Robić internety i świecić, nim się zgaśnie

Najprawdopodobniej wyłącznie sztuką wysoką człowiek żyć nie może – dla zdrowia psychicznego wskazane jest stykanie się z dziełami popularnymi, rozrywkowymi czy pop-kulturowymi, aby umysł mógł zaznać odprężenia od wymagających myśli. Od chwili gdy Internet z kawiarenek zaczął na dobre przesączać się do domostw, gdy rozpoczął się – najpierw delikatny, podobny do kropli wody żłobiącej skałę, a następnie ekspansywny – proces wrastania Internetu w naszą codzienność, byłam zdania, że dzieje się cudownie. Bo powszechność i „naturalność” dostępu do Internetu umożliwiła człowiekowi – bez względu na jego status intelektualny, ekonomiczny, społeczny – korzystanie z szeroko otwartego okna na świat. Świadomość, że tkwiąc w maleńkim, skromnym domku na wsi, nie mając dokąd pójść i czego zobaczyć, mogę odbyć wizytę w zagranicznym muzeum albo porozmawiać z mieszkańcem innego kawałka globu – jest uskrzydlająca.

Ale Internet jako powszechny i dostępny właściwie każdemu cud – był cudem tylko przez „chwilę”. Tak jak sztuka pozwala ująć się w dwu, najczęściej (choć nie zawsze) odległych względem siebie rejestrach (podział na sztukę wysoką i popularną – przyp. J.K.), tak samo Internet, stale się otwierając i rozrastając, stosunkowo szybko podzielił się na szereg kategorii i dziś zawiera treści zarówno lotne i błyskotliwe, jak i miałkie, płaskie i niewnoszące, jak i niestety te szkodliwe.

Internet miał być technologicznym i społecznym cudem – medium wolnym od popłuczyn przekazywanych biegle przez starsze mass media, z telewizją na czele.

Dziś Internet coraz silniej przypomina twór, jakim jest telewizja, wraz z jej brudem (ukrytym pod sterylną i misternie zaprojektowaną estetyką), populizmem oraz zatrzęsieniem reklamy – uśmiechniętego ścierwa.

Internet miał być cudem odpornym na podziały – w Internecie wszyscy mieliśmy dysponować równie swobodnymi prawami do użytkowania treści w nim obecnych. Dość szybko jednak się okazało, że Internet jako medium rządzi się tymi samymi zasadami, co np. telewizja, a są to zasady wyrosłe z matrycy zysku i strat. Kto posiada pieniądze, ten decyduje o wpływach, które z kolei decydują o zasięgach, a te ostatnie decydują o najważniejszym – o kryterium atrakcyjności…

Atrakcyjność jest pułapką – łatwo pomylić ją z mianem jakości. Internet był cudem i synonimem wolności wypowiedzi – dziś domaga się ustalenia jasnych podziałów, kategorii, rejestrów, a są to ustalenia, jakim właśnie Internet miał stawiać wiecznie skuteczny odpór.

W Internecie trudno oddzielić twórcę od odtwórcy czy przetwarzacza cudzych dorobków myśli. Mrowie blogerów i youtuberów woła zza szklanej zasłony: – Zobacz mnie, polub mnie, chwal mnie, adoruj mnie! Każdy z nich jest wyjątkowy, przy czym prawie każdy jest identyczny, czyli wtórny i de facto wsobny. O, jakże trudno połowić z mętnych popłuczyn zbłąkaną, maleńką perłę! Jakże trudno dzisiaj wydostać się z intelektualnych lub emocjonalnych mielizn i wypłynąć na czyste, głębokie wody.

Na czym polega różnica – jak efektywnie oddzielić wartość dodatnią od bezwzględnie zerowej albo ujemnej? W dobie Internetu to szalenie trudne zadanie!

Przede wszystkim owa równość i wolność wpisana w fundamentalną ideę dobra, jakie miał stanowić wynalazek pod tytułem Internet, obróciła się przeciwko samej sobie, i z tego faktu wynika pierwszy istotny problem w zastosowaniu filtru odcedzającego wartościowe od bezwartościowego.

Owa równość i wolność zachwyciła, uwiodła i zaraziła umysły użytkowników sieci, którzy w rezultacie z roli odbiorców treści – gładko weszli w rolę generatorów treści w Internecie. W ten sposób wykwitły blogi, które najpierw stanowiły zapisy praktycznie pamiętnikarskie, tyle że podane dalej, tj. posłane wprost w kanał komunikacji z publicznością. Potem blogi zaczęły puchnąć, szukać innych (niż pamiętnik) narracji – w ten sposób narodziło się wiele hybryd języka blogowego i aspiracji w kierunku publicystyki. Potem blogi wypączkowały do postaci vlogów, a youtuberzy – czasem z namysłem, a czasem nieświadomie – poczęli pretendować (we własnych oczach i oczach naiwnych fanów) do pułapu znaczących kreatorów…

W tym miejscu należy się sprawiedliwa refleksja: to świetnie, że ludzie w Internecie czują się u siebie, że poszukują aktywności intelektualnej, wiadomości o nauce, sztuce i świecie, że uruchamiają w sobie pokłady kreatywności – że szeroko komentują liczne zjawiska, np. społeczne, że są śmiali i swobodni w wypowiadaniu własnych opinii. Nie chciałabym, by Czytelnik odniósł mylne wrażenie, że uzurpuję sobie prawo do odmawiania komukolwiek jego wizji życia i rozumienia różnych spraw. Jest wręcz przeciwnie: nie tylko cieszę się z tej swobody myśli, jaką stwarza ludziom Internet – jestem też zdeklarowaną miłośniczką rozmaitych blogów i vlogów. W tym artykule będę starała się poddać to medium, jakie stanowi dziś Internet, krytyce – to prawda – ale podkreślam, że ja także jestem reprezentantem blogosfery. Zupełnie się własnego przynależenia do blogosfery nie wypieram – uwielbiam blogosferę i kibicuję jej.

Doskonale pamiętam świat bez Internetu (i bez telefonu komórkowego) i już wtedy wiedziałam, że zostanę pisarzem (powieściopisarzem) – ale jeszcze nie przypuszczałam, że przyjdzie mi żyć w czasach, kiedy moje docieranie z pisaniem do publiczności będzie aż tak… łatwe. Wiedziałam, że będę pisała książki, ale nie wiedziałam, że zżyję się także ze światem, który da mi piękną możliwość spróbowania i innych, bardziej miękkich, bardziej bezpośrednich stylistyk, jak np. blogowanie.

W czasach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, żeby coś napisać, musiałam najpierw spędzić żmudne godziny w czytelni, sporządzić mrówcze odręczne notatki na podstawie odpowiednich – papierowych – źródeł. Dziś siadam przed komputerem w domu i lekko łączę się z materiałami źródłowymi, kiedy są mi potrzebne; otwieram kilka okien na świat na raz. I choć oczywiście w Internecie nie ma wszystkiego, zarazem – jest w nim wszystko… I to jest wspaniałe – bardzo doceniam wygodę i pragmatyzm tych czasów!

Jednak to, że ludzie są swobodni i śmiali w wyrażaniu własnych opinii w Internecie, nie jest pozbawione wad. I właśnie stąd krytyka, którą chcę podjąć w tym artykule.

Nie chcę mówić o modnym haśle, o tzw. hejcie. Osobiście nie znoszę tego słowa i uważam, że jest nadużywane. Nie chcę rozprawiać o hejcie – chciałabym spojrzeć na zjawisko, jakim jest Internet, pod nieco innym kątem.

Wydaje się, że rozwój czy rozrost niezliczonych wprost form ekspresji, na jakie Internet jest otwarty, spowodował coś na kształt śmierci profesjonalizmu. I o tym chcę mówić. Że XXI wiek niesie na sobie ten przedziwny sznyt: śmierć profesjonalizmu. Dziś każdy ma rację – każdy ma jednakowe kompetencje do bycia opiniotwórczym. Prawdziwe opiniotwórstwo dogorywa gdzieś na marginesach rzeczywistości i społecznej jaźni.

Śmierć profesjonalizmu… Oczywiście to sformułowanie jest nieprawdą, bo rozwój przez cały czas się dzieje – tyle że nie odbywa się na oczach tłumów, a w odniesieniu do zawartości „internetów”, autentyczny rozwój i profesjonalizm chowa się w zalewie próżności i miałkości jednak. I w tym poczuciu swej ważności, bycia kreatywnym i cennym – bo głównie tymi cechami i zachowaniami zasilamy Internet – umyka nam ta prosta rzecz: Facebook czy YouTube, to nie są nasze wkłady w rzeczywistość. Przyzwyczailiśmy się do nich, pokochaliśmy je, traktujemy jak osobiste podwórka szczęścia – ale zapominamy, że te produkty nie są naszą własnością. To są cudze firmy i cudze systemy zarządzania treściami, jakimi to treściami tak pięknie i swobodnie właśnie my zasilamy – cudzą kieszeń, a przede wszystkim cudze zasoby wiedzy o społeczeństwie.

Dzisiaj każdy może „robić internety” i cudnie świecić – zaznać na własnej skórze porcji celebrytyzmu oraz nakarmić podskórne pragnienie bycia zauważonym, docenionym, pokochanym. Co stanie się jednak, jeśli dana platforma, na której dziś ze swobodą wolno nam się wykazywać – nagle zgaśnie?

Dzielenie się z innymi tym, co właśnie ja jako człowiek mam do powiedzenia, nigdy nie było tak łatwe, jak dzisiaj. Każdy może „robić internety” i świecić. Tak jak każdy może pisać i posyłać w świat swoje książki. Albo narysować cokolwiek i bez trudu znaleźć ludzi, którzy będą klaskać. Bo w końcu kto ma ustalać kryteria służące do oceny tego, co wartościowe (dobre), a co tylko próżne (miałkie)?

Dyskusja o gustach stała się fundamentem współczesnych dialogów i relacji międzyludzkich. I ja nie twierdzę, że gardzę tym zjawiskiem, bo sama pamiętam schyłek starego – bardziej surowego i przejrzystego – świata. Mówię jedynie tyle, że dawniej pewne rozmowy odbywały się w specjalnie zaprojektowanych do tego celu anturażach. Na przykład dyskusje o sztuce – nie o gustach – toczyły się w galeriach, na wernisażach. Jeżeli ktoś nie był zainteresowany udaniem się na wernisaż Malewicza, to nie wychodził na główny rynek miasta i nie wołał przez megafon, że biały kwadrat na białym tle jest brzydki i głupi. Obecnie wszelkie dyskusje – a głównie te z włączeniem gustów – toczą się w grupach na portalach społecznościowych. Bezpiecznie ukryci po drugiej stronie klawiatury, stajemy się – we własnych oczach – efektywnie wyposażeni w komplet kompetencji do odważnego publicznego mówienia o tym, co nam się podoba, a co nie. Zapomnieliśmy o tym, że to, co nam się podoba, a co nie, to jeszcze nie rzeczowa rozmowa o zjawisku, o problemie. Być może zdaje nam się, że to, że odbieramy, pojmujemy i odczuwamy świat na swój osobniczy sposób – jest wystarczającą, a nawet kardynalną podstawą do tego, aby świat naprawdę zaczął wyglądać dokładnie tak, jakim wyobrażamy go sobie my, patrząc przez pryzmat swojego gustu. Mówimy (piszemy w internetowych komentarzach): to jest moja opinia na ten temat, mam do niej prawo i nikt nie może mi zabronić! To prawda: masz do niej prawo. Ale dlaczego uważasz, że Twój gust jakkolwiek opisuje świat? Zapytam inaczej: na jakiej podstawie twierdzisz, że Twój gust jest nośnikiem informacji o świecie? Przecież Twój gust jest nośnikiem informacji o Tobie, a nie o podmiocie rozważań!

Prawda jest taka, że żaden gust nie jest równoważny z charakterystyką świata – z opisem danego problemu, tematu. Wyjaśnię to na prostym przykładzie gatunku – recenzji:

W „internetach” działa mnóstwo blogerów recenzujących np. powieści. Ale tylko nieliczni z nich uprawiają ten gatunek, jakim jest recenzja. Znakomita większość po prostu opisuje i publikuje swoją osobistą opinię o książce, czyli wrażenia (przemyślenia i uczucia) pod wpływem lektury. Tego typu aktywność pisarska nie ma nic wspólnego z recenzją, choć blogerzy z entuzjazmem posługują się tą nazwą w odniesieniu do swojej działalności.

Recenzja to gatunek dziennikarski. Recenzja polega nie na tym, że wyjaśniam, co mi się w książce spodobało, a co nie, tylko na tym, że wskazuję potencjalnemu czytelnikowi wymierne dane o książce – opisuję to, co w tej książce dobre, a co złe. Opisuję różne elementy i funkcje powieści, w które powieść wyposażył autor. Opisuję, jak autor rozłożył swoiste akcenty w powieści – np. opisuję wraz z merytorycznym uzasadnieniem, że siłą tej powieści są naturalnie brzmiące dialogi, natomiast słabością tej powieści (pomimo przekonywająco skonstruowanych dialogów) są przezroczyste opisy tła wydarzeń fabularnych. No ale komu wolno stwierdzić, co w powieści na pewno jest dobre, a co złe? Przecież obiektywizm nie istnieje!

Jasne, że świat składa się z wielości odcieni względnych. Jednak jak najbardziej wykonalnym jest napisanie rzetelnej recenzji stwierdzającej zalety i wady powieści – pod warunkiem, że człowiek piszący ma stosowne do tego kompetencje, a nie kompetencje urojone. Nie wystarczy być łakomym na mechanizm czytania miłośnikiem książek, by potrafić wypowiadać się o literaturze z pozycji krytyka. Trzeba być np. człowiekiem sztuki albo literaturoznawcą, albo po prostu niekłamanym erudytą, by wiedzieć, czym jest, a czym nie jest dana powieść, co zostało w niej zawarte, a co nie – w przeciwnym razie nasza opinia o książce wyrażona na piśmie nie będzie recenzją, lecz tylko jedną z miliona ludzkich, niczym się niewyróżniających opinii; będzie opublikowaniem osobliwej informacji o moim prywatnym guście, a nie recenzją dzieła literackiego.

I zupełnie nie o to chodzi, że opinia o książce wyrażona przez blogera jest gorsza od recenzji napisanej przez krytyka literackiego – to nie tak. Chodzi o to, że obie wypowiedzi zdecydowanie się od siebie różnią – że ich esencja polega na przekazaniu czytelnikowi całkowicie innych względem siebie, osobnych wartości. Tylko tyle i aż tyle…

Po co o tym mówię? Po to, żeby wskazać, że to, że przywykliśmy do szybkiego, dynamicznego interfejsu sprawia, że nie szukamy głębiej – że zadowalamy się napięciem powierzchniowym. Że ulegamy cudzym opiniom, ślepi na normalny obraz świata – zaczęło nam się wydawać, że normalny obraz świata nie istnieje; że istnieje tylko subiektywne wrażenie świata. A w ten sposób pojmowany relatywizm jest niebezpieczny…

To, że ludzie zaczynają polegać przede wszystkim na subiektywnym postrzeganiu i osobistym przeżyciu, prowadzi do tego, że przestajemy umieć rzeczowo dyskutować. Zaczynamy przypisywać interlokutorom intencje i poglądy, których ci de facto wcale nie wyrazili. Ten rozemocjonowany świat, jaki tworzymy w wyniku naszych subiektywnych obserwacji, staje się rozchwiany i w rezultacie iluzoryczny. Zaczynamy nieświadomie chwytać się we wnyki własnych wyobrażeń, a ignorujemy fakty. Co prawda świadomie deklarujemy otwartość na poznanie drugiego człowieka, różnego od nas, ale nieświadomie postępujemy odwrotnie i prezentujemy zamknięcie na zdanie inne, niż to, które sami wygłaszamy. Podam przykład:

Wzięłam udział w dwu dyskusjach (w Internecie) – z różnymi rozmówcami – o aborcji. W obu dyskusjach podałam dokładnie te same poglądy i argumenty. W pierwszej dyskusji dowiedziałam się (od moich rozmówców), że jestem radykałem (że chcę całkowitego prawnego zakazu aborcji), w drugiej dyskusji dowiedziałam się, że jestem liberałem (że chcę ustanowienia w prawie aborcji na życzenie). Ten przykład ilustruje coś nieprawdopodobnego: przypisano mi (zupełnie poza mną czy obok mnie) jedynie skrajnie przeciwstawne postawy, jakich nigdy nie przejawiłam. Nie chodzi, proszę Państwa, o temat tych dyskusji; chodzi o mechanizm, który w tych dyskusjach się ujawnił i który dowodzi tego, jak łatwo ulegamy polaryzacji, zależnie od tego, co sami o świecie sądzimy, jakie emocje wywołuje świat – w nas. Mówiąc inaczej, w zależności od tego, czy dyskutowałam z lewicowymi liberałami, czy z katolickimi tradycjonalistami, byłam oceniana w odmienny sposób: liberałowie uznali, że jestem absolutnym przeciwnikiem aborcji, tradycjonaliści – przeciwnie – że jestem absolutnie proaborcyjna. Wystarczyło, że podjęłam dyskusje chłodnym, zrównoważonym (bezemocjonalnym) językiem, aby określony interlokutor uznał mnie za swego opozycjonistę lub nawet wroga. Warto zaakcentować, że chociaż mój język był chłodny, nie znaczy to, że był nieprecyzyjny – w sposób precyzyjny, jasny sformułowałam moje wypośrodkowane poglądy, pomimo czego przypisano mi skrajności, w zależności od środowisk, w jakich toczyły się dyskusje.

Aborcja to trudny temat, zwykle wywołujący emocje, ale nie ona stanowi tu clou. Ten mechanizm ulegania polaryzacji i nakładania własnej polaryzacji na zastany świat – pozwala się zaobserwować w wielu różnych, subtelniejszych, sytuacjach w Internecie.

W znanej sentencji łacińskiej – des gustibus non disputandum est – nie chodzi o to, że nie wolno nam rozmawiać o naszych gustach, tylko o to, że dyskusja toczona w oparciu o gusta staje się pod względem merytorycznym niemożliwa. Jeśli chcemy poważnie podyskutować, musimy odłożyć prywatny gust na półkę z tyłu głowy, bo tylko wtedy staje się możliwa próba zajrzenia w głąb zjawiska. Jeżeli zaś w podjętej dyskusji uprzemy się, żeby przez cały czas rozprawiać z odniesieniem do osobistych emocji, przeżyć, doświadczenia etc., to wówczas nic wymiernego nie uzyskamy – poza złudnym poczuciem chwilowego zwycięstwa albo, równie chwilowej, porażki. Prowadzi to do zacementowania obłąkańczego obrazu świata – w którym oddalamy się od widzenia i doznawania normalności. Wszystko staje się tylko takie, jakim chcemy je widzieć – wtedy z łatwością zarzucamy innym, że ich widzenie, w przeciwieństwie do naszego, jest fałszywe. Podczas gdy każdy gust zawsze jest prawdziwy i po równo uprawniony – ale to nie on dokumentuje rzeczywistość, i właśnie dlatego nie należy dyskutować o gustach.

Można nazywać się James Joyce i napisać książkę pt. Ulisses. A można nazywać się Paulo Coelho i napisać książkę pt. Alchemik. Jeden i drugi autor jest identycznie uprawniony do pisania i wydawania książek. Ale tylko jeden z nich pozostaje pisarzem – bo tylko jedna z tych dwu wymienionych książek daje się rozpatrywać w kategorii literatury. Druga z nich pozostaje grafomanią – niezależnie od tego, co się komu podobało, a co nie.

Oczywiście literatura stanowi w tym kontekście tylko przykład – jego sensem jest to, że właśnie charakterystyczne rozróżnienie pewnych jakości wydaje się niezbędne do tego, by we własnym „robieniu internetów” oraz komentowaniu treści wysyłanych przez innych użytkowników sieci, samemu się nie pogubić. Ale jak dojść do umiejętności ww. rozróżnienia – z jakich narzędzi poznawczych korzystać; kogo uznać za autorytet i zaufać, a kogo za wydmuszkę czy hochsztaplera i uciec? Niestety nie znam odpowiedzi na to pytanie…

Internet z jednej strony ułatwia poznanie świata, z drugiej – tłumi je i zakłóca. Internet otwiera furtkę wielu hochsztaplerom (np. w dziedzinach szeroko pojętego kołczingu) i pseudotwórcom. Myślę, że konstruktywnym sposobem na demaskowanie tychże – może być podjęcie nudnego, długiego procesu uczenia się zdrowego dyskutowania. W starciu z merytorycznymi argumentami hochsztaplerzy malowniczo obnażają swoją miałkość i nieuczciwość. Właśnie to (zdrowa dyskusja – przyp.: J.K.) może okazać się skutecznym filtrem odcedzającym wartościowe od bezwartościowego. I tego życzę nam wszystkim: byśmy potrafili nauczyć się dyskutować; byśmy potrafili nauczyć się bazować nie na opowiadaniu światu o sobie (o prywatnym guście), lecz na czymś głębszym, dalszym, szerszym, bardziej ogólnym…

Justyna Karolak

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o autorce przeczytasz, klikając niniejszy link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Nie wiem, czy ta hybryda literatury i publicystyki – się obroni, ale zapraszam wszystkich Państwa do wspólnych rozważań o „naturze” i o powinnościach, i niepowinnościach Internetu…

    Ten świat, jakim jest sieć – też się zmienia, ulega różnym impulsom i zjada swój ogon. Nic nie jest gotowe i jednostajne – dane raz na zawsze. Balansujemy na niewygodnej huśtawce – bujamy się między normalnością a zmyślnością… chyba 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *