Prawdy i kłamstwa o Dogville (2003) Larsa vonTriera

dogville1

Każde odważne, unikalne, mocne dzieło sztuki powoduje w odbiorcach wzburzenie i rodzi kontrowersje – tak też dzieje się w przypadku Dogville. Fakt, że tak się dzieje, jest naturalny, zwyczajny. Nie ma w nim niczego zdumiewającego. Natomiast absolutnie zdumiewają skrajne opinie, jakie wywołał ten film. Obok tych opinii nie sposób przejść obojętnie, identycznie jak obok samego filmu. Mowa o szczególnej sytuacji, w której dyskusja o poziomach wzburzenia dziełem sztuki staje się jednakowo ważna, co dzieło sztuki, które je wywołało. Artysta (w tej konkretnej sytuacji – reżyser) i widz, dzięki obrazom i dramatom takim jak Dogville, wychodzą  zdecydowanie naprzeciw siebie. Stają ze sobą nos w nos, przyglądają się sobie wzajemnie z bardzo bliska, i ta relacja będzie równie istotna, co samo gotowe, skonstruowane dzieło filmowe.

dogville

Zanim przejdziemy do zdumiewających, skrajnych opinii

Uciekająca przed gangsterami, piękna, „alabastrowa” Grace, znajduje schronienie w małym miasteczku – Dogville. Zamknięta, prosta, kameralna społeczność na wstępie niechętnie podchodzi do uciekinierki, obawiając się udzielić jej kredytu zaufania. W obronie uciekinierki staje młody pisarz, Tom, który krok po kroku pomaga Grace zjednać wszystkich mieszkańców Dogville. W zamian za możliwość ukrycia się w Dogville przed ścigającymi ją oprawcami, w zamian za możliwość zatrzymania się w miasteczku, Grace proponuje mieszkańcom, że będzie dla nich pracowała. Za kredyt zaufania oferuje swoją pracę fizyczną. Początkowo skromni mieszkańcy Dogville nie chcą na tę ofertę się zgodzić. Od zawsze radzą sobie przecież sami i nie oczekują dodatkowych rąk do pracy, bo w miasteczku nie ma żadnych zalegających obowiązków, niczego do zrobienia przez kogoś nowego. Ponadto oferta Grace ich krępuje. Dlatego, że nie czują się oni w żadnej mierze ważniejsi, „wyżej postawieni” od Grace, a traktują ją na równi. Grace proponuje zatem, że w takim razie podejmie się „pracy niepotrzebnej”, to znaczy takiej, która nie jest wprawdzie mieszkańcom niezbędna, lecz która w efekcie może okazać się jednak pozytywna, mile widziana, być może przydatna. Na tę ofertę mieszkańcy już przystają. Z czasem Grace – obficie przyrasta obowiązków, bo okazuje się przewrotnie, że pracy nadprogramowej i nikomu „niepotrzebnej” zawsze może być do wykonania więcej, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Tak oto w miękkim skrócie można naszkicować fabułę filmu.

Ale – to jedynie surowy, banalny szkic. Wbrew minimalistycznej, a wręcz umownej, scenografii, film ten jest wielce złożonym, skomplikowanym malunkiem, który powstaje z każdym następnym kadrem na naszych oczach, i który wykorzystuje do swego powstania całą przebogatą paletę dziesiątek kolorów, świateł i cieni.

Długo by opowiadać o tym, jak mieszkańcy Dogville przeobrażają się na naszych oczach. Jak bystro i chytrze poczynają oni wykorzystywać pokorność, grzeczność, pracowitość, delikatność i ofiarność Grace. Jak zakochany w Grace, jedyny intelektualista w Dogville, Tom, okazuje się największym spośród wszystkich hipokrytą. Inni mieszkańcy Dogville bowiem pozostają hipokrytami „tylko” względem Grace i siebie samych. Ze swoim bestialstwem wobec Grace czują się źle, fatalnie, niesmacznie, wstydząc się za siebie i swoje bestialstwo, lecz sami przed sobą usprawiedliwiają się tym, że nie mają żadnego wyboru. Muszą być bestialscy, bo nie mają wyboru – bo chronią dobro miasteczka, chronią swoich bliskich, chronią siebie. W ten sposób znajdują dla siebie wytłumaczenie i uzasadnienie własnego okrucieństwa i swoistej tresury Grace, za które w rzeczywistości się wstydzą, bo okrucieństwo dobrym ludziom nie przystoi. Ci ludzie wiedzą, że nie przystoi – mają tego świadomość – dlatego się wstydzą, dlatego mówią sobie, że muszą, że nie mają wyboru.

Ale, jak ujawnia film, bycie hipokrytami „tylko” w stosunku do siebie samych, to jeszcze nie najgorsza rzecz na świecie. Najgorszą rzeczą jest postawa Toma, który okazuje się hipokrytą potrójnym: wobec Grace, wobec siebie samego i wobec świata.

Otóż Tom – do wytłumaczenia, usprawiedliwienia swego okrucieństwa takiego samego, jak usprawiedliwianie się reszty mieszkańców – dokłada dodatkowe usprawiedliwienie, do którego doszedł wskutek dogłębnych, „intelektualnych” przemyśleń. Mianowicie swoje okrucieństwo wyjaśnia tym, że dzięki takiemu zachowaniu – zostawi on po sobie dla świata cenny pomnik: literaturę. Innymi słowy, okrucieństwo Toma według jego intelektualnych przemyśleń winno być uświęcone i wybielone tym, że w wyniku tego, z czym Tom się zmógł, przez co przeszedł, czego się dopuścił (okrucieństwo nad Grace) – pozwoliło mu stworzyć dzieło sztuki, napisać książkę. Chodzi o to, że o ile mieszkańcy Dogville „musieli” być okrutni dla Grace, bo „nie mieli wyboru” – o tyle Tom nie tylko, że nie miał wyboru, to jeszcze musiał dopełnić osobistą powinność wobec świata, dając światu dzieło sztuki, swoją literaturę.

Przekrój przez wszelkie przejawy hipokryzji opowiedzianej w filmie stanowi nadzwyczajnie wybitne studium nad człowieczeństwem bezlitosnym – do tego stopnia, że aż zwierzęcym, aż  psim. Nazwa „Dovgille” oznacza bowiem nic innego, niż „miasto psów”, czy też „psie miasto”. Koniecznie trzeba zastanowić się niemniej nad kwestią tu priorytetową: czy aby na pewno bezlitosne człowieczeństwo ukazane w tym filmie należy tłumaczyć zwierzęcą, psią naturą?

dogville3

Czym różni się pies od innych zwierzy

Wielu ludzi podejmuje tę złudną grę słowną, czyli prowokację artysty-reżysera, który wymyślił dla nas magiczny wytrych, słowo-klucz, czyli tytuł filmu: Dogville, a więc miasto psów. Wielu recenzentów, i widzów w ogóle, odczytuje ten tytuł właśnie tak – dosłownie. Z postaci mieszkańców tytułowego miasteczka wyłażą bowiem zachowania psie. Ludzie w tym filmie zachowują się jak bestialska, bezlitosna, okrutna psia sfora. Ten film, to głęboka, wstrząsająca,  brutalna opowieść o ludziach, którzy w kontekście dostarczenia im stosownych ku temu bodźców – stają się psami. Bestiami. Zwierzętami. Stosownym bodźcem do wyzwolenia z człowieka takiego psa, zwierzęcia, bestii – jest, rzecz jasna, subtelna, „alabastrowa” Grace. To jej subtelność rodzi w otoczeniu miano „władzy”. Jej subtelność rozbudza w otoczeniu instynktowne – a więc biologiczne, a więc zwierzęce – pragnienie górowania, zamanifestowania siły.

Powyższa interpretacja jest po części uzasadniona. Natomiast główny problem polega na tym, że prawie nikt nie zadaje sobie prostego pytania – praktycznie nikt spośród recenzentów tego dzieła nie podchwytuje prowokacji samego reżysera. Otóż – jeżeli reżyser chciałby rzeczywiście zobrazować zwierzęcą, dziką, bestialską naturę człowieka, to czy w takim przypadku posłużyłby się metaforą – psa? Zadając pytanie inaczej: gdyby chodziło o dzikość, zwierzęcość – czy tę metaforę nie lepiej od psa oddałoby inne zwierzę, np.: rekin albo pantera?

Otóż mówienie, że słowo-klucz, jakim jest „pies”, służy filmowi pt.: Dogville do omówienia zwierzęcej, dzikiej, agresywnej strony natury miasteczka, zbiorowości ludzkiej – jest straszliwie mylne, a co najmniej niewystarczające.

Pies – to zwierzę, które jako pierwsze (bądź jedno z pierwszych) zostało udomowione. Którego przeznaczeniem jest służyć człowiekowi. Którego natura została poskromiona i powściągnięta przez pana.

Pies, to stworzenie przede wszystkim oddane, wierne i służalcze, a nie dzikie, nie bestialskie, nie agresywne. To nad tym kluczem słownym w interpretowaniu Dogville powinniśmy się skupić. A oto, dlaczego…

… powiem wprost: kto w tym filmie – rzeczywiście jest psem?

Nie – nie mieszkańcy Dogville, która to opinia jest niestety bardzo popularna. Psem – jest… Grace. Właśnie ona. To Grace wiernie, służalczo, życzliwie, pokornie – ufa w dobroć i mądrość swoich panów. To Grace – z iście psią inercją – przyjmuje na swój grzbiet kolejne i kolejne kopniaki i baty. To wreszcie Grace – dosłownie niczym pies! – zostaje uwięziona na łańcuchu, z obrożą na szyi.

dogville4

Powiem wprost: kto w tym filmie jest psem, a kto człowiekiem?

Psem – jest Grace. Mieszkańcy Dogville – wbrew przekłamanym opiniom wygłaszanym o tym wyjątkowym, przenikliwym, przejmującym filmie – są ludźmi, nie psami. Ich okrucieństwo nie obrazuje wcale psiej – dzikiej zwierzęcości. Oni mają ŚWIADOMOŚĆ swojego okrucieństwa – dlatego to są ludzie, nie zwierzęta, nie psy. Oni wiedzą – mają CZŁOWIECZĄ świadomość.

Oczywiście na koniec – łatwo można zamienić się rolami, bo jak życie niekiedy dowodzi – nic, albo prawie nic, nie zostało na tym świecie ustalone raz na zawsze. Tak też dowodzi, przedstawia Dogville, w jakim na końcu historii ludzie być może staną się podłymi, niewychowanymi psami, zaś Grace ostatecznie zdejmie psią obrożę z szyi po to, żeby…

Ten ekspansywny finał nie powinien jednakże przyćmić nikomu trzygodzinnego filmu, w czasie którego wręcz ewidentnie widać tę, bez mała oczywistą, interpretację: psią naturę z tytułowego miasteczka reprezentuje Grace, a nie mieszkańcy. Pozostaje tylko zdumiewać się interpretacjom płytkim, przekłamującym dzieło, w których recenzenci i widzowie twierdzą, iż jest odwrotnie.

Jak to możliwe – myśleć w ten sposób? Dlaczego widzowie – służalczości, delikatności, iście psiej wierności i ofiarności Grace przypisują najwznioślejsze cechy ludzkie? I dlaczego – odwrotnie – w najokrutniejszych zachowaniach ludzkich dopatrują się zwierzęcej, dzikiej natury? Ach, jakież to „naturalne”, że gdy człowiek dopuszcza się czynów najdzikszych, a co ważne – czynów najpodlejszych, najwięcej nikczemnych i budzących grozę, to wówczas należy u genezy tych czynów ujrzeć zwierzęcość. Łatwiej wytłumaczyć bestialstwo – bestią, zwierzęciem, niż przyznać, że za bestialstwo może odpowiadać człowiek, a nie ukryte w nim zwierzę. Ach, trudno spojrzeć w lustro i zaakceptować, że to człowiek – z racji nie swej natury, a świadomości właśnie – zdolny jest do najrozleglejszych rozlewów krwi.

lars von trier

Skrajne, zdumiewające, negatywne opinie

Wśród skrajnych, absolutnie zdumiewających opinii – wyróżnić wypada kilka:

1.                  Dogville, to film klasy B, udający ambitne kino klasy A.

Dogville w rzeczywistości jest rodzajem kina – poza wszelkimi klasami. Nie można sklasyfikować go jednoznacznie, bo jest na to stanowczo zbyt trudny. Nie należy bać się podkreślić, że nie każdy ten film zrozumie. Zachwyt nad filmem, to już zupełnie odrębna sprawa. Nie trzeba się dziełem zachwycić, żeby dostrzec jego wyjątkowość czy ambicję twórcy, czy powagę przedstawionego problemu. Wystarczy trzymać oczy szeroko otwarte i potrafić samodzielnie myśleć, konkludować. Nie każdy to potrafi. I tu warto przypomnieć, że nie jest wstydem przyznać się uczciwie, że czegoś się nie rozumie, że coś – nie jest dla mnie. To żadna hańba. Prawdziwą hańbą jest samozwańcza „klasyfikacja” dzieła takiego, jak Dogville i wytykanie go palcami jako filmu próżnego, pustego, podszywającego się tylko pod jakąkolwiek głębię. Głosić takie opinie – to już wielki wstyd, hańba.

2.                  Namalowana scenografia – to szopka, maskarada.

Namalowana, umowna, więcej niż oszczędna – wręcz prymitywna – scenografia, jest w przypadku Dogville bardzo zacnym zabiegiem artystycznym. Prawdopodobnie poruszając się jako widz, za ruchem i okiem kamery, po prawdziwych domach, po autentycznych uliczkach miasteczka, nie odczytalibyśmy treści tak dosadnie, jak możemy ją odczytać dzięki takiej, a nie innej, minimalistycznej formie wizualnej Dogville. Uzasadnienie prymitywnej scenografii może być jednakowoż zupełnie przeciwne. Być może stykając się z więcej realną scenografią, alejami, atmosferą miasteczka, nie wytrzymalibyśmy psychicznie wielkiej skali brutalności ujętej w Dogville? Obie wersje są tutaj prawdopodobne. Urealniona scenografia mogłaby spowodować dwie przeciwstawne reakcje, mogłaby albo zresetować, zagłuszyć, wyjałowić dosadny przekaz emocjonalny, albo mogłaby przeciwnie, podbić go do tego stopnia, iż nikt przy zdrowych zmysłach nie umiałby miażdżącej mocy tego przekazu wytrzymać. Możemy tu domniemywać i zakładać się sami ze sobą, która z tych dwóch opcji byłaby bardziej prawdopodobna, ale zakłady te nie wpłyną na obiektywny stan rzeczy: namalowana scenografia w Dogville ma nie tylko swoje znakomite uzasadnienie, ale przede wszystkim daje widzowi coś unikatowego, pozwalając mu skoncentrować umysł na treści.

Forma też jest treścią, należy dopowiedzieć. Zwróćmy uwagę, że Dogville jest tym filmem von Triera, w którym znalazły odbicie WSZYSTKIE postulaty Dogmy. I w tym filmie miały one kapitalny, bezprecedensowy sens. Tutaj sprawdziły się genialnie, dostarczając nam obrazu filmowego absolutnie kompletnego, gotowego, będącego jednocześnie jakoby hybrydą filmu i teatru. Nie sposób przyjrzeć się tej specyficznej autorskiej hybrydzie inaczej, niż z szacunkiem.

3.                  Lars von Trier jest zwykłą, szowinistyczną świnią.

Jako kobieta i nie-feministka, wyżej wymieniony zarzut zostawiłam sobie na koniec, jak pyszny deser, jak wisienkę na torcie.

Epitet, iż von Trier jest szowinistyczną świnią, spotkałam na rozmaitych forach internetowych wielokrotnie, nie tylko przy okazji dyskusji o Dogville, choć odpierając go, postaram się skupić na omawianym filmie.

Dlaczego von Trier jest szowinistyczną świnią? Ponieważ w swoich filmach ukazuje kobiety do granic możliwości „uległe”, a poprzez tę cechę – dowolnie wykorzystywane, zwłaszcza przez męski świat. Ta argumentacja jest nader zdumiewająca, a przede wszystkim niewłaściwa, oszczercza, kłamliwa i, co chyba najgorsze – a przynajmniej dla mnie, bo jestem kobietą – jasno dokumentująca mieliznę intelektualną płci pięknej. Już tłumaczę, dlaczego tak sądzę, i dlaczego powyższy zarzut – uważam – należy dosadnie potępić.

Zacznijmy od tego, że Grace jest kwintesencją kobiecości. Śliczna, delikatna, wyrozumiała, oddana. Ostatnie słowo – „oddana” – już zapewne wywołuje krwawe skandowanie feministek. Bo według feministek kobieta winna być niezależna, silna i nieuległa. Tymczasem Grace jest tożsama z olbrzymią „uległością”, co rzekomo sama uznałam, porównując ją we wcześniejszej części artykułu do psa. Prawda rysuje się jednakże zgoła inaczej…

Psia służalczość, wierność, a nawet ufność Grace nie powinny być mylone z naiwną uległością. Różnica jest dosyć subtelna, ale świadomy widz po prostu musi ją dostrzegać. Grace nie jest kobietą naiwną, ani uległą. Owszem, zachowuje się służalczo, niczym dobrze ułożony pies, ale to zachowanie jest jej świadomym wyborem. Jej miłosierdzie i wybaczenie dla ludzi, którzy zadają jej ból, którzy – jak psa – poniżają ją i tresują, są wyrazem emocjonalnej, skomplikowanej zgody Grace na brutalne mechanizmy rządzące światem, a nie wyrazem naiwnej uległości.

Ponadto feministki powinny zważyć, że Grace jest gnębiona i brukana nie tylko przez mężczyzn, ale i przez kobiety. Każdemu widzowi pozostaje rozważyć w zaciszu prywatnego sumienia, czy większym bestialstwem zastosowanym na Grace było zgwałcenie jej przez mężczyznę (Bena) – słabego, zawstydzonego, zagubionego, czy roztłuczenie owych figurek należących do Grace – przez inną kobietę (Verę). Który czyn był straszliwszym gwałtem? Czy ten popełniony przez mężczyznę, czy przez kobietę?

Prawdą jest, że von Trier ukazuje w swoich filmach kobiety udręczone, kobiety pogodzone ze swoją udręką, kobiety-męczennice. Kobiety tak doskonale akceptujące i dźwigające swój wybitnie dotkliwy los, że to aż dziwne, nieprzystające, „nienormalne”. Ale z każdej z tych uciemiężonych, utrapionych bohaterek bije niezwykłe światło, niewysłowiona i nieoceniona siła, które u zdrowych ludzi zawsze powodują podziw, zadziwienie, szacunek i szczere wzruszenie.

Jeżeli już odpierać brzydkie, kolokwialne argumenty na temat rzekomego seksizmu reżysera, to powiem, że prawda jest całkowicie odmienna od tego, co uparcie i z jadem na ustach głoszą feministki.

Powiem, że reżyser ten umieszcza kobietę w samym centrum swoich artystycznych przemyśleń, a także przewrotnych poniekąd intelektualnych prowokacji. Powiem, że Grace i inne kobiety z jego filmów urastają do rangi herosów nieomal, tak dalece ich powierzchowna, iluzoryczna „uległość” pozostaje zwyczajnie kłamstwem.

Bess z Przełamując fale, Karen z Idiotów, Selma z Tańcząc w ciemnościach, Justine z Melancholii i Grace z Dogville… Każda z tych kobiet jawi się jako osobowość nad wyraz suwerenna, a ich zgoda, przyzwolenie na zadawane cierpienie – przeciwnie do wmawianej im przez feministki uległości – jest wyrazem albo wysokiej świadomości, albo kobiecej, intuicyjnej mądrości. Uwypuklenie tych dwóch cech (świadomość i intuicja) natury i intelektu kobiety przez reżysera-mężczyznę, stawia kobiecość na piedestale wielkiej inspiracji i muzy, a nie na poziomie przegranego, zdeprecjonowanego przedmiotu. Ta kobieca zgoda na cierpienie naprawdę bywa rezultatem osobistego wyboru i stanowczo nie zasługuje na to, by określać ją mianem bezlitosnych kajdan, w które kobiety zakuwa zły, nikczemny patriarchat.

Rebeca Serri.

gatunek:
  • Dramat
  • Thriller
produkcja:
  • Dania
  • Finlandia
  • Francja
  • Holandia
  • Niemcy
  • Norwegia
  • Szwecja
  • Wielka Brytania
  • Włochy
premiera: 3 października 2003 (Polska) 19 maja 2003 (świat)
reżyseria:
  • Lars von Trier
scenariusz:
  • Lars von Trier

 

 

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (5)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *