Polskie szkolnictwo na tle Europy

Polskie szkolnictwo na tle Europy 

Zaraz, moi panowie. Muszę zrobić jakąś reformę: niechaj jutro każdy uczeń dostanie w szkole funt czekolady. — Za dużo — powiedział minister zdrowia. — Najwyżej ćwierć funta. — To niech będzie ćwierć funta. — W państwie całym mamy pięć milionów uczniów — powiedział minister oświaty. — Jeżeli mają dostać czekoladę łobuzy i leniuchy… — Wszyscy — zawołał Maciuś — wszyscy bez wyjątku!” – Janusz Korczak, „Król Maciuś Pierwszy”.

Można by się spodziewać, że od czasu wydania powieści Korczaka – co miało miejsce w roku 1922 – co najmniej parę cennych reform wprowadzono do polskiego szkolnictwa. Podczas gdy nasz rodzimy system oświaty trwa w tyle za poziomem europejskim. Ciągle mnóstwo w polskich szkołach bałaganu i niesłuszności – stąd dyskusję o polskiej szkole my, społeczeństwo, możemy swobodnie rozpocząć od dowolnego jej sektora; możemy uderzyć w tę strunę, którą nam się spodoba. Od podręczników, które zmieniają się co roku z wirtuozerią chaotycznych szkieł w kalejdoskopie, poprzez sztywny program nauczania, który wymusza na dzieciach zapamiętywanie różnych informacji iście encyklopedycznych, a który zupełnie pomija ich interpretację i ujarzmia samodzielne myślenie, na zamrażaniu dzieci w ławkach i zupełnym wyjałowieniu nauk społecznych rzecz skończywszy.

Oto fakt pierwszy, na razie enigmatyczny: szkoła polska dużo pozostawia do życzenia. Czy więc zajmiemy się dzisiaj rozmawianiem o gimnazjum, czy o szkole średniej, czy o uczelni wyższej, każdy z etapów edukacji w Polsce wymaga:

  • po pierwsze – krytycznego spojrzenia, które pozwoli nazwać „chore tkanki” w edukacyjnym organizmie,

  • po drugie – konstruktywnego wskazania potencjalnych kierunków dla rozwoju szkolnictwa,

  • a po trzecie – wdrożenia w życie pozytywnych zmian, czyli koniecznych reform naprawczych, w dalszej perspektywie umożliwiających rozwój szkoły jako wartościowego i bezpiecznego środowiska bytowania i kształcenia uczniów.

W tym artykule podejmie się próbę przypatrzenia szkole podstawowej, jako początkowi edukacji młodego Polaka, by temat ująć – od podstaw.

Spójrzmy najpierw na sześciolatki, które zgodnie z aktualnym prawem polskim mogą – choć nie muszą – być objęte obowiązkiem szkolnym.

Każde pokolenie dojrzewa wcześniej i szybciej w porównaniu do poprzednich pokoleń, zjawisko to zauważone przez naukę (biologię) posiada własne miano i bez wątpienia jest faktem. Zadajmy sobie jednak pytanie, po co mamy posyłać sześciolatka do polskiej szkoły – co da sześciolatkowi ta zmiana w jego bezpośrednim, codziennym otoczeniu; czym dobrym ma zaowocować przyspieszenie wejścia dziecka w tryby szkolnej machiny?

Polskie szkolnictwo na tle Europy 1

W licznych polskich przedszkolach przeprowadzane są akcje polegające na tym, iż do przedszkola przybywają urzędnicy – organizuje się w przedszkolach spotkania dla rodziców pięciolatków z urzędnikami, jacy przedstawiają walory posłania do pierwszej klasy sześciolatka, przekonując rodziców, że będzie to znacznie lepszym posunięciem od pozostawienia sześciolatka w przedszkolu na jeszcze rok. Ciekawostką jest, że mimo iż prócz urzędnika w spotkaniach takich uczestniczy jakiś zewnętrzny pedagog szkolny, o rozwoju emocjonalnym sześciolatka mówi się najmniej, a przecież emocjonalność dziecka jest najważniejszym, wręcz arcy-koronnym zagadnieniem, nad jakim koniecznie należy się dogłębnie zastanowić. To prawda, że współczesne maluchy rosną – także mentalnie – szybko, prężniej w stosunku do wcześniejszych pokoleń, zatem wiele spośród sześciolatków bez problemu poradzi sobie w szkole pod względem intelektualnym. Ale co z rozwojem emocjonalności dziecka?

O emocjach sześcioletniego dziecka – wklejanego ze środowiska przedszkolnego do pierwszej klasy szkoły podstawowej – praktycznie głośno, szczerze i z uwagą publicznie się nie mówi. Jedyną czytelną intencją do organizowania ww. spotkań jest próba nakłonienia rodziców przedszkolaków, by jak najszybciej posłali swe pociechy do szkoły, bo w ten sposób – w dobie niżu demograficznego w Polsce – placówki szkolne będą miały szansę otrzymania zastrzyku finansowego, zaś gdyby sześciolatki pozostały w przedszkolach, pieniądze do szkół wpłynęłyby aż o rok później.

A co z emocjonalnością sześciolatków? – zapytajmy po raz kolejny. Ona nikogo nie obchodzi – za wyjątkiem zatroskanych rodziców, pozostawionych samym sobie ze swoimi niepokojami i wątpliwościami. Od czasu do czasu co prawda jakiś psycholog podejmuje rwetes na ten temat w telewizji śniadaniowej, ale nie miejmy złudzeń, że i jemu nikt nie płaci za troskę o sześciolatki – jego wystąpienia mają charakter typowy dla każdego problemu natury społecznej, to jest: z przejętą miną wytłumaczmy tępym ludziom, dlaczego małe dziecko z ciężkim tornistrem na plecach to jest jakiś zniekształcony i niewłaściwy obraz rzeczywistości, postraszmy widza pewną karykaturą rzeczywistości. Podobne wystąpienia nie zawierają w sobie ani autentycznej dbałości o dzieci, ani cienia zrównoważonej opinii o tym, co jest w szkole złe, co – jednak – dobre, bo w całej sprawie nie chodzi wszak o kategoryczne zgnojenie jednego punktu widzenia, tylko o uważne przeanalizowanie wypadkowej kilku punktów widzenia (wielka szkoda dla polskich dzieci, że zasadniczo nikt tej wypadkowej nie stosuje).

Polskie szkolnictwo na tle Europy 2

Jakie funkcje powinna spełniać szkoła podstawowa – a właściwie każda szkoła? Otóż elementarną funkcją instytucji czy tworu, jakim jest szkoła, jest funkcja przekazywania wiedzy. Niestety współcześnie funkcja ta wypierana jest drugą funkcją, i ta druga funkcja wypychana jest na plan pierwszy. Tą drugą funkcją jest funkcja wychowawcza, która jak najbardziej powinna być elementem uzupełniającym działanie szkoły, ale na pewno nie powinna być elementem najważniejszym i pierwszoplanowym. Oczywiście trudno wyobrazić sobie, że na przykład w czasie przerwy uczniowie dokuczają sobie nawzajem (z użyciem przemocy werbalnej czy fizycznej), a nauczyciel nie reaguje – byłoby to niedopuszczalne, co więcej: niemoralne i szkodliwe. Dlatego właśnie funkcja wychowawcza jest szkole nieodzowna, natomiast to nie do niej powinno być sprowadzane całe myślenie o szkole i nie do niej winny być sprowadzane wszelkie obowiązki szkoły względem ucznia, z jakich musi się ona wywiązywać, by być miejscem rozwojowym.

Tak, to szkoła z założenia, z definicji ma swoje obowiązki względem ucznia: nauczyciel powinien pełnić rolę przewodnika merytorycznego przede wszystkim, winien przekazywać wiedzę, a nie wychowywać, czyli pouczać, potrząsać sumieniem i kształtować morale uczniów. Kształtowanie systemu podstawowych wartości człowieka, a więc rozwijanie młodego człowieka pod kątem kategorii moralnych, definiowanie dobra i zła etc., jest rolą rodziców. Zadaniem szkoły natomiast jest przekazywać dzieciom wiedzę, umożliwiać dzieciom nabywanie nowych umiejętności. Rozwijanie mechanizmów poznawczych, umożliwianie gromadzenia doświadczenia z zakresu nauki i różnych przedmiotów, zajęć hobbystycznych (zajęcia pozalekcyjne i koła zainteresowań), to główne cele szkoły, które powinna ona realizować, czyli realnie obserwować i odnotowywać w sukcesach ucznia. Taka jest idea szkoły. I poprzez dopiero tę ideę – naturalnie odbywa się w szkole jeszcze jedna, ważna, kapitalna rzecz: rozwija się mianowicie w dzieciach myślenie i funkcjonowanie społeczne.

Jednakże polskie dzieci od momentu przyjścia do szkoły układane są w pozycji usłużnej/podwładnej względem nauczyciela. Nie ma żadnych wątpliwości wobec tego, że nauczyciel zostaje dzieciom przedstawiony jako autorytet, a wręcz przedstawiciel władzy, bez konieczności udowadniania dzieciom, iż zasługuje na ich szacunek. Podział na rządzących i wykonujących polecenia jest w polskiej szkole jaskrawy. I zrozummy się prawidłowo: czasy bicia po rękach drewnianym piórnikiem, liniałem, tudzież nakaz klęczenia na grochu w kącie, tyłem do klasy, z ramionami w górze, rzecz jasna minęły, ale struktura polegająca na tym, że nauczyciel jest szefem, a dziecko jest małym „pracownikiem”, czyli wykonawcą nakazów, funkcjonuje nadal. I zrozummy się prawidłowo: to nie wina nauczycieli, to wina systemu – prawa i kalekich ustaw zawiadujących polskim systemem oświaty.

Nauczyciel zarzucony od stóp do głów nadmiarem klasycznie urzędowej i nikomu i niczemu nie służącej biurokracji oraz „papierologii” – tak samo jak dzieci, ma związane ręce i bardzo trudno mu w tych warunkach uczyć, zamiast tylko pouczać. I bardzo trudno mu w tych warunkach skupiać uwagę na dzieciach. I bardzo trudno mu w tych warunkach nie „faworyzować” dzieci zdolniejszych. Jednakowoż, jak powiedział Król Maciuś Pierwszy – czekolada powinna trafić do wszystkich dzieci. Co to znaczy – dzieci leniwe, czy łobuzy nie chcące się uczyć? W większości są to dzieci potrzebujące więcej uwagi ze strony nauczyciela, ale niestety w obecnym systemie nauczania nie mają na taką uwagę szansy. Paradoksalnie – także dzieci zdolniejsze czy powszechnie uznane za utalentowane, na dłuższą metę pozostawiane są w obecnym systemie szkolnym samym sobie, bo „przecież zdolniacha samodzielnie sobie ze wszystkim poradzi”.

Polskie szkolnictwo na tle Europy 3

Wszystkie dzieci – i te mniej „lotne”, i te bardzo zdolne – nie mają w polskiej szkole szansy na realny rozwój po pierwsze dlatego, że program nauczania w istocie uczy je jedynie konieczności zdobywania punktów, bo jeśli się ich nie zdobędzie (jeśli będzie się słabym uczniem, ze słabymi wynikami w nauce, czytaj: stopniami/ocenami), wtedy niczego się w życiu nie osiągnie. Oczywiście nikt nie mówi tego dzieciom wprost, ale tak działa podprogowy przekaz aktualnego szkolnictwa w Polsce. Ryzyko, że czegoś się nie zaliczy, nie zda, generuje u dziecka stres, zagubienie, poczucie bycia gorszym. Tego uczy polska szkoła – że jeżeli jesteś inny, np. bardziej powolny, mniej lotny/błyskawiczny w podejmowaniu działania od innych dzieci, to jesteś gorszy. Dorośli dobrze wiedzą – bo potem wszystkich nas uczy tego samo życie – że to zwyczajnie nieprawda, bo często ten, kto w szkole dostawał dwóję za dwóją, okazał się świetnym przedsiębiorcą; ten, kto był powolny – okazał się świetnym analitykiem; ten, kto był mniej lotny/błyskawiczny – okazał się więcej skrupulatny, rzeczowy, wytrwały, itd. Czyli polska szkoła naucza fałszywego obrazu świata – fałszywego obrazu człowieczeństwa.

Jak zatem zmienić ten stan rzeczy? Jak uzdrowić polskie szkoły?

Po pierwsze należałoby znieść obowiązek szkolny. Gdyby edukacja – ta podstawowa – nie była prawnym przymusem, szybko mogłoby się okazać, że do szkoły dzieci chodzą z wewnętrznego przekonania albo nie chodzą wcale. Bo Polska, to nie Szwecja. Mówiąc o tym, że nauczyciel powinien zasłużyć na szacunek w oczach ucznia, oczywiście nie mówimy o tym, że dzieci mogą w czasie lekcji np. bawić się smartfonami, a nauczyciel w takich chwilach jest zupełnie bezbronny. Bo jeśli zwróci dziecku uwagę czy doprowadzi do wezwania rodzica do szkoły „na dywanik” do dyrektora, to jemu – nauczycielowi – zostanie przypisana wina i odpowiedzialność za niewłaściwe zachowanie dziecka, odpowiedzialność za „nieumiejętność zapanowania nad dzieckiem”. Taki stan rzeczy, a ma on miejsce obecnie w Polsce, jest niedopuszczalny (stan polegający na tym, że nauczyciel wobec niesfornego/niezainteresowanego lekcją ucznia jest bezbronny – przyp.: J.K.). Nie jest to jeszcze stan rzeczy równie „malowniczy”, co w Szwecji, gdzie dziecko w wyniku spontanicznego kaprysu może zawiadomić odpowiednie służby i rzecznika praw dziecka o tym, że jest „źle traktowane”, ale modna i bezkrytyczna europejska poprawność polityczna – jeśli nie przywróci się prawidłowych proporcji i wartości w relacji nauczyciel-uczeń – również w Polsce pocznie grać pierwsze skrzypce.

Dlatego przywrócenie autorytetu pedagoga powinno nastąpić poprzez zwrócenie mu pewnej sprawczości w ramach prowadzonych lekcji. Co wymaga kompleksowego zmoderowania programu nauczania w polskiej szkole, bo współczesne dziecko, które świetnie wie, czym jest i jak działa Internet, zmuszone w szkole do siedzenia w ławce na wzór milczącego sopla lodu, nudzi się najzwyczajniej w świecie. Aby zainteresować dziecko lekcją, przekazywaniem wiedzy przez nauczyciela, aby przywrócić autorytet pedagoga – trzeba zwolnić nauczycieli z archaicznej katorgi codziennego wypełniania dziesiątek nikomu niepotrzebnych papierów, a w zamian dać mu narzędzia oraz przestrzeń własną (nawet na początek lepiej przestrzeń, przed narzędziami), dzięki jakim będzie mógł ożywić swoje lekcje, zaciekawić dzieci. Zamówienie do sal szkolnych mini ławek i krzesełek, zamontowanie w rogu sali małego regału z maskotkami i umieszczenie mikro dywanika do zabawy, to żenujący żart, a nie rzeczywista próba dostosowania szkoły podstawowej do potrzeb emocjonalnych sześcioletniego dziecka. Natomiast zniesienie obowiązku szkolnego natychmiastowo zeskaluje od postaw relację nauczyciel – uczeń, uzdrowi ją zwyczajnie. Gdy takiego obowiązku nie będzie, gdy szkoła stanie się pojęciem wyboru a przestanie być pojęciem przymusu, wówczas szybko odpisze się od szkoły ową funkcję wychowawczą jako nadrzędną. Potrzeba wychowywania dziecka, uczenia go wartości i rozróżniania dobra od zła, stanie się na powrót domeną rodzica, a przestanie być różową osłoną dla leniwych rodziców, którzy ochoczo scedowują wychowanie dziecka na szkołę, szkodząc tym sposobem rodzicom kochającym, którym zależy na rozwoju dzieci, i wiążąc ręce nauczycielom z powołania. Sytuacja się uzdrowi. Dziecko, które nie chce się uczyć, szybko zrozumie, że czeka je przyszłość polegająca na zbieraniu liści w parku – przestanie być „przepychane” z klasy do klasy, aby wreszcie szkoła mogła pozbyć się nierozwojowego osobnika.

Polskie szkolnictwo na tle Europy 4

Oczywiście przypadki dzieci „nie chcących się uczyć”, to nader rzadkie przypadki, i nie wolno mylić ich z dziećmi potrzebującymi większej dozy uwagi ze strony nauczycieli.

Rezygnacja Polski z prawnie ustanowionego obowiązku szkolnego powinna iść w ślad dopiero za mocną przemianą samego programu nauczania. Nie można znieść obowiązku szkolnego przed zreformowaniem programu, bo wyrządziłoby to jeszcze więcej bałaganu.

Obecny bałagan polega na tym, iż polski program nauczania przypomina tresurę, a nie naukę. I nie ma tu rozróżnienia na szkołę państwową a prywatną – w każdym typie polskiej szkoły można zaobserwować w mniejszym lub większym stopniu, ale tresurę, zamiast przekazywania dzieciom wiedzy. Osobiście niedawno byłam świadkiem sytuacji w szkole prywatnej, gdzie do sekretariatu wbiegło dziecko siedmioletnie, ze łzami w oczach – było wyraźnie poruszone, choć usiłowało panować nad sobą. Dobiegło do biurka sekretarki i wyjąkało: czy ja mogę zadzwonić do mamy?. Pani sekretarka – powoli, bez pośpiechu – wyszła zza biurka, ujęła dziecko delikatnie za ramiona, wycofała je o kilka kroków i upomniała: nie wolno biegać, nie wolno tak od razu mówić, co się chce, zobacz – tu jest dużo dorosłych, którzy rozmawiają, poczekaj sobie chwilę, zapytaj się najpierw grzecznie, czy możesz się już odezwać, a potem, gdy cię poproszę, powiesz spokojnie, o co chodzi, i wtedy zobaczymy, dobrze?… Proszę Państwa, to była szkoła prywatna, ciesząca się ogólną pozytywną opinią: bogaty, różnorodny program nauczania; kolorowa, przyjazna dzieciom przestrzeń; wzmożona w stosunku do szkoły państwowej uwaga ze strony szkoły dla dzieci; i tak dalej, i tak dalej. Skomentuję krótko: gdyby moje dziecko znalazło się w analogicznej sytuacji – tylko pozornie nieszkodliwej – w jakiej pouczono by je o „konieczności znania swojego miejsca w odgórnie ustanowionej gradacji wartości”, czyli w systemie władzy równy-równiejszy, nie zostawiłabym suchej nitki na tej szkole. Wytoczyłabym przeciw szkole niezbędne działania prawne – proces sądowy, mówiąc zwięźle. Powiecie: to tylko sekretarka, a nie pedagog, to tylko jednostkowy przypadek. Otóż – nie. W szkole nie ma miejsca dla epatowania swoją władzą jako człowieka dorosłego – w szkole nie ma miejsca na wychowywanie małego człowieka i pouczanie tego kalibru. To moją rolą jako rodzica jest wytłumaczenie mojemu dziecku, że na przykład nie powinno ono się wpychać między ludzi i od progu krzyczeć, jaki ma problem – to szkoła może mnie, nie mojemu dziecku, zgłosić taką, powiedzmy, sugestię czy swoje spostrzeżenie. Ale szkoła nie ma prawa odgórnego narzucania mojemu dziecku, czy ono ma prawo do łez, czy nie ma, czy jego kłopot, z którym przybiega po pomoc, jest „obiektywny” czy „wyolbrzymiony”. I – nie: to nie jest jednostkowy przypadek, przykro mi. Tego typu „spektakle władzy” są niestety w polskich szkołach nierzadkim procederem. A proceder ten, to zwykłe nadużycie funkcji nie pedagogicznych, tylko władzy dorosłego w stosunku do małego człowieka, wobec którego to małego człowieka polski system edukacji zakłada autorytarnie, iż nie wie on – bo jest tylko małym człowiekiem – o co mu chodzi, co mu dolega, i jaki ma problem. Czy dziecko ma problem, czy go nie ma – orzeknie dorosły. To niedopuszczalne! Serio: Korczak przewraca się w grobie; wstyd, ból i upokorzenie…

Znam jeszcze bardziej inspirujący przypadek: czteroletni chłopczyk, chodzący do przedszkola, miał problemy z mówieniem. Nadmienię dla uściślenia, iż został przebadany przez wszystkich możliwych specjalistów, psychologów i psychiatrów, i orzeknięto, iż nic mu nie dolega: nie przejawiał opóźnienia w ogólnym rozwoju, nie miał zaburzeń ośrodka mowy, był dzieckiem bardzo „energetycznym”, typem behawioralnym, rozumnym; potrafił spojrzeniem, ruchem i gestem wyrażać swoje potrzeby i zdanie, po prostu prawie nie mówił (był tzw. dzieckiem wolniej czy później pokwitającym – przyp.: J.K). Mama uczęszczała z nim na regularne zajęcia do logopedy i skrupulatnie przeprowadzała zadawane prace domowe z mówienia, chłopiec w przedszkolu radził sobie świetnie: mimo skąpego w porównaniu do rówieśników mówienia, bez problemów nawiązywał relacje społeczne, bawił się i rysował etc. Ponieważ mówienie przychodziło mu wolniej (choć miał regularne postępy na tym polu), był bardzo mimiczny i ruchliwy. Pewnego dnia, gdy mama odbierała go z przedszkola, pani przedszkolanka powiedziała jej: zauważyłam, że Krzyś robi dużo min – może już czas, żeby pani razem z mężem zaczęła mu tłumaczyć, że robienie min jest niewłaściwe i że nie powinien się tak zachowywać wśród innych dzieci, w miejscu publicznym.

Powiecie: cóż za durna przedszkolanka; może to właśnie powód i argument, żeby zabrać sześciolatka z durnego przedszkola i czym prędzej posłać do szkoły. Otóż – niekoniecznie. Durnych przedszkoli – choć i one nie są bez skazy – jest jednak w naszym kraju mniej niż durnych szkół. W przedszkolu dziecko jest przynajmniej o wiele bardziej bezpieczne – ma tam zagwarantowaną swoją własną przestrzeń, po korytarzach nie biegają starsze dzieci. W przedszkolu dzieci mają rozległy dywan do gonitw i zabawy i stoliki grupowe do jedzenia, czasem do rysowania i tym podobnych zajęć, a głównie bawią się właśnie na dywanie, biegają. W przedszkolu zjadają trzy posiłki dziennie, mają pomoc ze strony wychowawców, czy to w spożywaniu posiłków, czy w korzystaniu z toalety. W szkole – nawet przy jak najlepszej woli ze strony nauczycieli – tym podobnej „matczynej” czy „domowej” opieki będą miały znacznie mniej; sale będą inne, regały z zabawkami zajmą mniej miejsca, toalety będą dalej, dookoła będą starsze dzieci, posiłek w szkole będzie jeden (obiad w szkolnej stołówce), dzieci będą musiały nauczyć się przynoszenia do szkoły prowiantu z domu – do samodzielnego odpakowywania kanapek i tak dalej. Wszystkie te elementy sprawiają wrażenie dość banalnych, wielu lub nawet większości sześciolatków opanowanie tych nowych elementów i większej porcji samodzielności nie przysporzy specjalnych problemów – to prawda! – ale zastanówmy się: co im to da? Nic! To tylko zmiana iście formalna, rzec by: geograficzna – wklejenie dziecka z jednej matrycy do drugiej, nieco bardziej złożonej i wymagającej, jak przełożenie znaczka z klasera do klasera; to wszystko.

Polskie szkolnictwo na tle Europy 5

A jak wygląda Polska na tle edukacji w Europie?

Duński system nauczania do niedawna był uznawany za najlepszy czy najlepiej rokujący w Europie (zaraz opowiem, jaki kraj go zdetronizował). Przede wszystkim dlatego, że dzieci w szkole w Danii systematycznie brały udział w zadaniach grupowych, gdzie w kilkuosobowym zespole były dzieci tak zwane zdolne, mniej zdolne, i „niezdolne” czy „oporne”. Zadania układano w ten sposób, iż za osiągnięty cel nagradzana była cała grupa, a nie jednostki – w ten sposób efektywnie pozbyto się wśród dzieci widma niezdrowej rywalizacji, polegającej na tym, że dzieci zdolniejsze ścigają się wyłącznie między sobą w konkursie o „marchewkę”. Dzieci samodzielnie odkryły, że pomaganie czy ułatwianie zadania słabszym od siebie – opłaca się, bo ostateczny wynik uzależniony był od działań równoległych i kilku-płaszczyznowych, a nie od biegłości czy intelektualnej, czy manualnej, czy przywódczej danego dziecka. Wzmocniono myślenie społeczne zamiast typowo specjalistycznego u dzieci, organizując im zadania oparte na współpracy, prowadzącej do osiągania pozytywnego rezultatu w grupie, a nie pojedynczo. Dodajmy, że duńskie przedszkole trwa do siódmego roku życia. Rozpatrując edukację Danii (źródło: www.interklasa.pl) od żłobka, jest ona bezpłatna. Dania zapewnia dzieciom darmowe:

  • podręczniki,

  • naukę języka obcego

  • oraz dojazdy do szkoły.

W Irlandii (źródło: Katarzyna Kilar – Wyspa na obcasach) odpowiednik polskiej szkoły podstawowej obejmuje dzieci od szóstego roku życia, to prawda. Ale – irlandzki system nauczania opiera się na swobodzie nauczycieli w stosowanych metodach. Dzienny irlandzki plan zajęć zakłada maksymalnie 5 godzin i 40 minut dziennie – w co wliczone są już zajęcia oraz przerwy – a pierwszy rok nauki ma prawo być okrojony o jedną godzinę dziennie. Rok szkolny w Irlandii trwa 183 dni, co oznacza, że szkoły podstawowe są zamknięte:

  • na lipiec i sierpień,

  • na Boże Narodzenie,

  • na Wielkanoc,

  • na przerwę jesienną

  • i na ferie zimowe.

Obecnie krajem o najlepszym systemie edukacji w Europie jest Finlandia (ona to właśnie detronizuje Danię). Przede wszystkim myślenie Finów nigdy nie było skoncentrowane na tym, aby wygrać wyścig i być najlepszymi w szkolnictwie, ale na tym, by stworzyć szkoły – dobre dla wszystkich dzieci (postawa pokrewna do Korczaka i „Króla Maciusia Pierwszego”). Z tego też względu Finowie niezwykle poważnie odnoszą się do zawodu nauczyciela. Fiński pedagog musi mieć zapewnioną w swej pracy dużą swobodę, a rząd Finlandii inwestuje aż 30 razy więcej w rozwój zawodowy nauczycieli niż w badanie wydajności nauczania i osiągnięć uczniów. Finowie więc chętnie wybierają bycie nauczycielem za ścieżkę kariery, bo w tej dziedzinie sporo się dzieje, jest ona dynamiczna i rozwojowa. Do takiego poziomu edukacji Finowie doszli nie w wyniku myślenia życzeniowego czy magicznej iluminacji – doszli do niego, bo analitycznie przyjrzeli się edukacji w innych krajach i postanowili uczyć się od najlepszych. Główną inspiracją okazały się dla Finów Stany Zjednoczone (mówiąc w nawiasie: w tym miejscu chciałabym obalić mit mówiący o tym, że Ameryka jest krajem debili, bo to zwyczajnie nieprawda – amerykańskie szkolnictwo daleko zwycięża szkolnictwo polskie) – spodobały się Finom modele takie, jak współpraca w uczeniu się (cooperative learning), nauka rozwiązywania problemu, czy portfolio zadań (źródło: wypowiedź dr Pasi Sahlberga, dyrektora generalnego CIMO w Helsinkach, autora książki „Finish Lessons”, którego wykład opublikowany został na blogu Roela Roehnera, a do którego dotarłam dzięki stronie www.plandaltonski.pl – przyp.: J.K.). Zauważmy, że Finowie przez znaczny czas nie byli wybitni pod względem gospodarczym, jedynym ich surowcem było drewno, a ich kondycja ekonomiczna i pewien zastój na tym polu spowodowane były obciążeniem historycznym – podczas gdy Polska pozostawała pod panowaniem obcych krajów przez około wiek, Finowie mają za sobą około 500 lat analogicznego doświadczenia. Żeby zacząć intensywnie rozwijać się gospodarczo, Finlandia postawiła na wzmocnienie i zreformowanie właśnie edukacji – Polska mogłaby wiele się nauczyć od Finów, wręcz powinna pójść ich śladem w myśleniu o oświacie, bo prawdziwym problemem polskich szkół doprawdy nie jest to, czy w klasach na ścianach wiszą krzyże, czy nie wiszą.

Polskie szkolnictwo na tle Europy 6

Pomysły na nowy, świeży, polski system edukacji? A może – plan daltoński?…

Plan daltoński (źródło: www pracownia-kalejdoskop.pl) został stworzony na początku XX wieku przez amerykańską nauczycielkę, Helen Parkhurst. System nauczania według planu daltońskiego opiera się przede wszystkim na działaniu, a nie na odwoływaniu się do gotowych rozwiązań. Wg tego systemu już od najmłodszych lat dziecka preferuje się metody edukacyjne polegające na poszukiwaniu, badaniu świata i wyciąganiu wniosków. Brzmi zgoła inaczej od sprowadzania szkoły do „kołchozu”, który zmusza do „pamięciówek”, prawda? Parkhurst w sposób ramowy ujęła plan daltoński w takich oto punktach:

  • nauka wolności (odpowiedzialność)

  • nauka samodzielności

  • nauka współpracy

Zgodnie z planem daltońskim, nauczanie dziecka polega na przekazaniu dziecku prawa wyboru. Dziecko może samo zaplanować, kiedy wykona zlecone mu zadanie. Nauczyciel nie pełni tu roli bossa – szefa prowadzonych zajęć, raczej jest obserwatorem, który ingeruje w wykonywanie zadań przez dzieci wtedy, kiedy rzeczywiście jest to niezbędne, czyli w sytuacjach, gdy dzieci potrzebują pomocy i wsparcia dorosłego. W ten sposób dzieci uczą się samodzielności, a z roli realizatora zadań zleconych przez dorosłego – przechodzą do roli współkreatora procesu nauczania. Dzieci osobiście poszukują rozwiązań problemów, przestają być jak gdyby więźniami sytuacji, w której otrzymują od nauczyciela wykład, a potem są rozliczane z zapamiętanych z niego informacji. W ten sposób uaktywniają się – uczą i rozwijają poprzez uruchomioną własną aktywność, są również lepiej zmotywowane do nauki, bo w tym modelu poznają także same siebie, dowiadują się, jakie są ich możliwości. W takim modelu nauczania powinno znaleźć się miejsce na zadania indywidualne i w dużej mierze grupowe, by dzieci mogły rozwinąć swoje umiejętności współpracy, które w dorosłym życiu przecież determinują owocne relacje społeczne.

Wypadkowa wolności i odpowiedzialności, to istotna rzecz w planie daltońskim. Wybór, w jakim czasie i z kim dziecko wykona dane zadanie, to jednocześnie lekcja odpowiedzialności za swoje własne decyzje, pozwalająca doświadczyć konsekwencji dokonanych przez siebie wyborów. Nie należy bać się tu słowa „konsekwencje” – dziecko, które może samodzielnie dostosować tempo nauki do swoich możliwości, bez obaw, że zostanie w tyle za rówieśnikami, to zdecydowanie mniej stresu dla dziecka, a więcej radości z samodzielnego angażowania się w rozwiązywanie zadania i zarazem uczenie się, jak skutecznie wykorzystywać swoje talenty oraz radzić sobie z ograniczeniami.

To, czy plan daltoński byłby najlepszą propozycją reformy polskiego szkolnictwa, czy też powinniśmy stworzyć zupełnie inny, świeży, mocny polski model nauczania dzieci, dostosowany do naszych rodzimych realiów – powinno być przedmiotem publicznej debaty, którą to debatę Polska powinna zorganizować jak najszybciej. I powiedzmy sobie szczerze, głośno i nade klarownie: taka debata nie powinna być udziałem wyłącznie ministra oświaty, paru pedagogów i psychologów. Powinno się do niej zaangażować także ludzi sztuki, i ludzi z wykształceniem filozoficznym, bo w normalnym i nowoczesnym państwie, absolwenci filozofii angażowani są do prac polegających na tym, iż tłumaczą oni specjalistyczne postawy rozmaitych/różnorodnych zawodów/zagadnień na obraz i język czytelny i użyteczny społecznie, szukając między różnymi dziedzinami wiedzy/rozumowania pomostu umożliwiającego dialog, zaś szukanie owo przebiega przy pomocy tworzenia odpowiednich kluczy, np. semantycznych. Tak zwykle wygląda to w cywilizowanych krajach – problematykę społeczną bada się z wykorzystaniem mądrze prowadzonych debat publicznych, w jakich istotne rzeczy do powiedzenia mają szeroko pojęci humaniści. I mówiąc o zaangażowaniu do takiej debaty w Polsce ludzi sztuki, nie mam na myśli poproszenia o wystąpienie laureatów nagrody Nike, mam na myśli dotarcie z takim zaproszeniem do ludzi kreatywnych i myślących, a niekoniecznie do ludzi „z nazwiskami”.

Jednakże czego powinniśmy czy możemy spodziewać się po polskim rządzie? Tego, że dopuści do siebie głos społeczeństwa, czy prędzej tego, że zaskoczy nas, społeczeństwo, swoją własną, nieskonsultowaną z nami, nową „fantastyczną” reformą systemu edukacji? Szanowni Państwo, zgadnijcie sami. Nie jest to z mej strony brzydkie pomówienie, żaden nieprzemyślany zarzut w stosunku do naszych elit politycznych, tylko racjonalny wniosek płynący wprost z rozumienia przez nasze polityczne elity pojęcia rządzenia – wyraźnie skrzywionego rozumienia. Myślenie naszego rządu o obywatelu zajmuje ostatnie miejsce – sądzicie, że pod wpływem artykułów, takich jak ten, nasz rząd zacznie nagle myśleć o małym obywatelu, czyli o polskim dziecku? Ja – nie sądzę, choć walczę ze sobą o to, by mieć taką nadzieję.

Polskie szkolnictwo na tle Europy 7

W obecnej sytuacji gospodarczej Polski trudno oczekiwać operatywnego, choć ogromnie potrzebnego, inwestowania w polskie dzieci, bezpośredniego oraz pośredniego (np.: poprzez inwestowanie w rozwój zawodowy i zwiększenie swobody działania nauczycieli). Po co mielibyśmy zresztą – my, Polacy – inwestować środki i intelektualne, i finansowe w dbałość o samodzielność polskich dzieci, naukę twórczego myślenia, czy analitycznego myślenia, skoro w Polsce niczego nie budujemy i nie produkujemy? Jesteśmy krajem montowni, w których z wykorzystaniem taniej siły roboczej napędza się zysk obcego kapitału. Na naszych uczelniach wyższych nawet tak postępowe i przyszłościowe dziedziny jak informatyka (programowanie) wykładane są w sposób anachroniczny, a wręcz obelżywy dla tychże dziedzin, a studenci notują „przedpotopową wiedzę” długopisem na papierze, by następnie zaliczać egzaminy z wiedzy z poprzedniego wieku, z której realnie w XXI wieku nikt przy zdrowych zmysłach nie korzysta. Na Zachodzie i w świecie nasi młodzi inżynierowie i naukowcy są wysoko cenieni, z Polski uciekają, bo u siebie w kraju nigdzie nie wdrożą postępowych technologii, ani nie wezmą udziału w dużym, ważnym projekcie. Humaniści w Polsce biją się o podrzędne stanowiska w handlu i marketingu, żeby przetrwać od pierwszego do pierwszego – ich potencjał twórczy i spojrzenie na świat sprowadzane są do obrazu idioty, który nie ma światu niczego cennego do zaproponowania, jest społecznie zbędny i nie należy zatrudniać go do poważnych zadań i celów. Absolwenci filozofii traktowani są jak odklejeni od rzeczywistości malkontenci, kompletnie nieużyteczni, podczas gdy kierunki filozoficzne często kończą ludzie o niepospolitych intelektach, mogący sprawdzić się w wielu różnych dyscyplinach i środowiskach pracy – których w Polsce zwyczajnie brakuje.

Ale jeśli rząd polski nie weźmie się, mówiąc wprost, za rozwiązanie tych problemów, już niebawem zacznie żreć własny – chytry, przebiegły – ogon, bo za przysłowiowe pięć minut nie będzie z kogo zdzierać kolejnych podatków, szara strefa rozkwitnie, ZUS „wybuchnie” jak fatamorgana, którą od dawna de facto jest, a ze środka nie wysypią się pieniądze, więc na polskie ulice wylęgną starcy i kaleki bez żadnych środków do życia. Do takiej ilustracji Polski w prostej linii zmierzamy. Toteż ideą, która mogłaby powstrzymać ten oczywisty rozpad, jest mądre zabranie się za przemianę polskiej edukacji, bo polepszenie kondycji gospodarczej kraju pójdzie w ślad za edukacją – tak stało się właśnie w Finlandii. Jest to bolesna, trudna perspektywa, ale w efekcie – opłacalna, skuteczna, a zatem: konieczna. Opłacalna – dla społeczeństwa, dla obywateli, dla kraju, nie dla politycznych elit. Aby wcielić w czyn tę perspektywę, powinniśmy jako ludzie, społeczeństwo polskie, po pierwsze głośno skarżyć się na problemy naszych dzieci w szkołach, zachęcać znajomych, także tych, którzy nie są rodzicami, do dyskutowania na ten temat, bo myślenie o edukacji automatycznie przekłada się na myślenie o rynku pracy, który jest gwarantem naszego chleba, domu, bezpieczeństwa i rozwoju osobistego niezależnie od tego, czy mamy dzieci, czy nie.

Wracając do problemu sześciolatka w polskiej szkole – uważam, że trzeba rozpatrywać go stanowczo indywidualnie. Każdy rodzic, który ma choć cień wątpliwości, czy zabrać dziecko z przedszkola i posłać je do szkoły przed ukończeniem przez nie siedmiu lat, powinien zdawać sobie sprawę ze swego prawa wyboru do pozostawienia dziecka w przedszkolu (bądź w domu, jeśli dysponuje czasem i chęcią do takiego modelu opieki i wychowywania) zgodnie ze swoją wolą, czyli z tym, jak on jako rodzic ocenia emocjonalność i wynikające z niej potrzeby swojego dziecka. Najprawdopodobniej większość sześcioletnich dzieci bez kłopotu poradzi sobie w szkole podstawowej – szkoły polskie aktualnie są, jakie są, ale na pewno nie warto demonizować tematu szkoły w oczach dzieci i nie należy hamować ich wejścia w środowisko szkoły z przyczyn, które zostały opisane w tym artykule. Jako rodzice uczmy dzieci, jak mogą radzić sobie z nieidealnym obrazem świata – bo do takiego bez wątpienia zalicza się polska szkoła – zamiast nakładać na dziecko różowy bezpieczny klosz, niemniej bądźmy świadomymi rodzicami i nie pozwalajmy zamydlać sobie oczu zewnętrznymi opiniami, co jest dla naszych dzieci dobre, a co złe. To Ty jako tata i mama wiesz najlepiej, co Twojemu dziecku służy, a co nie – tego nie wie lepiej od Ciebie żaden psycholog ani polityk.

Polskie szkolnictwo na tle Europy 8

Zanim Ty i Twoje dziecko podejmiecie decyzję, kiedy przygodę z polską szkołą czas zacząć, zadaj sobie proste pytanie: co Twoje dziecko zyska, jaki będzie jego osobisty profit płynący z tego, że trafi w tryby szkolnej machiny wcześniej, zamiast później?

A przede wszystkim zapraszam i namawiam wszystkich Polaków, rodziców i nie-rodziców, do tego, byśmy głośno dyskutowali o polskiej szkole, o polskiej edukacji. Z dwóch bardzo ważnych dla nas wszystkich powodów:

  • po pierwsze dlatego, że poziom i funkcjonalność edukacji warunkuje rynek pracy – i to od naszego inwestowania w „narybek” społeczny zależy jakość jutra nas wszystkich i jakość życia naszych dorosłych dzieci, a potem wnuków;

  • po drugie dlatego, że elity polityczne i rząd polski wie o tym, co po pierwsze – myślicie, że nasi politycy nie wiedzą, nie rozumieją i nie zdają sobie sprawy, jak wiele w kraju zależy od kondycji szkolnictwa? Nie – nie są aż tak głupi, świetnie o tym wiedzą (są cwani i chytrzy, zachłanni, ale nie aż tak głupi). Pozostają doskonale świadomi, że kondycja ich osobistych portfeli zależna jest od „narybku”, więc wezmą się za „narybek” już wkrótce, ponieważ jak najbardziej zdają sobie sprawę, że w obliczu niżu demograficznego oraz masowych i wciąż nieustających migracji Polaków za granicę, „trzeba coś zrobić z tym narybkiem, zmienić coś, zająć się nim”. Zatem nasi politycy, zapewne całkiem niedługo – zrobią to, zaczną się aktywnie zajmować tematem i problemem polskich szkół i polskich dzieci, młodzieży. Dlatego właśnie – natychmiast rozpocznijmy przenikliwe patrzenie naszym politykom na ręce; „zmuśmy” ich do zorganizowania ww. debaty, nie bądźmy wsobni i milczący!

Justyna Karolak

Jako uzupełnienie artykułu, polecam mój słodko-gorzki vlog – odcinek o polskiej szkole, zapraszam:

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (8)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *