Roślinna wegetacja na życzenie

Roślinna wegetacja na życzenie 2

 Zwięzła rzecz o najkrótszym życiorysie świata.

Wszyscy pragniemy tego samego: szczęścia, bezpiecznego życia i możliwości rozwijania pasji. Ale w swoich pragnieniach nie jesteśmy do końca uczciwi, bo zbyt łatwo się poddajemy i ulegamy opiniom z zewnątrz, które krytykują nasze marzenia. Wszyscy chcemy być odważni i konsekwentni, ale okłamujemy siebie samych co do tego, jak silni czy dynamiczni jesteśmy, nie potrafiąc, czy wręcz nie chcąc, wyciągnąć ręki po to, na czym miało nam zależeć. Wielu z nas nie potrafiłoby dostrzec szczęścia, nawet gdyby szczęście legło wprost przed nasze stopy na chodnik, jakim biegniemy codziennie do swoich mało intrygujących i nieszczególnie owocnych zajęć, w duchu życząc sobie innego, lepszego życia. Łatwiej potknąć się o szczęście i wybić sobie o nie wszystkie zęby, niż zdać sobie sprawę, że szczęście jest realne i zależy w największej mierze od nas samych.

Wielu narzeka na nudę, na brak możliwości osobistego rozwoju, brak ciekawych zajęć i pracy zawodowej. Ale z chwilą gdy pojawia się inspiracja i konkretna propozycja na działanie kreatywne, nawet poparte profitami finansowymi, potrafimy odwrócić się od niej plecami i odmówić zaangażowania, bez podania żadnych racjonalnych powodów swej odmowy. Siejemy myślenie defetyczne i rezygnujemy z namacalnych możliwości na spełnienie marzeń już na wstępie – kiedy często jeszcze nie wiemy, nie jesteśmy w stanie zobaczyć, jak daleko dane działanie mogłoby nas zaprowadzić i co dobrego moglibyśmy poprzez nie uzyskać. Tymczasem już jakoby z góry widzimy piętrzące się problemy, stos drobnych, uporczywych kroków, na które trzeba by poświęcić sporo czasu, energii i emocji, więc z punktu przestaje nam się chcieć brać w czymkolwiek czynny udział. Świat tętni życiem, krew krąży szybko wszędzie tam, gdzie nie ma – nas. Tu natomiast, gdzie utknęliśmy właśnie my – w naszym osobistym, trudnym, zwykłym i przeciętnym życiu – wieje chłodem i stagnacją, na które ochoczo narzekamy, podczas gdy sami uzurpujemy sobie prawo do swoich narzekań – bezpodstawnie. Bo czy mamy szczere prawo narzekać, kiedy odmówiliśmy cudzym odżywczym propozycjom naszej aktywności?

Spójrzmy tej trywialnej, ale ważnej, prawdzie w oczy: „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Z momentem, gdy ktoś otwiera nam drzwi do swojej rzeczywistości, zaprasza nas do udziału w ciekawym przedsięwzięciu, jego świat nagle przestaje nas nęcić, już nie uznajemy go za kolorowy i interesujący, ni nęcący, bo jest w nim zbyt wiele do zrobienia, a my chcieliśmy przecież, żeby różne profity i fanty spłynęły na nas jak boska manna z nieba, za darmo, za samo nasze istnienie.

Za samo istnienie nikt nie zasługuje na szacunek, tym bardziej nie należy mu się podziw. Oto najkrótszy życiorys świata: narodziłem się, zjadłem, wydaliłem, umarłem. Świat składa się z przeważającej ilości takich właśnie życiorysów. Osoby, które jedynie wegetują, uzurpują sobie prawo do narzekania na swój los, a najczęściej odrzucają realne możliwości jego odmiany. I nie mowa tu o ludziach dotkniętych życiową tragedią, na przykład niepełnosprawnością czy nieuleczalną chorobą, dla których wiele działań w rezultacie ich dramatycznej sytuacji życiowej pozostaje obiektywnie niedostępnych, które to osoby mogą myśleć o swojej egzystencji, iż przypomina ona „roślinną wegetację”, gdyż tak mocno mają związane, skrępowane ręce. Mowa zaś o osobach, które posiadają – tak: wszystko, co trzeba, by wieść szczęśliwe życie. Po prostu wszystko: zdrowie i pełnię sił witalnych, zdrowe dwie ręce i dwie nogi, sprawną głowę na karku, a nawet urok osobisty czy po prostu tak zwaną miłą aparycję.

Istnieje i druga grupa ludzi wegetujących niczym rośliny – zdrowych, silnych, a jednak właśnie wyłącznie wegetujących – których postawa zasługuje na tym mocniejszą krytykę, gdyż osoby te nie tylko same odmawiają udziału w różnych przedsięwzięciach, nie tylko odwracają się od własnych marzeń, to jeszcze ciągną w dół osoby drugie i trzecie. Jest to grupa partnerów życiowych: żony, męża, dziewczyny, chłopaka… Bardzo często zdarza się, iż ktoś ma ochotę cokolwiek zmienić, zawalczyć, spróbować, a partner na to: po co chcesz to robić, dlaczego właśnie tobie miałoby się udać, to, co robisz, jest zbyt męczące i wymagające, odłóż to i nie męcz swojej głowy, po co ci to, może nie masz naturalnego talentu?

Życiowy partner jest wszak najbliższą nam istotą. To rodzina, którą wybieramy sami, osoba, z którą łączy nas najsilniejsza relacja przyjacielska, w jakiej to relacji ludzie dzielą ze sobą swoją intymność, i cielesną, i duchową. Być z kimś w związku, to współistnieć z drugim człowiekiem nadzwyczaj dosadnie i blisko. Partnerzy powinni wspierać się wzajemnie, „popychać” nawzajem do działania i rozwoju, wierzyć w marzenia drugiej osoby. Przerażające, jak wielu partnerów wykorzystuje dla osobistej wygody bliskość z ukochanym/ukochaną, pełniąc w jego życiu bezlitosną funkcję zbędnego balastu. Każde działanie drugiej strony jest przez takiego partnera dociążane, krytykowane i opisywane jako zbyt trudne i za mało realistyczne, każde marzenie jest szydzone jako dziecinne, infantylne i próżniacze, podczas gdy winno być zagrzewane, współodczuwane i chwalone.

Przywykliśmy do tego, że to, co wymaga od nas wysiłku, co boli, należy odłożyć i porzucić – bo przecież wymaga pracy dodatkowej, zakasania rękawów po godzinach pracy na etacie, a kto przy zdrowych zmysłach, zmęczony po robocie, szuka dla siebie dodatkowych zajęć?

Oczywiście ja też, jak każdy, lubię po pracy odpocząć. Ja także w weekend lubię się polenić. Lecz nie wyobrażam sobie, by moje życie miało składać się wyłącznie z samej pracy zawodowej i samego piwa, które wypiję od czasu do czasu dla relaksu. Oprócz pracy i czasu przeznaczonego na relaks i regenerację sił, chcę szukać możliwości rozwoju, realizowania moich pasji i udziału w nowych projektach. Nie mogłabym spojrzeć w oczy lustru, wiedząc, iż moje epitafium będzie wyglądało tak: narodziłam się, zjadłam, wydaliłam, umarłam. To dla mnie zdecydowanie za mało. Wolę kiedy moje marzenia przepadają w zdrowej, zaangażowanej walce, niż żeby miały zniknąć niczym przekłute i, cudzym zdaniem, śmieszne bańki mydlane.

Współczuję wszystkim ludziom, którzy rezygnują z potencjalnej walki o swoje szczęście, kładąc się walkowerem. I złoszczę się na partnerów życiowych ludzi, którzy mieli ochotę zawalczyć, a którym partnerzy powiedzieli, że szkoda czasu, przysłużywszy się tym bezlitosnym i okrutnym sposobem do pogrzebania ich marzeń i wiary we własną moc sprawczą.

Marzenie jest kruche podobnie do życia. Marzenie, tak samo jak życie, jest zaprogramowane na określoną żywotność. Marzenia nie są wieczne, mają określony termin ważności, nie da się odgrzewać ich w nieskończoność i sam fakt, że wciąż oddychamy, nie zapewnia marzeniom towarzyszenia nam w naszej drodze. Mówiąc inaczej, każde marzenie trzeba chwytać za kostki, póki jeszcze możemy to zrobić, póki nie odfrunie jak balonik z helem, którego sznurek niechcący wymknął się dziecięcej rączce. Marzenie trzeba pielęgnować, troszczyć się o jego kondycję, dbać o nie tak, jak chcielibyśmy, by o nas dbano. Trzeba je tulić do piersi i pocieszać, gdy podupadnie na zdrowiu. Trzeba je karmić, by nie słabło na naszych oczach, głodne i zapomniane. Trzeba je poić, by nie mdlało, by nie zmarło przedwcześnie. Trzeba dać mu szansę, inaczej nie ma życia również dla nas – inaczej stajemy się tylko cieniami o najkrótszych życiorysach świata i przestajemy zasługiwać na miano „człowiek”.

Jeżeli chcesz być człowiekiem, to żyj pełną piersią, żyj życiem człowieka, nie rośliny i nie prymitywnego zwierzęcia.

Justyna Karolak

 

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (0)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *