Przystanek Alaska – recenzja genialnego serialu

Przystanek Alaska (oryginalny tytuł: Nothern Exposure), amerykański serial emitowany w latach 1990 – 1995. To nie tylko serial kultowy – to szczególny pod wieloma względami fenomen. W Polsce emisję podjęła „Dwójka” w roku 1993. Dwa pierwsze sezony liczyły tylko 16 odcinków (8 odcinków na sezon), ponieważ nikt nie wierzył w zwycięstwo tego tworu. Jednak i w Ameryce, i w Europie, i w Polsce – z sezonu na sezon zachwyt widzów nadzwyczajnie pączkował, więc stosunkowo szybko zaczęto głośno, z nie mniejszym niż widzowie zachwytem, rozprawiać o serialu w mass mediach. Nieśmiały, niszowy projekt niespodziewanie urósł do rangi olbrzymiego komercyjnego sukcesu, zadziwiając tym wynikiem oglądalności – samych twórców. Na świecie zawiązały się liczne fankluby serialu i do dziś trudno znaleźć w kategorii obyczajowej i jednocześnie komediowej –  serialowego konkurenta na miarę Przystanku Alaska. Zdecydowanie warto opowiedzieć o tym wybitnym, niepowtarzalnym serialu młodym widzom, zarażając ich urokiem lat 90. A widzów, którzy Przystanek Alaska doskonale pamiętają, zachęcamy do wspólnego wspominania… Bo jest co wspominać – jest czym się zachwycać!

Nastrój i treść serialu pt. Przystanek Alaska

Głęboka prowincja na mroźnej, surowej Alasce – miasteczko Cicely zasiedlone przez niewiele ponad 800 mieszkańców. Wielu z nich to Indianie z różnych plemion – do końca serialu będą oni stanowili integralną w znaczeniu dosłownym oraz metafizycznym część obrazowanej społeczności. Ścisłe centrum miasteczka zdaje się tak opustoszałe, jak gdyby było pojedynczym podwórzem na wsi. A jednak funkcjonuje tu sklep, lokalna gazeta, a nawet radio.

Gazetę i radio założył Maurice Minniefield – były astronauta i bogacz z żyłką biznesmena, który Cicely odważnie wróży ekspansywny rozwój. To on sprowadza do miasteczka doktora Joela Fleischmana – ten młody lekarz, Żyd z Nowego Jorku, pobrał za pieniądze podatników wykształcenie medyczne na elitarnych uczelniach. Teraz podpisuje kontrakt i wyjeżdża na cztery lata na Alaskę, by pełnić etat lekarza i spłacić zadłużenie. Oczywiście gdy dociera na miejsce, wszystko okazuje się inne, niż być miało…

Obiecano mu pracę w nowoczesnym szpitalu, obiecano mu alaskański odpowiednik francuskiej riwiery, tymczasem świeżo upieczony lekarz z wyraźnymi ambicjami trafia właśnie do Cicely – do „wieśniackiej dziury” na drugim końcu rzeczywistości. To świat, który nie zna bajgli, pizzy czy chińszczyzny na telefon, ani taksówek. Świat, który wymaga samodzielności i zmysłu organizacyjnego. Tu nic nie dzieje się samo, bez twojego udziału: żeby było ci ciepło, musisz narąbać drewna i rozpalić w piecu. W jedynym barze w miasteczku – podają głównie twardawe i mało soczyste łosio-burgery, a nie mięciutkie, fastfoodowe cuda. Wyobraźcie sobie, jakim szokiem dla nowojorczyka może być raptowne zderzenie z tym nieprawdopodobnie odludnym, beznadziejnie ucywilizowanym miejscem, w którym za oknem wyją wilki, a niedźwiedzie zakradają się do puszek ze śmieciami na tyłach domów, w poszukiwaniu resztek jedzenia…

Joel życzy sobie natychmiast opuścić to miejsce, lecz okazuje się, że kontrakt spisano tak, iż wycofanie się oznacza wysoką grzywnę plus karę więzienia w wymiarze ponad 10 lat. Tak oto doktor Fleischman staje się niejako zakładnikiem dziwacznego, „półmartwego” świata, z którym dzieli go absolutnie wszystko: sposób myślenia, wszystkie przyzwyczajenia, aspiracje, przekonania i marzenia. Nie mówiąc o przywiązaniu do zdecydowanie wyższych niż na Alasce temperatur…

A my – stajemy się świadkami niezwykłej przygody, gdyż poprzez zestawienie nowojorczyka z otaczającą głuszą i specyficznymi mieszkańcami Cicely, razem z Joelem doświadczamy cudacznej, kompletnie atypowej podróży w głąb siebie. Identycznie do Joela – na wiele spraw będziemy musieli zacząć patrzeć zupełnie inaczej, bowiem w tej krainie, gdzie czas płynie wolniej, a horyzont kryje się daleko – w zimnych górach i gęstych lasach, spojrzenie do wewnątrz jest nieuniknione, a spotkanie samego siebie w miejscu, gdzie jeszcze nas nie było, to unikalne przeżycie, dostarczające nie tylko nowych informacji o samym sobie, ale i o życiu – po prostu…

Główni bohaterowie Przystanku Alaska, czyli ludzkie „archetypy”

Przystanek Alaska to piękna mieszanina dowcipu i urodziwej, niepłaczliwej melancholii, w jaką wsiąka się niemal bez reszty, w poczuciu nieustającej ciekawości. Absurdalny humor przeplata się z ciepłem oryginalnych opowieści o człowieku i o zbiorowości ludzkiej, o naturze życia i śmierci, o poszukiwaniu prawdy o sobie i o współistnieniu. Choć doktor Joel Fleischman pozostaje postacią czołową, gdyż to poprzez jego zdumienie, jego inność poznajemy rdzennych mieszkańców i ich zaskakujące zwyczaje i poglądy, to serial ten nie byłby prawdziwie wybitny, gdyby nie genialnie skonstruowane i zagrane postaci towarzyszące doktorowi, którym bez wahania możemy przyznać status głównych bohaterów:

Maggie O’Connell – pilot z własną „powietrzną taksówką” (awionetką). Zna się na silnikach, różnych naprawach, jest nader samodzielna – na pewno feministyczna, w pewnym sensie harda i samowystarczalna, choć w głębi zwyczajnie kobieca i marząca o trwałym, spełnionym związku z mężczyzną. Tymczasem towarzyszy jej dziwna „klątwa” – kolejni narzeczeni Maggie giną w surrealistycznych okolicznościach… Swoją uczuciową kobiecą naturę skrywa pod krótko, po męsku ostrzyżonymi włosami, ubiera się w męskie koszule, ale natura obdarowała ją niesłychaną urodą – Maggie jest „najpiękniejszą dziewczyną w mieście”. Wobec doktora Fleischmana żywi pogardę i irytację – tak żarliwe, że można je pomylić z miłością. Doktor w pełni odwzajemnia jej namiętną niechęć, a ponieważ tak skrajne przeciwieństwa na ekranie wypadają malowniczo, przez cały serial będziemy niecierpliwie wyczekiwać, że pewnego dnia parę tę połączy niekłamane, płomienne, radosne uczucie. Lecz czy tak się stanie? Tego z recenzji się nie dowiecie!

Chris Stevens – ten wysoki, przystojny gość, przypominający skrzyżowanie Chrystusa z Johnem Lennonem, ma za sobą drobną przeszłość kryminalną. Teraz jest głosem Cicely – to jego zatrudnia Minniefield w swej radiostacji. W trakcie seansu mnóstwo razy zatopimy się w audycje „Chrisa o poranku”, wsłuchani w jego refleksje o człowieczeństwie, wzbogacone o liczne nawiązania do realnej sztuki i filozofii. Chris to intelektualista i humanista – entuzjastyczny samouk i wolny duch, duszący się w schematach. Pewnie dlatego właśnie w Cicely odnalazł szczęście – wolność, na której najmocniej mu zależy. Mieszka w skromnej przyczepie kempingowej, kąpie się w pobliskim jeziorze. Myślący logicznie, zarazem przejawia skłonności do artyzmu i metafizyki. Zafascynowany podświadomością zbiorową, o której pisał Carl Gustav Jung. Poszukujący artysta z uprawnieniami kapłańskimi – to on udziela ślubów i odprawia pogrzeby. Radio jest jego „środowiskiem naturalnym” – Chris to biegły mówca, jednocześnie wyposażony w dar słuchania. Właśnie do niego mieszkańcy przychodzą po poradę, po dobre słowo, to jemu powierzają swe dylematy duchowe i tajemnice. Rozmowy z Chrisem nigdy nie zawodzą – oczytany do bólu, elokwentny i serdeczny, dla każdego problemu znajduje niepowtarzalną interpretację czy przewrotną teorię.

Holling Vincoeur – 63-letni, spokojny i łagodny właściciel baru, w którym toczy się większość życia społecznego i towarzyskiego Cicely. Ma doskonałe geny – pochodzi z długowiecznego rodu. Spod łagodności Hollinga od czasu do czasu wyziera i odzywa się nieposkromiona natura wojownika – biegłego łowcy, samotnego wędrowca i odważnego mężczyzny o walecznej duszy. Człowiek o gołębim sercu, z kręgosłupem moralnym (jednogłośnie mianowany na burmistrza Cicely), prostolinijny i uczciwy jak poranek, odporny na upływ czasu jak skała, silny i o dzikim nieprzeniknionym wnętrzu – a jednak ten wilk-samotnik z entuzjazmem pozwolił się udomowić młodszej o 40 lat Shelly, w której zakochał się do nieprzytomności od pierwszego wejrzenia i z którą stworzył szczęśliwy związek, najpiękniejszy i najbardziej stabilny w serialu. Od lat w konflikcie z niedźwiedziem, którego nazywa: Jesse. Holling starał się upolować Jesse’ego przez lata, lecz ich starcia za każdym razem okazywały się nierozegrane: niepokonany łowca Holling właśnie w Jesse’m odnalazł godnego siebie rywala. Choć Holling już od dawna poluje z aparatem fotograficznym zamiast ze strzelbą, zdaje się, iż z Jesse’m łączy go prawie mistyczna więź – rodzaj dziwnego paktu, „męskiego przymierza”, jakie domaga się rozstrzygnięcia…

Shelly Tambo – śliczna, urocza, osiemnastoletnia dziewczyna, partnerka Hollinga, na co dzień pomagająca mu prowadzić bar. To typ „słodkiej laleczki” dbającej o urodę, modę i prezencję, lecz w tym serialu postać ta została obmyślona i zagrana na tyle wymownie i mądrze, że wzbudza wyłącznie sympatię. Nawet jeśli Shelly jawi się nieco próżną, pozostaje przy tym niewinna niczym dziecko – każda emocja natychmiast maluje się na jej dziewczęcej twarzyczce, każdą myśl Shelly wysławia spontanicznie i szczerze, i po prostu nie sposób jej nie kochać. Ujmuje prawdziwa, lojalna miłość, którą Shelly darzy Hollinga – pragnienie bycia z nim na dobre i na złe, podziwianie go jako swego mężczyzny. Shelly uosabia piękno kobiecości esencjonalnej – naturalna, prosta i czysta w uczuciach, dobrze wie, czego chce, jest wierna, lojalna i oddana, ale też po kobiecemu autonomiczna. Pomimo związku ze starszym mężczyzną, zachowała cechy dziecięce, które rozbawiają i rozczulają – sypia przytulona do pluszowego misia i nosi wesołe kolczyki w kształcie plastrów arbuza lub innych „słodyczy”.

Marylin Whirlwind – gruba, milcząca Indianka, obdzielona niebywałym wdziękiem. Bez niej serial byłby jakże ubogi! Jej pulchna, pół uśmiechnięta twarz natychmiast wywołuje u widza dozgonną aprobatę. Okrągła jak kuleczka, prawie nigdy nie odzywająca się, akceptująca świat takim, jakim jest, powściągliwa i nienachalna, aż właściwie „nieobecna”, stanowi ważny filar filmowej opowieści – pracuje bowiem jako recepcjonistka i asystentka doktora Fleischmana. Głupcem ten, kto z powodu obłej sylwetki i delikatnej w wyrazie, pyzatej buzi chciałby przypisać jej cechy takie, jak naiwność czy nieroztropność. O nic niepytana, nie zabiera głosu – często wzrusza ramionami i odpowiada ciszą, ale ten „cichy wir”, którym jest, powoduje wesołość i jednocześnie zasługuje na szacunek. Marylin jest skarbnicą wiedzy o kulturze Indian, i choć wszystkim sprzyja i nikogo nie osądza, zawsze wie, co myśleć i nie sposób przekonać jej do własnych wizji czy też przekabacić ją na swoją stronę. Marylin nie reprezentuje niczyich interesów i jest pilnym, bezstronnym obserwatorem życia, mimo że sprawia wrażenie wycofanej. Zdaje się być zawsze o dwa kroki przed fabułą. Pomimo tuszy, lekko tańczy tradycyjny indiański taniec, zna wiele przypowieści i mitów, prywatnie prowadzi hodowlę strusi – a strusie jaja rozdaje mieszkańcom za darmo. Nie liczy na żadne profity, za nic – jest na wskroś pogodzona z samą sobą i z rzeczywistością i wydaje się, iż istnienie samo w sobie sprawia jej przyjemność. W pewnym sensie pełni rolę duszy miasteczka, stanowiąc niepozorny, piękny łącznik między kulturą Indian a percepcją nowojorczyka.

Ruth-Anne Miller – ponad siedemdziesięcioletnia właścicielka jedynego sklepu w Cicely. Jej sklep jednocześnie jest biblioteką, mieszkańcy odbierają tu także swoją pocztę i paczki, w piwnicy pod sklepem znajduje się i miejskie archiwum, nad którym czuwa Ruth-Anne. Bystra i pełna wigoru, rześka i trzeźwo patrząca na życie, a jej sklep stanowi rodzaj węzła, w jakim krzyżują się i mijają losy mieszkańców. Zna ludzkie upodobania i bolączki, ale nie plotkuje, nikogo też nie poucza, tym bardziej nie umoralnia. Towarzyszy jej  znamienna dobra wola, jednym słowem: mądrość, odpowiadająca dojrzałym latom. Ruth-Anne rozumie ludzkie porywy serc, wzloty i upadki, zagubienia i poszukiwania – toteż przygląda im się z wyrozumiałością i beznamiętną tolerancją. W głębi duszy zachowała żar młodzieńczego serca i apetyt na życie, ale zdążyła pięknie pogodzić się z przemijalnością i cechuje ją ujmujący dystans do samej siebie.

Ed Chigliak – pół Indianin i sierota porzucona w kocyku gdzieś w szuwarach, niczym mityczny Mojżesz. Niezależnie od pogody, chadza z gołą głową, w czarnej kusej ramonesce. Fascynuje go dziedzina filmu – bez mała każdą myśl dedykuje swej przyszłości reżysera. Wytrwale pisze scenariusz i pracuje nad własnym filmem. Jest bezkrytyczny, wręcz nieskalany – zdaje się, że w indiańskich genach otrzymał w spadku tę charakterystyczną, powabną powściągliwość i pogodę ducha, która w wypadku Eda dodatkowo jest uwypuklona i miła w odbiorze. Miewa własne, jak każdy, rozterki, ale jest obecny wszędzie, gdzie się dzieje, skory do bezinteresownej pomocy, po cichu użyteczny, totalnie nieroszczeniowy, umiejący odłożyć osobiste historie z tyłu głowy; także na swój sposób spragniony prawdy absolutnej. Chce wiedzieć, skąd przychodzi i kim jest – najczęściej jednak wie, dokąd zmierza: będzie wytrawnym, wielkim filmowcem. Doświadcza – na przemian – organicznej, instynktownej wiary w siebie i obezwładniającego zwątpienia w swoje możliwości. Zdaje się, że nie przynależy do żadnego kontekstu kulturowego ani skrawka ziemi – bierze z życia to, co los przynosi i się nie skarży. Marzy o poznaniu korzeni, od których jednak został – przez biologicznych rodziców – odcięty. Szuka siebie, jak większość młodych wrastających ludzi – lecz w przeciwieństwie do nich spotyka duchy, słyszy, co mówi strumyk i wiatr. Chadza własnymi ścieżkami, ale przy tym pozostaje bezbronny oraz zaangażowany w los każdego mieszkańca – bezbłędnie empatyczny i po chłopięcemu wrażliwy.

Maurice Minniefield (ww. były astronauta) – nieprzejednany, wywyższający się, uznający się za „twórcę cudu”, za jakie uznaje Cicely, przypisuje sobie sprawczość, decyzyjność i racje niepodważalne. Homofob i rasista, nieustający w wysiłkach wielki eksplorator – pragnie wiecznie przecierać nowe szlaki i stawiać stopę tam, gdzie jeszcze nie było człowieka: jeśli nie w Kosmosie, to na Ziemi. Zdaje się, że wyruszenie na Alaskę i osadzenie się w Cicely było dla Maurice’a właśnie tym: zdobyciem nowej, dotychczas nieeksploatowanej przestrzeni. Budowa dróg i infrastruktury Cicely jest dla niego nie tylko perspektywiczną inwestycją – ten człowiek rzeczywiście nie szczędzi uwagi, zaangażowania i pieniędzy w zdobywanie świata i w oddawanie własnoręcznie uzdatnionego świata do użytku ludziom. Pod grubą skórą samozwańczego „wodza” i zimnego, groźnego „przywódcy” – kryje się rozkosznie szczery smakosz życia, marzący o lepszym świecie dla wszystkich. Życie bez przerwy go dociera, zaskakuje i uczy akceptacji, którym to lekcjom Maurice świadomie się opiera, ale po prawdzie – to rasowy romantyk i wizjoner. Może nie altruista, ale porywczy, idący pod prąd idealista. Zapiekły i pamiętliwy, lecz honorowy i lojalny. Ceni wygodę i luksus – dlatego, że kocha imponować – ale z natury wytrwały i odporny, wyśmienicie znosi wszelkie trudy, ubóstwia być myśliwym i znakomicie radzi sobie z nieprzyjaznym środowiskiem. Świetnie wie, że ludzie raczej go nie lubią – za to darzą respektem. Nie pcha się na pierwszy plan społecznej świadomości – woli stać z tyłu i stamtąd pociągać za odpowiednie sznurki. W swoim sterowaniu rzeczywistością pozostaje niemniej pięknie niepolityczny: interesują go rozmaite biznesy i inwestycje, ale – nigdy polityczne układy. Miłość do Barbary (o której – poniżej) zmiękcza i uszlachetnia jego wizerunek. Mimo ostrej powierzchowności gbura – żywi wzniosłe uczucia, dopadają go także po ludzku splątane, czyste intencje i tęsknoty. Jest to wybitnie zagrana postać – znakomite, kapitalne aktorstwo, a wbrew „brutalnym” cechom nadanym przez twórców tej postaci, Maurice’a wielbi się na równi z innymi bohaterami serialu!

W tym punkcie recenzji przeznaczmy nasz czas na precyzyjne przyjrzenie się czołowej postaci:

Joel Fleischman – człowiek cywilizacji… Ba! Człowiek Ameryki – spełnienie amerykańskiego snu… Ba! Człowiek Nowego Jorku. Z oddaniem studiował na prestiżowych uczelniach, odbył staż w szpitalu na światowym, nowoczesnym poziomie. Joel zna swoją wartość. Joel jest młodym, ułożonym, ambitnym człowiekiem z klasą, a swoje życie ocenia na skrzętnie, konsekwentnie realizowany – wspaniały plan. Ma śliczną, nowojorską narzeczoną z dobrego domu. Ma śliczne wspomnienia, które powierzchowną dumą rozlewają się w naiwnym, zapatrzonym w siebie, niedoświadczonym sercu. I ten człowiek trafia do miejsca – maksymalnie sprzecznego z całością jego wiedzy o świecie. Nic w tym miejscu nie pasuje do obrazka – do definicji i historii świata, które Joel zna, o których czytał, którym całym sobą ufał i z którymi się identyfikował. Jest więc temu miejscu stanowczo nieprzychylny – wiecznie poirytowany, wiecznie zniesmaczony, wiecznie „ograbiony” ze swego prawdziwego ja, wciąż miota się w niekonstruktywnym łaknieniu buntu. W Cicely ciągle – pasywnie, lecz jednak: walczy, szarpie się z samym sobą. Stara się ocalić głębokie pokłady swej godności, ambicji, wartości jako człowieka i jako świetnie wykształconego lekarza, ale krajobraz Cicely mu to utrudnia, zakłóca, spycha na dalszy plan. Ten cyniczny, rozpieszczony Żyd z Nowego Jorku; to wcielone marzenie o współczesnym Avicennie – poraża wyrachowaniem, cynizmem, snobizmem i niewyczerpanym staraniem o uzyskanie tego, co mu się „należy”. A należy mu się swoista usłużność – należy mu się sprawny prysznic i ciepło w domu, i wiele innych dobrodziejstw cywilizacji… Pod maską tegoż wygodnickiego i niezaradnego cynika – kryje się jednak ustanawiający się mężczyzna wrażliwy na cudze cierpienie, chcący pomagać i być użytecznym, złożony z kompleksów i lęków. I właśnie dlatego kochamy Joela: intuicyjnie utożsamiamy się z nim, trzymając kciuki za jego przemianę, za zrośnięcie się z, nowym dla niego, pięknym i zharmonizowanym światem. Chcemy, żeby on też – żeby przede wszystkim on poczuł tę równowagę, piękno i dynamikę tegoż świata, jaką odbieramy my, śledząc na ekranie perypetie poszczególnych postaci. I właśnie dlatego kochamy Joela: ten bohater nas nie zawodzi. Całkowicie nieprzystosowany do Cicely, bezwzględnie inny, osobny, nieprzystający – z odcinka na odcinek staje się dla nas krzywym zwierciadłem nas samych. Joel się zmienia – na swój oryginalny sposób: szuka, przystosowuje się i konkluduje. Wykazuje nie tylko odruchy sercowo-mózgowe, ale i prawdziwe, ludzkie, normalne, ważne – wzloty serca… jakże bliskie nam wszystkim. I właśnie dlatego go kochamy.

Mistrzowie drugiego planu – postaci zapadające w pamięć

Prócz wymienionych głównych bohaterów, Przystanek Alaska to także postaci występujące sporadycznie, dopełniające obraz, lecz nie mniej od głównych bohaterów intrygujące, a prawie każda z nich – to bezsporny popis mistrzowskiego aktorstwa:

Adam – kucharz-artysta i zarazem patologiczny kłamca, uczulony na kompromisy. Nieogolony, arogancki, bosy, brudny, opryskliwy i wrzaskliwy – gotuje nieziemsko: każde jego danie jest wykwintnym, perfekcyjnym arcydziełem. Poznacie go po skołtunionych, długich, sterczących włosach, niebieskiej dzianinowej czapce i rozpiętej kurtce w kolorze wojskowej, spranej zieleni. Swoim niechlujnym, przerysowanym wyglądem i zachowaniem wzmacnia surrealność i absurdalność humoru obecnego w serialu. Wprowadza do filmowego świata niebywały koloryt: drażniąc – bawi; wzrusza – brzydząc się ludźmi. Świetny aktor – w drugoplanowej, acz zapadającej w pamięć roli.

Ewa – żona Adama. Ruda, chuda i wredna. Zaborcza i niezmordowana. Ikona nieuleczalnej hipochondrii. Stworzona specjalnie po to, by irytować widza do granic wytrzymałości i zarazem – by bawić do utraty tchu. Z mężem toczy niewyczerpane boje o to, kto ma rację, lecz wszyscy wiemy, że Adam i Ewa – zostali dla siebie stworzeni. Mistrzyni wymuszania na innych dokładnie tego, czego pragnie – od świata także wydrze to, co chce, bowiem pokona każdego swą, ukazaną hiperbolicznie, żenującą nieustępliwością. Piekielnie dobre aktorstwo.

Barbara Semanski – masywna, „męska” kobieta, sierżant policji i strażniczka prawa z powołania. Ulepiona z prawości i przyzwoitości. Sporty walki i broń palna – podniecają ją, a uczciwość – rozpuszcza bardziej niż najczulsze wyznania. Słowa niepoparte czynem dla Barbary nie istnieją – a w ślad za złamanym słowem, muszą iść opasłe połacie skruchy, dobrych uczynków i samopokuty, by Barbara zechciała rozważyć cudzą rehabilitację i chęć naprawienia oraz zadośćuczynienia błędów. Najdrobniejsze wykroczenie przeciw literze prawa – wytropi i zdusi w zarodku, jednym gestem i bez mrugnięcia okiem. Służbistka i żywy pomnik sprawiedliwości. Wielka, życiowa miłość Minniefielda. Postać cudownie obsadzona i zagrana.

Bernard – czarnoskóry księgowy, który pewnego dnia przybywa do Cicely z bardzo daleka, na świeżo zakupionym harleyu, w świeżo zakupionej, czarnej skórze motocyklisty… Nie zgubił się – po prostu ruszył przed siebie, pokierowany nagłym impulsem niejasnej intuicji, aż trafił tutaj. Błyskawicznie odnajduje bliską, duchową, wręcz mistyczną więź z Chrisem – a w kolejnych i kolejnych odsłonach tej specyficznej więzi będziemy odkrywali coraz to nowsze pokłady pokrewieństwa tych dwu niepokornych dusz. W wypadku Bernarda trudno mówić o wysmakowanym aktorstwie, ale sam bohater został napisany i odzwierciedlony bardzo ciekawie i naturalnie.

Sprzeciw wobec świata korpo?

Zdaje się, że Przystanek Alaska – poprzez prezentowaną wizję małomiasteczkowości (bliskich, bezpośrednich relacji członków małej społeczności) – przejawia wyraźny sprzeciw wobec nurtu korpo-życia i anonimowości wynikającej z pędu świata.

Lata 90. w Ameryce to czas zenitu młodych yuppies – w serialu reprezentowanych zresztą przez doktora Fleischmana – a więc ludzi ambitnych, wyznaczających sobie zawodowe cele, dążących do osiągnięcia wysokiego, stabilnego statusu materialnego i społecznego, skupionych na karierze i ogólnej wygodzie w życiu prywatnym. „Nadepnięcie” przez serial na tę wizję „szczęśliwego życia” – podważenie modnego wówczas modelu egzystencji łaknącej stale więcej i dalej, modelu w znacznej mierze opartego na postawie konsumpcyjnej – wydaje się leżeć u podstaw motywacji twórców, którzy realizując swój, początkowo niszowy, projekt, postanowili ukazać widzom wartości nieco już zapomniane: więzi międzyludzkie (m.in. sąsiedzkie), przyjaźń, piękno prostoty życia (minimalizm), radość i satysfakcję z rzeczy drobnych, uczenie się na podstawie własnych błędów (nie zaś na podstawie wymyślonej perfekcyjności), a także wsłuchiwanie się „sercem w to, co mówi lud” (mądrość duchowa Indian), jak i wsłuchiwanie się w osobniczą intuicję…

Przystanek Alaska to głos wolnego ducha: człowieczeństwa widzianego po raz ostatni – w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku. Głos człowieka, który już wprawdzie znajduje się w centrum wszechobecnego i samonarzucającego się przyspieszenia, a który jeszcze pamięta, czym był świat bez telefonów komórkowych i który tęskni do prostolinijnego życia, w jakim liczy się coś więcej, niż jedynie wyścig, zysk i cel iście marketingowy.

Stare, czyste, dobre lata 90. Świat magnetofonowych taśm, kaset VHS, długich spacerów (na piechotę), swobodnych ognisk w dzikim lesie, interesów ubijanych honorowym uściskiem ręki, a nie stosem biurokratycznych papierów – właśnie taki, skrótowo rzecz ujmując, jest klimat Przystanku Alaska.

W Polsce sukces Przystanku Alaska przypada na pierwsze lata po upadku komuny (PRL-u) oraz na zalążek idei analogicznej do amerykańskiego yuppie – nasza młodzież zachwycona obietnicami nowego, otwartego, lepszego, bardziej godziwego świata Zachodu rozpoczynała wówczas własny wzrost i kariery. Idee wolności, do których przecież silnie odwołuje się serial, zdają się szczególnie bliskie nam, Polakom, z uwagi na naszą historię, musiały więc powodować znaczące emocje aprobaty zwłaszcza tuż po zmianie systemu.

W Polsce serial ten był dużym wydarzeniem i jakością zupełnie świeżą i drastycznie inną od powszechnie prezentowanych w telewizji. Dla młodych dorobkiewiczów obraz życia pozbawionego nowoczesnego pędu i „przymusu” zachłystywania się materialnym „luksusem” – stanowił piękny wentyl bezpieczeństwa psychicznego i nowy, tym razem szlachetny, wyraz osobistej tęsknoty.

Niepoprawni politycznie…

Choć w Przystanku Alaska odnajdziemy pewien zaczątek nakręcania się – dziś charakterystycznej i modnej we wszelkich dziełach, filmach i serialach – sprężyny poprawności politycznej, jest to jedynie subtelny zaczątek. Geje, czarnoskórzy i feministki nie grają w Przystanku Alaska pierwszych skrzypiec, a ukazani są z dowcipem i ironią jednakową do pozostałych bohaterów. Ten serial jeszcze w sposób nadmiernie nieskażony opowiada po prostu o człowieku, człowieczeństwie i ludziach – nie zanurzając się przy tym w szpetnych odmętach przesadzonych zastanowień nad tym, co wypada, a czego nie. Feminizm reprezentowany przez Maggie ukazany jest w krzywym lustrze – jak wiele innych idei i postaw, z których w XXI wieku twórcom właściwie nie wolno już żartować, by choćby przypadkiem nie zadrasnąć niczyjej tożsamości ani mniejszościowych uczuć.

Postulaty o bezrefleksyjnej, próżnej, wydrążonej tolerancji sukcesywnie wypierają nasze mózgi ze zdrowego rozsądku, odbierając nam prawo do poczucia humoru. Przystanek Alaska jeszcze w przewadze jest wolny od tego demona wszechpoprawności, momentami ocierając się wręcz o uroczą satyrę, toteż szczególnie dzisiaj ogląda się go z ulgą i radością.

Indianie stanowią bardzo ważną część społeczności Cicely, lecz ukazani zostali w sposób także – niepoprawny politycznie. W zachowaniach i opowieściach Indian Przystanku Alaska nie ma bełkotu, nie ma, modnej dziś, ezoteryki i miałkości z nią związanych. Indianie stanowią tu bardziej metafizyczną metaforę czystoludzkich cnot i poszukiwań duchowych, stanowią wręcz bardziej „literacki komponent”, aniżeli obraz atrakcyjnej, bo odległej kultury, w którą człowiek Zachodu z naiwną, pokraczną fascynacją usiłuje zamoczyć swe lepkie, łase palce.

A przynajmniej warto w ten właśnie sposób na Indian tych spojrzeć: jak na pewną literacką metaforę dotykającą ogółu człowieczeństwa. Jeżeli chcielibyśmy bowiem rozumieć ich obecność w serialu dosłownie, musielibyśmy zauważyć, że amerykański serial poprzez przyznanie Indianom ważnego miejsca w fabule, delikatnie – niemal podprogowo – usiłuje zadośćuczynić zbrodnie Amerykanów popełnione ongiś na rdzennych Indianach… Zauważenie tego inteligentnie wtopionego, bardzo niewinnego mechanizmu poprawności politycznej, mogłoby odebrać nam porcję przyjemności płynącej z odbioru serialu. A po co świadomie psuć sobie wrażenia? Czy nie lepiej czerpać zdrową frajdę ze świata jeszcze wymykającego się obrzydłej poprawności politycznej? Czy nie milej nieco przymknąć oko na zaczątki owej poprawności politycznej?

Cicely w rzeczywistości nie istnieje – to nazwa fikcyjnego miasteczka, położonego na realnej Alasce. Serial kręcono w Ameryce, dokładnie w stanie Waszyngton.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka opowiadań oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) udostępniony specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o pisarce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *