Dziennikarstwo obywatelskie – oszukana nazwa

Oszukana nazwa - dziennikarstwo obywatelskie

Modne i ogromnie nośne, nowoczesne miano: „dziennikarstwo obywatelskie” – mocno wdarło się do obiegowego języka i aktualnie próbuje na dobre się w nim rozgościć, zapuścić korzenie. To bardzo, bardzo źle!

Dziennikarstwo – w tradycyjnym rozumieniu – już jest anachronizmem, choć jeszcze ludzie mass mediów rozmaitymi słowami i pomysłami starają się bronić swej ułudnej pozycji opiniotwórców i dalej narzucają społeczeństwu jedynie swoją wizję, zmyślny profesjonalizm, próbują także pouczać nas i moralizować, postulując do ludzi z pułapu eksperta. Ten anachronizm – dziennikarstwo – jeszcze wprawdzie podryguje w błyskach fleszy, skacze w jaskrawym świetle mnogich jupiterów niczym starsza pani (czy pan) na staromodnym dancingu. Ale już niebawem anachronizm ten stanie się w pełni muzealnym okazem – to żadna groźba, to moje rokowanie na przyszłość, która zbliża się w siedmiomilowych butach. Mówię dokładnie o tym, że już nie istnieje prawdziwe dziennikarstwo – w tradycyjnym, klasycznym rozumieniu tego słowa. Nie istnieje taki zawód, taki fakt: dziennikarstwo (zaraz wyjaśnię szczegółowo, dlaczego), a skoro tak, wprowadzanie do świadomości społecznej takiego rozróżnienia pojęć w postaci podkategorii „dziennikarstwo obywatelskie”, jest z gruntu fałszywe, zubożające ten temat – nie tylko warty przemyślenia, ale i niesłychanie konieczny do przedyskutowania. Poza tym ów epitet dodany do słowa dziennikarstwo („obywatelskie”), ma na celu sugerować, iż jest to gorszy rodzaj dziennikarstwa, coś miałkiego, błahego i nie niosącego ze sobą użytecznej treści, a to zwyczajnie – nieprawda.

Najpierw wyjaśnię, czym było dziennikarstwo w czasach, gdy jeszcze istniało i miało się dobrze, i rzeczywiście było tworzone wówczas przez ludzi opiniotwórczych, a więc przez rzetelnych zawodowców. Otóż było to w czasach, które nie znały jeszcze Internetu, ba – nie znały telefonów komórkowych, ni GPSy nie krążyły w powszechnym użyciu. Wtedy faktycznie dziennikarza cechowały: zachwycający dynamizm intelektu i biegłość we współgraniu z fizycznym, realnym światem – świadomość atmosfery obyczajowej, w jakiej się znajduje, umiejętność nawiązywania dialogów – z każdym (z kloszardem, z urzędnikiem, z królową, z przedszkolakiem; z każdym…), naturalny instynkt służący do wyłuskiwania ciekawych zdarzeń z powierzchownie „szarego” otoczenia, nie mówiąc o oczywistościach, jak posługiwanie się mapą i intuicyjne poruszanie się po obcych miejscowościach, by móc ekspresowo przemieszczać się między docelowymi punktami A i B, bez gubienia się oraz strat w czasie. Jeśli dziennikarz nie posiadał choć tych wymienionych powyżej pokrótce cech – przepadał bez echa, czyli nie utrzymywał się w zawodzie, musiał albo zmienić profesję i sposób na życie, albo pogodzić się z tym, że jest przezroczysty i nieistotny.

To były czasy, w których dziennikarz na etacie w redakcji nie wiedział, co to wakacje. Sypiał mało, był w ciągłym ruchu i zostawał w pracy – za darmo – po godzinach, chociaż nikt mu nie kazał. Zostawał z własnej woli, bo zwykł nad czymś nieustannie pracować, toteż zależało mu, aby dokończyć daną myśl lub zamknąć dany etap swej pracy, nim pobiegnie do domu się zdrzemnąć czy pokochać z żoną.

Jeśli wyjeżdżał na urlop, bez przerwy trzymał oczy szeroko otwarte – bo jeżeli akurat w jego sąsiedztwie, gdy opalał się na leżaku, przypadkiem wydarzyłoby się coś ważnego, atypowego, miał tę przewagę nad innymi dziennikarzami, iż przebywał na miejscu. Musiał więc być mentalnie i pod każdym innym względem na taką okoliczność zawsze gotowy, bo takie okoliczności umożliwiały mu bycie opiniotwórczym właśnie:

on to, będąc we właściwym miejscu o właściwej godzinie, jako pierwszy zdobywał cenną informację, notował ją lub nagrywał na dyktafon, robił zdjęcia, rozmawiał ze świadkami zdarzenia, przeprowadzał wywiady, pakował leżak, pakował się do auta, autobusu, pociągu – do czego mógł, jaki środek transportu był akurat dla niego dostępny – po czym w tymże środku transportu, po drodze, na kolanie porządkował i uzupełniał (ręcznie!) artykuł, potem wysiadał np.: z autobusu, z wywieszonym językiem, spocony jak ruda mysz, ale z przytomnym umysłem, wbiegał do swojej macierzystej redakcji, siadał do maszyny do pisania (!) i przepisywał te notatki, tworzył rzetelny materiał, który musiał powstać do rana w formie gotowej do publikacji (albo emisji). Często w takich sytuacjach spędzał w redakcji noc, pisał nieomal do białego rana, aby naczelny mógł dodać jego materiał do porannego wydania gazety typu dziennik. Mało tego: w takich sytuacjach, prócz tego dziennikarza, który połowił i opracował tę jedną ważną informację (czy reportaż), na noc w pracy zostawało około trzy czwarte zespołu redakcyjnego, o technikach i drukarzach nie wspominając, bo przecież to jutrzejsze, poranne wydanie gazety już wcześniej było zamknięte do druku – teraz trzeba było od nowa zmieniać łamy, matryce, a często jakaś partia gazety już w najlepsze się drukowała, zatem trzeba było ją momentalnie wycofać, zmodyfikować całe wydanie, możliwie ograniczając straty materialne… I tak dalej, i tak dalej…

Kochani, w tamtych czasach dziennikarz, który był na urlopie, nie mógł napisać nic na laptopie, następnie wysłać do redakcji maila – informacje przewożono ze sobą w sposób fizyczny (nie mówiąc o konieczności wywoływania zdjęć z analogowej kliszy!), a należało dokonywać tego w jak najkrótszym czasie!

A nie mógł taki dziennikarz przedyktować swojej arcyważnej informacji do redakcji, korzystając choćby z budki telefonicznej, czy z telefonu w recepcji hotelu? – zapytacie. Jasne, że nie mógł – jeżeli miała być to informacja rzetelna, prezentująca wysoką jakość oraz skonstruowana, a nie wyłącznie złowiona. Zresztą – po co miałby cokolwiek dyktować? Przecież osoba po drugiej stronie telefonicznego kabla – ta siedząca w redakcji – nie miała do dyspozycji Internetu, nie mogłaby więc żadnej informacji namierzyć, sprawdzić, zweryfikować; cała informacja była obecna wyłącznie w zamkniętej głowie tego dziennikarza, który ją zobaczył, wyśledził, pochwycił… Wybaczcie mi nieco zabawne porównanie, ale wbrew pozorom nie jest ono wcale nie na miejscu: to tak, jakbyście chcieli, żeby Tołstoj przedyktował sekretarce przez telefon „Annę Kareninę”.

Mowa jest w każdym razie o tym, że prawdziwe, tradycyjne, klasyczne dziennikarstwo mianowało się przede wszystkim prędkością zawiadowania przepływem informacji, gdyż od tej prędkości zależała jakość opiniotwórcza – po pierwsze: tej gazety, telewizji, radia; po drugie: tego redaktora naczelnego tej gazety, telewizji, radia; po trzecie: tego dziennikarza/reportera. Zaś wspomniana prędkość – musiała iść w parze z dziennikarską etyką, do jakiej to jeszcze w tym artykule nawiążę. Ale – po kolei.

W dzisiejszych czasach dziennikarze nie mają żadnych szans ze społeczeństwem. Dlatego właśnie dziennikarstwo – już nie istnieje.

Dlaczego nie mają szans? Bo ludzi jest więcej niż dziennikarzy. Ludzie zawsze, absolutnie zawsze są na miejscu każdego zdarzenia pierwsi przed dziennikarzami – bo zdarzeń jest mnóstwo, a dziennikarzy mało, a ludzi jest więcej niż mnóstwo! Z tej banalnej, oczywistej przewagi liczebnej obywateli nad dziennikarzami – wynika dogłębnie szczera prawda, iż żaden dziennikarz nie ma najmniejszej możliwości przekazania społeczeństwu sporządzonej przez siebie informacji, bo zanim opracuje tę informację w sposób rzetelny i profesjonalny, ta informacja zdąży już trzykrotnie obiec cały glob! Bo ludzie mają przy sobie – telefony, smartfony, tablety, laptopy, dyktafony, aparaty fotograficzne, kamery i Internet! A różne owe cuda współczesnej, a powszechnej, technologii – ludzie mają skondensowane do jednego poręcznego elektronicznego pudełka, za pomocą którego nawet samo pisanie odbywa się „n” razy szybciej, bo możemy korzystać z opcji skróconej/ekspresowej pisowni, która pozwala na pisanie od razu sylabami, częściami wyrazu, a niekiedy całymi zwrotami! Na marginesie już dodam, iż fotografie, które robimy i  mamy w postaci cyfrowej – przy użyciu komórki przesyłamy natychmiast, gdzie dusza zapragnie. A poręczny, znakomity mem – służący za całą, skondensowaną i najbardziej dynamiczną z możliwych informację – możemy samodzielnie wykonać w kilka sekund, i nie potrzebujemy do tego celu nawet programu graficznego, aby do zdjęcia dodać tekst i skleić go z tłem – dla przykładu: portal społecznościowy G+ udostępnia nam opcję dodawania napisów do przesłanej z odpowiedniego urządzenia (komórka sprawdzi się tu równie doskonale, co komputer stacjonarny) fotografii, i informacja gotowa. Co więcej – w ten sposób błyskawicznie zgotowaną informację (mem) od razu widzi w swoich strumieniach danych multum ludzi, którzy poprzez kliknięcie zaledwie jednego guzika – „udostępnij” – posyłają tę informację dalej w świat… Kręgi na wodzie od pojedynczej kropli jeszcze nigdy w całej historii świata nie rozprzestrzeniały się nawet w jednej setnej równie dynamicznie, entuzjastycznie, łatwo, głęboko i nagminnie, jak dzieje się to aktualnie…

Wszystkie ważne informacje lądują w sekund pięć w sieci – włożone do niej z pierwszej ręki, czyli wypływają bezpośrednio od świadków albo nawet od samych bohaterów zdarzenia! Moi drodzy, w tym świecie brakuje miejsca na opiniotwórstwo – nie ma ono sensu, jest czymś awykonalnym – po prostu! Dlatego, że dziennikarze – ci prawdziwi, ci opiniotwórczy właśnie – w zasadzie są nam zbędni. Zanim taki dziennikarz skonstruuje swoją – o wysokiej jakości merytorycznej i językowej – informację, informacja ta w absolutnie wspaniale pierwotnej, niczym niezaprószonej formie, kilka razy opływa kulę ziemską, a za nią – przez Kosmos Internetu – jak ogon komety, już ciągną się setki, tysiące, miliony ludzkich komentarzy! W tym samym czasie najlepszy dziennikarz w najlepszym wypadku i przy wsparciu boskiego łutu szczęścia – dopiero zwieńcza pisanie/tworzenie swojej informacji dziennikarskiej, której zobowiązany jest również nadać odpowiedni ton, brzmienie, właściwą melodię… Tym sposobem również złe, niemoralne opiniotwórstwo, polegające na wyczutym manipulowaniu informacją – i tym samym czytelnikiem, widzem, słuchaczem – staje się zwyczajnie niewykonalne, bo co z tego, że „profesjonalny dziennikarz” zabarwi informację jakimś docelowym odcieniem, który ma za zadanie podprogowo ukierunkować masowego odbiorcę na taki, a nie inny wniosek płynący z tak podanej informacji, skoro ta informacja w formie pierwotnej, surowej, niczym nieskalanej – już spenetrowała cały świat po kilkakroć? Rozumiecie więc, że już nie ma opiniotwórstwa w wydaniu dziennikarzy – ani dobrego, ani złego – iż jest ono po prostu czymś niemożliwym do przeprowadzenia?

Tak oto na współczesnej arenie życia – realnej egzystencji nas wszystkich, w tym kraju, i w tamtym kraju, na świecie całym – pierwsze skrzypce poczyna grać tak zwane popularnie „dziennikarstwo obywatelskie”. I to jest właśnie krzywdzący absurd obecny w nazwie – ten wytrych językowy wymyślili dziennikarze, którzy już odpływają w zapomnienie, ale niestety zwykli ludzie nabrali się na ich haczyk i podchwycili obraźliwe i zakłamane pojęcie. I to bardzo, bardzo źle!

Bo wszyscy ludzie, którzy publikują w sieci (bądź w inny sposób podają do wiadomości publicznej informacje społecznie ważne i użyteczne) – są dziennikarzami! Nie ma już tradycyjnych, klasycznych dziennikarzy, nie ma takiego zawodu – pamiętacie? To byli ci panowie (oczywiście, że także panie), którzy pisali ręcznie, biegali w pocie czoła do redakcji, pisali na maszynie, jako pierwsi informację społeczeństwu dostarczali – lecz wyparły ich „naturalne możliwości technologiczne” leżące w doskonałym zasięgu każdego z nas, wszystkich zwykłych ludzi, tych bogatszych, i tych biedniejszych. Każdy, kto dostarcza społeczeństwu informację, a czyni to w charakterze medialnym – uprawia najprawdziwsze pod słońcem dziennikarstwo! Wszyscy, którzy to czynimy, jesteśmy dziennikarzami – zrozummy to nareszcie i przestańmy pozwalać sobie mydlić oczy tym przebrzmiałym nieszczęśnikom, którzy ostrymi pazurkami próbują przytrzymać się skrawków rzeczywistości, która już za chwilę i tak niechybnie strąci ich w przepaść. Jesteśmy dziennikarzami – ja jestem dziennikarzem, i Ty także – i możemy nimi być, pogódźmy się z tym klarownym znakiem bieżących czasów.

Dobrze więc, spytacie teraz: skoro tak, to znaczy, że dziennikarze są nam ani trochę niepotrzebni? Zaskoczę Was: niezupełnie!

Otóż w naszych czasach mimo wszystko zachowała się pewna nisza, która jest idealnym miejscem dla autentycznych, profesjonalnych, zawodowych dziennikarzy – nie dla tych osobników o ostrych pazurkach, którym żal strat finansowych, jakie codziennie ponoszą, bo nikt nie chce ich czytać, słuchać, ani oglądać, tylko dla tych, którzy są społecznikami, którzy chcą służyć społeczeństwu. Nisza ta związana jest z czymś nieco zapomnianym w naszych czasach – mianowicie z tak zwaną etyką zawodu dziennikarza. Ona to (etyka) jest tratwą ratunkową dla prawdziwych znawców dziennikarskiej materii, dziennikarskiego rzemiosła i dziennikarskich gatunków. I tu zwykli ludzie zyskują w postaci takiego dziennikarza niezwykle mocnego przeciwnika, czy iście sportowego rywala – bo ludzie, którzy praktycznie prowadzą życie w sieci, tym samym pobierają z niej bez ustanku tak wiele intensywnych bodźców, iż w rezultacie ich moralna, etyczna czujność zostaje tym pędem obezwładniona. Innymi słowy: potrzebujemy silnie oddziaływujących, intensywnych podaży danych płynących z Internetu, byśmy mogli odczuwać pod ich wpływem – coś: ważność, wymiar i zasięg zdarzenia, jego treść emocjonalną. Mówiąc wprost: współcześnie stajemy się znieczuleni na formę zewnętrzną okalającą treść, stąd domagamy się tej formy coraz ostrzejszej, agresywniejszej i jaskrawszej. Zjawiska ubrane w subtelną formę umykają naszej percepcji albo nie wywołują w nas uczuć. Taką właśnie cenę płacimy za swobodne korzystanie z dóbr technologicznych, głównie komputerowych i internetowych.

Nasze znieczulenie plus dziennikarzy posłannictwo, społeczna misja, stanowią tymczasem furtkę do owej niszy, o jakiej za chwilę opowiem. Prawdziwi dziennikarze – tacy z umysłem i z sercem, jak choćby Kapuściński, bo mowa o dziennikarzach tego kalibru – mogliby tę niszę z powodzeniem wypełnić. Wręcz  powinni oni wydobyć się obecnie spod ziemi, powinni spokojnie – już bez pośpiechu! – wypłynąć na powierzchnię i kreować dla nas reportaże, stojące na straży moralności i etyki, ale także estetyki. Aby wyjaśnić, dlaczego ta nisza jest wielce potrzebna, a póki co – niezagospodarowana, posłużę się konkretnym przykładem:

Opublikowane poniżej 3 zdjęcia pochodzą ze strony www.cavemancircus.com, ale są zbiorem fotografii połowionych z sieci i ustalenie ich autorstwa jest awykonalne, co także podkreślają autorzy strony. Zauważmy, iż fotografie te są niezwykle bezwzględne, brutalne i piekielnie tragiczne – dokładnie taką formę informacji jest w stanie opublikować każdy zwykły człowiek, który po prostu rejestruje zdarzenie, następnie oddaje je w ramiona świata w surowej postaci. Oczywiście pozostańmy świadomi, że w świecie ma prawo funkcjonować swoista brutalna formuła estetyczna, ale powinna ona zostać zarezerwowana dla działalności artystycznych, a nie reporterskich. Artyści mogą szokować, ich „świętym” przywilejem pozostaje mielenie wszelakich elementów rzeczywistości i udostępnianie ich światu w kontrowersyjnej formie. Sztuka nigdy nie miała służyć temu, by być ładną i cieszyć ludzkie oczy (za wyjątkiem: sztuki dworskiej, sztuki typowo dekoracyjnej oraz pop-art’owo zdobnej) – jej zadaniem zawsze było „uderzać”, zaskakiwać, potrząsać sumieniem, szydzić z moralnych kodeksów, norm społecznych i obyczajów, obrażać, uwodzić, podniecać, wzburzać, krytykować, zaczepiać, kusić…  Natomiast dziennikarstwo nie powinno korzystać z tych samych – drastycznych środków. Jego misją powinno być dobieranie – w sposób stosowny i inteligentny – udelikatnionej stylistyki dla zilustrowania nawet najdotkliwszych i najsilniej makabrycznych zjawisk. Dziennikarz powinien pisać bez używania wykrzykników i wielokropków, natomiast powinien pisać tak, żeby czytelnik odczuł wewnątrz siebie wszystkie wykrzykniki (uczucie szoku) i wielokropki (uczucie wzruszenia lub niedowierzania) dokładnie w tych punktach, w jakich zaplanował to dziennikarz – w jakich sam postawiłby te znaki, gdyby odpuścił sobie samodyscyplinę i pozwolił ponieść się emocjom. W dziennikarskim materiale nie ma miejsca na emocje, natomiast dziennikarski materiał ma wywoływać emocje w odbiorcach – a nie wywoła ich już nigdy, jeśli na zawsze ugrzęźnie w obrazowaniu krwi, wnętrzności, trzewi, blizn, pourywanych kończyn, rozpłatanych brzuchów, twarzy spalonych kwasem, zwierząt obdartych ze skóry…

Oszukana nazwa - dziennikarstwo obywatelskie

Oszukana nazwa - dziennikarstwo obywatelskie 1

Oszukana nazwa - dziennikarstwo obywatelskie 2

A reportaż wojenny? – spytacie słusznie. Prawda: to zacna kategoria – reportaż wojenny; konwencja na wskroś brutalna, krwawa, opisująca rzeczywistość wyposażoną w najgorętsze pokłady bólu i cierpienia. Czyż reporter, który ryzykuje własnym życiem, nie ma prawa do ukazania wojennej tragedii i brutalności wojny – wprost, nie czyniąc żadnych uników? Owszem, ma takie prawo, bo prawo to wynika z jego własnej etyki, nie tylko z etyki mediów – lecz właściwe pytanie brzmi: po co miałby korzystać z tego prawa? W niszy, o której mówię, nie ma przestrzeni na powoływanie się na to prawo. Nasze oczy widziały dzięki współczesnym zdobyczom cywilizacji praktycznie wszystko – gwałty, bójki, wrzące wideo relacje z wydarzeń na Majdanie, głód, ubóstwo, tortury, ubój zwierząt, bestialstwo, choroby, nowotwory, chirurgiczne operacje; porody i śmierci… Te okrucieństwa – właśnie dlatego, że tak łatwe do zarejestrowania przez dowolne, najzupełniej przeciętne oko – nie wzbudzają już żadnych emocji; na chwilę pochylamy się nad cudzą tragedią, za pięć minut o niej nie pamiętamy.

Współcześnie każdy reportaż, również wojenny, musi cechować się umiejętną oszczędnością (formalną), jeśli dziennikarstwo ma służyć rozwojowi naszej – zahibernowanej, niestety – empatii; jeśli ma nam służyć. A to jest nisza czekająca na jednostki wybitne, na reporterów – nie na wszystkich. Trzeba dysponować talentem i intelektem jak brzytwa, by zapewnić takiemu „niszowemu reportażowi” należny mu renesans, by odrodzić ten wykwintny i poruszający gatunek, wykopując go z głębin i otchłani powszechnie kreowanych, oraz równie powszechnie dostępnych, drastyczności, bebechów, rozbojów, braków skrupułów i bezkompromisowości. Na pewno te mocne środki stylistyczne pozostaną wciąż pożądaną częścią świata, lecz jak wspomniałam – jestem zdania, by pozostawić je do rozdysponowywania artystom i ludziom generującym suche informacje.

Świat, to pojemne miejsce. Współczesność potrzebuje – nie tylko nas, wszystkich obywateli, nie tylko dziennikarzy, nie tylko blogerów, ale potrzebuje właśnie także reporterów nowej generacji, reporterów XXI wieku, by swoją czystością języka i selektywnym doborem figur estetycznych powołali do życia nowy owoc – stary, dobry, acz odmieniony i inny: reportaż.

 

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

4 komentarze

  1. mam uwagę merytoryczną – dziennikarze korzystali z telefonu, telegrafu, faxu i wszelkich dostępnych form komunikacji aby dostarczyć do redakcji swój materiał jak najszybciej, mieli nawet zarezerwowane kabiny na poczcie aby móc przedyktować swój artykuł

    • justynakarolak

      Dobrze, jasne, że tak było – oprócz tego było również tak, jak ja opisałam ich pracę i zawodowstwo w tym artykule, i nie mów mi, że nie mam też racji. Dyktować sobie przez telefon albo faksować, można było oczywiście jakąś prostą informację będącą typowym newsem, ale nie powiesz mi, że dziennikarz, który „nadepnął” na intrygujący trop, śledził go, zgłębiał – robił ekspresowy, ale złożony materiał dziennikarski w oparciu o napotkane zdarzenia – nie pędził do redakcji, by sformułować swój materiał w najlepszej jakości również językowej, na jaką było go stać. Pośpiech z własnoręcznym przewożeniem informacji był ogromnie ważną częścią tego zawodu, to też była „walka” o swoje nazwisko, swoją markę, a nie jedynie próba dostarczania społeczeństwu gorących wieści, Eljocie…

  2. justynakarolak

    Dziękuję za wyrazy uznania, Zibi :). Cieszę się, że mój przekaz był czytelny – jestem właśnie za przywróceniem w dzisiejszych czasach miana wybitności tym, którzy na nie zasługują. Zarazem uważam, że należałoby obalić ten obiegowy pogląd, deprecjonujący tzw.: zwykłych ludzi, którzy publikują w sieci często niezwykle ciekawe informacje.

    Jak napisałam: świat jest przestrzenią bardzo pojemną – „dla wszystkich starczy miejsca” :).

  3. Tekst bardzo mi się podobał, bo obdziera z blichtru wybitności przedstawicieli głównokanałowych mediów. Ludzi, którzy nie mają na nic czasu, nawet na człowieka nie spojrzą i powtarzają tylko informacje wykreowane w studiach innych mediów. W dziennikarstwie zawsze będzie miejsce na profesjonalizm, lecz musi to być profesjonalizm spokojniejszego nurtu – podawanie newsów – tej papki wydarzeń – nie jest dziennikarstwem, a zaledwie przekaźnictwem.
    Do prawdziwego dziennikarstwa trzeba wyciągnąć wnioski, a nie dać od siebie komentarz który potrafi wypluć z siebie przeciętny internauta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *