Pomiędzy snem a czuwaniem

 pomiedzy-snem-a-czuwaniem

To, w jaki sposób myślimy, warunkuje nasze postrzeganie i rozumienie rzeczywistości. Jednak czym jest rzeczywistość? Czy to materia obiektywna, czy też rodzaj złudnego hologramu dostosowanego indywidualnie? Na ile to, co myślę o świecie, wpływa na kształt, na obraz tego świata? A na ile świat opiera się mojemu osobniczemu postrzeganiu, stanowiąc przestrzeń doskonale nienaruszalną? Pytając inaczej: czy jestem w stanie dotknąć świata, czy jedynie świat dotyka mnie, popycha w określone, lecz znane wyłącznie światu, kierunki?…

Myślę, że wiele wskazuje na to, że rzetelna, skoncentrowana obserwacja rzeczywistości jest jednocześnie wyrafinowaną ingerencją w tę rzeczywistość. Trudno oddać ten mechanizm słowami – spróbuję ująć go tak oto: jeśli odpowiednio długo zaglądasz w otchłań, po pewnym czasie otchłań zaczyna zaglądać w ciebie (to parafraza słów bodaj Nietzschego – przyp.: J.K.).

Posługiwanie się słowami w odniesieniu do tego rodzaju metafizycznych mechanizmów wydaje się być bardzo nieudolne, skomplikowane, utrudnione. Dużo sprawniej z tym zadaniem poradziłby sobie obraz malarski. Zauważmy też, że w tym ujęciu – „jeśli odpowiednio długo zaglądasz w otchłań, po pewnym czasie otchłań zaczyna zaglądać w ciebie” – kluczową rolę odgrywa czas. Nasze myślenie przyczynowo-skutkowe, do którego jesteśmy mocno przywiązani, a wręcz z którym jesteśmy zrośnięci mentalnie szczególnie zwarcie w kulturze Zachodu, wymusza na nas próby rozumienia ułożone w porządku może niekoniecznie chronologicznym, ale na pewno liniowym.

Tak jak czytamy pismo od lewej strony do prawej, tak samo myślimy – liniowo. Nasza myśl kiełkuje w punkcie A, przechodzi przez punkt B i ostatecznie ląduje w punkcie C.

Przy założeniu, że punkt A jest przyczyną, punkt B rozwojem wypadków (wydarzeniem albo wydarzeniami), a punkt C celem (skutkiem), zwykliśmy zachowywać chronologiczną formę rozmyślań zgodną z zapisem kronikarskim. Nasze umysły potrafią zmienić kolejność etapów – to znaczy umiemy rozmyślać o danym problemie w odwrotnej kolejności, czyli od punktu C, przez B, aż do A, a więc od ostatecznego rezultatu do przyczyny zaistniałego łańcucha zdarzeń. Potrafimy również rozmyślać o etapach A, B i C w sposób skokowy czy przypadkowy – na przykład najpierw C, potem A, na końcu B albo najpierw B, potem C, a na końcu A. Ale każdy z tych typów rozmyślań opiera się na rozpatrywaniu zdarzeń, które stały się w czasie: jedne po drugich, inne przed drugimi. „Przed”, „po”, „pomiędzy”; „wcześniej”, „później”, „teraz” – to wszystko są pojęcia osadzone w czasie rozumianym liniowo.

pomiedzy-snem-a-czuwaniem-1

Nie potrafimy obserwować rzeczywistości w sposób oderwany od pojęcia czasu – dlatego właśnie zawsze obserwujemy wycinek rzeczywistości, a nie całość. Nasza indywidualna perspektywa zawsze jest tylko jedną z wielu możliwych. Możemy zmienić swój punkt widzenia – zmusić się do spojrzenia na dany problem pod innym kątem – ale nie możemy nałożyć na siebie kilku perspektyw na raz, zastosować ich jednocześnie. Możemy stosować rozmaite, odmienne względem siebie perspektywy – ale nie w jednej, tej samej jednostce czasowej, lecz wyłącznie jedne po drugich.

Człowiek jest jak pająk, który tka pajęczynę w sposób sekwencyjny, snując nić po spirali – człowiek nie jest jak mróz, który przeciwnie, bo w sposób równoczesny rozpościera fraktalne rysunki na całej powierzchni szyby. Każdy z ludzi jest niczym jedna tylko z sióstr Mojr: człowiek jest jak Kloto, czyli prządka żywota ludzkiego; kto inny strzeże nici tego żywota (kto inni pełni funkcję Lachesis) i kto inny tę nić przecina (kto inny gra rolę Atropos).

Sprzęgnięcie naszego umysłu z czasem pojmowanym liniowo zdaje się mocno uszczuplać naszą rzeczywistość (a raczej nasze postrzeganie i interpretowanie rzeczywistości). Nasza świadomość zdaje się małą wyspą dryfującą po wielkim oceanie tajemnicy czy niewiedzy – ale dryfuje zawsze w jakimś kierunku, nigdy nie rozszczepia się na wiele promienistych odnóży, nigdy nie znajduje się w wielu punktach na raz.

Trochę inaczej procesy myślowe zachodzą w nas, kiedy śpimy – i śnimy, czyli w podświadomości. Pewnie dlatego marzenie senne nieustająco fascynuje i trapi naukowców – bo jego istotę trudno przełożyć na myślenie świadome; trudno zbadać sen. Po wybudzeniu, kiedy opadają z nas ostatnie powidoki marzenia sennego, wtedy gubi się jakaś niezwykła nić, która w trakcie śnienia wiązała nas z jądrem możliwego, a niedostępnego w trakcie czuwania, rozumienia rzeczywistości… No właśnie: nić – a więc: linia. Jakże trudną jest ucieczka od tego ograniczającego pojęcia!

Czym różni się rzeczywistość realna od rzeczywistości snu? Rzeczywistość realna nas zdumiewa, a zdumiewa dlatego, że zaskakuje – nie jesteśmy w stanie przewidzieć całkowitych rezultatów naszych wyborów, ponieważ nie widzimy przyszłości (stąd przez nasze życie przewija się uczucie zdziwienia). Rzeczywistość snu zaś nie zna zdziwienia – kiedy śnimy, wszystko wokół dzieje się samoistnie; jedno równie nagle, co płynnie przechodzi w drugie; we śnie ocieramy się o nieliniowość, a więc o pozaczasowość czy bezczasowość. To podstawowa różnica: w realnej rzeczywistości dziwimy się, natomiast w chwili śnienia cechuje nas wewnętrzna, naturalna zgoda z widzianym i przeżywanym światem. Nawet jeżeli w fabule naszego snu występuje element w postaci zdziwienia, to stanowi on raczej rodzaj wplecenia do rzeczywistości sennej kolejnego klocka idealnie wpasowującego się w całą układankę. Innymi słowy zdziwienie, które niekiedy pojawia się we śnie, stanowi tylko jedno z wielu pasm tego samego warkocza – żadne z pasm nie jest ważniejsze od innych, wszystkie są jednakowo cenne i równie ciasno ze sobą splecione. Tuż po obudzeniu, jeśli zechcemy opisać nasz sen słowami, łatwo zauważymy, że nasze zdziwienie ze snu nie znajduje już dla siebie miejsca w przytomnej rzeczywistości – opowiemy o naszym zdziwieniu ze snu bardzo normalnie, tak samo jak o każdym innym elemencie snu, nie będziemy już bowiem w stanie z wiernością kryształowego zwierciadła przywołać tych nieprawdopodobnych (z racjonalnego punktu widzenia) uczuć.

pomiedzy-snem-a-czuwaniem-2

Zdarza się taka chwila, a właściwie jej ułamek – może sekunda, może nanosekunda – którą określiłabym jako stan między snem a czuwaniem. To jest moment przypominający bycie w bezczasie czy bycie poza czasem. Moment, w którym myślenie liniowe nas nie obowiązuje – moment, w którym nasze myśli nie są słowami, ale nie są też emocjami. Moment, którego istota w zasadzie jest niemożliwa do ubrania w słowa. To jest arcykrótki moment, w którym rzeczywistość ze snu jeszcze po trosze dzieje się pod powiekami, chociaż nasz umysł już „wie”, że znalazł się poza nią, mimo że jeszcze nie zdążył przykleić się do rzeczywistości realnej. I będąc w tym właśnie nadzwyczajnie krótkim stanie, ma się poczucie, że dwie opozycyjne względem siebie perspektywy – ta odnosząca się do realnej rzeczywistości (liniowa) i ta odnosząca się do rzeczywistości snu (nieliniowa); prawda i fikcja; czas i bezczas – możliwe są do jednoczesnego zastosowania. Doświadczamy wówczas czegoś na kształt nałożenia się na siebie dwóch kompletnie przeciwstawnych, a wręcz wykluczających się, znoszących się wzajemnie – sposobów myślenia. Jest to jednak stan, w którym nie ma miejsca na analizę jego części składowych – „wszystko zlało się w spójną całość i odbywa się samo”, a jednocześnie odbywa się dlatego, że my bierzemy w tym udział. Chociaż słowo „dlatego” de facto zupełnie nie pasuje do opisu tego stanu, wskazuje bowiem na istnienie jego przyczyny, podczas gdy stan ten pozostaje perfekcyjnie wolny od mian przyczyny i skutku – nie da się toteż satysfakcjonująco opisać słowami tego stanu, gdyż przypomina on takie zjawisko, w jakim sprawca czegoś jest jednocześnie świadkiem tego czegoś oraz jednocześnie odbiorcą/wynikiem tego czegoś. Jest to oczywiście całkowicie abstrakcyjne i nie do pojęcia – bo nie można tego zbadać, zanalizować…

Gdyby naukowcy nauczyli się zatrzymywać ten stan – gdyby skonstruowali bardzo precyzyjny łapacz snów (ale przecież nie tylko snów – maszyna ta musiałaby być wyposażona w funkcję rejestrowania pełnego spektrum naszych wrażeń, od sennych „halucynacji” w formie obrazów/widziadeł, przez doznania zmysłowe, aż po myślokształty generowane przez świadomą część umysłu), myślę, że wyniki pomiarów opracowane przy użyciu tej maszyny mogłyby wesprzeć ludzkość w jej wysiłkach zrozumienia natury czasu… A jeśli pełniej, głębiej pojmiemy naturę czasu – postrzeganie i rozumienie świata także ulegnie modyfikacji… Trudno domyślić się, jakiej dokładnie modyfikacji – być może rzeczywistość dostrzegalna przez prywatne okno każdego z nas uzyska nowe kolory, a być może dodatkowe piętra (poziomy)… kto wie?

Co by się z nami stało, gdyby czas nie był dla nas zjawiskiem liniowym? Kim bylibyśmy – jacy byśmy byli – gdybyśmy mogli myśleć nie sekwencyjnie, lecz w sposób równoczesny? Gdyby każdy z nas mógł być wcieleniem trzech sióstr – gdybym jednocześnie była i Kloto, i Lachesis, i Atropos? Kim wtedy bym była – i gdzie bym była?…

Skąd przychodzę, kim jestem i dokąd zmierzam – te pytania, na które do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi, również skazane są na liniowość naszego myślenia. A może dlatego nie potrafimy odpowiedzieć na nie jednoznacznie – właśnie dlatego, że nie umiemy spojrzeć na rzeczywistość w sposób nieliniowy (niesekwencyjny)?

Gödel wykazał, że możliwe jest takie sformułowanie – załóżmy – myśli, a więc takie zdanie, którego nie da się ani potwierdzić (udowodnić), ani obalić (zanegować). Co to znaczy? Otóż znaczy to, że nierealnym jest próba zaksjomatyzowania całej matematyki. A innymi słowy znaczy to, że udowodnienie dwóch sprzecznych ze sobą twierdzeń – wcale nie musi być niemożliwe. Mówiąc jeszcze bardziej wprost: Gödel znacząco wpłynął na filozofię matematyki, a tym samym – na filozofię w ogóle…

pomiedzy-snem-a-czuwaniem-3

Żeby przełożyć jakoś rozsądnie twierdzenie Gödla dla laików w dziedzinach nauk ścisłych (do jakich to i ja się zaliczam), odwołam się do agnostycyzmu – sądzę, że będzie to najprostszy i najbardziej czytelny przekład twierdzenia matematycznego na język przystępny dla ogółu. Agnostyk mówi, że skoro nie wiadomo, czy Bóg jest, czy nie ma Boga – on wybiera nie rozstrzygać tego problemu, ponieważ zdaje sobie sprawę, że Bóg równie prawdopodobnie może istnieć, co nie istnieć. Inaczej mówiąc, istnienia Boga nie da się ani potwierdzić (udowodnić), ani zanegować (obalić). Przypomina to twierdzenie Gödla, czyż nie? A skoro obie wersje – i istnienie, i nieistnienie (np. Boga) są identycznie prawdopodobne, to znaczy, że obie są w jednakowym stopniu prawdziwe, mimo że sensy tych dwu wersji pozostają sprzeczne względem siebie; mimo że wykluczają się one nawzajem. I tu docieramy do tego sedna, które mnie gnębi i korci od początku tego artykułu: skoro nie jest niemożliwe udowodnienie dwu sprzecznych idei, to znaczy, że „sprzeczne względem siebie idee można ze sobą pogodzić”. A jeśli tak w istocie jest, to znaczy, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość nie muszą być jedynie sekwencyjnymi jakościami, których doświadczamy liniowo – lecz równie dobrze mogą być jakościami współistniejącymi ze sobą „w jednej i tej samej chwili”.

Żeby było jeszcze dowcipniej, Gödel wyprowadził rozwiązania dla równania Einsteina – to znaczy, że zgodnie z tymi rozwiązaniami podróżowanie w czasie jest możliwe…

Gdyby podróżowanie w czasie faktycznie leżało w naszym zasięgu, zakładam intuicyjnie, że musiałoby ono być naturalnym następstwem nieliniowego sposobu myślenia. Czyli jeśli nasze rozumienie i doświadczanie czasu będzie niesekwencyjne, wtedy będziemy mogli znaleźć się w dowolnie obranym punkcie naszej indywidualnej egzystencji. Nie będziemy bowiem wówczas postrzegać egzystencji jako osi, lecz bardziej jako strukturę splątaną, w obrębie której nie odróżnimy startu od mety, gdyż cała ta struktura wykrystalizuje się w naszej percepcji od razu jako „komplet informacji” – powiedziałabym, że obserwowanie tej „struktury splątanej” byłoby podobne do tego: patrząc na dziecko, które zasiadło do malowania obrazka, z chwilą gdy dziecko postawiło pierwszą plamę farby na kartonie, ty już wiesz, co przedstawi cały obrazek (wiesz to, ponieważ masz świadomość, na jakim etapie rozwoju znajduje się twoje dziecko – wiesz, że jeśli właśnie namalowało zieloną plamkę na dole kartonu, to po chwili zbuduje ona „dywan” z trawy, następnie u góry kartonu dziecko namaluje uśmiechnięte słońce, i tak dalej). Mimo że jesteś świadkiem kolejności malarskich czynności podjętych przez dziecko, od razu masz świadomość, co obrazek będzie przedstawiał, jakie barwy zostaną do jego stworzenia użyte, w którym miejscu/w jakiej chwili malowanie obrazka dziecko ukończy. I analogicznie – gdybyś mógł zobaczyć całe twoje życie nie jako oś, której krańcowego punktu nie znasz (ponieważ twoja percepcja obejmuje tylko przeszłość i teraźniejszość), lecz jako strukturę splątaną, wtedy byłbyś jak rodzic i dziecko – jednocześnie…

pomiedzy-snem-a-czuwaniem-4

Wtedy, znając cel swej przeprawy przez życie, moglibyśmy zarazem samodzielnie tworzyć przyczynę tej przeprawy. Takie podejście efektywnie omija paradoks dziadka, równie umiejętnie deprecjonuje potrzebę zadawania retorycznych pytań w rodzaju: co było pierwsze, jajko czy kura? Jeżeli bowiem nic nie było pierwsze, to znaczy, że wszystko było pierwsze. Jeżeli nic nie było ostateczne, to znaczy, że wszystko było ostateczne…

A zatem to śmierć może być – nie da się tego wykluczyć – inicjatorką naszych własnych narodzin. Punkt, do którego zmierzam, jest równocześnie przyczyną mojej drogi. To bardzo kusząca, zadziwiająca perspektywa, jakże odmienna od tego, co przyzwyczailiśmy się sądzić, myśleć na co dzień. Jeśli cel mojej człowieczej, indywidualnej wędrówki „z góry” jest mi znajomy, to znaczy, że jestem dokładnie tym, czym być „powinnam”. Ta perspektywa modyfikuje moją codzienność – staję się jednakowo niepodległa pod pojęcie wolności, co pod pojęcie przymusu. To, co w moim życiu ma nastąpić, na pewno nastąpi – i nie dlatego, że ktoś lub coś mi każe tak, nie inaczej, ale dlatego, że jestem zarazem sprawcą, świadkiem i odbiorcą czy skutkiem podejmowanych „decyzji”. A to oznacza, że nie tylko świat mnie dotyka – ja też umiem dotknąć świata, zaingerować weń…

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to ebook (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Dowiedz się więcej: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/

Do zilustrowania artykułu wykorzystano obrazy Maxa Ernsta – poniżej biogram artysty (powtórzony za Wikipedią):

Max Ernst (ur. 2 kwietnia 1891 w Brühl, zm. 1 kwietnia 1976 w Paryżu) – niemiecki malarz, rzeźbiarz, grafik i pisarz. Jeden z głównych przedstawicieli surrealizmu. W 1908 rozpoczął studia filozoficzne w Bonn, gdzie poznał malarza Augusta Macke (1887-1914) i rzeźbiarza Hansa Arpa (1887-1966), z którymi się blisko zaprzyjaźnił. Ernst zaczął malować, dużo również czytał – poznał m.in. dzieła Freuda (1856-1939). Brał udział w seansach spirytystycznych. W 1914 został zmobilizowany i przydzielony do artylerii, a potem do służb pracujących nad mapami. Został ranny. W 1918 ożenił się z Lou Strauss. W 1922, po narodzinach syna Jimmy’ego, małżeństwo to rozpadło się. W Kolonii Ernst stał się jednym z najbardziej znanych dadaistów i zaangażował się po stronie komunizmu. Swoje kolaże przedstawił na berlińskich Międzynarodowych Targach Dada w 1920. Dzięki temu zwrócił nań uwagę André Breton, który zaprosił go do Paryża. Wraz z Aragonem, Tzarą i Soupaultem, Breton postanowił zorganizować wystawę prac Ernsta, co wobec panujących we Francji po I wojnie nastrojów antyniemieckich było wyzwaniem dla opinii publicznej. Ernst nie otrzymał wizy i wiosną 1921 ekspozycja odbyła się bez jego obecności. Kilka miesięcy później André Breton i Max Ernst spotykali się w Tyrolu, potem Breton i Paul Eluard (1892-1952) z żoną Galą udali się do Kolonii. Max został przyjacielem Eluarda i kochankiem jego żony. Głoszący wolną miłość Eluard nie protestował. Pisał wiersze inspirując się dziełami Ernsta, a ten ilustrował poematy Eluarda. Razem wydali kilka zbiorów. W 1924, po oficjalnym powstaniu surrealizmu, Ernst przystąpił do ruchu, z którego był potem dwukrotnie wykluczany (w 1938 i 1954). Osiedlił się w Paryżu w 1922. W tym czasie dużo pracował i kochał się w Marie-Berthe Aurenche, która w jego oczach posiadała „wdzięk postaci Botticellego”. Porzucił ją jednak dla młodej Irlandki Leonory Carrington, artystki, którą poznał w 1937. Ich związek skończył się wyjazdem chorej psychicznie Leonory do Stanów Zjednoczonych, gdzie znalazł również schronienie Ernst, ale z inną kobietą. Malarz wziął ślub z Peggy Guggenheim, lecz ich małżeństwo przetrwało zaledwie rok, gdyż w 1942 Ernst zakochał się ponownie. Wyjechał do Arizony z malarką Dorotheą Tanning (1910-2012), z którą ożenił się w 1946. Powrócił do Francji w 1953 i tam zmarł 1 kwietnia 1976. Pochowany został na Cmentarzu Père-Lachaise.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (8)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

3 komentarze

  1. Pingback: TOSTER PANDORY 2016 – BILANS ROCZNY I WYBRANE ARTYKUŁY – Toster Pandory

  2. Zbigniew Galar

    To prawda, że strzałka czasu w równaniach teorii względności ma dowolny zwrot, ale wcale nie wynika z tego możliwość podróży w czasie, to oznacza jedynie, że taka podróż akurat wedle tych równań nie jest zabroniona. Wydaje się być mało prawdopodobna możliwość odwrócenia entropii, bo jej istnienie to sugestia, że do czegoś ten Wszechświat zmierza, a więc uczy się.
    Udowodnienie dwóch sprzecznych ze sobą twierdzeń jest możliwe tylko w dwóch rozdzielnych zbiorach aksjomatów, a twierdzenie Godla, nie ma z tym nic wspólnego, gdyż odnosi się ono do zdań niedowiedlnych w każdym zbiorze aksjomatów, których jest nieskończenie wiele.
    No i jeszcze odnośnie agnostycyzmu, to przytoczona tutaj definicja odnosi się do ateizmu, które Boga w ogóle nie rozpatruje. Z kolei agnostyk odnosi się do wiedzy o Bogu, a więc wiedzy o czymś co istnieje, mówi więc, że na pewno Bóg jest tylko nieznane są jego pragnienia, życzenia, problemy, zainteresowania, czyli jednym słowem właściwości.

    • Zbyszku,

      z przedstawioną przez Ciebie interpretacją twierdzenia Godla nie będę polemizowała – gdzież bym śmiała 🙂 .

      Natomiast odnośnie do agnostycyzmu – przytoczona przeze mnie w artykule definicja jak najbardziej obejmuje agnostycyzm właśnie, a nie ateizm. Agnostyk nie musi uznawać, że Bóg istnieje – może, ale nie musi. Jeśli będzie taka potrzeba, z przyjemnością rozwinę ten wątek, tłumacząc, co trzeba 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *