Pomiędzy Fukuyamą a Huntingtonem

Artykuł powstały jako polemika i głos w dyskusji, odpowiedź na artykuł Prawo szerzenia wiedzy i inteligencji, do którego link znajduje się na końcu artykułu.

Mały labirynt historyczny, czyli o murach i konfliktach. 

22 lipca 1246 roku dwaj zakonnicy Jan de Plano Carpini i Benedykt Polak, a jakże – z Wrocławia, dotarli do władcy największego imperium, jakie kiedykolwiek istniało w historii Ziemi do dzisiaj, niejakiego Gujuka. Tam przedstawili po wielu zabiegach list od papieża Innocentego IV do władcy Mongołów, bo to o nich chodziło, w kwestii imperium. Warto dodać, iż imperium to powstało za życia jednego pokolenia, co skutecznie przewróciło do góry nogami wizje rozwoju różnych królestw i cesarstw, stawiając je wobec czegoś, czego nie potrafili ani poznać, ani zrozumieć.

Strach przed Mongołami spowodował, iż zbudowano największą budowlę w dziejach świata – Wielki Mur, co i tak nie powstrzymało Mongołów od wsadzenia na tron chiński swojej dynastii. Padały przed nimi cywilizacje i wysokie kultury o długiej historii, pełnej podniosłych traktatów filozoficznych i strategicznych rozwiązań dotyczących prowadzenia wojny. Nic nie pomagało. Mongołowie mieli koncepcję, iż chcą podbić cały świat, dali sobie na to 39 lat, i konsekwentnie dążyli do jej realizacji.

Ale wróćmy do naszych papieskich posłów – oto, jaki świat zobaczyli, zresztą wielokrotnie podkreślając, iż był to dla nich wprost nierealny i nieprawdopodobny obraz…

Zobaczyli niezwykle zdyscyplinowany lud koczowniczy mieszkający w jurtach i obozach, przemieszczający się całymi wioskami na wozach, o surowych prawach, gdzie aktem łaski mogło być własnoręczne odebranie sobie życia, jeśli przewinienie nie było zbyt duże. Doskonale zorganizowany system zarządzający podbitym terytorium oraz armią. Szokujące zwyczaje kulinarne, gdzie je się wszystko, co wpadnie w ręce, a jednodniowe czy dwudniowe głodowanie nie jest niczym, co zwraca czyjąkolwiek uwagę i może odebrać dobry humor. Wychowani w świecie rycersko-zakonnym, w świecie pełnym miast i urokliwych przysiółków, zakonnicy patrzyli na otaczającą ich rzeczywistość z szeroko otwartymi ustami. Tak opisywali swoich gospodarzy – jedzą posokę, wydostającą się z klaczy rodzącej źrebię, jedzą wszy i widzieliśmy że jedzą myszy, bez problemu spożywali padlinę, a szczególnie podczas wypraw wojennych, gdzie zadowalali się byle czym. Nie różnili się tu niczym ich władcy – na jednej z wypraw Dżyngis-chan, kiedy wszyscy już byli głodni, kazał ugotować cuchnące już trzewia jakiegoś zwierzęcia znalezionego w stepie, z grubsza je tylko oczyszczając, i zjadł wraz ze swoimi wojownikami. Podczas jedzenia wycierali otłuszczone ręce o cholewy butów lub trawę, a półmiski po jedzeniu spłukiwali rosołem do wspólnego kotła, żeby nic nie zmarnować. W ostateczności nacinali swoim wierzchowcom naczynia krwionośne by posilić się krwią. Racje żywnościowe w wojsku były na pięciu takie, jak w Europie na dwóch. Pili na umór kumys, zarówno dostojnicy, jak i prości żołnierze, bo uznanie u nich ma nietrzeźwość, a jeśli kto upił się i wymiotował, nie zaprzestawał z tego powodu pić.

No cóż, co kraj – to obyczaj, ale to właśnie byli przyszli panowie świata, którzy rzucali na kolana największe armie. Na nasze szczęście po niewielkim namyśle ruszyli na Bagdad, a nie na Rzym, chociaż smak porażki zaliczyły wszystkie wschodnie rubieże zachodniej, jakże wysokiej kultury. Informacje, jakie dotarły z nich do Rzymu, wprawiły w panikę całą Europę, która posypawszy głowę popiołem, szykowała się do zniewolenia przez Tatarów, którzy przyszli z czeluści piekielnych, i w czas ostateczny, niczym ludy Gog i Magog, miały teraz osądzić chrześcijaństwo. I nagle, zupełnie bez powodu, armie Tatarów zawróciły lub zaprzestały ekspansji, pozostawiając ogłupiałych Europejczyków swojemu losowi. Przyczyna, mimo iż podejrzewano wszystko – łącznie z epidemią i interwencją Boską, była oczywiście bardzo racjonalna: w stolicy Mongołów wybierano nowego Wielkiego Chana po śmierci starego; stary w końcu się zapił, że tak powiem, na amen.

Natomiast w liście niesionym przez posłańców papież Innocenty IV w imieniu objętych przez siebie opieką chrześcijan zabraniał Mongołom najazdu na Europę, stwierdzając, iż jego zdaniem Bóg na to nie pozwoli, na co równie elokwentnie nowy Wielki Chan, jak już wspomniałem Gujuk, nakazał papieżowi osobiste stawiennictwo przed swoim obliczem, a co do najazdu na Europę, oświadczył, że nikt mu nic zabronić nie może, zaś jeśli chodzi o Boga, to zapewnił, iż Jego pozwolenie już ma.

To tyle w kwestii spotkań wysokich kulturowo cywilizacji z „dzikimi”.

Zresztą, jakby było mało, to warto przypomnieć niezwyciężone legiony rzymskie, które w tryumfalnym marszu dominowały cały świat, jaki miały w zasięgu wzroku i marszu. Aż! Aż dotarły do Piktów, i tu nie dały rady, nie pomogła żelazna dyscyplina, nowoczesne wyposażenie, rozpracowane metody i strategie. Piktowie nie chcieli zrozumieć szczęścia, jakiego dostąpili, i wyrazili zdecydowany sprzeciw cywilizacyjnym zapędom, mordując w dzień i w nocy wszystko, co żywe i rzymskie, w rezultacie Rzymianie odwołali się do znanego już nam pomysłu i… zbudowali oczywiście mur, tym razem Hadriana.

I dalej…

Czy wielka armia turecka idąca na Wiedeń była wyrazem nowoczesnych rozwiązań wprowadzonych przez Imperium Osmańskie, czy może atakiem na wyższą i bardziej rozwiniętą cywilizację zachodnią, spadkobierczynię świętego cesarstwa rzymskiego?

Czy Wielka Rewolucja Rosyjska niosąca Europie wyzwolenie spod okowów kapitalizmu, która utknęła ze swoją wielką armią na ledwie pozbieranym państwie polskim, była wyrazem nowoczesności i przyszłości czy zdziczenia obyczajów?

Podobnie w wojnie Finów i Rosjan, gdzie Finowie wygrali na oczach zdumionej Europy oraz Rosji...

Albo dwa wielkie mocarstwa, które połamały sobie zęby na niewielkim Wietnamie, ponosząc klęskę moralną i militarną. I tak dalej, dalej, dalej…

Pytanie o to, co się stanie, kiedy zetkną się dwie cywilizacje, z których jedna jest pozornie znacznie bardziej rozwinięta, jest oczywiście irracjonalne i wynika raczej z powierzchownych obserwacji niż z głębszej analizy. Trudno nie tylko przypisać jakość cywilizacyjną typu wyższa – niższa, ale trudno nawet dziś się zgodzić z taką oceną, bo jest ona i moralnie, i intelektualnie wątpliwa. Możemy natomiast rozpatrywać doktryny towarzyszące różnym kulturom i na tej podstawie zastanawiać się, jakie skutki wynikną z ich kontaktu. Najczęstszym znanym nam skutkiem jest rozwinięty handel przygraniczny, obfitujący w wymianę zasobów, wyrobów, usług i szpiegów. Nieznane są wypadki, w których nie dochodziłoby z tej okazji do mniejszych lub większych konfliktów, natomiast mogą one trwać latami i trwać, nie przeradzając się w bezpośredni konflikt dyplomatyczny, nie mówiąc o zbrojnym.

Mogą również istnieć dwa kraje zupełnie ze sobą niegraniczące, mające niewiele ze sobą wspólnego, które nagle, z irracjonalnych powodów wchodzą w strefę bezpośredniego konfliktu. Można tu przytoczyć przykład wojny o Falklandy inaczej Wyspy Owcze, był to moim zdaniem najgłupszy znany mi dotąd konflikt zbrojny, o jakim słyszałem. Po pierwsze nikt nie wie, gdzie to jest, po drugie nawet jak ktoś wie, to i tak trudno to znaleźć, po trzecie mówimy o czymś wielkości chustki do nosa, po czwarte rzeczywiście doszło do wojny i trwała ona coś ze dwa tygodnie, to znaczy tyle, ile zajęło flocie dopłynięcie na miejsce i odnalezienie tych wysp, doszło nawet do starć, które zaczęły się po wylądowaniu wieczorem floty i skończyły się o świcie, po wyłapaniu wszystkich przerażonych rekrutów obozujących na wyspie. Koszty dotyczące paliwa, zaokrętowania i wyposażenia armii były wyższe niż pięcioletnia produkcja wełny z owiec na wyspie. Dumna Anglia dalej ma zamorskie terytorium jedyne i ostatnie, nie licząc Kanady oczywiście, ale słońce dalej nie zachodzi nad Albionem. Argentyna sama nie do końca wie, co zrobić z własnym terytorium, więc nadal rozważa problem wysp, ale tylko wtedy, gdy chwilowo nie doskwiera jej kryzys, albo jeśli ma kryzys, a krajem przypadkowo rządzi armia.

Pomiędzy Fukuyamą a Huntingtonem, czyli pomiędzy utopią a wojną cywilizacji.

I znów zaczynamy od muru.

Po upadku Muru Berlińskiego, na początku lat 90. XX wieku niejaki Francis Fukuyama, wybitny intelektualista, pisarz i doradca prezydentów USA, ogłosił koniec historii. Jego esej, a następnie książka pod tytułem, a jakże, Koniec historii – głosiła, iż świat staje w obliczu globalizacji wynikającej z upowszechnienia liberalizmu i rozszerzania się demokratycznego sposobu sprawowania władzy. Unifikacja ta stopniowo będzie przemieniała świat w dążeniu do wchodzenia w stan powszechnego ładu społecznego, opartego na zrozumieniu i akceptacji. W rezultacie braku napięć wynikających z konfliktów ideowych – rozpowszechniać się będzie coraz bardziej sprawiedliwość społeczna i stopniowe wyrównywanie poziomów życia różnych społeczeństw i warstw społecznych. Idea ta nie spodobała się oczywiście przede wszystkim marksistom kulturowym, i nic dziwnego, uświadomili sobie oni, że byłby to koszmar, gdyby idea komunizmu zrealizowała się sama, bez ich cennego wkładu. Więc rzucili się ze wszystkich sił do jej zwalczania.

Obojętny na tę ideę, ale skupiony na słowach tatusia, Bush Junior coraz bardziej wywijał na Bliskim Wschodzie, co poskutkowało tym, że Fukuyama wymówił mu pracę i skoncentrował się na upowszechnianiu swego dzieła zapowiadającego mimo faktów wiszących nad światem – świat bez konfliktów.

W tym czasie kolega z uczelni Fukuyamy, równie wybitny i inteligentny, Samuel Huntington w roku 1994 ogłosił, idąc tropem swego kolegi, najpierw esej, a potem pełną książkę pod jakże znaczącym tytułem Zderzenie cywilizacji i nowy ład światowy. Ogłoszona przez Huntingtona doktryna wskazywała na nowe – stare źródło konfliktów, czyli odgrzanie wielkich konfliktów religijno-kulturowych. Wskazuje on na cywilizację jako najwyższy stopień organizacji człowieka w ramach jego tożsamości kulturowej i mimo w dalszym ciągu istniejących silnych państw narodowych, to właśnie konflikty cywilizacyjne będą źródłem niepokojów na świecie. Wskazuje on szczególnie na model ekspansji kulturowej opartej na dążeniu za wszelką cenę do wdrażania modelu uniwersalnych wzorców życia zachodnioeuropejskiego również wśród nieoczekujących tego społeczeństw odrzucających ten system wartości i wyznających własne rozwiązania odwołujące się do swoich tradycji. Ten rodzaj parcia kulturowego rozpoznaje on jako pozostałość po dominacji świata zachodniego – jako swoistego mitu w obliczu odradzających się tożsamości innych kultur, które walczą o własny ład moralny. Wielopoziomowy, pofragmentowany świat o niezwykle skomplikowanej strukturze kulturowej i społecznej zaczyna dostrzegać niedostatki tak zwanego McŚwiata jako propozycji pseudokulturowej. Świat z McDonald’sem, Macintoshem, Coca-Colą, Avengersami i jeansami jako globalna propozycja kulturowa – staje się zbyt płaski i jednowymiarowy.

Huntington dzieli świat na poszczególne strefy cywilizacyjne:

  • Cywilizacja euroatlantycka, wliczając w to oczywiście Australię i Nową Zelandię
  • Cywilizacja latynoamerykańska
  • Cywilizacja prawosławna
  • Cywilizacja islamska
  • Cywilizacja afrykańska
  • Cywilizacja buddyjska
  • Cywilizacja hinduistyczna
  • Cywilizacja chińska
  • Cywilizacja japońska

Każda z tych cywilizacji nie tylko tworzy napięcia na obrzeżach swoich granic w wyniku tarć z inną cywilizacją, tworzy również napięcia wewnętrzne w oparciu o różnice w kulturze wynikające z lokalnych preferencji. Pod płaszczyzną coraz bardziej unifikującego się rynku gospodarczego – gromadzą się napięcia wynikające z różnic kulturowych i religijnych. Technologia wcale nie wpływa na zbliżenie poszczególnych elementów świata, a wręcz często je podgrzewa. Każda kultura, nawet ta najbardziej prosta, potrafi świetnie zagospodarować umiejętności posługiwania się bronią, do jądrowej włącznie.

Możemy tu swobodnie przytaczać przykłady wszystkich podnoszonych konfliktów, które odbywają się zgodnie z wizją Huntingtona, i zajęłoby to nam następne cztery strony. Chodzi o to, iż wizja człowieka i jego relacji ze społeczeństwem w różnych kulturach – ukształtowała różne relacje i potrzeby; w jednych kulturach indywidualizm i prawo do niezależności są podstawą do pozytywnej oceny, w innych jest nią przynależność do grupy i identyfikacja z nią, w jeszcze innych wspólne poświęcenie dla wyższej idei.

Początek historii. Człowiek w swoim świecie i poza nim.

Czy możliwe jest wzajemne zrozumienie dla odmiennych, czasem skrajnie, postaw? Czy możliwa jest współegzystencja różnych postaw w jednym organizmie państwowym? Czy możliwa jest pokojowa współegzystencja dla różnych cywilizacji światowych?

To pytania już nie do cywilizacji, ale do nas, jako do ludzkości, tym bardziej w obliczu naszej powolnej, ale jednak ekspansji w kosmos. Jaka będzie nasza ludzkość i co ze sobą zrobi w obliczu na przykład spotkania z innym bytem w kosmosie, tym bardziej, jeśli on będzie siebie nazywał XYZ i będzie to synonimem na przykład kwadratu.

Chcę wierzyć, iż wydostanie się poza ten horyzont zdarzeń, który zmusza nas do optyki wynikającej z poglądów Huntingtona lub Barbera opisanych w książce Dżihad kontra McŚwiat – jest możliwy do przełamania właśnie poprzez odpowiednią perspektywę, jaką daje wszechświat, w obliczu którego nasze antagonizmy stają się tak nieskończenie małe. Wydaje się, iż ludzkość potrzebuje nowego oddechu w obliczu „zagęszczenia historii”, zmieniając niejako swój status na „społeczeństwo kosmosu”. Dziecko gwiazd może się wtedy stać prawdziwie uniwersalne, gdyż każdy osobno i każdy z nas w grupie, jak i jako sama grupa, stajemy się reprezentantem wszystkich grzechów ludzkości jako takiej.

Leonard Jaszczuk

Przeczytaj artykuł będący pierwszym głosem w tej publicystycznej dyskusji: http://tosterpandory.pl/prawo-szerzenia-wiedzy-i-inteligencji/

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *