Recenzja „Lucy” Bessona – między świadomością a śnieniem

Recenzja Lucy Bessona

Rozpoczynając rozważania na temat „Lucy” Luca Bessona, zacznę od definicji gatunku science-fiction. Kolą w oczy ignoranckie opinie na wszelkich forach internetowych filmowych, na których dyskutanci wylewają z siebie prywatne frustracje dotyczące tego, że mit wykorzystywania przez człowieka wyłącznie 10. procent mózgu, to tylko głupi i dawno temu obalony mit, oraz – że „Lucy” jest jedynie płytkim „fiction”, bez krztyny „science”.

Recenzja Lucy Bessona 1

Przypomnę, iż fantastyka naukowa nie jest dokumentacją namacalnej rzeczywistości. Do zadań tego gatunku nie zalicza się opisywanie rzeczywistego świata zgodnie z faktami udowodnionymi przez dotychczas ustanowioną naukę. Fantastyka naukowa jak najbardziej może tworzyć zupełnie nowe ścieżki i projekcje, pod warunkiem, iż będą one spójne logicznie i doprowadzą do równie logicznych wniosków krańcowych. Innymi słowy, na podstawie znanych danych o rzeczywistym świecie – np.: faktów i hipotez naukowych – wybiera się określoną tezę i pokazuje się w autorskim dziele jej alternatywny rozwój, potencjalny kierunek, w jakim mogłaby ona (zdaniem twórcy) podążyć, jak i skutki, wnioski, do jakich mogłaby ona doprowadzić. Mit o wykorzystywaniu przez człowieka 10. procent mózgu, to dawna hipoteza naukowa, która Bessonowi posłużyła za wytrych do rozwinięcia na oczach widza refleksji, do jakich punktów mógłby dojść człowiek i cywilizacja ludzka, gdyby możliwości naszych umysłów były większe, niż są w chwili obecnej. Gdybyśmy byli kimś innym, niż jesteśmy – gdybyśmy widzieli i rozumieli więcej? Gdybyśmy byli „boscy”?… Są to pytania o rozwój cywilizacji, o to, jaką jakość intelektualną i emocjonalną stanowimy – teraz, i jaką będziemy stanowić w przyszłości. Odpowiedzi na te pytania, to „fiction”, ale osadzenie ich na dawnej teorii naukowej („człowiek wykorzystuje tylko 10 procent mózgu”), to „science”.

Recenzja Lucy Bessona 2

Co nie wpływa na prosty fakt, że „Lucy” pozostaje przede wszystkim bardzo dobrym filmem akcji w stylu Bessona. Besson uwielbia zresztą silne, charakterystyczne postacie kobiece – Nikita, Cataleya z „Colombiany”, Leeloo z „Piątego elementu”… Dzisiaj, w kinie tego reżysera, z analogicznym bohaterem kobiecym spotykamy się dzięki Scarlett Johansson i roli Lucy. Z początku zwykła, przeciętna, a wręcz naiwna 25.latka, przypadkiem wplątana przez tajwańską mafię w przemyt narkotyków, ma za zadanie przetransportować z punktu A do punktu B najnowszy hit narkotykowy zaszyty w swoim brzuchu. Kopnięcie w świeżo zoperowany brzuch przez jednego z oprawców powoduje przedostanie się narkotyku do organizmu kobiety, co uruchomia uśpione dotychczas (nieaktywne) obszary mózgu. Na takiej osi fabularnej zasadza się treść filmu.

Jednak wraz z rozwojem fabuły – i rośnięciem sprawczości umysłu głównej bohaterki – wątki typowo sensacyjne, czy wspaniałe pościgi samochodowe niczym w starym dobrym „Taxi” Bessona, stopniowo przestają odgrywać znaczenie koronne. Widz, podążając za ruchomymi obrazami skomponowanymi w dynamiczną i rozrywkową układankę, bardzo dobrym montażem wplatającym w opowiadaną historię kadry pochodzące z filmów dokumentalnych, świetną pracą kamery – wkracza ekspansywnie w obszar zagadnień o naturze filozoficznej. Mimo że ich sformułowanie jest powierzchowne, lekkie, pytania o to, kim i czym cywilizacja ludzka była na początku, kim jest teraz i kim stanie się w przyszłości, stanowią ostateczny i niepodważalnie ważny sens i akcent całego filmu.

Film ten szkicuje relacje między człowiekiem a bogiem oraz człowiekiem a czasem. Realna nauka, tak samo jak inne gałęzie działalności ludzkiej, np.: sztuka albo wiara, nie dysponują oczywiście danymi o naturze boga, jak i naturze czasu. Besson, za pośrednictwem bohaterki swojego filmu, twierdzi, że istnienie człowieka może być potwierdzone wyłącznie poprzez osadzenie go w czasie. Czas jest tu propozycją mającą na celu potwierdzić nasze jestestwo. Lecz jest to tylko propozycja. Czy czas naprawdę istnieje, lub czy istnieje rzeczywiście w takiej formie, w jakiej postrzegamy go obecnie, to kwestie, na które każdy widz spróbuje odpowiedzieć sobie sam – po wyjściu z kina. I za skłonienie do tego rodzaju przemyśleń filmowi należy się wielki plus.

Recenzja Lucy Bessona 4

„Lucy” nie jest arcydziełem. Nie jest nawet filmem wspaniałym na miarę „Piątego elementu”. Pozostaje jednakże bezspornie bardzo dobrym filmem akcji i rozrywką, zakroploną ciekawymi pytaniami natury filozoficznej. Produkacja zrealizowana na stosownym poziomie, z łatwością koncentruje na sobie uwagę i trzyma w napięciu emocjonalnym. Gra Johansson – zdecydowanie więcej, niż nie zawodzi, głównie dzięki wymownym spojrzeniom, mimice, głosowi, czyli dzięki najważniejszym atutom aktorki. Sprawia ogromną przyjemność, iż główna bohaterka rośnie w siłę dzięki swoim niewidzialnym gołym okiem mocom, a nie dzięki wysportowaniu, wydajności mięśni i figurze Lary Croft. Wybór, by Lucy zagrała właśnie Johansson, wzbudza kontrowersje, ale ja uważam, że był on znakomity. Nie sztuką jest biegać z pistoletem w rączce – sztuką jest ukazać na ekranie parujące z bohatera człowieczeństwo, stopniowe przeciekanie swej istoty w niezwykle dalekie rejony, osiągnięcie poziomu nadczłowieka i oddanie tych przemian samym sposobem patrzenia, przechyleniem głowy, jednym skromnym gestem, kamiennym obliczem. Poza tym – udźwiękowienie z klasą i piękne efekty specjalne, nieco przywodzące na myśl swoją estetyką „Źródło”, choć ujęte w zupełnie innej, mniej przepastnej atmosferze i odzwierciedlające odmienną problematykę. Toster Pandory poleca „Lucy” nie tylko miłośnikom filmów Bessona, ale również wszystkim tym, których zawiodła „Transcendencja”. Jeśli po odbiorze „Transcendencji” wciąż nosicie w sobie pewne niesmaczne luki, które ta po sobie pozostawiła, „Lucy” wypełni je na pewno z pożytkiem i ku Waszemu zadowoleniu.

„Lucy” jest obrazem filmowym, który maluje przed nami proces, czy też drogę prowadzącą od śnienia do świadomości, bądź odwrotnie. Przy założeniu, że funkcjonalność naszego mózgu jest okrojona, całe życie człowieka porównywalne będzie do snu – niczym we śnie, często bywa bowiem absurdalne, niepojęte i nie zawsze pozwala się wytłumaczyć typowo racjonalnie. Żyjemy, śniąc – dostępna dla nas perspektywa jest zaledwie wycinkiem, karkołomnym spłaszczeniem całokształtu. Uzyskując zaś kompleksową, stuprocentową świadomość – budzimy się ze snu. Wkraczamy na teren boga, postrzegamy świat z góry, widzimy już nie tylko samą krzywiznę Ziemi, lecz możemy zobaczyć całą kulę ziemską sprowadzoną do wielkości kropki. Możemy przemierzać niewyobrażalne dziś dystanse, odległości; możemy balansować między wieloma odległymi perspektywami. Możemy podróżować w przestrzeni i czasie na olbrzymią liczbę sposobów, jakże różnych od tych mini wycieczek, które znamy obecnie. Możemy – BYĆ WSZĘDZIE…

Justyna Karolak

Recenzja Lucy Bessona 6

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *