Pomiędzy religią a wiedzą – Kwantowa teologia

POMIĘDZY RELIGIĄ A WIEDZĄ - KWANTOWA TEOLOGIA 2

Prześlizgując się pomiędzy kwantami rzeczywistości, nicość podąża swoją ścieżką. Nie ma ona z góry ustalonego miejsca przeznaczenia, jednak wnika wszędzie tam, gdzie włókna Wszechświata nie dość ciasno splatają ze sobą naszą wielką arenę zdarzeń. Wiecznie nieposkromiona przerwa pomiędzy bytem a… manifestuje swoją obecność, zakłócając przepływy między-kwantowe – stanowiąc przyczynę nieoznaczoności.

Nie mamy możliwość sprawdzenia, jak bardzo pusta jest przestrzeń pomiędzy kwantami materii, nie wiemy, jak bardzo przenikliwy chłód tam od wieków panuje. Nie wiemy również, dlaczego czas miałby wypełniać te wszystkie niepoliczalne, efemeryczne i niematerialne przestrzenie.

Teologia jest metodą wyciągania naukowych wniosków z nienaukowych założeń, metodą przewidywania zgodnie z żelazną logiką zdarzeń, mających nastąpić na podstawie opierania się na wierze w aksjomaty. Teologia jest więc grą pozorów, dążącą do przewidzenia konsekwencji praw przyjętych losowo, a jednak nadal logicznie spójnych.

Każda teoria fizyczna, wystarczająco głęboko wnikająca w rzeczywistość, tworzy swoją „teologię”. Nie mamy bowiem technicznych możliwości badania przewidywań naszych, wysoce rozwiniętych ideowo, umysłów. Nie jesteśmy fizycznie gotowi na mentalne wyzwania naszej substancji szarej.

Dlatego co pewien czas nasze techniczne know how, zamienia się miejscami z wiarą. Lubimy rokować, jakie będą konsekwencje nie zadanych jeszcze pytań, ale nie lubimy mierzyć się z konsekwencjami istnienia, tak pięknie rokującego rzeczywistość teorii.

Wszędzie, gdzie nauka wykracza poza możliwości testowania empirycznego, tam wkrada się mistyczna wizja niewykształconego w mistycyzmie umysłu. O ile bowiem szaman, kapłan, filozof, czy inny mistyk, doświadczony w błądzeniu po granicach zdolności postrzegania, byłby w stanie łatwo kreować estetyczność swoich teorii fizycznych, o tyle fizyk, zwykły inżynier-teoretyk nie ma aparatu intelektualnego oraz odpowiednich narzędzi, aby snuć wizje, których sprawdzenie będzie w najbliższym czasie poza naszymi zdolnościami eksperymentowania.

Ten systemowy błąd tworzenia dzisiejszej nauki zdążył zrodzić już wiele „potworków”. Jednym z podstawowych owych potworków, jest czas Newtona, którego mechanistyczne konsekwencje dalej wiążą wiele umysłów, znacząco ograniczając ich zdolności postrzegania. Jednak na szczęście od stu lat istnieje i teoria względności, która zupełnie inaczej widzi ten konkretny problem. Szkoda tylko, że nauczyciele nadal myślą w starych kategoriach pojęciowych, nie pozwalając młodzieży uczyć się o konsekwencjach teorii, których założenia dla samych umysłów akademickich nie są całkowicie zrozumiałe.

Teologia opuszcza jednak powoli względność Einsteina, wraz ze starzeniem, przebrzmiewaniem samego znaczenia grawitacji, aby z całą mocą zanurzyć się w kwantowym świecie.

Niestety, „kwantowość rzeczywistości” dotyka nas na każdym kroku. Ogarnia bowiem wszystkie zakamarki naszego bytu i nie daje się zbyt łatwo w naszym spokojnym życiu zaniedbywać. Wprowadza ona do naszego świata zdumiewającą nieciągłość – ucząc nas, z uporem zarezerwowanym dla tzw.: lepszej sprawy, że masła nie można kroić bez końca… W ostateczności wszak dojdziemy do niepodzielnego greckiego atomu…

Problem w tym, że teoria kwantów uzasadniła, wręcz wyprodukowała, również kategorie całkowicie mistyczne. Jedną z nich jest tak zwana nicość. Coś zupełnie nieobecnego w starszych ujęciach świata fizycznego, coś, czego bali się wielcy myśliciele dawnych epok, to samo „coś” dzisiaj gości na piedestale naszego rozumienia rzeczywistości.

Kto wszak postuluje, że wszystko składa się z najmniejszych możliwych cząstek, gęsto upakowanych obok siebie, musi zakładać istnienie linii demarkacyjnej między nimi. Istnienie całkowitej nicości pomiędzy kwantami materii, to przerażająca perspektywa – horror vacui.

Na szczęście teolodzy kwantów starają się maskować ten problem, wprowadzając do popkultury naukowej kategorię tak zwanego – pola. To pole wypełnia przestrzenie. Nieważne, czy mówimy o polu grawitacyjnym, czy o polu czysto elektrycznym utrzymującym w zwartości materię, którą traktujemy jako trwałą. Pole ma być listkiem figowym dla Absolutu, zera perlistego nieoznaczoności naszego postrzegania.

Niestety, prawdziwi „kwantowi ortodoksi” nie poprzestali na samej materii. Uważają oni, że wszelkie pola są jedynie złudzeniem, matematyczną sztuczką pozwalającą nam na łatwiejsze rozkładanie prawdopodobieństwa występowania jakiegoś zjawiska, bądź zdarzenia. Cząstki mające masę może otaczać ich pole grawitacyjne, jednak oddziaływanie jego istnienia przenoszone jest nie za pomocą pola, lecz za pomocą konkretnej cząstki, kwantu grawitacji – grawitonu.

Innymi słowy, wedle kwantowych teologów rzeczywistości, pola są nieobecne, nie istnieją. Nie ma na świecie „rozrzedzonej zupy” oddziaływania elektrycznego, silnego czy słabego, nie ma zakrzywienia przestrzeni, po której najkrótszą drogą podążają różne obiekty. Jest nicość wypełniona tysiącami najdrobniejszych elementów. Wszystko składa się z najmniejszych cząstek, nawet oddziaływania samych cząstek ze sobą – składają się z cząstek…

Żeby coś dowiedziało się o istnieniu czegoś innego – musi przesłać cząstkę. Bez wysłania tego swoistego „gołębia pocztowego”, nic nie ma prawa istnieć, zmieniać się, starzeć, bądź poruszać. Życie naszego Wszechświata jest więc zawieszone w pustce nieistnienia, bezczasu, bezczelnie niewyjaśnionej sprawiedliwości prawdopodobieństw i nieuchronności praw. Prawo zachowań plus, rozszerzająca swój wpływ na inne stany, informacja, są wszystkim, czego możemy oczekiwać po naszym padole łez i goryczy.

Nie jest to piękna wizja, nie jest ona twórcza, nawet nie jest przerażająca; jak stare przedstawienie atomów minionego wieku, widzącego cząstki materii jako zawieszone w pustce kuleczki, jak rodzynki w cieście.

Oprócz tego wszystkie założenia fizyki kwantów – przytłacza zasada holograficzna, mówiąca o konieczności cechy „przedstawieniowości” naszej przestrzeni na jej sferycznej powierzchni. Dziwny to wymóg dla trójwymiarowego konglomeratu cząstek podróżujących przez nicość, zgodnie z wcześniej ustalonym harmonogramem.

Prawda nas przytłacza, ponieważ niewiele posunęliśmy się do przodu. Nadal nie rozumiemy wielu rzeczy składających się na rzeczywistość, jednak z uporem i zacietrzewieniem wypełniamy założeniami te luki, które wynikają z braku możliwości przeprowadzania doświadczeń. Zjawiska postępują, obfitując w teologiczne konsekwencje, jednak nadal nie rozumiemy pojęć, którymi operujemy – w swojej pysze zakładając, że na końcu drogi, na szczycie piramidy naszych założeń: na pewno wszystko „samo” się wyjaśni.

Pytam więc naszych współczesnych kapłanów-naukowców:

Jak to możliwe, że szukacie Teorii Wszystkiego – opierając ją na nierozumianym przez Was i nigdy niewyjaśnionym nieprzeciwstawnym pojęciu: nicości?

 

Zbigniew Galar

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Artykuł w skrócie 🙂
    Jeżeli świat tworzą kwanty – czyli najmniejsze cząstki, to po powiększeniu dowolnego fragmentu rzeczywistości zobaczymy małe przylegające do siebie kwadraciki – albo sześciokąty – dotyczy to zarówno materii, jak i przestrzeni i czasu.

    Jeśli możemy ujrzeć kwanty, a więc wszystko w najmniejszej możliwej skali nie zlewa się w jedną nieskończenie podzielną całość – to co jest granicą – co oddziela te kwanty od siebie – pozbawiona materii, przestrzeni i czasu absolutna pustka – nicość…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *