Pracowitość usprawiedliwieniem każdego idioty

Pracowitość usprawiedliwieniem każdego idioty 2

Czy artysta jest leniem? Czy wyłącznie po ilości stworzonych tekstów powinniśmy oceniać talent pisarza? I ostatecznie co jest ważniejsze: talent, czy pracowitość i konsekwencja w działaniu?

Na powyższe pytania odpowiem szczerze i w sposób osobisty. Nie odpowiem w niczyim imieniu. Bo nie uznaję swoich słów za bezwzględny miernik rzeczywistości. Naiwnie, ale radośnie, podtrzymując banalnie brzmiącą tezę, iż każdy człowiek jest indywidualny, niepowtarzalny – nie mam zamiaru przenosić swoich twierdzeń na innych. Mówię z progu własnego doświadczenia i wyobraźni, przemyśleń. Nie mówię, patrząc na świat z lotu ptaka. I współczuję każdemu, kto usiłuje szybować, nie mając skrzydeł (nawet pożyczonych od Ikara).

Piszę ten artykuł, ponieważ Justynie Karolak-pisarzowi, zadano powyższe pytania. A są to ważne pytania. Uznałam, że trzeba poświęcić im więcej, niż chwilę. Że warto ustosunkować się do nich na piśmie. Dlatego piszę. Nie po to, by pouczać, mędrkować, lecz po to, żeby dodać otuchy czy wiary w siebie wszystkim wrażliwym i wrażliwym literacko, którzy albo spolegliwie pisują do szuflady, nie widząc innego wyjścia, albo marzą, by się ze swojej szuflady wydostać, gubiąc się jednocześnie w ilości potencjalnych wyjść. Jedni i drudzy żywią wątpliwości wobec siebie samych, wobec tego, kim są i jak powinni postępować, i oczywiście wobec świata, który postrzega ich, jak chce, zależnie od kaprysu. Ich wątpliwości nie są mi obce, bo szczęśliwie zdążyłam przebrnąć przez pewien odcinek drogi, która jest ciągłą wspinaczką po stromej ścianie – która jest nieskończoną walką o moje pisanie, o literaturę, o książki.

Lenistwo synonimem marzycielskości.

Pisarz, to zabawna istota. Spędza życie na skrobaniu piórem po papierze, bądź stukaniu opuszkami w klawiaturę komputera. Tak eterycznej czynności nie można nazwać przecież pracą. Bo żeby chociaż reportażami się parał, sprawozdania z życia pisywał, wtedy – owszem – można by powiedzieć, że pracuje. Ale on siedzi wszak w wygodnym, ciepłym fotelu – by nie rzec: na tapczanie, jak leń z wierszyka dla dzieci – i duma o przysłowiowych niebieskich migdałach. Marzy tylko, wprost mówiąc. A marzeń nie mylmy z wysiłkiem, z pracą. Marzeniami wolno zajmować się po godzinach – jeśli komu nie wstyd tak marnotrawić czasu.

Nie tylko pisarze, twórcy literatury pięknej, ale artyści w ogóle – w oczach społeczeństwa bardzo często uchodzą za leni. Za postacie aspołeczne, odludne, egzystujące w zamknięciu swoich napakowanych bezpłodnymi ideałami lub wizjami głów, które z realną, dotkliwą rzeczywistością nie posiadają ani jednego punktu stycznego.

Ludzie kochają artystów, tulą się do energii, którą ci emitują, szukają kontaktu i dialogu z artystami, dopóki nie nadejdzie moment na finalne konkluzje – dopóki nie nastąpi chwila płacenia. Kiedy tylko dochodzi do momentu stosownego na zwieńczenie rozmów, wspólnych ustaleń, transakcją finansową, wtedy artysta raptem przestaje być atrakcyjny. Przecież pan, panie artysto, potrafi rysować, to pan może siąść i narysować. Przecież to, że pan siedzi i rysuje, nic nie kosztuje, a już papier i ołówek, ja panu kupię. A jak mi pan narysuje (czytaj: oczywiście, że za darmo), to przecież pan sobie ten rysunek włoży do portfolio. Teczka się panu wzbogaci. Skoroś z pana prawdziwy artysta, pan docenisz. Przecież artysta tworzy, żeby się rozwijać, żeby mieć satysfakcję.

Sprostuję prostym rozumowaniem moim, iż satysfakcji nie daje, Szanowni Państwo, szkicowanie ani kolorem, ani słowem – darmowych projektów. Kiedy chcę pisać za darmo, zakładam bloga. Każdemu wolno, co nawet, nie przeczę, bywa rozwijające. Lecz dlatego, że człowiek chce, a nie dlatego, że go wykorzystują.

Za darmo, Justyna Karolak może napisać list motywacyjny przyjacielowi, który szuka pracy. Za darmo chętnie sprawdzę pracę magisterską pod kątem błędów językowych – także przyjacielowi. Ale za swoją powieść, którą dystrybuuje jej wydawca, ja sobie życzę punktualnie mój marny procent prowizji od sprzedaży każdego egzemplarza.

Fakt, że przyszłam na ten świat z tak zwanym talentem literackim, nie oznacza, że mam nieskazitelne dłonie elfa. Fakt, że zdecydowałam się na sporo brawurowych wyrzeczeń „tylko” po to, by uparcie pisać książki, by świadomie tworzyć literacką fikcję i literaturę piękną, nie oznacza, że jestem śliczną porcelanową lalką z główką nabitą iluzorycznymi mrzonkami. Przez cały czas walczę o przetrwanie; palę w piecu, gotuję obiady i piorę brudne skarpety. Nie żywię się manną prosto z nieba i mojego rocznego Pit nie wypełnia darmowa księgowa. Księgowa bierze ode mnie pieniądze za swoją pracę, ja chcę brać pieniądze za swoją – więc kiedy zleceniodawca zamawia u mnie konkretny artykuł, wymieniam kwotę, ciekawie obserwując jego reakcję i patrząc, czy rzeczywiście zamówi. Kiedy nie zamawia, ja wiem, dlaczego. Nie dlatego, że Karolak wysoko się ceni, tylko dlatego, iż Karolak jakkolwiek śmie się cenić – to bardzo dziwne, gdyż potrafi, więc przy dobrych chęciach mogłaby za darmo.

Jako wredna kobieta i zarozumiała artystka powiem krótko: nie, nie mogłabym. Ponieważ nie jestem instytucją charytatywną, komitetem powitalnym, ani infantylną dziewczynką.

Pisanie jest pracą, jak każde zajęcie wykonywane z pasją, z rzetelnością, kosztem swoich witalnych sił i kosztem ziemskiego czasu. Bycie pisarzem, artystą – nie jest również tożsame z beztroskim pławieniem się w marzeniach. Choć nawet, gdyby było, stanowczo wypada podkreślić, że marzycielskość niekoniecznie jest synonimem lenistwa (ni odwrotnie).

Jeśli sądzisz, że pisanie książek albo malowanie obrazów jest nie pracą, tylko słodkim, lekkim, pozytywnym wypełnieniem prozy dnia codziennego, jesteś głupcem lub w najlepszym razie – niedojrzałym, żałosnym karłem. Tak, Twoje człowieczeństwo w takim przypadku jest skarlałe. Jeżeli sądzisz, że pisanie książek nie jest pracą, to myślisz nie o pisarzu, ale o hobbyście. Dlatego, że jest gigantyczna różnica między malarzem niedzielnym a Boschem. Między modelką, która napisała „powieść”, a Murakamim, który stworzył powieść.

Artyści są bezapelacyjnym wcieleniem mocno skondensowanego hartu ducha, bezwzględnej odporności na niewygody życia, tym więcej zasługującej na szacunek, bo zachowanej pomimo wrodzonej wrażliwości, i jednostkami niebywale łaknącymi akceptacji oraz bliskiej relacji z drugim człowiekiem i ludźmi w ogóle. Pracują i borykają się z prozą życia – jak każdy. Doświadczają jej tym boleśniej, im więcej są utalentowani, im silniej uwrażliwieni. Ich codzienność, wypełniona sztuką, tworami, widziadłami – balansuje niewidzialnie dla społeczeństwa na cienkiej, niebezpiecznej linie, wysoko położonej granicy między docenieniem i tak zwanym z tegoż tytułu „sukcesem” a popadnięciem w niepamięć, byciem niezauważonym, pozostaniem wyizolowanym z tłumu i na zawsze kompletnie obcym, czyli „porażką”.

Artyści również, wbrew popularnej opinii, że są napompowani pychą i bezczelnym, bez podstaw tupetem – najczęściej pozostają nieznośnie krytyczni wobec samych siebie. Każdy dzień owocuje im nieprzyjemną gorączką myśli, bitwą z własnymi słabościami i gradobiciem ciężkich, mrowiących pytań o sens, na jakie niełatwo znaleźć mądrą odpowiedź. To właśnie artysta wyrzuca sobie, że jest leniem, kiedy pisanie „nie idzie jak z płatka”, kiedy nie udaje się popłynąć z prądem myśli, kiedy artyzm w rzeczywistości polega na brutalnej, prymitywnej orce. Dopiero gdy człowiek pogodzi się z tym, że orze, na koniec, czasami, jak gdyby przez przypadek – czasami, czasami, czasami, wyłania się pojedynczy snop jasnego światła i okazuje się wirtuozeria. Jest to wybitnie rzadkie zjawisko, na które pracuje się latami, bądź przez całe życie. Praca artystyczna jest orką. Którą często trudno znieść, wytrzymać. Wtedy uginasz się pod wpływem własnych ograniczeń, na chwilę gubisz trop, wątpisz w swoje umiejętności, zwyczajnie nie dajesz rady i posądzasz się o próżność, o lenistwo.

My, artyści, dobrze znamy te straszne autokrytyczne myśli. Nierzadko widzimy samych siebie jako leni, jako oddzielone od rzeczywistości, bezsilne istoty, którym czas, życie – przeciekają przez palce. Ale nienawidzimy, kiedy z góry posądza się nas o lenistwo. Bo w głębi mamy świadomość, że zarzut ten wynika z intelektualnej płycizny.

Płodność miarą kreatywności?

Justynę Karolak, która funkcjonuje w księgarniach i w Internecie jako pisarz, znamy z tego, że jest autorką jednej zaledwie powieści, Tropiąc jednego wilka. Jest to powieść, do wydania której dążyłam na trzydzieste urodziny, pragnąc się uzasadnić. Książka z pewnością nie jest genialna, co więcej, nie jest nawet na miarę potencjału, możliwości sprawczych, justynowych. To jest tak zwany debiut, który z wiadomych względów darzę sentymentem, od którego jednakowoż zdążyłam się oddalić, choć mimo wszystko nie jest on także całkiem niedobry w sensie literackim i chętnie polecę go każdemu ciekawskiemu „książkożercy”. Problem polega na tym, że nie możemy z niczym go porównać, ponieważ niczego innego dotychczas, jeszcze, na papierze –  nie wydałam.

Oceniamy po okładce, czyli po debiucie. Nie każdy wie, że mój debiut jest szóstą z kolei książką, biorąc pod uwagę w miarę dorosłe pisanie, czyli rozpatrując rzecz od osiemnastych urodzin. Szóstą. Po niej – napisałam powieści jeszcze kilka. Ostatnio dokonałam nawet pewnego progresu. Zaczęłam wkraczać w obszar niejako jakości literackiej – wcześniejsze książki, włącznie z debiutem wydawniczym, jeszcze były nierówne, nieuchwycone przeze mnie wystarczająco spójnie. Kroczę więc swoją drogą i uczę się, to są plusy opisywanej historii.

Ta ostatnia jak dotąd, ważna dla mnie książka, nie została wydana. Jeszcze. Wciąż piszę w zaciszu domowym, walcząc o byt, i cicho tworzę. Właściwie jestem anonimowa, wydałam tylko jedną książkę, mimo że kreatywności i historii do zaproponowania Czytelnikom –  mi nie brakuje.

Oczywiście można być autorem jednej genialnej powieści i trzydziestu beznadziejnych, płaskich, nic nie wnoszących. Wewnętrzne poczucie estetyki i pewna świadomość już własnych niedostatków, tak samo jak niepowtarzalnych, bo moich, atutów – podpowiadają mi jednak czytelnie, że kwestia bycia artystą a kwestia utrzymującym się ze sztuki artystą, to dwie zupełnie odrębne kwestie. Trzecią, unoszącą się nad dwiema wcześniejszymi jak dziwny obiekt latający, jest kwestia pisarza-Polaka utrzymującego się z pisania w granicach rodzimego kraju. Pominę ją złotym milczeniem, jako że ideału tego nie osiągnęłam zdecydowanie.

Wspominam o tych napisanych a niewydanych książkach dlatego, że oczywiście nie ilość, lecz jakość – o tym wszyscy wiemy. Lecz jednocześnie miarą Twojego talentu, jeśli sam próbujesz pisać, nie może być sukces w rozumieniu marketingowym. Jeśli wydawca nie przekazuje Ci powodów, dla których odrzuca Twoją propozycję literacką, możesz przyjąć dwie możliwości:

  • Twoja powieść została odrzucona, ponieważ jesteś za słaby i nie masz znaczącego talentu
  • Twoja powieść została odrzucona nie dlatego, że nie masz talentu, tylko dlatego, że masz za mały potencjał marketingowy

Droga polegająca na szukaniu wydawcy jest bardzo ciekawa. Najciekawsze w niej to, że sam musisz ocenić, czy masz talent, czy nie. Nikt tego nie rozstrzygnie ani za Ciebie, ani poza Tobą. Tylko Twój intelekt i gust, świadomość językowej materii, mogą naprowadzić Cię na sensowny trop i zmusić do trwania na obranej drodze.

Od młodych ludzi, którzy piszą do szuflady, a chcieliby podjąć wyzwanie i spróbować się z niej wydostać, wiem, że pełni są obaw, bo przecież tak trudno się przebić.

„Żeby się przebić”, wbrew pozorom, Moi Drodzy, to nieistotne. Istotne, o czym i jak piszesz, dla kogo piszesz i jakie treści generujesz. Czy piszesz tylko po to, żeby wylać z siebie „mroki duszy” i podzielić się nimi ze światem, by znaleźć kompanów w cierpieniu? Czy po to, żeby zwrócić uwagę na ważny lub intrygujący problem, by ukazać świat w takim świetle, jakiego inni nie potrafią na świat rzucić, by… Jeśli piszesz dla pierwszego powodu, załóż bloga – będziesz zdrowszy. Jeśli dla drugiego, orz, i ewoluuj.

Kiedy odpowiadamy sobie na pytanie, po co chcemy pisać, po co piszemy, dla kogo, wtedy wytrzymujemy orkę, wtedy spokojnie czynimy, co do nas należy, nie martwiąc się o docenienie. Gdy masz łeb na karku, wówczas dobrze wiesz, czy dysponujesz talentem, czy nie. To Ty wiesz najlepiej, czy tracisz czas, czy nie, oraz „co miał na myśli autor”. I to Ty decydujesz, komu, kiedy i w jakiej formie upublicznisz swoje pisanie. Ty jesteś za to odpowiedzialny.

Pracowitość usprawiedliwieniem każdego idioty…

Młodzi, utalentowani artystycznie ludzie, na przykład ci piszący do szuflady, często toczą bój z samymi sobą. To jest nieustająca wojna z własnymi myślami o nieprzezroczystość swojej tożsamości. Jak wytrzymać ciśnienie – ten stan, kiedy zarzucasz sobie, że nie jesteś dość pracowity? Jak wytrzymać chwile zwątpienia w swoje możliwości sprawcze? Jak dążyć do spełnienia marzenia, wydania swojej pierwszej książki, bycia jakkolwiek zauważonym?

Wielu, którzy odnieśli sukces, mówi o konsekwencji w działaniu i optymistycznej wierze w siebie. Brzmi może i pięknie, ale według mnie, nie oddaje wcale źródła problemu i nie wskazuje jasno, jak radzić sobie z natłokiem ciężkich myśli i trwać, czyniąc, co do mnie należy.

Justyna Karolak nie łamie sobie głowy tym, czy jej talent jest ważniejszy, czy pracowitość. Wiadomo, że obie rzeczy powinny składać się na wypadkową naszych poczynań, bo raczej nie osiągniemy za wysokiego poziomu z jednym tylko z dwóch wymienionych czynników. Ale dla kontrastu dodam, że pracowitość w potocznym, typowym rozumieniu tego słowa, jest cnotą, która może być udziałem każdego, dowolnego człowieka. Jeśli tylko się zaprze, zagryzie zęby, przez lata będzie budził się o określonej godzinie o świcie i szedł do roboty. Choćby ceną jego konsekwencji było zgorzknienie, choćby człowiek ten miał milion wad i zachowywał się podle w stosunku do innych, zawsze na plan pierwszy postrzegania przez społeczeństwo wyłoni się jednak owa „szlachetna” otoczka jego ja – czysta, zasługująca na szacunek pracowitość, prawdziwa cnota.

Płytka konsekwencja w działaniu, powtarzalność określonych ruchów, codziennych mechanizmów, życie w schemacie – kryjące się w istocie wewnątrz tak rozumianego słowa „pracowitość” – nie świadczą jednakże wcale o byciu ani wyjątkowym, ani cnotliwym.

Pracowitość może być usprawiedliwieniem każdego idioty. Talent, szczególną iskrę – posiadają zaś nieliczni. To wszyscy „wariaci”, artyści, prowadzący burzliwe życie, kroczący przez życie krętymi, wyboistymi ścieżkami – zmieniają ten świat, potrząsają umysłami i sumieniami innych, dostrzegają rzeczy dla ogółu niezauważalne. Ich praca nie polega na konsekwentnym podbijaniu karty o tej samej godzinie każdego dnia, co nie znaczy, że nie pracują. Ich praca jest dynamiczna, nierówna, sinusoidalna. Czasami odbywa się z dużym przyspieszeniem, czasami sączy się powoli, czasami musi zostać niekonsekwentnie przerwana i zaniechana, by artysta mógł powrócić do niej później, kiedy indziej, kiedy uzna za stosowne, kiedy będzie gotowy. Nie da się zorganizować od A do Z pracy twórczej. Decydując się na nią, decydujesz się na siebie – wyrażasz zgodę na siebie, godzisz się z faktem, że jesteś niczym więcej, aniżeli dziwnym atraktorem, który prowokuje różne zdarzenia w atmosferze, próbując je uporządkować, przydać im ładu.

Ważniejsza od konsekwencji wydaje mi się owa wewnętrzna wojna myśli. Za pióro chwytam w drugiej kolejności – dzieło, książka wyłania się jako ostatnia. Ważne to, co dzieje się wcześniej, co prowadzi Cię do niezwykłych odkryć. Wszelkie drobniejsze i większe impulsy, które tworzysz w głębi umysłu, na bazie których przystąpisz dopiero do konstruowania pewnej, Twojej, świeżej jakości.

Czy musisz wesoło, dziarsko w siebie wierzyć, żeby zostać zauważonym? Ważniejsze, czy piszesz o rzeczach, które uznajesz za wartościowe. Czy piszesz z pasją, czy nie możesz, nie potrafisz żyć bez pisania. Czy chcesz nawiązać dialog z Czytelnikiem, czy jesteś gotowy na konfrontację. Czy wstydzisz się za swoją niedoskonałość, czy też masz odwagę wydobyć na wierzch głębokie myśli bezwzględu na to, że narazisz się na śmieszność.

Możesz się wstydzić i możesz się bać, lękać o to, jak zostaniesz odebrany. Ale musisz mieć odwagę, by dostarczyć swoją literaturę ludziom, w wybranej przez siebie świadomie formie. Strach, to zdrowa rzecz. To znaczy, że Ci zależy, że masz o co walczyć. To, czy zostaniesz zauważony, czy nie, nie jest jednakże problemem wydawcy, lecz Twoim. Jeśli pragniesz być widzialny, będziesz. To ze sobą toczysz wojnę o nieprzezroczystość swojej tożsamości, nie ze światem.

Z pokorą

Justyna Karolak

 

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Sprawiedliwość trzeba oddać cnocie tworzenia czegoś co prawie nikt inny nie potrafi, jednak odbiór społeczny jako swego rodzaju stereotyp nie tworzy się bez powodu – to rezultat.

    Wymalowanie czarnego kwadratu na białym tle to nie jest sztuka, gdy już jeden taki obraz powstał, a takich pseudoartystów naśladowców jest wielu.

    Kiedy można się nie narobić, a najeść się prestiżu, czy zarobić – amatorów wykorzystania nimbu artysty dla miałkości i lenistwa znajdzie się wielu – stąd też i efekt w postaci braku poważania dla profesji.

    Stąd też nie oceniajmy zbyt krytycznie społeczeństwa za to, że po prostu reaguje na zalew bzdurzenia w płaszczyku artyzmu. A ze względu na fakt, że przeciętni przedstawiciele prawdziwej sztuki od masówki nie odróżniają, to nic dziwnego, że mamy wiele oskarżeń pod adresem diamentów, że „nic nie robią”. Po prostu przypina się im łatkę charakterystyczną dla ogółu – a fakty są takie, że większość „artystów” to banda leni – właśnie dlatego, że nie są prawdziwymi artystami, a tylko w świecie czarnych kwadratów artystów udają.

    To elitarna profesja – nie można nawet próbować nauczyć artyzmu, artyzm z definicji nigdy nie będzie elementem ogółu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *