QUEEN SYMFONICZNIE – recenzja koncertu

Atlas Arena w Łodzi i 17 grudnia 2016 r. zostają odnotowane – trudno bowiem przejść obojętnie obok wydarzenia muzycznego pt.: QUEEN SYMFONICZNIE, poświęconego oczywiście pamięci niezwykle utalentowanego wokalisty Frieddiego Mercury’ego, który odszedł 25 lat temu… Odszedł – fizycznie, natomiast muzyka, którą tworzył, pozostała – żywa, porywająca, wzruszająca, czego swoistym dowodem jest również ww. projekt muzyczny.

Projekt QUEEN SYMFONICZNIE prezentowany był w kraju i za granicą już wielokrotnie w ciągu ostatnich pięciu lat – tym razem rozpisano go na Hollyłódzką Orkiestrę Filmową składającą się z 40 osób, gdzie zespół Alla Vienna oraz chór Dawida Bera został wsparty przez muzyków łódzkiego Teatru Wielkiego i Filharmonii Łódzkiej. To właśnie ci muzycy wypełnili nieśmiertelnymi utworami grupy Queen Atlas Arenę w Łodzi w dniu 17 grudnia. Zdawałoby się, że koncert ten powinien wypaść zachwycająco; że nie będzie w tej recenzji miejsca na punktowanie najmniejszych niedostatków, bo przecież tak sprawni muzycy symfoniczni plus utwory legendy rocka to doskonałe połączenie, skazane na sukces. Niestety całość koncertu nie pozwala ocenić się na szóstkę; to raczej stabilna czwórka i nic ponadto…

Jeżeli głównym celem tego projektu rzeczywiście było zaakcentowanie geniuszu muzycznego zespołu Queen i samego Mercury’ego, to cel ten bezdyskusyjnie osiągnięto. Symfoniczne aranżacje mnóstwa hitów, w tym tak wyjątkowego utworu, jakim jest Bohemian Rapsodhy, bezspornie wyłoniły na plan pierwszy mistrzostwo kompozycyjne grupy QUENN, udowadniając, że profesjonalna orkiestra i świetny chór wcale nie wystarczą, by słuchacze mogli odczuć charyzmę analogiczną do tej, jaka zwykła być udziałem Mercury’ego i Queen. Ten charakterystyczny „operowy rock” QUEEN okazał się wartością nie do przełożenia na inną stylistykę, a cały sztab czystych, zaangażowanych głosów nie był w stanie konkurować z brawurowym, niepowtarzalnym wokalem Mercury’ego. Symfoniczny koncert pod względem muzycznym udał się toteż zadowalająco, natomiast zabrakło mu duszy – i to z pewnością niczyja wina: najwidoczniej to po prostu nieuniknione, iż nie da się wskrzesić esencji tej muzyki i tego widowiska, jakim Queen zawsze był. Nie jest to więc w żadnym wypadku zarzut kierowany do twórców i wykonawców tego projektu – nie ulega wątpliwości, że wszyscy muzycy obecni tego wieczora na scenie włożyli w swe występy serca, natomiast zmierzenie się z ikoną muzyczną tej klasy, jaką utożsamia sobą Queen, musi przebiec dodatnio na rzecz tej ikony, gdyż stanowczo niemożliwym wydaje się tej ikony jakkolwiek doścignąć. Przy tej okazji zdecydowanie warto podkreślić udany występ Joanny Woś, która zaśpiewała utwór Barcelona – jej sopran był cudownie „tnący”, aż nieomal niepokojący; to bowiem sopran z gatunku tych, które potrafią kruszyć kryształy…

Niestety wybitnej śpiewaczce Woś – towarzyszył Michał Szpak… który czynił, co mógł, by zapewnić temu koncertowi to, czego od początku do końca w nim zabrakło, czyli charyzmatycznego rockowego wokalu – jednak został tu boleśnie obnażony brak odpowiednich walorów w gardle, by Szpak mógł udźwignąć to wyzwanie. Jego głos kompletnie przepadł w ekspansji dźwięków symfonicznych, a sopran znakomitej Woś po prostu wchłonął w siebie starania Szpaka, czyniąc z niego wokalistę marnego, całkiem bezbronnego tak w sensie stricte wokalnym, jak i scenicznym.

W drugiej części koncertu na scenie pojawił się Sebastian Machalski – przebrany za Mercury’ego – i o ile wokalnie radził sobie całkiem nieźle, bo co najmniej o dwa nieba lepiej od biednego Szpaka, więc naprawdę odnośnie do śpiewu nie ma czego krytykować – o tyle sam pomysł, by ktokolwiek biegał po scenie przebrany za Mercury’ego, z punktu wydaje się pomysłem głupim i chybionym. Jasne, że ludzie piszczą, że cieszą się jak dzieci, a zatem pewien cel marketingowy bez wątpienia udało się zrealizować, lecz przecież dla każdego fana Mercury’ego było ewidentne, iż ma do czynienia z parodią… Koniecznie połóżmy akcent w tej krytyce na pomysłodawcę owego „scenicznego wskrzeszenia Mercury’ego” – Machalski nie zasłużył na tym polu na skrytykowanie, gdyż pięknie przyłożył się do wykonania tegoż niewdzięcznego zadania, jakie mu przypadło. Sam Machalski może być z siebie zadowolony – zagrał przypisaną mu rolę z właściwą dynamiką, pilnował głosu, wypełnił sobą scenę, choć obawiam się, że oryginalny Mercury nigdy nie był aż tak wygimnastykowany… Odnosząc się niemniej do idei „wskrzeszenia Mercury’ego”, należało podejść do sprawy, czyli do koncertu, poważniej – należało zaakcentować jakość muzyczną, zaś celebryckie zapędy przypominające telewizyjne szoł typu „Twoja twarz brzmi znajomo” porzucić na etapie pomysłu i nigdy nie wprowadzać w czyn. Bo po co? Naturalnie po to, żeby sprzedało się więcej biletów. I żeby ludzie się śmiali, i żeby zabawę mieli i rozrywkę – no bo po co fanom muzyki Queen jedynie muzyka na scenie? Trzeba wszak dodać koniecznie trochę „piór i cekinów”, okrasić koncert trzeba czymś w rodzaju dyskoteki dla mapetów, żeby przypadkiem jaki idiota na widowni jeden z drugim się nie nudził… Nieco smutno mi z tego powodu, że twórcy ciekawych projektów artystycznych również tym razem podążyli za niższym poziomem potencjalnych odbiorców – wielka szkoda, że twórcy w Polsce tak boją się sięgać wyżej, dalej, że ulegają tej mieliznowej presji „bycia czytelnym”, „bycia akceptowanym”, „bycia pośrodku”. Zamiast ogniskować się na pozostaniu w bezpiecznych rewirach, można było się odważyć, czyli ująć z widowiska choć część „cekinów i piór” i postawić na czystą, energetyczną, przestrzenną muzykę.

Odbiór całości wydarzenia muzycznego QUEEN SYMFONICZNIE fatalnie zepsuł banalny, a wręcz infantylny styl pana prowadzącego, który odzywał się niestety praktycznie pomiędzy wszystkimi utworami. To, co mówił, umieścić można jako przykład książkowy w kategorii: „Żenujący żart prowadzącego”. Rzucane co i rusz w stronę widza i słuchacza pseudo-dowcipy niosły ze sobą moc zawstydzającą i otępiającą, która skutecznie odrywała głowę od muzyki, a wbijała ją w płytki poziom iście celebrycko-telewizyjnej błazenady.

To, co wyprawiali ludzie na widowni, to odrębna historia! Małe dzieci przepychające się między krzesełkami; dzieci, które w hałasie sali koncertowej i w ciemności – przypomnijmy – raz po raz gubiły drogę do matek… Jacy rodzice spuszczają swoje dzieci z oczu w takim miejscu i w takiej sytuacji, by migrowały wśród tłumu? Na około 1500 osób – takich rodziców zliczyłam dziesiątki. Dodajmy, że puszczone samopas czterolatki czy pięciolatki wpychały się w trakcie koncertu, gdzie tylko zapragnęły – kto by tam zastanawiał się nad tym, że oto trzeci raz z rzędu pan o kulach zmuszony jest podnieść się z miejsca, aby przepuścić rozpędzonego malucha, który na koncercie zachowuje się jak w prywatnej bawialni. Poza tym – dzikie tłumy żrące chrupiące gofry i chipsy z szeleszczących torebek! Z tego miejsca pozdrawiam dwie urocze licealistki siedzące w rzędzie za mną, które – chichocząc beztrosko jak piskliwe indyczki – żarły chipsy właśnie, szeleszcząc opakowaniem dosłownie tuż nad moim wrednym łbem, który niesłychanie im przeszkadzał tym, iż usiłował zogniskować się na koncercie jednak. Proszę państwa, doprawdy trudno mi uwierzyć, że ten piknik rozegrał się na koncercie symfonicznym – można by pomyśleć, że była to absolutnie inna sceneria, na przykład darmowa degustacja przekąsek w hipermarkecie czy sklepik z „burakami”…

Dla jasności dodam, że nie mam pretensji do dzieci, ale już do ich rodziców – jak najbardziej! Ani trochę nie przekonują mnie argumenty w brzmieniu: przecież to tylko dziecko; bądźmy wyrozumiali dla innych; pozwólmy dzieciom być dziećmi i bawić się najdłużej, jak mogą; od dziecka nie wolno wymagać – za dzieckiem trzeba jedynie podążać, pozwalając mu na bycie sobą w każdej bez wyjątku sytuacji; etc. Szanowni rodzice, wsadźcie sobie ten modny hipsterski bełkot o bezstresowym wychowaniu głęboko – nie powiem, gdzie. To do waszych obowiązków zalicza się m.in. ten obowiązek moralny w postaci uczenia młodego człowieka podstawowych zasad funkcjonowania w społeczeństwie, kultury i taktu – tak, to jest obowiązek moralny względem społeczeństwa, w jakim żyjecie! Jeżeli twoje dziecko ma durnego, zadufanego w sobie rodzica, który jest rodzicem tylko z nazwy i który nie potrafi niczego wpoić swej czteroletniej bądź pięcioletniej pociesze – to powinieneś zostać ze swoim dzieckiem w domu, a nie zakłócać innym spokój w przestrzeni publicznej, a nie wchodzić z butami w przestrzeń, w jakiej nie umiesz się zachować i jaka nie jest twoją prywatną własnością, tylko dobrem wspólnym!

Sumując, projekt QUEEN SYMFONICZNIE jest ciekawy i godny uwagi, niestety nie genialny – nieprzygwożdżający swoją „magią”. Sprawne, sympatyczne granie, dobrze brzmiący chór, wybitna sopranistka, Joanna Woś – to niestety nie dość, aby wydarzenie w pełni słuchacza zaczarowało, przenosząc go w inny, piękny wymiar rzeczywistości. Również przekorna, odżywcza gitara Piotra Wieczorka nie pozwoliła zapomnieć, że jest to po prostu spektakl – zresztą ani dźwięki ww. gitary, ani uwodzących smyczków nie opanowały mojej wyobraźni do końca i nie były w stanie sprawić, abym choć na chwilę zapomniała, gdzie się znajduję…

Z pewnością podsumowanie całości tego wydarzenia i odbiór jego strony stricte muzycznej byłyby pozytywniejsze, gdyby nie żenujący żart prowadzącego oraz haniebne zachowanie na widowni. Niestety, to właśnie te dwa koszmarne elementy najgłębiej zapadną mi w pamięć. Zamierzałam poświęcić więcej swej percepcji także technicznej stronie koncertu – z naciskiem na nagłośnienie – niestety przez brak kultury na widowni nie jestem w stanie miarodajnie ocenić, na ile w niektórych momentach zawodziła techniczna oprawa, doprowadzając do delikatnych „przesterów”, a na ile to mój słuch, zakłócony przez niechciane bodźce niepłynące ze sceny, nie do końca radził sobie z odbiorem.

Wykonanie Bohemian Rapsodhy – na duży plus, Bicycle Race – również, A Kind of Magic – słabiej, zaś wspaniałej pod względem kompozycji, powłóczystej Barcelony nie uratował niestety kunsztowny sopran Woś, z uwagi na przezroczystość wokalną Szpaka, który przywodził na myśl jedynie dojmującą, a niemożliwą do nakarmienia, tęsknotę za Mercurym. Trudno mi stwierdzić jednoznacznie, komu mogę polecić udanie się na ten specyficzny, ponad dwugodzinny koncert – do jakiego typu widza i słuchacza jest on adresowany? Za dużo popcornu – nie tylko w sensie dosłownym, przekąskowym – za mało sztuki. Jako komercyjna rozrywka – tak. Jako muzyczna głębia i godna podróż poprzez doskonałe kompozycje Mercury’ego i utwory Queen? Nie bardzo… Niemniej uznaję, że  zdecydowanie warto udać się na QUEEN SYMFONICZNIE, chociażby po to, by samodzielnie przekonać się, co i na ile się lubi i ceni.

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to ebook (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Dowiedz się więcej: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *