Pozwól mi wejść (2010) – recenzja remake’u Amerykanów

Pozwól mi wejść (2010) – recenzja remake'u Amerykanów

Prężny przemysł kinematograficzny Ameryki, to przede wszystkim silne zaplecze finansowe, które sprzyja super produkcjom ruchomych obrazów w ilościach hurtowych i we gwiazdorskich obsadach. Cudownie, że najpopularniejsza na świecie fabryka filmów dysponuje dziś tak wielkimi możliwościami budżetowymi i w związku z tym także – komercją i efektami specjalnymi zapierającymi dech w piersiach. Cudownie, że idąc do kina po niezbyt wymagającą intelektualnie rozrywkę, ale za to nienaganną w sensie realizacji, możemy udać się na film autorstwa np.: Tarantino, wówczas z kina wyjdziemy oczarowani, odprężeni oraz pełni pozytywnej energii i chęci do życia. Kultura amerykańska, to nie tylko hamburger i puszka Coli, to także komercja w pozytywnym rozumieniu tego słowa, komercja z rozmachem i ku pokrzepieniu zmęczonych codzienną pracą i problemami umysłów. Kultura amerykańska, to nie tylko płaski, wyprany z wyższych emocji kierunek pop, nie tylko popcorn, nie tylko próżność. Edgar Allan Poe – dla przykładu – był na tyle znakomitym pisarzem, że Europa „ukradła” go sobie, gdyż do dzisiaj spotyka się osoby, które żyją w przekonaniu, iż był on Brytyjczykiem, podczas gdy był Amerykaninem. Dlatego celem tej recenzji nie jest tendencyjna i złośliwa krytyka Amerykanów – podkreślmy, że w kulturze amerykańskiej istnieje wielu artystów i kreatorów sztuki wysokiej, pisarzy, malarzy, nie tylko filmowców, jak i twórców dzieł komercyjnych w najlepszym wydaniu, przykładem choćby rzeczony już Tarantino, który do nowoczesnego kina wnosi mnóstwo autorskiej żonglerki konwencjami oraz sporo niesztampowego poczucia humoru. To jedna strona medalu – szumne, ekspansywne, bogate amerykańskie kino, które bawi, czasami nawet wzrusza, a czasami kapitalnie pochłania wielobarwnym trójwymiarem za przeogromne pieniądze, jak np.: „Avatar” Camerona, i na tego rodzaju efektowne przygody zawsze miło wybrać się do kina. Natomiast druga strona medalu jest znacznie brzydsza – jest nią świat amerykańskich remake’ów, wśród których znaleźć perłę wartą uwagi, to zabieg nadzwyczajnie rzadki, wręcz bezcenny.

Dlatego niniejsza recenzja właściwie powinna nosić tytuł: „Czego nie zrozumieli Amerykanie?”. Amerykanie bowiem wyprodukowali w 2010. roku remake głośnego filmu szwedzkiego z 2008. roku pt.: „Pozwól mi wejść” (pod tym samym tytułem). Dodajmy rzecz kluczową w tym kontekście: oryginalna produkcja szwedzka jest nienaganną adaptacją powieści szwedzkiego autora nazwiskiem John Ajvide Lindqvist, do której scenariusz napisał sam autor tejże powieści – między innymi dlatego właśnie ta adaptacja jest nienaganna. Trudno wszak kwestionować przeniesienie atmosfery książki na ekran, gdy za proces owego przenoszenia współodpowiedzialny był twórca książki, który pisząc scenariusz, przydał procesowi temu najważniejszy, kardynalny szkielet. Do szczegółowej recenzji szwedzkiej wersji „Pozwól mi wejść” zapraszamy tutaj – Pozwól mi wejść (2008) – recenzja wersji szwedzkiej. Amerykanie zaś z niewiadomych przyczyn postanowili nakręcić własny remake tego mistrzowskiego filmu, który okazał się całkowitym pogwałceniem opowiedzianej historii Szwedów – filmowej historii, o książkowej historii nawet nie wspominając. Stąd pytanie – czego nie zrozumieli Amerykanie? Jakim cudem – przy możliwościach budżetowych swojej nośnej fabryki filmów – udało się Amerykanom zepsuć tak wybitnie gotowy, znakomity i prosty w konstrukcji produkt?

Zarzut, że Amerykanie czegoś nie zrozumieli, jest mocno uzasadniony. Nie zrozumieli co najmniej kilku aspektów elementarnych, czym dali przebojowo żenujący popis swej mielizny intelektualnej i emocjonalnej. Popis ów rzuca fatalne światło na całą amerykańską kulturę, w której można, jak powiedziano powyżej, z powodzeniem wyłowić dzieła sztuki wyjątkowe, lecz produkcje takie, jak ta, nakazują niestety powątpiewać: czy w każdym wyjątkowym dziele amerykańskim aby przypadkiem nie umoczył palców jakiś Europejczyk? Bo jeżeli nie, to niby jakim sposobem ten sam kraj, w którym rozkwitło inteligentne klasyczne kino hollywoodzkie (przyp. red. – np.: „Dwunastu gniewnych ludzi”), przy dzisiejszym technicznym postępie kinematografii oraz środków finansowych może w tak dobitnej skali zepsuć doskonale gotowy produkt?

Już sam plakat amerykańskiej wersji „Pozwól mi wejść” razi kpiny godnym niezrozumieniem przez Amerykanów, z jaką parą głównych bohaterów mają w tym wypadku do czynienia. W szwedzkiej adaptacji filmowej dwoje dzieci zostało genialnie obsadzonych po warunkach, czyli Oskar – to delikatny chłopiec o blond słomianych włosach, zaś Eli – to mocna w rysach, aż chłopięca dziewczynka, nieco od Oskara wyższa, gdyż jak wiadomo, dziewczynki dojrzewają szybciej, zatem w wieku 12. lat pozostaje normalnym, że dziewczynka nie będzie niższa i drobniejsza od chłopca. Być może ten argument dotyczący powierzchowności dziecięcych aktorów niektórym z Was wyda się mało istotny, jednak jako że forma sama w sobie jest zawsze nośnikiem treści, to określoność i charakter tej formy ma olbrzymie znaczenie i nie może być inaczej. Tymczasem w wersji amerykańskiej już z poziomu plakatu kinowego uderza absurdalny i najzupełniej omyłkowy dobór głównych aktorów: dziewczynka jest blond włosą eteryczną „elfką”, zaś oczywiście, że wyższy od niej chłopiec, to – znów: oczywiście – wyrazisty w rysach brunet. Pominę taktownym milczeniem zmianę imion głównych bohaterów przez bezmyślnych Amerykanów, mimo iż sens imienia Eli – pozostaje nie bez znaczenia dla pełnego zrozumienia tej historii. A jednak pewnym zdumiewającym cudem udało się Amerykanom zniszczyć nawet ten zamysł.

Pozwól mi wejść (2010) – recenzja remake'u Amerykanów 3

Ale lista tego, czego nie zrozumieli Amerykanie, jest dużo dłuższa i dotkliwsza:

  • Amerykanie w swej wersji zachowali w większości budowę poszczególnych scen i dialogi w nich zawarte – zmienili tylko kilka scen. Za to – które? Otóż te najważniejsze, najbardziej znaczące, najwięcej widzowi mówiące, choć często pomiędzy wierszami. W co zmienili te sceny? W łopatologiczne i komiksowe karykatury tego, co w szwedzkim oryginale było symboliczne, pełne wyrazu, estetyczne i wzruszające. Te amerykańskie zmiany w sposób haniebny odarły historię ze swoistej magii, polegającej na uroczym niedopowiedzeniu i ogromnie wymownej oraz intrygującej symbolice. Z syntetycznych, fascynujących dialogów dzieci, wskazujących na emocjonalną zażyłość Oskara i Eli, ostały się jeno bełkotliwie przeładowane zdania – wypowiadane naraz wielkimi literami, boldem oraz zwieńczone wykrzyknikami całkiem tak, jakby amerykańscy twórcy z góry założyli, że każdego widza charakteryzuje intelektualny niedowład, w związku z czym nic powyżej poziomu depresji mu się zwyczajnie nie należy. Mówiąc „depresja”, nie mam na myśli stanu umysłu i ducha, tylko poziom poniżej morza. W rezultacie tych obraźliwych wobec świadomego widza zabiegów powstała historia okaleczona, której pierwotne podszycie literackim wysmakowaniem zostało w tym remake’u zastąpione niesmacznym koktajlem scenek rodzajowych i dialogów z przeznaczeniem dla debili bez własnego gustu oraz zdania.
  • W szwedzkim pierwowzorze filmowym sceny morderstw i rozlewu krwi zostały ukazane w wymiarze surowym, chropowatym i w takiej że scenerii. W amerykańskim remake’u sceny morderstw zostały wpakowane nam do głów – przemocą, łopatą i rękawicą bokserską, do tego ciosy te okraszono typowym amerykańskim hitem: hektolitrami syropu z kukurydzy, twarzą aktorki zmodyfikowaną komputerowo specjalnie w na tyle efektownym stylu, żeby nie było wątpliwości, że potwór to potwór. Co też przeczy kompleksowemu sensowi opowiadanej historii, bo pierwotnie jej dyskretnym kręgosłupem było zostawienie nas, widzów, z pytaniem: kto w tej historii naprawdę jest istotą czującą i moralną, a kto naprawdę jest potworem? Przy tak zasugerowanym przez wersję szwedzką pytaniu każdy widz odebrał jasny sygnał, iż musi wysilić wyobraźnię i zadać dokładnie to pytanie samemu sobie, samodzielnie poszukać odpowiedzi, a następnie ustanowić własną gradację wartości. I znów – Amerykanie po prostu nie zrozumieli tego koronnego podtekstu, gdyż w swoim remake’u istotę czującą przedstawili jako przebojowego, rozpasanego potwora, co w żadnym razie nie powinno mieć miejsca.
  • Skoro już mowa o scenerii, szczytem niezrozumienia przez Amerykanów atmosfery tej historii jest ważna scena morderstwa pod obskurnym mostem. W wersji szwedzkiej most ten straszy właśnie poprzez swoją niepowtarzalną surowość i charakterystyczną europejską konstrukcję – i tu Amerykanie, jak gdyby świadomi, że nie znajdą u siebie tak „malowniczo” przerażającego mostu, wykorzystali na potrzeby swego remake’u „coś w tym stylu”, czyli coś absolutnie różnego, ale żeby odwrócić uwagę widza od tej ewidentnej różnicy działającej na ich niekorzyść… pomalowali ponury most w iście hipisowskie, kolorowe kwiaty… Doprawdy ciężko ustalić, co pokierowało Amerykanami – niedobór fantazji, czy jej nadmiar?
  • Remake amerykański z premedytacją odwraca chronologiczną kolejność zdarzeń – bo przecież koniecznie trzeba było udowodnić, że jest się kreatywnym i innowacyjnym. Niestety, kreatywność nie jest tym samym, co na siłę zmodyfikowana oś fabularna, a innowacyjność nie polega na tym, że ktoś, kto nigdy nie jeździł na łyżwach, raptem postanawia, że zatańczy na lodzie absolutnie idealny i nowy piruet. Innymi słowy, nowych piruetów nie tańczy się w wyniku iluminacji – dochodzi się do nich latami wytężonej pracy fizycznej podobnej do orki. A mówiąc wprost – w zamyśle Amerykanie zapragnęli pokusić się o takie figury stylistyczne, jakimi są suspens i rondo. W rezultacie udało się osiągnąć pomieszanie z poplątaniem, to jest słodki kogel-mogel przyprawiony pikantnym kethupem. Cóż, w kulturze frytek stosowanie kethupu musi być na porządku dziennym. Lecz amerykański suspens i rondo – nie udały się ani w milimetrze, bądź niechcący wyciął je montażysta.

W ten sposób punktować można bardzo, bardzo długo i soczyście. Nie ma to jednak większego sensu, żal poświęcać temu czas, który winien zostać przeznaczony na ciekawsze filmy i tychże recenzowanie. I Wam polecam przeznaczenie Waszego czasu na filmową opowieść Szwedów, jeśli nie w celu zachwycenia się ich produkcją, to przynajmniej w celu skonfrontowania swoich preferencji filmowych z tą surową, minimalistyczną, sączącą się powoli wizją. Być może nie trzeba mówić tego zbyt dobitnie, niemniej się pokuszę: serdecznie polecam stanowcze omijanie tegoż amerykańskiego covera, bowiem jest tak zły, słaby i idiotycznie wykastrowany z formy i treści, na ile tylko się da. Podsumujmy więc krótko, iż amerykański remake doskonałego filmu szwedzkiego jest dokładnie „wszystkim tym, co chcielibyście wiedzieć o zepsuciu i niezrozumieniu pięknej historii, ale boicie się zapytać”, parafrazując Allena. Cały dział Recenzji Tostera opłakuje czas bezpowrotnie stracony na ten seans, choć cieszymy się, że nasza ofiara ocali przynajmniej część z Was. Jak to mawiają terapeuci: każda pojedyncza kropla ocalona warta jest tegoż morza naszej ofiary, którą męczeńsko ponieśliśmy, a każdemu Amerykaninowi, któremu zamarzy się sięgnąć po tworzenie treści psychologicznych, czyli jakkolwiek głębszych, zaleca się rychłą konsultację z Europejczykiem – w przeciwnym razie zaboli i będzie goiło się długo, oj, dłuuugooo… a i tak zostaną trwałe, szpetne blizny.

 

Justyna Karolak

Pozwól mi wejść (2010) – recenzja remake'u Amerykanów 11

Pozwól mi wejść (2010) – recenzja remake'u Amerykanów 5Pozwól mi wejść (2010) – recenzja remake'u Amerykanów 6

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

4 komentarze

  1. Jakież to patriotyczne w wymiarze Europy zachwalać poziom intelektualny starego kontynent na tle kontynentu nowego.

    Na marginesie tylko przypominam, że to Amerykanie pierwsi latali w kosmos i opracowali rakietę Saturn V, z kolei równie wielka rakieta sowiecka wybuchała raz za razem.
    Nie jestem ignorantem, aby nie widzieć, że program kosmiczny Amerykanów rozpoczął „aryjski” europejczyk, lecz to tylko gorzej świadczy o Europie, że tak się w XX wieku zeszmaciła, że najlepsze umysły musiały wynajdywać bombę atomową na nowym kontynencie, a nie w Europie.

    Gdyby teraz Polacy zaczynali innowacyjne biznesy na Wyspach Brytyjskich i rozpoczęli rewolucję technologiczną w jakiejś tam dziedzinie, to nie byłby to powód do dumy dla Polaków.
    Polak to tylko zestaw genów, Polacy, czyli naród to właśnie unikatowa organizacja społeczna, która jest tak fałszywa, szkodliwa i słaba, iż do tej pory aż 2 mln młodych wyjechało na zachód.

    Coś nam chyba z tą wolnością nie wyszło mości Panowie i Panie, bo nie uwolniliśmy się od socjalistycznego myślenia, urzędy dalej traktują przedsiębiorcę i podatnika jak złodzieja i wykorzystują go na każdym kroku – co jest tylko konsekwencją uwielbienia dla „Solidarności” – żaden ruch robotniczy nie można przecież posądzać o postulaty intelektualnie spójne.

    Ameryka może składać się z głupich burgerów, latynosów i murzynów, ale to ona jest na intelektualnym przywódcą świata (wystarczy obejrzeć rankingi uniwersytetów) – nieustannie zasilana najlepszymi umysłami z Polski, Indii czy reszty świata.

    Zasługują więc oni jako naród na głęboki szacunek, bo ich organizacja społeczna jest od Europejskiej o kilka poziomów lepsza.
    Dlatego nawet jeśli statystyczne jednostki są tam głupsze, to dzięki tej przewadze „narodu” wyciągną one rodzynki z innych krajów i dalej będą liderem w przewadze technologicznej, bo dysponują przewagą organizacji społecznej – każdy wie, że najlepszym miejscem na start-up internetowy jest dolina krzemowa.

    Facebook przeniósł tam się jak tylko urósł uciekając ze wszystkimi preciozami z najlepszej uczelni starego kontynentu Uniwersytetu Harvarda – widać od razu, że wiedza tam wykładana jest niewiele warta – a reszta uczelni jest tylko niżej.

    Wstyd mi za Europę, bo jest starsza – więc powinna być lepiej zorganizowana. Lecz to naturalna kolej rzeczy, Ameryka jest świeżym organizmem, a my za długo kisimy się we własnym sosie, ta choroba dotknęła Indie i Chiny – a teraz przyszła do nas.

    Poziom intelektualny Amerykanina nie jest powalający, poziom intelektualny Ameryki na razie nie ma na świecie sobie równych.

    • Drogi Zibikendo, Twoja przewrotność zazwyczaj mnie rozczula, jednak czasami podnosi mi ciśnienie…

      Pomyliłeś działy Tostera: jesteśmy w dziale poświęconym sztuce, a dokładniej – filmowi, a nie w dziale Publicystyki albo Laboratorium. Swoje niszowe i kontrowersyjne poglądy na temat organizacji i jakości społeczeństw – napisz proszę do Publicystyki. A swoje postulaty o lotach w Kosmos – do Laboratorium albo jeszcze lepiej: do Programu Odyseja. Pod tym artykułem dyskutujemy o sztuce, kulturze i filmie – nie zgadzam się na innego gatunku dyskusję.

      Lecz skoro się upierasz, podkreślę krótko, że cały pierwszy akapit mojego artykułu mówi o dobrym poziomie kulturowym i intelektualnym Amerykanów, niestety opisany remake wspaniałego filmu szwedzkiego w ich wydaniu aż wył o tak surową recenzję, jaką popełniłam – jeśli zapytasz, odpowiem, że jak najbardziej zdaję sobie sprawę z zabiegu marketingowego, jaki tu przeprowadzono, bo oczywiście, że dostosowano specjalnie i świadomie kino pierwotnie trudne i ambitne do możliwości masowej kultury popcornu. Ja to rozumiem, ale literatura, kultura, film, to są dziedziny obecne w mojej codzienności, także zawodowej – jako pisarz czuję się też społecznikiem i uznaję, że to się po prostu nie godzi: wyprać mądry, bogaty w sensie obrazu i treści film z całej głębi, by następnie podać go, w postaci płytkiej i bez wyrazu, szerokiej acz niemyślącej publiczności. W przypadku tej konkretnej historii literackiej i filmowej (szwedzkiej) nie wypada moderować jej na kształt miałkiego „Zmierzchu”, a jednak pogoń za pieniądzem, za zyskiem pozbawiła Amerykanów skrupułów w tym względzie. Stąd moja surowa krytyka, stąd moja kpina z amerykańskiego społeczeństwa i stąd moja gloryfikacja kultury europejskiej – gdyż w zestawieniu tych dwóch filmów, szwedzkiego i amerykańskiego, „dzieło” amerykańskie zasługuje jedynie na szyderstwo. Społecznik we mnie twierdzi, iż nie wolno niweczyć poziomu rzeczy dobrych, jakościowych, należy równać w górę oraz „mierzyć siły na zamiary”. W lekkim kinie rozrywkowym Ameryka bardzo często nie ma sobie równych, ale treści nieco głębsze… Cóż, porażki są tu niestety nader częste – przykładem choćby Cronenberg i jego totalnie nieudany film pt.: „Niebezpieczna metoda”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *