Przekrojowo o Melancholii Larsa von Triera

Melancholia

Stworzenie takich niezwykłych, potężnych, dotykających serce i poruszających umysł obrazów filmowych, jak Przełamując fale (1996), Idioci (1998) i Tańcząc w ciemnościach (2000) – zobowiązuje. Niestety, w roku 2008 wyłania się Antychryst, który obciążony balastem poprzednich wybitnych dzieł tego oryginalnego, znakomitego reżysera,  nie okazuje się wystarczająco silny i wielki, by wypłynąć na czyste wody. I tak oto idzie na dno, w sam środek kipieli głosów negacji, oburzenia i rozczarowania. Oczywiście są tacy, którzy zachłyśnięci wcześniejszą twórczością von Triera, zachwycili się i Antychrystem, jednak mnóstwo ludzi nie było w stanie pojąć przepastnego korowodu symboli w nim zawartego. Sporo widzów zachodziło też w głowę, czy na pewno były to symbole, czy też przewrotny reżyser zwyczajnie zabawił się, wiernym już, widzem i zakpił z niego.

melancholia1a

Niezależnie od tego, czy uznamy Antychrysta za film głęboki i mądry, czy rozproszony w rozpiętości powiązanych ze sobą nieokiełznanych obrazów, wątków i poprzez to – chybiony, spłycony, prawda jest taka, że w wielu widzach film ten zasiał ziarno rezerwy wobec reżysera. Po zmierzeniu się z Antychrystem, bardzo trudno przystąpić do smakowania kolejnych dzieł reżysera-przewrotnego wizjonera, z otwartą głową. Natłok symboli czy po prostu metafor w Antychryście powoduje w widzu bałagan, bo bez czytelnej, jasnej narracji nadzwyczajnie ciężko jest uchwycić sens przemycanych w nim treści. Inaczej mówiąc, we wszystkich filmach von Triera mamy do czynienia z wyjątkowym przedstawieniem, wyraźnie autorskim i charakterystycznym. We wszystkich filmach von Triera mamy do czynienia z oszczędnością dialogów, a prowadzeni jesteśmy przez unikalny a minimalistyczny klucz w postaci samego obrazu, w postaci samej choćby pracy kamery. Ta oszczędna w słowach, minimalistyczna, specyficzna narracja nie sprawdziła się jednak w dziele takim jak Antychryst, bo widz pozostawiony sam sobie – w dzikiej przyrodzie, w mroku, w leśnej, nieokrzesanej głuszy, w samym epicentrum niewysłowionego, czystego zła – odczuwa zagubienie i przytłoczenie brutalnością skomplikowanej wizji. Brutalności tej dopełniają, prawie pornograficzne w swojej precyzji, sceny seksu, sfery erotycznej. Stąd myśli widza mogą w nieprzyjemny sposób odkleić się od fabuły i bez wsparcia w postaci jakkolwiek klarownego, więcej dosłownego komentarza, widz ten poczuje się zmęczony, trochę też okłamany, a na pewno zawiedziony. I z tych właśnie przyczyn Antychryst nie dosięgnął, ustawionej niegdyś przez samego reżysera, wysokiej poprzeczki.

melancholia2

Na szczęście w 2011 roku von Trier poczęstował nas Melancholią. To dzieło, na szczęście, znów mogliśmy przyjąć jako swoistą artystyczną perełkę. Jako „starego, dobrego von Triera”, a jednocześnie von Triera dojrzałego, spokojnego, zrównoważonego.

Pierwsza część Melancholii (film składa się z dwóch rozdziałów, oddzielonych od siebie odpowiednio zatytułowanymi planszami, pierwsza z nich, to Justine), ukazująca wesele głównej bohaterki, Justine, od pierwszych chwil przywodzi na myśl stare, dobre Przełamując fale. Od razu rozpoznajemy podobieństwo, od razu wsiąkamy w tę rozedrganą, charakterystyczną pracę kamery, która powoduje przekonywające wrażenie filmu dokumentalnego. Momentalnie też w osobie Justine rozpoznajemy bohaterkę analogiczną do Bess właśnie z Przełamując fale. Znów  wrażliwa, aż mistyczna kobieta, znów panna młoda. Dodatkowo, w żywy dowód, że nasze skojarzenia z Przełamując fale są słuszne, z drugiego planu wychyla się bohater grany przez samego Stellana Skarsgårda (Jan z Przełamując fale).

melancholia3

Lecz o ile Bess zachwycała niewyczerpanym optymizmem – tak brawurowym, nieskruszonym i naturalnym, że aż dziecięcym – o tyle Justine jawi się jako urodzona pesymistka. Z między-wierszy pierwszego rozdziału Melancholii odczytujemy prawdę o Justine. Sami domyślamy się czającej się w kobiecie depresji, sami przeczuwamy, że wraz z rozwojem fabuły z Justine wysączy się na zewnątrz ten niezaprzeczalny, okrutny i mocny ładunek smutku, który początkowo szczelnie w sobie chowa, usiłując ładnie i skuteczne kreować zewnętrzną personę szczęśliwej panny młodej, radosnej, wspaniale zakochanej, pogodzonej z życiem, z rodziną – z matką i z siostrą.

O ile Bess była rzeczywiście szczęśliwa i zakochana, promienna i świetlista, o tyle Justine tylko stara się taką być. Czy stara się z własnej woli, czy w wyniku nacisku świata zewnętrznego, każdy winien stwierdzić sam. Jednak promienne, radosne zewnętrze Justine, persona, w jakiej wkracza ona na swoje własne wesele, są wykreowane, nieautentyczne, nierealne. Co wcale nie znaczy, że nieprawdziwe. Zdaje się, że Justine prawdziwie, szczerze pragnie być zwyczajnie szczęśliwa, ale owo szczęście nie leży w jej zasięgu. „Coś ciągnie ją w dół”. Przed czymś Justine nie potrafi się uchylić, coś ją jakoby niewoli i odmawia jej osobistego szczęścia i zachwytu nad światem, nad życiem. Niewątpliwie nie pomagają jej również członkowie najbliższej rodziny, toksyczna matka i nadopiekuńcza, kategoryzująca wszystko wokół, siostra. Świeżo poślubiony mąż, uwielbiający ją wprawdzie, oddany, także nie stanie się dla Justine odpowiednim partnerem i wsparciem. Nie potrafi jej bowiem zrozumieć. Chciałby zanegować depresyjność Justine, chciałby wyrugować z niej pesymizm, wykradając ją z tu i teraz i wklejając wprost do lepszego świata, do słodkiej krainy, podobnej więcej do różowej bańki mydlanej niż do namacalnego miejsca, w jakim kobieta taka jak Justine mogłaby poczuć się bezpieczna. Ta słodka kraina to piękna ziemia, którą świeżo zaślubiony małżonek zakupił z myślą o Justine i ich wspólnej, cudownej przyszłości. Justine miałaby jego zdaniem odnaleźć na tej ziemi sielskość i spokój, jeść rumiane jabłka prosto z drzewa, żyć jak „księżniczka” i czerpać z tej uładzonej, miękkiej przyrody, pięknej ziemi, pozytywną energię potrzebną do życia. Miałaby niczym się nie martwić i nie troskać. Miałaby zostać przez ukochanego mężczyznę w ten sposób uratowana. Jednak – uratowana przed czym? Przed okrucieństwem życia, świata? Czy przed samą sobą?

melancholia4

Najbliższa rodzina więc z mężem na czele niczego nie ułatwiają, choć prawda jest i taka, że to, co „ciągnie Justine w dół”, jest obiektywne, niewspółmierne do niczyjego udziału. Cechy osobnicze Justine, jej chroniczny smutek, zabłąkanie, depresja, głęboki pesymizm, tylko z wierzchu mogą zdawać się chorobą czy też stanem, z jakiego należałoby ją wydostać. Stanem, na który nie należy się godzić, który jest sztuczny, zbędny, godny zniesienia lub nawet potępienia. Kiedy przyjrzeć się bliżej, dokładniej – ów nieakceptowalny przez nikogo, i poniekąd także przez samą Justine, stan umysłu i ducha, jest w rzeczywistości jak najbardziej zdrowy. W ten sposób von Trier styka widza ze swoistą przewrotką intelektualną opartą na odwiecznej ironii losu i stawia go przed ważną psychologiczną zagadką, skłania do wytężonej refleksji, do indywidualnej odpowiedzi na pytanie, czy przypadkiem pesymiści nie mają racji? Czy pesymista nie odbiera świata właściwiej, mądrzej i, paradoksalnie, „zdrowiej”?

Powierzchownie można by rzec, że Melancholia jest filmem o końcu świata. Do Ziemi zbliża się bowiem piękna z wyglądu, zachwycająca w znaczeniu estetycznym, asteroida o nazwie Melancholia, a naprawdę cała planeta, olbrzymie „bydlę”, które po zetknięciu się ze skorupą ziemską, nie zostawi na niej ani kropli życia.

Ale zbliżająca się, nadciągająca jakoby metodycznie, spokojniutko i powolusieńku, nieodzowna zagłada w postaci cudnej wizualnie Melancholii, to jedynie pretekst do zbudowania przejmującego eseju o życiu człowieczym. Konsekwentnie i lojalnie wobec siebie i swojej drogi artystycznej von Trier nie wkracza w opasłe psychologiczne studium, a ujmuje grozę nieuchronności i śmierci w szeregu codziennych subtelności i cichych, podstępnych brutalności na przemian. Zamiast psychoanalizy i teatru, tworzy niewiarygodnie przejmującą jakość estetyczną: taką, w której pojedynczy grymas twarzy i jeden gest spowity milczeniem wyrażają więcej niż setki przemyślanie dobranych słów.

melancholia5

Osobiście uważam, że Melancholia nie jest wcale filmem o końcu świata, ani o śmierci. Melancholia to dzieło mówiące o zapowiedzi śmierci. Koniec świata i Melancholia jako planeta, jako oprawca całej ludzkości, jako ten „boski pierwiastek”, który już za chwilę zgładzi człowieka  i odbierze mu wszystko, to swoiste metafory, które z ziemskiego chaosu wyłuskują na oczach widza wręcz fraktalny ład i porządek, które powołują się na „sprawiedliwość wszechświata”.

Marność nad marnościami i wszystko marność, czytamy w Księdze Koheleta. Zdaje się, że właśnie sens ujęty w tym zdaniu próbuje uświadomić nam Melancholia von Triera. Dopiero kiedy człowiek przyswoi sobie pierwotne, ponadczasowe znaczenie tych słów, wówczas jego osobista wędrówka, tułaczka przez życie nabiera sensu. Dopiero kiedy człowiek przyswoi sobie znaczenie tych słów, wtedy zdolny jest pogodzić się i ze sobą, i ze światem. Dopiero wtedy nie ginie żywcem w rozpaczy nad tym, co stracił, co zostało mu odebrane, bo już wie, że to przecież nigdy nie należało do niego, nigdy nie było jego własnością.

Za pośrednictwem Melancholii otrzymujemy dostęp do tego rodzaju własnych przemyśleń. A w obliczu nieuchronnego, ostatecznego – docieramy do punktu, w którym definicja słowa „ostateczność” nabiera nowego echa.

Ci, których chcielibyśmy uznawać za słabych i chorych (pesymiści, tacy jak Justine) w obliczu nieuchronnego, właśnie oni zachowują zimną krew, podczas gdy pozostałe „racjonalne” istoty giną samoistnie w sekundę przed tym, zanim zostaną zgładzone. To właśnie te silne jednostki stanowią o końcu świata i ostateczności, podczas gdy jednostki słabe i nadwrażliwe nie giną raz na zawsze, ostatecznie, bez śladu. Właśnie one, owe jednostki „słabe” zdążyły się nauczyć, że pojedynczy człowiek zdolny jest przeżyć w jednym marnym, skromnym życiu wiele końców świata, z których żaden nie będzie ostatecznością i destrukcją, ponieważ śmierć pozostaje wyłącznie jednym z nieustających stadium życia.

Nie wypada nie wspomnieć o doskonałej kreacji Kirsten Dunst, grającej Justine. Jej twarz pełna cierpienia, bólu, ale zdaje się, że również głębokiego zrozumienia, ukazana w czołówce filmu, to piękny, niesamowity obraz wskazujący na logiczną synchroniczność melancholii – stanu emocji i myśli a Melancholii – planety. Te dwa znaczenia słowa „melancholia” stapiają się w jednorodny wydźwięk już na samym wstępie filmu, a dokonuje się to dzięki ilustracji twarzy, oblicza Justine, co jest zasługą talentu i urody Dunst.

Ta czołowa scena, zapowiedź tego, z czym zetkniemy się w filmie, ta ilustracja samej twarzy Justine, zostaje przez Dunst w sposób doskonały przeniesiona do kolejnych etapów filmu. W pierwszym rozdziale, gdzie Justine ukazuje nam się jako niby radosna, niby szczęśliwa panna młoda, od początku zauważamy czający się w niej smutek, żal, melancholię, które przebijają przez zewnętrzny uśmiech ulepiony i przybrany na potrzeby bieżącej chwili i próżnej otoczki, otuliny życia. Świadczy to o talencie i o aktorskim warsztacie na miarę Juliette Binoche z filmu pt.: Trzy kolory: niebieski Kieślowskiego. W drugim rozdziale obserwujemy Justine coraz wyraźniej brnącą w melancholię (dosłownie i w przenośni), ewidentnie upodabniającą się do siebie samej właśnie z tej pierwszej, milczącej, zapowiadającej wszystko, sceny.

melancholia film

To jest życiowa rola Dunst – ważna, mocna, zbudowana z wyczuciem kunsztu aktorskiego oraz z taktem i pewną kulturą. Dunst udźwignęła ciężar pracy z wymagającym reżyserem równie znakomicie, co ongiś Emily Watson (Bess w Przełamując fale), choć jej bohaterka nie jest równie silnie wstrząsająca naszymi emocjami. Wynika to niemniej z samego konstruktu tych kobiecych postaci, z różnic w przesłaniu i charakterze obu filmów, które można podsumować tak:

Bess i Przełamując fale to młodszy, więcej rozedrgany i żywiołowy von Trier, zaś Justine i Melancholia, i tym samym Dunst, przynależą już do starszego, dojrzalszego von Triera, rysują się zatem mniej burzliwie, a więcej  powściągliwie.

Nie wypada nie wspomnieć również o świetnych zdjęciach. O ujęciach nieba, zbliżającej się ku Ziemi planety, Melancholii, ujęciach Kosmosu. W tych plastycznie wysmakowanych, i jakże grzecznie wyważonych, zdjęciach udało się ująć siłę natury nieposkromioną, bezkompromisową, „tak piękną, że aż straszną”. Dzięki tym zdjęciom także wątki zawarte w Antychryście nabrały nareszcie mocy przekazu w przekroju opisywanej tu twórczości von Triera. Wszak jednym z założeń Antychrysta było uczynić właśnie z natury, z kręgu przyrody bohatera nieomal upersonifikowanego. Jednak to zadanie nie zostało w Antychryście w pełni wykonane. Przyroda, siła natury w Antychryście rozmyły się znacznie w chaosie idei poddanej do naszego rozmysłu i rozbioru. Zostały one odpowiednio sugestywnie wyrażone dopiero w Melancholii.

To w Melancholii nareszcie, między innymi dzięki pięknym zdjęciom nieba, Kosmosu, możemy doświadczyć właściwości owej ważnej idei mówiącej o tym, jak dalece człowiek pozostaje podporządkowany pod oddziaływanie prądów, energii, sił wyższych, których nie jest w mocy zmierzyć racjonalna nauka, zimna, kostna, których żadne „mędrca szkiełko i oko” w pełni nie dostrzeże, których tym bardziej nie zgłębi.

 

Melancholia jest snutą, plecioną, malowaną delikatnie atmosferą, w jakiej dzieją się sprawy małe i wielkie – naraz, w jednej chwili. Melancholia, to rzecz o życiu i śmierci jako bardzo bliskich sobie fazach cyklu trwania i przemijalności. To rzecz momentami przydługa i nużąca, prowokująca zniecierpliwienie, kiedy wreszcie dane będzie nam ujrzeć gigantyczny, spektakularny finał tej skradającej się pomału, aż właściwie inercyjnie, klęski. Oglądając tę rzecz, pragnie się czym prędzej dostać dosadną odpowiedź, wytłumaczenie. Chce się być niezaprzeczalnym świadkiem  finału będącego odpowiedzią na najtrudniejsze pytania dotyczące sensu życia i jego kresu. Chce się być świadkiem końca końców, zobaczyć na własne oczy, podejrzeć, jak ostateczność i bezwzględne popadnięcie w niebyt może wyglądać.

Po obejrzeniu całości, człowiek uznaje jednak, że owa „przydługość” i nasze prywatne, wynikające z niej znużenie, były tu wszakże na miejscu; tak miało być. To było nieuchronne, nieodzowne, bo melancholia jest właśnie nikłą, nużącą atmosferą permanentnego smutku, który nie niesie ze sobą płaczliwości złożonej z tęsknoty, a pozostaje powolną, choć samo napędzającą i niepohamowaną, siłą dziwnej, intuicyjnej zgody na wszystko.

Po obejrzeniu całości już nie żal, że nie było nam dane zobaczyć na własne oczy końca końców, bo przecież nie da się ujrzeć ostateczności w jej zapowiedzi, zwiastunie. W pamięci widza pozostaje atmosfera, klimat tego dzieła. Trudno osądzić, czy wybitnego na miarę Przełamując fale na przykład, ale na pewno ważnego, wartościowego, pobudzającego wyobraźnię, jedynego w swoim rodzaju, mistycznego i wartego każdej uwagi i cierpliwości.

Rebeca Serri.

 

 

 

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *