Rzecz o mych smutnych kurwach – Gabriel García Márquez

Rzecz o mych smutnych kurwach

Powieść znakomitego Noblisty, o tytule jak wyżej, to brzydko ocenzurowana – piękna elegia o miłości. Brzydko ocenzurowana, co wypada podkreślić we wstępie recenzji. W Polsce bowiem książka ukazała się pod tytułem: „Rzecz o mych smutnych dziwkach”. Książkę poprzedza bardzo zacna przedmowa tłumacza, który się tłumaczy, przepraszając za ohydę myślenia polskich cenzorów. Posługując się określeniem Tadeusza Boya-Żeleńskiego, dopowiem, że grube słowa funkcjonują w każdym języku i ich istnienie jest uzasadnione, potrzebne, stanowiąc element składowy bogatej kultury języka. Definicje grubych słów widnieją toteż i w słownikach języka polskiego, z Kopalińskim na czele – tu udało się uniknąć ohydnej cenzury, brawo. Jestem zdania, iż każdego inteligentnego czytelnika, nie mniej niż artystę, zasmucić mogą różne zabiegi cenzorskie  stosowane często na polskiej arenie sztuk rozmaitych dziedzin. Jest to szeroki, poważny temat i problem na zupełnie odrębny artykuł i na dużą, poważną, medialną dyskusję. W tym artykule nadmienię tylko delikatnie, że istnieje kolosalna różnica między znaczeniem słowa „kurwa” a „dziwka”, mimo iż są to wyrazy bliskoznaczne. I świetny, rozumny pisarz, jakim jest akurat Márquez, tej różnicy pozostaje bez wątpienia świadomy. Język literacki, którym posługuje się Márquez, zawsze jest melodyjny, sprawny, spójny. Nie ma w nim miejsca na zwroty przypadkowe. Słowo „kurwa” zresztą w samej kulturze kolumbijskiej niesie całkiem inny wydźwięk niż w naszej, polskiej. Skoro więc jako kraj tłumaczymy dzieła mistrzów innych kultur, powinniśmy przenosić ich sens jak najawierniej na nasz język, bez korygowania zamysłu autorów. Nikt nie wie lepiej od autora, „co miał na myśli autor”. Jako i czytelnik, i pisarz, wstydzę się więc okropnie za brzydką cenzurę popełnioną na tej pięknej elegii.

O społeczeństwie.

O książce, wśród polskich czytelników, krążą niezwykłe opinie. Że to „powieść pedofilska”, że główny bohater jest „typową męską dziwką, bo chodzi do burdelu, aby podbudować swoje starcze, męskie ego”. Po prostu włosy stają dęba i pozostaje umrzeć ze zdziwienia, drodzy Czytelnicy.

W Recenzjach Pandory nie przewiduję luki na tego rodzaju osobnicze opinie, a już obarczanie swoim osobistym gustem znaczenia dzieła sztuki, które „komuś się podoba, a komuś nie”, jest procederem niegodnym Tostera w całości.  Chwała, iż ludzie różnią się między sobą i do prywatnej interpretacji prawo ma każdy, a przynajmniej powinien je mieć. Ale…

Osobiście widziałam scenę rodzajową w Empiku, gdzie starsza pani rzuciła sprzedawcy Nabokovem – oczywiście Lolitą – w głowę, wyzywając Empik od „siedliska szatana” oraz „wstrętnego krzewiciela prowokacji pedofilskich w bogobojnym, na poziomie społeczeństwie”. Scena odbyła się w roku 2012, nie w średniowieczu.

Mam prośbę: jeśli czegoś nie rozumiemy, jeśli nie zgadzamy się z daną estetyką, nie kombinujmy nad tym i odejdźmy spokojnie w swoją stronę. Owszem, krytykujmy, jeśli mamy ochotę, ale nie wystawiajmy się na pośmiewisko.

100_2247

 Elegia o miłości.

90.letniemu bohaterowi powieści z okazji urodzin marzy się wizyta w burdelu i zbliżenie z dziewicą. Młodziutka kobieta, wręcz dziewczynka, którą tam spotyka, przewrotnie okazuje się jego miłością życia. Rzecz wieńczy się czytaniem ukochanej bajek na dobranoc. Rzecz wypełniona jest ładnymi refleksjami nie tylko o miłości – o emocjach i człowieczeństwie w ogóle, o dojrzałości, o starości i przemijalności. Mnóstwo ciepła, erotyki i szarpnięć serca, zero pornografii, nieco autoironii i zasługująca na szacunek próba pożegnania się głównego bohatera z doczesnością i porzucenia jej z twarzą, z honorem.

Słyszałam opinie, iż niektórym książka wydała się zasmucająca i poprzez to – ciężka. Mnie wydała się pełna nadziei, otuchy, powodowała u mnie kapitalne uczucie rosnącej akceptacji dla świata takiego, jakim jest w swoich różnych odsłonach. Opis starości popełniony przez Márqueza, mimo że obnażający jej słabości, problemy, niewygody, sprawił na mnie budujące wrażenie. Nie było mi z tym opisem ani ciężko, ani smutno. W tej pięknej powieści starość została pokonana przez miłość, która potrafi nadać sens życiu każdego człowieka, wznosząc się ponad wszelkimi pozornymi barierami, między innymi takimi jak wiek metrykalny. Zadziwiające i pełne wspaniałej nadziei jest, iż można przeżyć nieomal całe życie, sądząc, że „coś się wie”, rozumie, a odkryć coś głębokiego i ważnego niewątpliwie na samym krańcu życia, stojąc na progu do nieznanego i nieuchronnego. Nad taką refleksą można zapłakać, ubolewając, że odkryło się coś istotnego i pięknego tak późno – można się zachwycić, że się odkryło, że dotarło się do celu, do portu – jeszcze za życia.

Książka jest krótka, czyta się ją jednym tchem, w jedno popołudnie. Ale w dysproporcji do skromnej objętości, treści w tej książce mamy do odbioru multum. Lektura będzie odpowiednia dla trzydziestolatków i dla pokolenia rodziców dzisiejszych trzydziestolatków. Natomiast stanowczo odradza się lekturę czytelnikom w każdym wieku, nadgryzionym przez zardzewiałą pruderię.

Justyna Karolak.

 

 

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (2)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *