Rynkowa ekonomia smutku

Rynkowa-ekonomia-smutku1

Idąc do pracy, pogrążeni w smutku, przechadzamy się ulicami pełnymi z pozoru pewnych siebie ludzi. Lecz tak naprawdę, tak samo jak my, oni również są skorupami pogrążonymi w smutku istnienia, smutku samotności przynależnej do indywidualnego, oddzielnego bytu.

Tego smutku nauczyła nas kultura współczesna, separująca naszą zdolność do odczuwania własnej wartości, separująca od jakichkolwiek relacji społecznych. Wystarczy, że jesteśmy tylko my – sami.

Kiedyś nasza pozycja, poczucie własnej wartości i status, były silnie uspołecznione. Teraz są efektem mody, spotu reflektora, ślepego nurtu nieznajomych i podprogowego działania autoreklamy. Nie mamy już oparcia we wspieranych tradycją więzach, nie możemy być pewni swego – odkąd zabrano nam wielopokoleniowe rodziny, wciskając nas na siłę w prostszą strukturę nuklearną. Tylko my i dzieci – nie powinniśmy mieć nikogo ponadto, ponad sobą.

Ciężko jest nam powiedzieć, czy to źle, że początek XXI wieku jest właśnie taki. Ale na pewno możemy powiedzieć, że to właśnie z tego powodu – wielu z nas czuje się smutnymi i „ubezwłasnowolnionymi”.

Nie mamy się do kogo odezwać, poza partnerem. Wszystkie pozostałe relacje są tak płytkie, że wystarcza ich substytut: rozmowa bądź kłótnia na mieście z kolegą czy koleżanką z pracy.

Nie mamy o czym dyskutować i czym się chwalić, nie ma z kim czegoś wspólnie budować, wiecznie brakuje czasu na zbytnie „poobiednie brednie”.

Kiedyś człowiek wiedział bardzo dobrze, na czym stoi – to znaczy: gdzie się znajduje, kim jest i do czego zmierza. Teraz prawie wszystko stało się rozwodnione, urynkowione i półpłynne jak breja. Jesteśmy miernymi graczami giełdowymi na rynku miłości. Staramy się nieustannie ustalać kurs akcji, biorąc pod uwagę zmienne – wiek, zdrowie, urodę, zdolność kredytową, posiłkując się mocno działaniami pozorowanymi i propagandowymi. Poprawione graficznie selfie, dobrze dobrany post na „fejsbuku, dobrze skomentowana wirtualna rozmowa. Nie ma w takim malowaniu trawy niczego trwałego – ciągle zmagamy się z rzeczywistością, która przemija. Bez nieustannego działania, nasze akcje bardzo szybko spadają, przez co notowania aktywnych i bezczelnych „pustych głów” rosną.

Szukając trwałości i dalszych skutków istnienia, gromadzimy dobra. Jesteśmy więźniami wyznaczanego materialnie statusu społecznego. Rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy, są dla nas marzeniem, bo dzięki nim będziemy mieli większe szanse na to, że ktoś nas pokocha. Materializm staje się wołaniem o pomoc na wolnym rynku miłości. Skoro nic go nie reguluje, to musimy właśnie tymi nadmiarowymi rzeczami swoją pozycję społeczną umacniać i budować.

Nie ma to niczego wspólnego z konsumpcjonizmem. Nie jest to wcale przejawem pustego – mieć, mieć i mieć. Nikt z większości z tych dóbr nawet nie korzysta. To aż albo ledwie rezultat – regularnego mierzenia się z oceną społeczną tylko i wyłącznie na podstawie tego, jakim transportem na spotkanie przybyliśmy. Nie jesteśmy aż tak głupi – do ciągłego kupowania zmusza nas głównie ten smutek.

Mając w genach zakorzenioną potrzebę miłości, staramy się sprostać potrzebom społecznym obywatela bez skazy, który zwróci na siebie uwagę społeczną. Ukrywamy własne dolegliwości fizyczne, chowamy wady – niektóre kobiety bez makijażu nie wyjdą z domu.

Kiedyś wystarczyło mieć pozycję społeczną i to z niej wynikała baza do określania własnej wartości. Dzisiaj tę pozycję społeczną budujemy samodzielnie, co w praktyce oznacza, że stajemy się wypadkową spojrzenia i oceny pozostałych uczestników tego smutnego rynku. Wszystko zależy od nas, dlatego skupiamy się na pozorach, które jako pierwsze postrzegać będą obcy. Chcemy dotrzeć do jak największej liczby ludzi – będąc znani z tego, że jesteśmy znani. Oprócz urody, przy wsparciu tej gonitwy, liczą się także absurdalne atrybuty, jak np. nazwa skończonej przez nas uczelni.

Poświęcamy niemal wszystko dla uznania społecznego, bo bez niego jesteśmy wydmuszką, pozbawioną przez współczesne państwa – prawa do istnienia i samostanowienia. Bez atrybutów nie mamy żadnego poważania, „zero” praw człowieka.

XXI wiek, to świat zupełnie pozbawiony godności własnej. Gdyby tkwiła ona w nas, żadna operacja rynkowa, żadna ekonomia smutnego rynku nie byłaby potrzebna. Nikt nie musiałby się upadlać materializmem, żeby coś innym udowadniać i ciągle się promować.

Powszechna presja podziwiania tak zwanych „gwiazd”, to choroba społeczna naszych czasów. Jesteśmy częścią tłustego systemu, który wmawia każdemu szaremu człowiekowi potrzebę aspiracji. Grę, w której z definicji osiągnięcie poziomu „celebrytów”, nigdy nie będzie mu dane. I to nie dlatego, że jest gorszy, bo to jeszcze moglibyśmy zrozumieć. Lecz głównie dlatego, że nieustannie całe sztaby specjalistów od public relations (pełne bez wątpienia zdolnych ludzi) pracują na sukcesy i pozorowanie aktualnego poziomu „wybitności” niby elit, czyli aktualnie wpychanego nam do gardeł szczytu gwiazdorskiej wierchuszki. Szarzy ludzie po prostu nie mają z nimi szans. A miarą upadku tego modelu ekonomicznego jest te kilka chwil nieuwagi „zespołu”, w którym ze zdziwieniem przekonujemy się, że „król jest nagi”, a przeciętny obywatel „spod budki z piwem” jest na poziomie wysławiania się większości ministrów.

A wszystko to w imię miłości, która dziś – musi być zdobywana pozorami. Pozbawieni korzeni i ukonstytuowania naszej godności, zabiegamy już tylko o poklask, lecz musimy pamiętać, że jest to ten najgorszy rodzaj miłości…

Widocznie ze smutkiem nam do twarzy, jeśli jutro od nowa wyruszymy „zdobywać” świat – ze śladem owego smutku na sobie…

 

Zibikendo

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *