Pseudoelity

Pseudoelity 3

Jestem zniesmaczony poziomem dzisiejszych elit. Poziomem ludzi znanych z tego, że są znani – pchających się na ważne bale i przyjęcia oraz pozujących „na ściance” fotoreporterom, w nadziei, że i o nich napisze jakiś tabloid.

W ten sposób najłatwiej zostać „gwiazdą”. Potem przydarzy się ten lub inny kontrakt reklamowy, czyli pojawi się możliwość sprzedania swojego wizerunku czy „osobowości”, i voilà – są pieniądze na wystawne życie.

Społeczeństwo potrzebuje idei „elit” – elity muszą być publicznie obserwowane. Ci, którzy śledzą nieboskłon „gwiazd”, nabierają chęci na podobne życie dla siebie, bądź dla swoich dzieci. Dzięki temu nieboskłonowi wszyscy znacznie bardziej się starają, bo widzą, że jeśli im się uda lub poszczęści, będą mogli wieść dużo przyjemniejszą egzystencję. Jednak diabeł tkwi w szczegółach – dlatego dla powodzenia pożytecznej idei elitarności, tak ważne są kryteria doboru jednostek będących na szczycie.

Dawniej kryteria te były proste i uczciwe – wódz po prostu panowanie zdobywał. O wodza starały się samice alfa, eliminując z jego otoczenia inne piękności i zachowując poślednie kobiety, które nie stanowiły już większej konkurencji. Ten, kto zwyciężył „walkę o władzę” i o „najlepszą partię” – stanowił elitę. Było to bardzo czyste kryterium, bo „elitarność” uzyskiwali tylko ci sprawdzeni w boju.

Potem narodziła się idea dziedziczenia władzy. Król przekazywał władzę – przechodziła więc ona z ojca, na „niesprawdzonego w boju” syna. Jednak powstanie idei monarchii, kreującej jedną osobę w państwie na będącą ponad prawem „testu”, kreującej najwyższego władcę, nie można posądzać o zbytni udział w wypaczaniu idei „elit”. Do tego trzeba było kolejnej zmiany, a więc narodzenia się idei arystokracji.

Król nieudacznik miał bowiem wpływ tylko na swoje najbliższe otoczenie (na większe wpływy nie miał zdolności i siły). Poza tym samo dojście do „spadkobierstwa” zwykle wiązać się musiało z wykolejeniem pozostałej rodziny, trzeba było bowiem pogrzebać całą emanację rodowej konkurencji. Na placu boju pozostawał najsprytniejszy – „sprawdzalność w boju” więc nie odeszła w zapomnienie, lecz tylko się nieco ukryła. Zagrania polityczne, polegające na zdradach, spiskach i sprycie, zastąpiły otwarte konfrontacje – zmagania zakulisowe przeprowadzano tylko w ukryciu.

Wraz z rozrostem monarchii, coraz większego znaczenia nabierały formy sprawowania władzy. Liczyło się to, komu ufa król, bo coraz częściej nie mógł on sprawdzać niczego samodzielnie. Dalsze rytualizowanie form podróży, czy „zabezpieczanie” interakcji króla z ludem, nieustannie poszerzało rolę zaplecza władzy. Im król był słabszy, tym większego znaczenia nabierało pośrednictwo sprawowania rządów, czyli interpretowanie dyspozycji od władcy. Po pewnym czasie grupa ta, czyli najbliższe otoczenie stojącego ponad prawem króla, również żądała szczególnych przywilejów rodowych – pod groźbą zepchnięcia władcy z tronu. „Sprawdzenie w boju” przestało obowiązywać wraz z narodzinami dziedzicznych tytułów szlacheckich, czyli wraz z powstaniem korumpującej się z każdym wiekiem arystokracji.

Arystokratów, czyli książąt, hrabiów, baronów i zwykłą szlachtę, kojarzymy zwykle z czasami przedrenesansowymi, lecz immunitet dla prawa „testu”, czyli dziedziczność elitarności – masowe społeczne oszustwo – to ponadczasowe dążenie i czysto biologicznie uwarunkowana idea. Odchodzący wielcy chcą, aby ich genom, kontynuowanym za pośrednictwem dzieci, powiodło się, nawet jeśli wiedzą, że latorośle nie są takowej kontynuacji warte i na elitarność po prostu nie zasługują.

Społeczeństwo chce i potrzebuje, aby rządzili nimi najlepsi. Lecz ciągle się to nie udaje, bo oszustwo na systemie społecznym przeprowadzają właśnie ci najlepsi. Przy usankcjonowanej dziedziczności elitarności, ktoś wybitny zdobywa władzę, aby posadzić swoje głupie dziecko na stołek. Było to dążeniem patrycjuszy w Rzymie, hierarchów kościelnych, urzędników chińskich, czy systemu kastowego w Indiach – system taki utrzymuje się dzięki prawu do wydawania rozkazów i zorganizowanej sile fizycznej, aż do rewolucji przychodzącej po zupełnej degeneracji elit. Przyspiesza ją oczywiście wszechobecność używek, unikanie mezaliansów, czyli chów wsobny, i nieustanna zabawa, która z dzieci arystokratów czyni głównie gardzące światem monstra.

Każda wielka cywilizacja próbowała oszukać swój społeczny system, wystawiając „niesprawdzone” latorośle przed lud i pokazując je jako elity. Atrybuty władzy – takie jak lepszy strój, fizyczny dystans, czy ochrona – przy powszechnym braku informacji o poziomie intelektualnym patrycjusza, skutecznie uniemożliwiały oddolną weryfikację. Schemat polegał na utrzymywaniu władzy przez słabeuszy, aż do samego krwawego końca, czyli aż do ponownego nadejścia silnych z głębi ludu i powtórzenia całego cyklu degeneracji. Opresyjność elit nad społeczeństwem rosła zawsze w imię czułego dbania o własne dzieci.

Lecz wraz z rozwojem techniki, czasy się zmieniły – z rewolucją francuską, wraz ze światem inżynierów wiedzących, jak budować drogi i mosty, wówczas światem zawładnęły przydatne osoby i elity zaczęły nabierać stosownej jakości. Rozwój przemysłu dający niewyobrażalnie więcej pieniędzy, niż dawało wykorzystywanie pracy ubogich na roli, czyli tradycyjne obszarnictwo ziemi, spowodował skuteczne przewartościowanie.

Dzisiaj ktoś chwalący się swoim arystokratycznym pochodzeniem i mający przekonanie, że uprawnia go ono do wstępu na salony – jest nie tylko w błędzie; ktoś taki jest po prostu śmieszny, no chyba, że jest ładny…

Obecnie, w rzeczywistości bardzo sprzyjającej rozpowszechnianiu się i popularności, do miana elit uposaża głównie uroda, i jest to uzasadnione biologicznie – na szczycie powinien być ten, kto jest atrakcyjny. Gdyby nie powszechność operacji plastycznych i korekt grafików komputerowych, taki system premiowania byłby bardzo schludny i właściwy. Nie ma niczego złego w gloryfikowaniu fizycznej atrakcyjności, jeśli sprawia to, że komuś przeciętnemu i zwykłemu, czasem chce się ruszyć cztery litery z fotela – pójść do parku i pobiegać.

Jednak w całej tej XXI-wiecznej zabawie w elity, ciągle zapominamy o mechanizmie promującym atrakcyjność intelektualną. Być może już czas zastanowić się, gdzie znaleźć podobny wynalazek, ukazujący z mózgów elit tak wiele, jak wiele cellulitu i brzydoty wyłapuje tabloidowy aparat fotograficzny.

Zbigniew Galar

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *