Prometeusze wszystkich światów – łączmy się!

Prometeusze wszystkich światów – łączmy się

Prometeusze wszystkich światów – łączmy się!

Krótka historia pisarki po drugiej stronie lustra

Wczoraj przepuściłam przez ręce lusterko. Patrzę na okruchy szkła. Myślę sobie: policzę je. Książek napiszę tyle, na ile kawałków potłukło się lusterko. Pomysł jak pomysł – każdy dobry, gdy się na niego wpada. Natomiast przeczyszczająco na pokłady entuzjazmu w jaźni wpływa proces przekształcania idei w czyn. Oczywiście nigdy zawczasu człowiek sobie nie uzmysławia, ile go będzie kosztowało podjęcie takiego procesu. Gdyby sobie uzmysławiał, wielcy wynalazcy uśmiercaliby swoje pomysły już w zarodku, w miękkiej macicy mózgowych zwojów, czym prędzej, nim się rozwiną i napęcznieją, gotowe do narodzin i wyskoczenia z głowy w najmniej spodziewanej chwili. Gdyby sobie uzmysławiał, czytalibyśmy nadal w poświacie lampy naftowej, gdyż żaden z Edisonów nie wynalazłby żarówki. I czy świat nie byłby wówczas lepszy? Jasne, że byłby, ale nie jest i nie będzie póty, póki po ziemi nie przestaną pląsać różni nawiedzeni Prometeusze, wrzeszczący „Eureka!”, ilekroć nadgnite jabłko, zrywając się z jabłonki, pacnie im na łeb.

Raz, dwa, trzy, cztery… Liczenie odłamków szkła idzie łatwo. Do czasu. Problemy zaczynają się po numerze dwunastym. Otóż trzynasty okruch szkła jest wyraźnie pęknięty pośrodku. Dwie jego cząstki dyndają na wietrze mych myśli, spojone jednym tylko mikro­włóknem szklanego ciała. Powinnam zakwalifikować go jako trzynasty i – w spokoju ducha i myśli – liczyć dalej. Co z tego, że jest niemal całkiem przepołowiony? Skoro trzyma się w jednym kawałku, jest trzynasty – i basta!

Prometeusze wszystkich światów – łączmy się 1

Wszak „niemal” to zgoła coś przeciwnego do „całkiem”. Coś mówi mi w środku, że to nie takie proste…

byle podmuch gotów dokończyć wypadek i rozerwać niefortunny trzynasty kawałek lusterka na dwa, kategorycznie oddzielne, kawałki. I co wtedy? Wtedy czternasty kawałek automatycznie przejdzie w piętnasty, a piętnasty w szesnasty, i tak dalej. A niby dlaczego, niczemu nie winien, czternasty ma zostać pozbawiony swego liczebnikowego imienia? Czemuż to on, czternasty, ma płacić za moje matematyczne błędy? Czemuż to on – czternasty – ma ponosić konsekwencje moich dziurawych rąk? Dlaczegóż to on (czternasty) ma ustępować innemu szklanemu sierocie miejsca na szufelce, dlaczego zmiotka ma omieść jego ranny, szklany korpus później niż w – przypisanej mu – czternastej kolejności? Nie umiem sprawiedliwie odpowiedzieć na te pytania.

Próbuję ugryźć temat z innej strony, ale i to na nic się zdaje. Bo i trzynastego to żadna wina, iż wyodrębnił się z gładkiej, lustrzanej tafli matczynej matrycy w takiej, a nie innej formie. Dlaczego mam go (trzynastego) siłą przepołowić, jeśli on (trzynasty) taki się urodził: z ewidentną dziurą pośrodku. Czemu mam pozbawić go (trzynastego) indywidualności? A może ta nadłamana połowa jest jego, trzynastego, ramieniem? Albo nogą?! Czemu mam je, to ramię lub tę nogę, amputować, jeżeli nie stanowią one – ani ramię, ani noga – bezpośredniego zagrożenia dla życia? Przecież zagrażają (to nagie szklane ramionko czy nóżka) wyłącznie tworzeniu struktury, przeszkadzają w usystematyzowaniu pewnych faktów, uniemożliwiają nadanie rzeczom nazw i przydzielenie ich odpowiednim strukturalnym sferom…

Prometeusze wszystkich światów – łączmy się 2

Biedne maleńkie, bezbronne szklane okruszki! Jak ja wam współczuję! Jak mogłabym was skrzywdzić? Ależ to ja was stworzyłam. To moja gigantyczna, nieporęczna ręka wykroiła was jednym machnięciem z onginej lustrzanej całości. Lecz jakim to niby prawem ta sama fatalna łapa ma ingerować w wasz los, nadawać wam imiona i kierunki waszym świeżym bytom? A może wy wcale nie chcecie mieć imion? Może wy nie chcecie ani się nazywać, ani mieć przed sobą celu… może waszym sensem jest bezcelowość właśnie: szklany bezruch na stonowanym, szlachetnym, drewnianym parkiecie pokoju… Biedactwa! Nawet nie możecie mówić, wyrazić własnej woli lub jej braku! Skąd mam wiedzieć, jak uczynić wasz los lepszym, właściwszym, uporządkowanym – lub też nie czynić niczego…

Wtem, gdy tak kucam w bolesnej zadumie nad rezultatem mego – jakże traumatycznego – wypadku z lusterkiem, do pokoju wchodzi mój mąż. Wydobywa mi z dłoni – nim zdołam zaprotestować! – szczotkę i szufelkę, i czyni z nich – ekspresowy w skutkach – użytek, zgodny z ich pierwotnym przeznaczeniem. Wpadam w popłoch i szał i histeria wyciska mi łzy spod powiek. Ale on nic nie rozumie. Nic a nic! Całuje mnie tylko w czoło (jak siostra miłosierdzia – żenujące, żeby mąż tak całował) i rzecze czule:

– To tylko lusterko, kochanie. Kupię ci nowe.

– Ale jak… jak… jakim sposobem… – chcę go zapytać, jak ja się teraz dowiem, jak ja teraz policzę, ile książek mam napisać. Ale słowa grzęzną mi w gardle, dławione smutkiem bezradności; nie mogę z siebie wydobyć ni krztyny pytania.

Wszystko stracone! Post factum. I kropka. Nic więcej się nie zdarzy. Nie ma verte.

Prometeusze wszystkich światów – łączmy się 3

Wreszcie – przy kolacji – opowiadam mężowi całą historię od początku do końca. Zwierzam się, mówiąc krótko. A on się tylko śmieje i mówi:

– Przecież to proste: książek będzie tyle, ile zdołasz ich napisać przez lat siedem.

Faktycznie! Zupełnie zapomniałam o tępym zabobonie z potłuczonym lusterkiem, iż to rzekomo zwiastun siedmiu lat nieodzownego pecha.

– Ale ja nie wierzę w zabobony – przypominam sobie nagle, wytrącona z własnego wcześniejszego myślokształtu.

– Wcale nie musisz – mąż ciągle upiera się przy swoim (dureń jeden – gdzie ja miałam oczy). – Twoja wiara czy niewiara niczego nie zmienia. Żaden stary przesąd nie potrzebuje twego przyzwolenia, by istnieć nadal. Chodzi tylko o to, by śmierć lusterka nie poszła na marne.

Wstyd mężowi oddać rację, a samej przyznać się do blagi, ale tak postąpiłam. Rzeczywiście – nieważne, ile ziarenek piasku znajduje się w klepsydrze, ważne, że się przesypują, że odmierzają czas. Nieważne, na ile części potłukło się lusterko – ważne, po co się potłukło. Abym mogła pisać, pisać, pisać – razy siedem… Jednak co zrobię, jeżeli tych siedem lat okaże się okresem zbyt krótkim na napisanie choć jednej sensownej książki?! – taka to trwoga gwałtownie chwyciła mnie za gardło.

Prometeusze wszystkich światów – łączmy się 4Wówczas kupię ci dużo lusterek i wszystkie specjalnie potłuczesz – z pociechą znów przybył mi mąż. – Skoro nie wierzysz w zabobony, pecha to nie przyciągnie, a tylko zainspirować może.

Pomyślałam: racja! Sam przesąd jeszcze o niczym nie przesądza. Sądzę niemniej, że nie powinnam pisać wszystkich dobrych książek od razu. Jeśli przez całe życie (grubą wielokrotność siódemki, mam nadzieję…) uda mi się napisać jedną naprawdę sensowną książkę, jestem skłonna powiedzieć, że wszystkie lusterka i wszystkie zabobony wszystkich światów warte są tej próby.

Może zresztą proces podjęcia przekształcania idei w czyn nie jest wcale taki z gruntu pomylony. Innymi słowy: chwalić Edisonów! Dziękować z wdzięcznością i chwalić!

A zresztą – wcale przecież nie chodzi dokładnie o mnie. Najistotniejsze, że na świecie istnieje czas, że przesypuje się piasek w klepsydrze, bo póki się przesypuje, póty zdążają się rodzić kolejni Edisonowie, i kolejni nawiedzeni, z entuzjazmem pląsający po ziemi Prometeusze, których łączna suma dopiero daje światu prawdziwe światło i ogień.

Prometeusze wszystkich światów – łączmy się 5– No chodź, pocałuj mnie wreszcie – powiedziałam do męża – przecież to w końcu wstyd i żenada, żeby mąż tak całował, jak siostra miłosierdzia!

Dodam, że posłuchał. Przecież summa summarum to żona rację mieć musi. Kropka!

Justyna Karolak

Do ilustracji artykułu wykorzystano prace Roya Lichtensteina;

ROY LICHTENSTEIN –  link do artykułu o artyście, na łamach Tostera Pandory

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *