Poradnik Młodego Polaka – Jak zostać kloszardem? „Pożyczona bieda”

Bieda to dziwne słowo. Tak dźwięczne słowo powinno być wyposażone w charakterystyczną treść – zwracającą uwagę i zapadającą w pamięć. Tymczasem sens słowa „bieda” zdaje się rozmyty. Nędza, ubóstwo – tak, te słowa dają w kość. Treść, jaka za nimi się kryje, od razu wprowadza człowieka w specyficznie czujny nastrój. Przed tymi słowami kłaniamy się z należnym im, zachowawczym dystansem. Ale przed biedą? Czemu mielibyśmy przystawać i przyglądać się słowu średniemu? Ani ono drastyczne, ani spiczaste. Ot – bieda: zwykłe dziwne słowo, po przezroczystemu średnie…

My ludzie – nie lubimy stanów średnich. Nie interesuje nas ani średnia pogoda, ani średni obiad, ani średni sposób na życie. Sposoby na życie winny być gustowne i oryginalne, obiady – jeśli nie wyrafinowane, to chociażby pomysłowe, a pogoda zawsze wyrazista i sprzyjająca.

Jeżeli faktycznie tacy jesteśmy, to słowo „bieda” logicznie wpisuje się w ten ludzki trend podejścia do rzeczywistości i idealnie wypada z naszego spektrum zainteresowań. Bo bieda leży pośrodku i rozpływa się na wielkiej planszy, podczas gdy dla człowieczego wzroku istotne pozostaje to, co na brzegach. Bo lubimy grubo zarysowane brzegi. Wtedy natychmiast widzimy, że tuż za nimi znajduje się niebezpieczne urwisko. I nie zbliżamy się, gdzie nie trzeba – z daleka rozumiemy, że nie warto.

Zaś bieda leży pośrodku i wypełnia sobą wielkie kółko na takiej samej zasadzie, na jakiej wypełniają je dziesiątki innych słów i spraw średnich, czyli słabo widzialnych. Bieda leży pośrodku razem z zupełnie przeciętną, chudą i rozcieńczoną zupą pomidorową, niedorozwiniętym deszczem, czyli mżawką, która chyłkiem i poza naszą świadomą jaźnią moczy nam ubranie, oraz beznamiętnym wstawaniem o szóstej rano do nudnej pracy, za wykonywanie której nikt nas nie ceni.

Całkiem inaczej rzecz ma się z biedą pożyczoną. Dookreślenie biedy wyrazem z bardzo dźwięcznym, wręcz żywiołowym „ż” wewnątrz oraz z uroczym znakiem diakrytycznym na końcu, w narzędniku – sprawia, że najpierw strzyżemy uszami, następnie pilniej otwieramy oczy, a w rezultacie może i nawet nieco drętwiejemy w obliczu zetknięcia z tym niespodziewanym semantycznym zjawiskiem. Perspektywa natychmiast się zmienia – wielkie kółko drga jak lizana wiatrem kałuża, brzegi się strzępią, wnętrze planszy bąbelkuje…

Bieda pożyczona może śmiało stawać do wyścigu z nędzą i ubóstwem – brzmi podobnie przerażająco, a przy tym niesie z sobą tajemnicę, co ładnie potęguje zawierającą się w niej groźbę.

Bieda pożyczona – czyli taka, której samemu się nie stworzyło, a którą się wzięło do domu jak swoją i teraz pełni się rolę jej głównego dzierżawcy i udziałowca. Nie wiadomo, kiedy będzie można biedę zwrócić, ani komu ją zwrócić. Nie wiadomo, na ile się z nią zżyć i uznać jej prawa jako istotne dla naszego osobistego samopoczucia. Nie wiadomo również tego, na ile sama bieda się do nas przywiąże i na jak długo zaoferuje swą wierność. Sytuacja staje się niezręczna i twarda, słowo średnie nareszcie zyskuje zasłużenie duży wymiar problemu godnego uwagi, a świat traci kolory na rzecz czarno-białości.

Bieda pożyczona to coś zupełnie nie naszego, ale żyjemy z tym czymś, jak z własną wizją życia. Bieda pożyczona, to osobliwy stan dobrowolnego ubóstwa. Układy sił politycznych i gospodarcze słabości naszego kraju sukcesywnie znieczulają nasze zmysły, stopniowo godzimy się z rosnącymi wydatkami i stojącymi pensjami, aż pewnego dnia budzimy się w życiu, którego sami dla siebie nie wybraliśmy. Wtedy do naszego zdrowego rozumu dociera, że mamy na stanie pożyczoną biedę – coś obcego, coś niewiadomego pochodzenia, co przyjęliśmy na własną odpowiedzialność, choć wcale nie pamiętamy, kiedy ani dlaczego. Myślimy:  to nie moje – moje życie w ten sposób nie wygląda.

Miałem mieć 35 lat i być kompletnie samodzielnym i niezależnym. Miałem mieć stabilną pracę – jeżeli nie rozwojową, to przynajmniej taką, którą da się choć trochę lubić. Miałem się nie bać, że być może pracodawca nie wypłaci mi miesięcznego wynagrodzenia na czas. Miałem spokojnie płacić rachunki i z radością czytać książki po pracy. Sądziłem, że wystarczy szczerze się zakochać, uczciwie pracować – być ogólnie poprawnym, w miarę dobrym, nie roszczeniowym człowiekiem – żeby móc ze szczęściem na twarzy założyć rodzinę, odrabiać z dzieckiem lekcje, mieć czas na dziecka wątpliwości oraz kłopoty i mieć entuzjazm, żeby uczyć dziecko tego samego: że szczerość, uczciwość i pracowitość są cnotami, i że wystarczy je w sobie pielęgnować, by dojść do miłego, normalnego, własnego życia.

A tymczasem to życie nie jest moje. Ta bieda nie jest moja. Jest pożyczona. Nie mogę przestać się dziwić…

Na razie staramy się nie narzekać, bo wmówiono nam, że narzekanie jest czołową przywarą narodu polskiego, za jaką powinniśmy się wstydzić. Dlatego nie narzekamy, tylko bierzemy nie naszą biedę niczym własną i hodujemy w zakłamanej nadziei, że pewnego dnia zgłosi się po odbiór pierwotny właściciel.

Przecież na dnie siebie – co prawda sięgam tam z rzadka, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że zawieram wewnątrz to szczególne miejsce – świetnie wiem, że nikt po moją pożyczoną biedę nie przyjdzie. Nie chcę głośno narzekać, bo wmówiono mi, że nie doceniam piękna kapitalizmu. Wmówiono mi, że nie pamiętam brzydoty i ubóstwa PRL-u, więc dziś jestem pozbawiony praw do narzekania. Ale ja znakomicie pamiętam budzące trwogę kartki i przydziały. Pamiętam także, nie mniej znakomicie, że moi dziadkowie i rodzice mawiali ze smutkiem: nie o taką Polskę walczyliśmy.

Ten obiecany, a niedotrzymany cud kapitalizmu wcale mnie nie przekonuje. Nie jestem pewny, dlaczego, ale coś szepcze, podpowiada mi w środku – przekomarza się ze mną, że ten cud wiąże się z wyprostowanymi bananami, które lepiej mieszczą się w kontenerze. I z „angielską” herbatą w torebkach, która składana i pakowana jest w Australii. I z mlekiem, które nie potrafi się zsiąść…

Wielu bezdomnych myśli, że żyje nie swoim, lecz cudzym życiem. Ich bieda jest tak samo pożyczona, jak twoja. Różni was jedynie drobna geografia – ktoś mieszka w kartonie i oszukuje sam siebie, że mu ciepło, ty mieszkasz w wynajętej norze mieszkalnej i udajesz, że ci wystarcza. A jak szef spóźni się z wypłatą, to zjesz suchy najtańszy ryż i nikomu się nie przyznasz. Albo nic nie zjesz – przecież nie pozwolisz na to, aby twoje dziecko poszło do szkoły głodne, aby ktokolwiek wiedział.

Ile wody jeszcze upłynie, nim twój horyzont zacznie się strzępić, drgać jak lizany wiatrem i bąbelkować? Kiedy zauważysz, że słowo „bieda” dźwięczy wystarczająco charakterystycznie, by pochylić się nad jego sensem? Kiedy dopuścisz do swojej świadomości, że ta średnia, zwykła – niespektakularna, bo nieskrajna – bieda jest czymś autentycznie niebezpiecznym, co dotyczy także ciebie? Kiedy?…

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o autorce przeczytasz, klikając niniejszy link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *