Pozwól mi wejść (2008) – recenzja wersji szwedzkiej

Pozwól mi wejść (2008) – recenzja wersji szwedzkiej

W romantyczną definicję miłości wpisana jest tragedia polegająca na niemożności bycia razem – zawsze. Romantyczni kochankowie istnieją wyłącznie w czasie teraźniejszym: przeszłość z nich paruje, a przyszłość zgubiła do nich dostęp (nigdy nie nadejdzie). Romantyczni kochankowie odnajdują się w „lawinie ludzkości” (cytując Edwarda Stachurę) przez przypadek, oddają się sobie w poczuciu niewinności i wzajemnej totalnej akceptacji, lecz będzie im dane spędzić ze sobą naprawdę blisko jedyne przysłowiowe pięć minut. Ich osobiste ścieżki przecięły się wprawdzie bez planu, ale temu połączeniu dwóch ścieżek od pierwszej (przypadkowej) chwili towarzyszył wyraźny, głęboki sens. I po tym zbyt krótkim, choć odżywczym, hauście świeżego powietrza, jakim są sposobność zaznania bezgranicznej bliskości z drugim człowiekiem oraz możliwość nasycenia się jego wsparciem i zrozumieniem, którym nas obdarza – należy się pożegnać i rozstać. Jedno z kochanków wyruszy w podróż, zaszyje się na drugim krańcu globu albo umrze, drugie pozostanie w tym samym miejscu, w punkcie zero, osobne, pojedyncze, niepełne, zdane na siebie i do końca życia – przez pierwsze – odmienione, wzmocnione i jednocześnie uwrażliwione. Oto romantyczna wizja miłości – najbogaciej ilustrowana przez rozmaite gałęzie sztuki, z filmem na czele, najmocniej podniosła i najwymowniej malownicza. Jest to bowiem wizja intrygująca, wchłaniająca w siebie, wzbudzająca wzruszenie i zachwyt nad nieszczęśliwym pięknem z góry skazanym na destrukcję.

Pozwól mi wejść (2008) – recenzja wersji szwedzkiej 1

Dlaczego tak dalece intrygują nas historie romantyczne, które w swym rozwoju za każdym razem dążą do nieszczęścia, do definitywnej rozłąki, do ostatecznego cierpienia? Czemu fascynują nas idee najkruchsze, najwięcej podatne na zniszczenie? Ponieważ bańka mydlana jest piękna. Nie doceniamy rzeczy trwałych, ich urok w naszych oczach rozwadnia się w nurcie czasu…

Chociaż w życiu bywamy pragmatyczni, miłosną relację budujemy najczęściej etap za etapem, rzadko kiedy ufamy intuicji i pozwalamy sobie pokochać drugiego człowieka od razu, w chwili, gdy jedynie spojrzymy mu w oczy – to w sztuce uwielbiamy podziwiać ów romantyczny motyw: kochankowie, którzy zatonęli w sobie od pierwszego wejrzenia, którzy cudnie cierpią w imię swojej miłości, którzy poświęcają siebie i wszystko, co posiadają dla swego partnera, a których na końcu czeka jedynie bezwzględnie bolesna porażka. „Cierpienia młodego Wertera” Goethego pod względem tego motywu nieszczególnie odbiegają od mitu o Pocahontas w kreskówkowej aranżacji Disneya. Zdawać by się mogło, że tego motywu nie sposób opowiedzieć inaczej, niż wszystkie sposoby, po jakie sztuka już skutecznie sięgnęła przez wiele epok i wiele stylistyk. Lecz okazuje się, że jednak można wykreować zupełnie świeży, wartościowy, nowy, dotychczas niewyeksploatowany sposób. Jest nim szwedzka produkcja pt.: „Pozwól mi wejść”, będąca adaptacją filmową powieści zatytułowanej „Wpuść mnie” szwedzkiego autora nazwiskiem John Ajvide Lindqvist.

Pozwól mi wejść (2008) – recenzja wersji szwedzkiej 2

Pozwól mi wejść to dzieło w duchu skandynawskiego minimalizmu. Maksymalna podaż treści przy sprawnie odważonej oszczędności formy. Na ekranie obserwujemy skandynawską zimę, cichą, naturalną i oczywistą. Jej mróz odczuwamy wręcz na własnych policzkach, na tyle jest naturalna i oczywista. Prawie i z naszych ust usiłują dobywać się obłoczki pary, chociaż od tego ewidentnego chłodu oddziela nas szklany ekran. Jednakże – kadr po kadrze – zapominamy o granicy w postaci ekranu. Obserwujemy miejski, surowy pejzaż – po części jak przez dziurkę od klucza, po części, jakbyśmy byli mieszkańcami widzianego miasteczka, jakbyśmy przechadzali się między bohaterami.

Co dostrzegamy przed sobą, wokoło siebie? Szare, dojmująco zwyczajne kamienice, ulice i chodniki pokryte zbitym śniegiem, obskurny most. Miasto sprawia wrażenie martwego, chociaż wypełniają je żywi ludzie. A jednak miasto otula nieokreślenie martwa aura, jak gdyby nad miastem wisiało trupie widmo. Tutejsze słońce świeci równie surowym blaskiem, jak surowo rysuje się cała sceneria. To jest specyficzna, charakterystyczna, skandynawska surowość. Światło słoneczne jest wprawdzie białe i kłujące, ale nie zawiera w sobie soczystości, zaś zmierzch nastaje szybko i nasze zetknięcie z niezwykle realistycznym, miejskim, mrocznym, zimnym i ciężkim krajobrazem prędko poczyna grać pierwsze skrzypce. Jasne światło poranka przyjmujemy w tej scenerii bez nadmiernego wyrzutu endorfin, raczej jako zwykłą, małą, niezbyt istotną cząstkę doby, która w okamgnieniu ustąpi miejsca podobnie surowej, ale przy tym kuszącej, nocy. Z zainteresowaniem wypatrujemy ponurego, zimowego zmierzchu i tego, co niechybnie się wydarzy pod czarnym, głuchym dachem nocy.

W tej atmosferze zimna, surowości i opuszczenia poznajemy dwunastoletniego Oskara. Delikatność i łagodność chłopca wykorzystują rówieśnicy – Oskar jest prześladowany w szkole. Nie potrafi przeciwstawić się silniejszym, i żerującym na swojej sile, chłopakom, nie ma kolegów, mieszka z matką, kompletnie nieświadomą ani wewnętrznej wrażliwości swego syna, ani jego problemów. Rozwiedzeni rodzice wyraźnie nie radzą sobie z wychowywaniem Oskara – matka koncentruje się na obwinianiu byłego męża, ojciec pozornie stara się być kumplem dla swojego syna, ale ważniejsi są dla niego dorośli kumple, z którymi lubi się napić. Ten kontekst rodzinny został nakreślony z nadzwyczajną subtelnością, która jednak nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, jak bardzo Oskar pozostaje dzieckiem samotnym, wyizolowanym, odłączonym od wszystkich i wszystkiego. Te treściwe szczegóły zostały nam opowiedziane właściwie samymi obrazami lub co najwyżej zwartymi dialogami, pomimo czego nie pozostawiają żadnych złudzeń ni pola na mylne domysły. Szkoła jawi nam się środowiskiem takim, jakim niestety często jawi się współcześnie również w naszym kraju – szkoła, to twór zupełnie oderwany od rzeczywistości, hermetyczny w stosunku do uczniów i idiotycznie schematyczny, w jakim ciało pedagogiczne ogranicza swoją rolę do funkcji strażników, zaś dzieci ukrywają się za fałszywie dobranymi maskami, myśląc i czyniąc, co chcą, kiedy tylko nikt nie patrzy. W takim środowisku nie ma miejsca dla dzieci spokojnych i wrażliwych, jak Oskar, natomiast jest to środowisko idealne do wykiełkowania iście wojskowej fali wśród uczniów, której najdelikatniejszym celem będzie agresywne uprzykrzenie egzystencji jednostkom słabszym – jak Oskar – poprzez sukcesywnie serwowane zastraszenie i osobliwe szykanowanie połączone z przemocą fizyczną.

Oskar spaceruje wieczorami po osiedlu nieopodal domu. Samotny i zamknięty w sobie, przysiada na drabinkach na osiedlowym placu zabaw i, zrezygnowany, kompletnie bez przekonania, układa kostkę Rubika. Za jego plecami zatrzymała się dziewczynka w podobnym wieku. Ma gołe nogi i ramiona, a jednak nie wydaje się, by było jej zimno. Początkowo zdystansowana do Oskara, z chwili na chwilę zaczyna być nim oczarowana. Ujmuje ją jego prostolinijność i delikatność. Oskara zaś czaruje inność dziewczynki, a także bezpośredniość i swoista hardość, którą dostrzegamy w jej zdecydowanie niepokojących oczach. Odtąd dzieci spotykają się – zawsze po zachodzie słońca, zawsze w ciemności – i krok po kroku, nieśmiało i ostrożnie, aczkolwiek z pasją, zaczynają się poznawać i związywać. Od pierwszego spotkania nie mamy żadnych pytań o gatunek relacji budowanej przez dzieci – od razu widzimy, że będzie to opowieść nie tylko o przyjaźni, lecz i o pierwszej miłości w życiu, pierwszej fascynacji pomiędzy płciami, pierwszej wzajemnie złożonej obietnicy bycia wobec siebie lojalnym, pierwszym ślubowaniu uczucia – wiecznego…

Tych dwoje dzieci – Oskar i Eli – to właśnie para romantycznych „kochanków”, którzy stają okoniem wobec idei romantyzmu pompatycznego, nacechowanego patosem i klasyczną tragedią. Dramat tych dzieci jest podstępnie rzeczywisty, skrada się niespiesznie i w milczeniu lub pomiędzy wierszami, a ich miłość pozostaje czysta, niewinna, ogromna i nader dojrzała – jak każda prawdziwa miłość, w każdym prawdziwym życiu. Oskar dzięki Eli nabywa aż jakoby świetlistości. Ukochana przekonuje go również do postawienia się szkolnym oprawcom – zainspirowany przez dziewczynkę chłopiec pokonuje swoje wcześniejsze tchórzostwo i bije prześladowcę kijem, z całej siły, w głowę. Skutki tego zdarzenia okażą się dogłębne dla wszystkich bohaterów, a dla nas –  poniekąd zaskakujące, a na pewno uderzające…

Ukochana Oskara mieszka z nim po sąsiedzku, przez ścianę. Dla swojej Eli chłopiec uczy się prostych sformułowań w alfabecie Morse’a i wieczorem stuka w ścianę życzenia „słodkich snów”. Eli zakrada się do pokoju swojego ukochanego nocą, przez okno, układa się obok niego w łóżku, bije od niej lodowaty chłód… Dlaczego ciało Eli jest tak nieludzko zimne, dlaczego Eli nigdy nie marznie, dlaczego wychodzi z domu jedynie po zmroku? Odpowiedź wydaje się przecież aż nadto oczywista, lecz postać Eli została przedstawiona i poprowadzona w tak przekonywujący sposób, że mimo wszystko czujemy się dotknięci podaną na tacy odpowiedzią, iż dziewczynka jest wampirem…

Ten element fantastyczny w tym filmie, zbyt często niesłusznie klasyfikowanym do gatunku horroru, stanowi jednak bardziej metaforę dotyczącą człowieczeństwa, niż wnikliwe studium o krwiożerczym potworze. W tym filmie nic nie jest kategorycznie oczywiste, więc kwestię, kto naprawdę zachowuje się jak potwór, każdy widz rozstrzygnie sam. Eli w każdym razie jest postacią tragiczną najzupełniej po ludzku, czującą do samej siebie odrazę – zabija, bo musi pić ludzką krew, aby przetrwać, nie zabija dla przyjemności. Jest to zastanawiająca cecha właściwie biologiczna, która paradoksalnie czyni z groźnej wampirzycy istotę dużo bardziej czystą, niż z pozoru czysty Oskar – on zabiłby, gdyby mógł; chciałby zabić, gdyby było to możliwe, dla zemsty i satysfakcji; myśli o agresji wzbudzają w Oskarze radość. Natomiast w Eli – myśli o agresji wzbudzają niechęć i pogardę w stosunku do siebie. Dziewczynka jednakże nie wartościuje i nie ocenia Oskara – kocha go prawdziwie, więc akceptuje takim, jakim jest, usiłując chronić przed wszelkim złem, włącznie z jego własnym cieniem…

Oskar również akceptuje Eli taką, jaką jest – dla niego świat ma sens wyłącznie dlatego, że istnieje na nim Eli… Nawet, jeśli w miasteczku nastaje fala dziwnych morderstw, jeśli Eli zakrada się nocą do pokoju Oskara – z buzią i dłońmi umorusanymi we świeżej krwi…

„Pozwól mi wejść”, to piękna, prosta w formie i przepastna w treści przekazanej obrazem i minimalistycznym słowem, opowieść dramatyczna, której głównym tematem jest miłość – a w jej obrębie oczywiście przyjaźń, jako że głównymi bohaterami są dzieci. Autor powieści, na podstawie której stworzono ten film, uznawany jest za szwedzkiego mistrza horroru w tonie Kinga czy Lovecrafta. Ale film horrorem z pewnością nie jest, wbrew twierdzeniom całej rzeszy recenzentów. Trudno określić go przynależnością do konkretnego gatunku, bez wątpienia znajdziemy w nim atmosferę grozy, jednak klimat oryginalnego „miłosnego” dramatu pozostaje tu bezdyskusyjnie najważniejszy. Akcja tego dramatu toczy się niespiesznie, ale ciężar ukazanych perypetii wszystkich bohaterów pozostaje bezapelacyjnie gęsty i brutalny, mimo iż podano go widzowi w niewidzialnej otoczce mglistego spokoju. Miejski skandynawski pejzaż uwodzi surowością, po części wręcz prymitywną, stąd wywierającą wrażenie niekłamanie bliskiej każdemu z nas. Finał wprawi nas w zachwyt zmieszany ze strachem. Siła uczuć dwojga dzieci doda nam otuchy połączonej z wyrzutami sumienia za bezsensownie utracone piękno. A zamiast intrygować się pięknem bańki mydlanej, zaczniemy doceniać urodę twardych, stabilnych, wiekowych domów.

Scenariusz tej adaptacji filmowej napisał sam autor powieści, co wiele tłumaczy. Znając tę informację, nie można się dziwić, że aura książki została zachowana bez skazy w ruchomym obrazie, choć niewątpliwie realizacja aż tak dobrego scenariusza wymagała bezwzględnie inteligentnej, odpowiedzialnej i konsekwentnej reżyserii, co też zostało dopełnione. Wzrusza i zastyga w pamięci także techniczna strona filmu – wspaniała, bo idealnie zharmonizowana i powściągliwa praca kamer, równie wspaniały montaż, który nie posiekał poszczególnych scen jak gdyby w bezwiednym pośpiechu, za to miękko skleił w całość rozłożysty wachlarz trudnych, wymagających ręki montażysty-estety, surowych kadrów. Patrząc na film pod tym kątem, z punktu odbiera się kunszt kina europejskiego, szalenie i szczęśliwie odległego od, nieświeżej już od długich dekad, schematyczności kina amerykańskiego (przeczytaj także: recenzję amerykańskiego remake’u filmu szwedzkiego – Pozwól mi wejść (2010) – recenzja remake’u Amerykanów). Tej, szlachetnej pomimo surowości, kompozycji estetycznej dopełnia, adekwatnie szlachetna i surowa, muzyka, której autorem jest Johan Söderqvist. Film znakomicie oddaje hołd wierności swoich twórców wobec rzeczywistości ukazanej w książce; film w stylu wybitnie delikatnym, bo nieomal niezauważalnym, szkicuje toteż kluczowo ważną zagadkę dotyczącą historii i osobowości Eli, na jaką odpowiedź można znaleźć tylko w książce – dlatego Ci z Was, których słusznie zachwyci ten cudowny szwedzki film, a którzy nie czytali jeszcze książki, poczują się w mądry, nie narzucający sposób zachęceni do sięgnięcia po lekturę tuż po seansie filmowym. W wyniku lektury zrozumiecie dokładnie i definitywnie, kim naprawdę była Eli, co jeszcze dobitniej uwypukli czystość relacji emocjonalnej dwojga dzieci…

Trudno ocenić, w jakim stopniu dobrze zagrali Kåre Hedebrant (Oskar) i Lina Leanderson (Eli). Ich kreacje rysują się nader naturalistycznie, pełnie i sugestywnie, jednak wiek dziecięcy i znikome z przyczyny metryki biologicznej doświadczenie w dziedzinie filmu nie pozwalają stwierdzić miarodajnie, czy w tym przypadku mamy do czynienia z ogromnymi talentami aktorskimi, czy po prostu ze szczerymi, naturalnymi dziećmi. Niemniej należy koniecznie podkreślić bezkonkurencyjne obsadzenie głównych ról po warunkach: Kåre o słomianych, bez mała białych, włosach, niepozorny, aż prawie „przezroczysty”, pozostaje bezspornie kompatybilny z wyobrażeniem o książkowym Oskarze, jednakowoż ciemnowłosa, wyrazista, a nawet przerysowana, bo aż chłopięca w swej urodzie, Lina, to celujące odzwierciedlenie książkowej postaci Eli. Ponadto wszyscy aktorzy, którzy wzięli udział w tej mistrzowskiej adaptacji „Wpuść mnie”, spisali się więcej niż zadowalająco, dzięki grze niezmanierowanej, nienaśladowczej, w stu procentach samodzielnej.

Pozwól mi wejść (2008) – recenzja wersji szwedzkiej 12

Reasumując, jest to rzecz godna polecenia dla każdego świadomego i rozumnego widza, a polecę ją jeszcze goręcej zwłaszcza tym wszystkim, którzy czują się zmęczeni i obrażeni przewidywalnością licznych produkcji amerykańskich. Ten film zapewni Waszemu poczuciu estetyki uzdrowicielskie rozprężenie, gdyż jego chropowate, zimne plenery i wnętrza dają zbawienne odetchnięcie od dosłowności ładnego i lukrowanego kina amerykańskiego; ten film pozwoli Wam stworzyć prywatny dystans do kinematografii w ogóle, który jest niezbędny do samorozwoju i kreowania własnych spostrzeżeń, a także uszlachetni i ucementuje Wasz gust, dowodząc, że we współczesnym kinie wciąż mogą powstawać dzieła cenne, których wartość mierzymy radośnie nie wielkością budżetu przeznaczonego na efekty specjalne, lecz zawartością. Zarazem jeśli film ten nie okaże się spójny z Waszym gustem, i tak powinniście docenić ogrom wzorowej pracy sztabu ludzi – począwszy od pisarza i scenarzysty, przez reżysera, Tomasa Alfredsona, i montażystów, również Tomasa Alfredsona oraz Daniela Jonsätera, poprzez aktorów, po twórcę muzyki. I nawet Matce Naturze należą się owacje na stojąco: dzięki Ci, Naturo, za tę skandynawską zimę, nieporównywalną z żadną inną zimą na świecie!

Justyna Karolak

Pozwól mi wejść (2008) – recenzja wersji szwedzkiej 7

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *