Plaster ze szczęścia

Plaster ze szczęścia

Oczywiście zależnie od tego, jak zdefiniujemy termin “szczęście”, inaczej będziemy próbowali osiągnąć stan szczęścia i trwali w nim. Ci, dla których szczęście jest dążeniem, będą odnajdywali radość w sprawach i rzeczach małych, codziennych, może i przypadkowych. Ci, dla których szczęście jest finalnym owocem czekającym na nich u kresu obranej ścieżki, będą przeprawiali się odważnie przez stosy kłód i niewygód, by pewnego dnia uzyskać nareszcie to, czego pragną: pełnię, radość, bezpieczeństwo i spokój.

Ale, naprawdę: jak po prostu być szczęśliwym? Jak sprawić, by Wszechświat nam sprzyjał? By sploty zdarzeń dookoła naszej osi układały się tak, że wszystkie elementy pasują do siebie wzajemnie, że czujemy się faktycznymi kowalami własnego losu, akceptując to, kim i gdzie jesteśmy?

To niezwykle trudne pytania. W naszej zachodniej kulturze są one dodatkowo o tyle trudne, iż ufamy w wymierne przyczyny i skutki. Wyznajemy wręcz wszelką przyczynowość świata. Uznajemy, że wszystko, co zaistniało w naszej percepcji jako tak zwany fakt, musi mieć swoje logiczne i racjonalne podstawy. Różne zdarzenia nie mogły wziąć się znikąd; nie rozumiemy słowa “przypadek”. Nasza cywilizacja potrzebuje uważać się za pierwiastek sprawczy. Potrzebuje ufać podstawowemu założeniu, że wszystko, co się dzieje, posiada wymierny powód. Woda płynie, ponieważ istnieje źródło – płynięcie czerpie się ze swojego początku; nie ma żywego, ruchliwego strumienia rzeki, bez źródła. Wbrew pozorom takie podejście do rzeczywistości wymownie przekłada się na osobiste poczucie szczęścia każdego z nas.

Inaczej mówiąc, upatrujemy szczęście wszędzie tam, gdzie osobiście możemy cokolwiek zdziałać. To, co zawdzięczamy sami sobie, jest naszym małym, lecz ważnym, codziennym szczęściem, a także ładunkiem pozytywnej energii witalnej i motorem napędowym do dalszych działań w kierunku polepszania swego bytu. Ale bardzo niechętnie dopuszczamy do swojej świadomości możliwość, iż dopomógł nam przypadek.

Loteryjność świata wydaje nam się ogromnie niedorzeczna i poprzez tę cechę, niegodna uwagi, głupia i popychająca świadomego człowieka w stronę iluzoryczności. Tylko celowość świata, jakoby odgórnie ustalony porządek, może przedstawiać dla nas pewną wartość, stanowić dobro i wesprzeć nas w drodze po szczęście. Wszystko, co się stało, ma sens. Najprawdopodobniej służy również do czegoś, nie może być inaczej. Pozostaje kwestią wyłącznie wypracowanego podejścia, byśmy potrafili czerpać energię pozytywną również ze zdarzeń obiektywnie negatywnych. Opisany mechanizm jest dokładnie tym samym, o jakim czytamy w “Kubusiu fataliście i jego panu” Diderota: Kubuś złamał nogę (obiektywnie negatywne zdarzenie), lecz w rezultacie tej przyczyny, spotkał miłość swego życia (szczęście). Stało się tak, ponieważ “każda kula, która wylatuje na świat z rusznicy, posiada swój adres”.

Ale zapominamy, że to tylko jedna z propozycji widzenia świata i naszych pytań o szczęście…

Natura – wbrew pozorom, wciąż silnie obecna i oddziaływująca we współczesnym, stechnicyzowanym i wysoce ucywilizowanym świecie – codziennie wykonuje niesamowitą porcję ilościową wariacji klasycznie loteryjnych. Nie doceniamy siły oddziaływania w naszym życiu loteryjności, niechętnie pochylamy się nad tym zagadnieniem. Nieczęsto zadajemy sobie pytanie także o to, na ile cudzy sukces jest efektem ciężkiej pracy na przykład tejże jednostki, a na ile pomógł jej łut szczęścia, czyli dobrego przypadku. Lubimy natomiast wpajać sobie postawy optymistyczne, służące rozwijaniu umiejętności odnajdywania w każdym problemie, a nawet w cierpieniu (zdarzenie obiektywnie negatywne) właściwości pozytywnych, które w przyszłości mogą doprowadzić nas do jak gdyby nagrody za naszą wytrwałość.

O ile szczęście nie jest dla nas dążeniem, o tyle jest właśnie nagrodą za, na przykład, poświęcenie. Ale co wówczas, jeśli szczęście jest kwestią przypadkowości? Jeśli nasze życie jest wypadkową splotu kompletnie przypadkowych losów pochodzących z niewidzialnej, nieuchwytnej gołym okiem, loterii? Jeśli wszystkie dobra, jakie posiedliśmy, są jedynie zbiorem szczodrze użyczonych przez naturę fantów?

W obliczu – ponownie: dla przykładu – ciężkiej czy nieuleczalnej choroby nauczyliśmy się nie zadawać pytań w rodzaju: dlaczego ja? W takich sytuacjach potrafimy już zaufać przypadkowi, traktujemy go wręcz jako dobroczynny, kojący plaster. Nie pytamy o przyczyny cierpienia (obiektywnie negatywne zdarzenie) i godzimy się z rolą przypadku w naszym życiu. Ale w obliczu każdego szczęścia, z dużym entuzjazmem zadajemy analogiczne pytanie o jego przyczyny, źródło, autorów.

Szczęście, w przeciwieństwie do nieszczęścia, musi koniecznie posiadać rodziców, nie może być błąkającą się po świecie sierotą, którą przypadkowo ktoś przytulił i przygarnął, gdyż akurat stał obok, kiedy szczęście (sierota) szło przed siebie, i zwyczajnie, sam nie wiedząc, dlaczego ani po co, wyciągnął doń rękę. Myślimy, że to przecież niemożliwe. Ciekawe dlaczego?…

Z pokorą

Justyna Karolak

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *