Poprawność polityczna w kontekście kina i popkultury

Jesteś z nami albo przeciwko nam – to zdanie powinno wisieć na olbrzymich billboardach. Właśnie to zdanie powinno być wymalowane na polskich muralach. Właśnie to zdanie powinno zdobić wszystkie kampanie społeczno-medialne. Właśnie to zdanie powinno padać jako główny argument w społecznych debatach – wtedy przynajmniej wszystkie te kampanie i debaty byłyby prawdomówne, na wskroś uczciwe, a nie byłyby mową obrzydliwej propagandy podstępnie przemycanej w tęczowej otoczce politycznej poprawności.

Na portalu Filmweb czytam wypowiedź Terry’ego Gilliama odnośnie do afery molestowania w Hollywood. Tych, którzy nie wiedzą, informuję, że Gilliam zdobył sławę jako członek grupy satyrycznej Monty Python, natomiast prócz dowcipkowania na temat rzeczywistości i obracania jej w charakterystyczną pythonowską karykaturę, Gilliam to intelektualista, twórca wielu pełnometrażowych i poważnych przebojów kinowych, takich jak na przykład Fisher King (1991), 12 małp (1995), Kraina traw (2005) czy Parnassus (2009). Nie będę w dzisiejszym artykule rozpływała się nad geniuszem filmowym Gilliama – nie każdy ma obowiązek filmy Gilliama ubóstwiać, natomiast odmówienie mu wysokiej inteligencji, erudycji i wybitnych zdolności plastycznych oraz reżyserskich byłoby niedorzeczne tak samo, jak gdyby chcieć odmówić całej grupie Monty Python niezaprzeczalnie wielkiego poczucia humoru. Można się z tym rodzajem poczucia humoru osobiście nie zgadzać, ale nie da się go zanegować. Dziś jednak nie o humorze ani o talentach artystycznych – dziś o politycznej poprawności.

No więc uzasadniony artysta, scenarzysta i reżyser Gilliam, człowiek dojrzały, bo prawie osiemdziesięcioletni, ośmielił się w kontekście amerykańskiej akcji metoo wypowiedzieć następujące słowa: „Otworzył (Harvey Weinstein – przyp.: J.K.) wielu ludziom drzwi do kariery, cena za to była wiadoma. Mamy świat pełen ofiar. Ale prawda jest taka, że wszyscy wiedzieli, na co się piszą. To dorośli ludzie, dorośli ludzie z niepohamowaną ambicją. Niektóre z kobiet nie miały nic wspólnego z jego sprawą, ale i tak wykorzystały sytuację, by zrobić karierę. Część z nich nie zdecydowała się z kolei na współpracę z nim po pierwszej rozmowie – jeszcze zanim były napastowane seksualnie” [1]. A pod zacytowaną wypowiedzią Gilliama widnieje taki oto cyniczny komentarz: „Jakże miło przeczytać kolejną opinię białego, heteroseksualnego mężczyzny z wierchuszki Hollywoodu na temat molestowania, nierówności i uprzedzeń! Dziękujemy, Terry!”. Komentarz ten skłonił mnie do intensywnych przemyśleń na temat ohydnej poprawności politycznej wylewającej się coraz szerszym, cuchnącym strumieniem ze wszystkich porów rzeczywistości – nie filmowej, nie hollywoodzkiej, tylko tej realnej, widocznej również za naszymi, czyli polskimi oknami. Wszystkie moje przemyślenia na ten temat okazały się bolesne do szpiku kości, a snując je, czułam się zrozpaczona i zażenowana – i w tym artykule opowiem Wam, dlaczego.

Najpierw zwróćmy uwagę na fakt, że Gilliam w przytoczonym powyżej cytacie nie usprawiedliwił Weinsteina. Ba! W innej części tego samego wywiadu nazwał go nawet potworem. Wskazał niemniej na hipokryzję niektórych oskarżycielek Weinsteina i jednocześnie wspomniał o kobietach, które nie nawiązały z Weinsteinem żadnej współpracy, słusznie kierując swoją uwagę w stronę moralności i nietykalności osobistej. Nie trzeba być hollywoodzką gwiazdą, aby ze słów Gilliama odebrać wyważoną ocenę rzeczywistości. Oczywiście można do tej oceny odczuwać sympatię i aprobatę, można pozostawać wobec niej wewnętrznie obojętnym, można także nie obdzielać jej statusem prawdy, natomiast bez wątpienia warto dopuścić do swojej świadomości możliwość, że w całej aferze odbywającej się pod szyldem akcji metoo w Fabryce Snów na pewno znaleźć można autentyczne ofiary molestowania, którym należy się współczucie oraz sprawiedliwość ze strony prawnej, jak i osoby, które dobrowolnie wyraziły przyzwolenie na śliskie, mniej lub więcej intymne kontakty z bogatym producentem filmowym właśnie celem otworzenia sobie wrót do kariery. Nie widzę nic zdrożnego czy jakkolwiek niegodnego w wypowiedzi Gilliama, mniemam bowiem, że rzeczywiście w każdej dziedzinie pracy funkcjonują ludzie skłonni dla kariery i prestiżu poświęcić swoje ciało czy sprzedać duszę; to nie tylko przywara tych, naszych czasów, przywara XXI wieku czy Hollywoodu. Wszak nie od wczoraj wiadomo, że świat dzieli się na tych, którzy dla wysokiej pozycji społecznej i materialnej gotowi są podjąć działania szpetne i nieetyczne, oraz na tych, którzy prędzej woleliby umrzeć w okrutnej nędzy, aniżeli zhandlować swoją godność i intymność za dowolnie przepiękne obietnice i profity.

Ale bardziej niepokoi mnie ów komentarz polskiego użytkownika Internetu, który w sposób ociekający wręcz obłudą modnej poprawności politycznej wyraźnie imputuje, jakoby wyłącznie czarnoskóra, homoseksualna kobieta miała etyczne prawo do publicznego wypowiadania się na temat kwestii molestowania, nierówności i uprzedzeń. Naprawdę byłabym pierwszym zapalonym aktywistą – orędownikiem poglądów lewicowych, gdyby faktycznie chodziło w nich o równość, wolność i sprawiedliwość. Nie mam jednak złudzeń co do tego, że obszar poglądów politycznych, który współcześnie określa się mianem lewicy, jest przepojony nienawiścią do istoty ludzkiej, a jednocześnie wykorzystuje do własnych celów szlachetne idee humanizmu. Natomiast pod spodem szlachetnych humanistycznych ideałów tak zwana lewica puchnie i dławi się od pasywnej agresji, rasizmu i uprzedzeń. Jeżeli bowiem ktokolwiek z góry zakłada, że biały heteroseksualny mężczyzna nie powinien mieć uprawnień do zajmowania stanowisk w obrębie problematyki społecznej, to przecież jest to jawny, dobitny przykład poglądów rasistowskich, a także dyskryminujących heteroseksualną orientację seksualną. Dlatego – nie. Nie, dziękuję. Stanowczo nie chcę być wiązana z lewicowymi poglądami – ani politycznymi, ani kulturowymi, ponieważ dogłębnie brzydzę się zachowaniami rasistowskimi oraz postawami jawnie dyskryminującymi czyjąkolwiek orientację seksualną, a dokładnie tymi zachowaniami cała lewicowa kultura kipi, z wierzchu tylko ocierając sobie jadowite usteczka śliczną, delikatną tęczą jako symbolem wolności i tolerancji. O, nie, szanowni Państwo – pośród tej przepięknie kolorowej, tęczowej pikiety postępowych ludzi lewicy żaden postęp nie istnieje, ich poglądy pozostają zanurzone w uwielbieniu dla brutalności i segregacji społeczeństw pod względem koloru skóry czy upodobań seksualnych, a segregacja taka była przecież tragicznym krwawym upadkiem XX wieku. Tymczasem dzisiejsi lewicowi aktywiści, choć z wierzchu mianują się postępowością intelektualną oraz otwartością na inne kultury, po prawdzie stoją zastygle w historii, w wieku ubiegłym, i tam czują się wyśmienicie i na miejscu, mimo iż był to wiek zbrodni i przemocy – brutalny daleko bardziej od średniowiecza; brutalny tak silnie, jak żaden inny wiek w historii ludzkości.

Dlatego ja w tej obłudnej maskaradzie poglądów przesączonych hipokryzją i umiłowaniem dla dyskryminacji np. rasowych – udziału nie wezmę. I dlatego chętnie podpisałabym się pod poglądami prawicowymi, bo w obrębie prawicy mamy przynajmniej do czynienia z jakimikolwiek fundamentalnymi pod względem moralności poglądami, ale niestety również pod prawicowym sposobem rozumowania podpisać się nie mogę, a to z tej przyczyny, że dzisiejsza prawica – to w gruncie rzeczy lewica, albowiem polityka naszej rodzimej partii rządzącej de facto przypomina socjalizm, zwłaszcza ten ekonomiczny, no więc jak mogłabym, pozostając przy zdrowych zmysłach, popierać socjalistów? Nie mogę ich poprzeć – z całego rozumu oraz serca nie chcę ich popierać, tak samo jak nie popieram bełkotu lewicowej poprawności politycznej, de facto będącej w czystej postaci marksizmem.

Współczesny, dzisiejszy świat kina jest jednakże przesiąknięty ową hipokrytyczną poprawnością polityczną znacznie bardziej, niż można by stwierdzić na podstawie analizy Fabryki Snów. Porzućmy na chwilę Hollywood i zajrzyjmy na festiwal w Cannes – toż to prestiżowy festiwal sztuki filmowej, impreza europejska, czysta, elegancka i mianująca się znacznie bardziej wyrafinowanym poczuciem estetyki, aniżeli próżny, popkulturowy, pyszny Hollywood, prawda?…

Otóż polski reżyser, Paweł Pawlikowski, na 71. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes otrzymał nagrodę za najlepszą reżyserię za film pt. Zimna wojna. To cudowne wieści – jako wierny miłośnik kina oraz recenzent filmowy ucieszyłam się wielce na tę nowinę. Mam najszczerszą nadzieję pod słońcem, że aktorka grająca główną rolę w tym filmie, Joanna Kulig, wróci z najbliższej gali oscarowej – z Oscarem w garści za najlepszą kobiecą kreację aktorską pierwszoplanową. Życzę jej tego bardzo; wiem, że to aktorka znakomita – elektryzująca, przykuwająca baczność widza, również przepięknie intuicyjna i skuteczna, przekonywająca. Nie mogło zaś ujść mojej uwadze to, co na konferencji w Cannes powiedział pan Borys Szyc grający w Zimnej wojnie przedstawiciela Partii, Lecha Kaczmarka. Panu Szycowi zadano następujące pytanie: „Ponieważ ty zagrałeś ‘złego faceta’ i twoja postać reprezentuje reżim. Jaki riserdż wykonałeś, aby przygotować się do tej roli?”. Pan Szyc, starając się przybrać personę inteligentnego komentatora rzeczywistości, odparł: „No więc nie musiałem wykonać za dużo riserdżu, ponieważ my w Polsce wiemy dużo na ten temat i, wiesz, to jest bardziej interesujące, co Paweł (Pawlikowski – przyp.: J.K.) ma na ten temat do powiedzenia, jak sądzę, ponieważ to jest bardzo aktualne teraz, tak? Jest bardzo dużo takich Kaczmarków teraz w Polsce, tak to powiedzmy. Wiesz (w tym miejscu wypowiedzi pada wesoły śmiech Szyca, który, jak można odczytać z formy całej jego wypowiedzi, ma za zadanie reprezentować wielkoduszny dystans intelektualisty względem zaściankowego, durnego społeczeństwa polskiego – przyp.: J.K.), kiedy cała władza jest w jednym ręku, to kreuje sytuację, gdzie ci ludzie chcą kontrolować wszystko – dlatego o tym tu rozmawiamy i dlatego jest to właśnie to niebezpieczeństwo trzymania władzy w jednym ręku i myślę, że to jest puenta, którą chcieliśmy pokazać bardziej, prawda? (ostatni zwrot, „prawda”, Szyc kieruje w stronę Pawlikowskiego, który istotnie wspiera jego tok rozumowania i interpretacji – przyp.: J.K.) [2].

A zatem z wypowiedzi pana Szyca na konferencji filmowej w Cannes, na której jego osobiste poglądy polityczne dzielnie i elokwentnie popiera pan Pawlikowski, wynika, że aktualna rzeczywistość polska w niczym, ale to po prostu w niczym nie odbiega od ponurej rzeczywistości głębokiego komunizmu w Polsce w latach 50. czy 60. ubiegłego wieku. Zachodzę więc w głowę i nie umiem przestać się dziwić: czy pan Szyc swoją wypowiedzią wygłoszoną na ww. konferencji zamierzył świadomie wpisać się w ów lewicowy ton błagalny – rezolutnie skomlący o to, by Polska została uratowana przez obce, silne mocarstwa? Czy też apel ten pana Szyca był raczej nieświadomy, zgłoszony zupełnym przypadkiem? Pytając wprost: czy pan Szyc jest rzeczywiście aż tak naiwny, bezczelny i głupi, jakim zaprezentował siebie i przy okazji nasz kraj na konferencji w Cannes, czy też po prostu nie ma bladego pojęcia, o czym mówi?

Co do inteligencji i erudycji pana Pawlikowskiego oraz jego zdolności reżyserskich nie mam, w przeciwieństwie do poziomu kultury i elokwencji pana Szyca, żadnych wątpliwości. Szalenie doceniam tę drogę estetyczną, jaką swojemu kinu Pawlikowski wytycza – jest to bowiem subtelne estetycznie, bardzo ładne czarno-białe kino, wysmakowane pod względem kompozycji poszczególnych kadrów oraz techniki operatorskiej i światła na planie. W tej przestrzeni nie żywię najmniejszych wątpliwości: estetyka kina Pawlikowskiego jest niekłamaną perłą. I z taką też intencją poszukiwałam w sieci materiałów publicystycznych z owej konferencji w Cannes – chciałam ucieszyć się z wystąpień reżysera i aktorów Zimnej wojny, wysłuchać ich opowieści o tej produkcji filmowej, o warsztacie aktorskim, o artystycznej wizji reżysera. Ani trochę nie spodziewałam się, że pan Szyc wykorzysta ten kulturalny kontekst do wesołkowatego szydzenia z aktualnej sytuacji politycznej w Polsce i mimo że sama jako Polka nie jestem dumna z niektórych poczynań aktualnego polskiego rządu, czasem naprawdę chcę po prostu zanurzyć się w sztuce, w czystej sztuce filmowej, oddartej z konotacji politycznych. A już całkiem nie spodziewałam się, że z owych materiałów konferencyjnych dowiem się, iż inteligentny twórca filmowy, Pawlikowski, podziela powyżej przytoczone poglądy polityczne pana Szyca – zwłaszcza że Zimna wojna reklamowana była jako subtelny, minimalistyczny estetycznie, kameralny dramat miłosny, a nie jako kino zaangażowane politycznie, jako widz czuję się więc zwyczajnie okłamana.

Kiedy już otrząsnęłam się z pierwszego szoku po zgłębieniu materiałów konferencyjnych z Cannes, podjęłam bardziej chłodną analizę przytoczonych poglądów politycznych. Pan Pawlikowski wyjechał z Polski jako dziecko, mieszkał głównie w Anglii, w której spędził niemal trzydzieści lat. Patrząc z tej perspektywy, czyli z perspektywy polskiego emigranta, łatwo oceniać totalnie negatywnie bieżącą sytuację polityczną Polski. Od pewnego czasu obserwuję tę prawidłowość: im dany człowiek bardziej fizycznie oddalony od polskich warunków egzystencjalnych, tym łatwiej przychodzą mu negatywne oceny sytuacji w Polsce. Pan Szyc wprawdzie emigrantem nie jest – żyje w Polsce, ale żyje w Warszawie, a Warszawa jako stolica i kolebka wszelkich biznesów wykazuje specyficzny mikroklimat i kulturowy, i polityczny. Dlatego obie te perspektywy – i emigrancka, i warszawska – nie mogą być traktowane jako odzwierciedlenie przekonań politycznych ogółu społeczeństwa polskiego, co zresztą potwierdzają wyniki ostatnich wyborów: partia PiS nie wybrała się sama – została wybrana większością głosów Polaków.

To prawda, że od czasów Solidarności nie było w Polsce tak wielu protestów, manifestacji i strajków, ale dzisiejsze liczne protesty nie odbywają się, jak chcieliby to postrzegać polscy emigranci egzystujący na Zachodzie czy polscy celebryci egzystujący w Warszawie, dlatego, że szykuje się w Polsce kolejny przewrót. Te protesty i manifestacje odbywają się tak często, bo mogą – oto jedyny powód. Każdy może mieć własne poglądy i wyobrażenia na temat funkcjonowania Polski i wyrażać je swobodnie, bo gdyby było prawdą, że demokracja w Polsce jest totalnie zagrożona, że nastał reżim analogiczny z PRL-em, nikt z obywateli nie wychodziłby na ulicę, aby głośno krzyczeć, co w obecnych rządach mu nie pasuje. Nie wychodziłby – ze strachu. Żeby zrozumieć, o jakim strachu mowa, wystarczy obejrzeć filmy na YuoTube, jak to wygląda w Rosji: władza tam od razu pałuje protestującego – nie patrząc, czy to kobieta, czy mężczyzna. Władza tłucze pałami, gdzie popadnie, prosto w miękki brzuch i każdy protest zostaje w ten właśnie sposób błyskawicznie stłamszony. I to jest reżim. W Polsce też tak było. Właśnie w czasach PRL-u za poglądy niezgodne z Partią można było zostać ciężko pobitym, można było mieć połamane wszystkie palce – to spotkało dziennikarza Wojciecha Cejrowskiego, albo można było wylądować w rowie i już nigdy nie wrócić do domu na kolację. I to jest właśnie ta sroga różnica. Dlatego powiedzieć dziś z wesołkowatym, głupkowatym wyrazem twarzy na poważnej, olbrzymiej imprezie kulturalnej, jaką stanowi festiwal sztuki filmowej w Cannes, że ta rzeczywistość nadal jest aktualna dzisiaj w Polsce, to szczyt albo bezczelności, albo obłudy, albo głupoty.

Cieszę się, że urodziłam się kobietą. Jako że jestem kobietą, moje poglądy wyrażone w tym artykule będą mogły zostać poczytane za bełkot kobiecy i nikt nie musi zawracać sobie nimi głowy, bowiem zgodnie z nurtem poprawności politycznej – kobieta nie może mieć poglądów takich jak moje, a skoro je ma, to na pewno dlatego, że otumaniona wiekami ucisku kobiecości przez reżimowy system patriarchalny, zatraciła własną wolę i niezależność intelektualną. Natomiast gdyby ten artykuł napisał biały, heteroseksualny mężczyzna – miałby, mówiąc kolokwialnie, przechlapane. Mnie artykuł ten ujdzie na sucho, ale mężczyźnie? Nigdy! A jeśli ten biały heteroseksualny mężczyzna byłby dodatkowo chrześcijaninem – tragedia; nie opędziłby się od słownego batożenia. A jeśli ten biały heteroseksualny mężczyzna byłby dodatkowo polskim katolikiem – masakra; zrównano by go z błotem i kupą. Gdyby autorem tego artykułu był biały heteroseksualny, katolicki polski mężczyzna – mówiono by dookoła, że przedstawił on poglądy komunistyczne, totalitarne i faszystowskie. No ale skoro jestem kobietą, to postępowi ludzie lewicy na pewno się nade mną dobrodusznie zlitują, bo oni są ogromnie światli oraz empatyczni – feministki przytulą mnie do serca i powiedzą, że jestem zdominowana przez podłą samczość samozwańczo rządzącą światem, więc sama nie wiem, co mówię; warszawscy celebryci powiedzą z litością, że reprezentuję ów zapyziały, ciemnogrodzki, zaściankowy i zacofany plebs polski; członkowie KOD-u stwierdzą wspaniałomyślnie, że za młoda jestem oraz guzik wiem o historii i realnym życiu… A na kolejnym festiwalu w Cannes proponuję następnemu celebrycie polskiemu opowiedzieć wesoły dowcip o Polakach – jest to najkrótszy dowcip świata, który swego czasu był bardzo modny w kulturze anglosaskiej: idzie Polak do teatru. Czyż to nie zabawne?…

Rozumiem świetnie, że niektórzy Polacy utożsamiają się z opozycją, czyli nie popierają obecnych rządów PiS-u. Ale publiczne twierdzenie, że aktualnie w Polsce dzieje się dokładnie to samo, co za głębokiego PRL-u, jest daleko idącym nadużyciem i zakłamaniem faktów. Również sugerowanie, że rodacy, którzy w legalnych demokratycznych wyborach na PiS zagłosowali, nie wiedzą, co myślą i co robią, że są prymitywni, zaściankowi, „wiejscy”, i że w ich żyłach płynie komunizm – jest podobnym nadużyciem, na dodatek wyjątkowo wstrętnym, bo przesiąkniętym ojkofobią. Postępowy Zachód ślicznie wygląda i pachnie – kiedy wrosło się w Zachód, będąc wieloletnim emigrantem albo kiedy jest się gościem na uroczystych galach i nośnych imprezach kulturalnych. Pośród tęczowej mowy poprawnego politycznie Zachodu, Polska ze swoją gorącą potrzebą bycia krajem wolnym, który nie chce podporządkować się reżimowi Niemiec, czyli Angeli Merkel i zarządzanej przez nią UE, musi wzbudzać powszechny absmak i chęć poskromienia. Rozumiem te chęci poskromienia nas, Polaków – tych małych i śmiesznych Polaków – co nie znaczy, że chęci te akceptuję. Nie, nie chcę i nie będę ich akceptować.

Ja też nie popieram rządów PiS-u, ja też marzę o silnej, zdrowej, moralnej opozycji i uważam, że obecny brak takowej opozycji jest poważnym problemem Polski. Ale celebryckie bełkoty o rzekomym polskim faszyzmie, zaściankowości i prymitywizmie doprowadzają mnie jako Polkę kochającą swoją ojczyznę – do zażenowania i rozpaczy. Patrzę z bolesnym zdumieniem, jak nasi celebryci zasłaniają swoje braki w wiedzy historycznej wyobrażeniami o historii podsyłanymi im przez popkulturowe obrazki. Wracając do świata filmu, idealnym przykładem ohydy poprawności politycznej jest Pokot pani Agnieszki Holland, którego recenzję możesz przeczytać tutaj: http://tosterpandory.pl/pokot-2017-recenzja-dlaczego-ikar-byl-nieszczesliwy/ . Tymczasem patrzę, jak amerykańskie kino zamienia się w poprawną politycznie defiladę: główny bohater jest czarnoskórym intelektualistą, który ratuje cały świat przed katolickim reżimem białych komunistów, pomaga mu odważna wojowniczka lesbijka oraz gej, który pomyślnie przeszedł operację zmiany płci, ówcześnie narodziwszy się w biologicznym ciele kobiety. Tylko czekać na prawdziwe dzieło wszech czasów: będzie to film historyczny, w którym w postać krwawego dyktatora Adolfa Hitlera wcieli się Afroamerykanin; film ten oczywiście ukaże „prawdę historyczną”, czyli udowodni, że w 39. Niemcy wkroczyli do Polski, aby wspaniałomyślnie ratować masowo mordowanych przez Polaków Żydów. W scenie finałowej wszyscy obudzą się na płaskiej Ziemi, a NASA okaże się jedną wielką mistyfikacją bolszewicką…

Jestem całym umysłem i sercem za tolerancją wszelkich mniejszości, ale nie zgadzam się na to, by wszystkie mniejszości w każdym możliwym kontekście były wyłaniane na powierzchnię życia i podawane do opinii publicznej jako wzór tego, jak żyć i co myśleć. Nie zgadzam się, aby za symbolem kolorowej tęczy upychano postulat: „Jesteś z nami albo przeciwko nam”. A to właśnie dzieje się obecnie nie tylko na arenach politycznych, ale również w kręgu kultury i sztuki. Pod szyldem równości i sprawiedliwości czai się płomienna nienawiść do każdego, kto nie jest kolorowy. A prawda jest prosta, co nie znaczy, że prostacka: większość ludzi mieści się w skali szarości – większość ludzi jest przeciętna, zwyczajna, a nie wielobarwna. Dziś głosy tych ludzi traktowane są jako zaściankowe, niskie, prymitywne i niechciane. My, zwykli ludzie, jesteśmy zakrzykiwani; wmawia nam się, że jesteśmy głupi i nieświadomi realnych potrzeb postępowego świata. Imputuje nam się, że jesteśmy niegodni podejmować samodzielne decyzje co do losów naszego kraju – tylko dlatego, że wynik wyborów nie poszedł po myśli mniejszości. A najgorsze, że płynie z tego ta właśnie podła, nikczemna teza: „Jesteś z nami albo przeciwko nam”. Szczęśliwa droga środka odchodzi w zapomnienie – jest mi przykro z tego powodu, aż czuję się zażenowana i zrozpaczona.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – pisarz i red. nacz. Literatury Tostera Pandory. Recenzent filmowy, twórca powieści, opowiadań, felietonów oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Na swoim blogu okołoliterackim Karolakowo w kategorii Pisanie publikuje artykuły dla pisarzy. Ich uzupełnieniem jest Głowa pisarza – regularny podcast dla pisarzy dostępny na kanale YT.

Źródła:
1 – Wypowiedź Terry’ego Gilliama: https://www.filmweb.pl/news/Gilliam+o+metoo%3A+S%C4%85+pochodnie%2C+t%C5%82um+i+zamek+Frankensteina-127483
2 – Konferencja w Cannes: https://www.youtube.com/watch?v=rcYiCpxraYQ

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (10)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *