którzy nie lubią poezji ani cichych, skradających się pomału dramatów, mogą na tym filmie się nudzić. Potrzeba cierpliwości i osobowości refleksyjnej, by seans uznać za udany, a film za interesujący. Scenariusz Duńczyka, Kima Fupza Aakesona, stanowi tu zwarty i silny kręgosłup, ale historia ta nie przewidziała wartkości, stąd trzeba ostrzec osoby wolące szybsze tempo.

Justyna Karolak

Ostatnia miłość na ziemi 7

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *