Santa Muerte – taniec śmierci w rytmie Mariachi

Świat, jaki znamy, podlega ciągłym przeobrażeniom. Tryumfalnie ogłoszony w Europie koniec historii, okazał się tylko jeszcze jednym obrotem koła dziejów. Kolejne wojny, migracje i wędrówki ludów dokonują przemian w, stabilnej – wydawałoby się, materii systemów społecznych. To, co wydaje się stałe i ustalone, pod spodem bulgocze i ewoluuje. Taką dziedziną, która stale się zmienia i dynamicznie przekształca, są różnego rodzaju religie. Powstają wciąż nowe i przekształcają się stare. Jedne odchodzą w otchłań czasu, inne powracają nagle z niebytu…

Rzecz dzieje się w Meksyku, w jego wielomilionowej stolicy, w jednym z największych miast świata, zwanym również Meksyk. Miasto jest podzielone jakby na dwie strefy, jedna to ta reprezentacyjna – piękna i bogata, druga to miejsce życia milionów sklepikarzy, taksówkarzy, rzemieślników, śmieciarzy i posługaczy. Tam, w dzielnicy Tepito w 2001 roku pewna miła, w zaawansowanym wieku pani wystawia któregoś ranka średniej wielkości obrazek w oknie swojego domku. Enriqueta Romero, bo tak nazywa się pani, jest kwintesencją przeciętności i braku ekstrawagancji, mogłaby być wzorem świeckiej misjonarki, jednak to ona jest kapłanką Santa Muerte. Kult, o którym mówimy, nie jest jej dziełem, a obowiązki przejęła po swojej drogiej zmarłej ciotce. I cóż dzieje się dalej? Najpierw przed oknem zbierają się w milczeniu ludzie, następnie tysiąc ustna plotka roznosi się po całym mieście. Ludzie zbierają się setkami, tuląc figurki i obrazki prezentujące różne przedstawienia Białej Pani, czyli Śmierci. Zebrani wyciągają dłonie i wznoszą wezwanie do niej: „O, Najświętsza Śmierci, jesteśmy z Tobą”. Następnie klękają i odmawiają różaniec. Dom otoczony zostaje kwiatami, które codziennie są wymieniane, a cała okolica wypełniona przedstawieniami śmierci w różnych konfiguracjach. Santeros, czyli wyznawcy, a są ich tysiące, zaczynają się zbierać każdego pierwszego dnia miesiąca, a pierwszego listopada rozpoczynają się trzydniowe wielkie święta, gdzie przy dźwiękach meksykańskiej muzyki zbierają się już dziesiątki tysięcy. We wnętrzu domu Romero – Pani Śmierć ustrojona w piękną, wykrochmaloną ślubną suknię, jest okadzana wotywnymi świecami oraz dymem z papierosów i cygar. Suknię zmienia się w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca. Tam też pani Romero udziela błogosławieństwa, kreśląc jego znak na czołach wyznawców kciukiem i przyjmując dary dla świątyni.

Religie poświęcone śmierci nie są niczym niezwykłym i były rozpowszechnione w różnych formach na całym świecie. Jej celebrantami znanymi najbardziej naszej kulturze są przecież Egipcjanie ze swoimi mumiami, sarkofagami i miastami umarłych – nekropoliami. To oni postawili tak podziwiane przez nas piramidy, które prócz wszystkiego innego – są przecież przede wszystkim grobowcami.

Jednak śmierć dla Meksykanów jest czymś zupełnie innym. Tu nie chodzi o rytuał przejścia i życie wieczne po niej. Tu chodzi o poświęcenie i akceptację.

Chrześcijańscy misjonarze przybyli na teren Meksyku przerażeni byli wstrząsającymi opowieściami o masowych mordach i szczególnym okrucieństwie tubylców, jednocześnie zaskoczeni, iż są oni tak potulni i z łatwością przyjmują nową wiarę, wydając się rozumieć jej podstawowe dogmaty. Nie wiedzieli, że kiedy zniszczono tę starą kulturę, była ona właśnie w trakcie wielkiej reformy religijnej, a kapłani dążyli do powstania systemu, który zastępował powszechny politeizm religią henoteistyczną, czyli uznającą panteon bóstw, na którego czele stoi bóstwo najwyższe. Pojęcie trójjedni było znane w religii azteckiej, a co najważniejsze – było dla nich oczywiste, iż bóg poprzez własne poświęcenie zbawia świat. Tubylcy przyjęli więc nową religię, jak swoją, powoli podkładając swoje wierzenia pod nowe dogmaty i przypisując panteon swoich bogów nowym świętym. Kościół katolicki oczywiście dostrzegał szczególną wymowę wiary swoich podopiecznych, lecz ich żarliwość uspokajała podejrzenia, a poza tym miał już bogate doświadczenia w tego typu podmiankach. Nie dostrzegał też niczego zdrożnego w świadomości nieuchronności śmierci. Chrześcijaństwo wręcz uważa tę świadomość za pożądaną w drodze do zbawienia, zgodnie z doktryną memento mori. Natomiast szczególna atencja do adoracji śmierci, obecna powszechnie w wielu miejscach, obrazkach, figurach, figurkach, biżuterii czy nawet słodyczach lub pożywieniu (np. chleb w kształcie śmierci – „kostuchy”), była postrzegana raczej jako jarmarczna forma miejscowego kolorytu.

Aby jednak zrozumieć, czym jest śmierć w ujęciu Meksykanów, trzeba sięgnąć do ich tradycji i historii religii, czyli do Azteków. Nie wszystko, co stanowiło sens tych wierzeń, się zachowało, ale z tego, co wiemy – świat, jaki przypadł nam w udziale, jest piątym światem stworzonym przez bogów, każdy poprzedni uległ katastrofie, lecz żeby stworzyć ten, bogowie musieli poświęcić własną krew, a nawet życie. Jednak na tym świecie nie było już ludzi – by ich odtworzyć, bóg Quetzalcoatl udał się do piekła, lub świata podziemnego, gdzie po wielu przygodach i cierpieniach odzyskał ludzkie prochy i poświęcając własną krew, powołał z powrotem do życia człowieka.

W rozumieniu Azteków byli oni narodem wybranym, powołanym do podtrzymywania życia tego świata, uosabianego poprzez Słońce. Aby podtrzymać jego życie, konieczna była ofiara z krwi i żywego, bijącego jeszcze serca. Powołanie to rozumiane było jako ciężar, ale i jako zaszczyt i aby mu podołać, prowadzono tak zwane wojny kwietne, w celu pozyskiwania jeńców przeznaczanych następnie na ofiary krwi. Wojownicy ginący w tych wojnach dołączali do orszaku boga, by po jakimś czasie powrócić na Ziemię jako kolibry lub motyle. Koliber był symbolem boga wojny, Słońca w zenicie oraz narodowym symbolem Azteków. Na uroczystościach powszechne były samookaleczenia traktowane jako ofiara krwi, a samobójstwo uznawano za najwyższą formę poświęcenia. Aby zrozumieć, jakie znaczenie miało to dla nich, należy dodać, iż samookaleczeniom poddawali się kapłani przed i po obrzędzie, przy zachowaniu postu od jedzenia i seksu, a nawet sam król poświęcał swoją krew w specjalnym obrzędzie nakłuwania jego moszny. Obsesja na punkcie krwi cechowała szczególnie grupy elitarne – kapłańskie oraz wojskowe. Ludzi do złożenia w formie ofiary – rozbierano, ich ciała pokrywano niebieską farbą (była to tzw. barwa ofiarna) i nakładano im spiczaste nakrycia głowy. Krwawy obrzęd odbywał się zwykle na wierzchołku piramidy albo na dziedzińcu świątyni, tam najpierw malowano ołtarz na niebiesko, by wypędzić złe energie (duchy). Czterej kapłani – także pomalowani na niebiesko – za ręce i nogi nieśli ofiarę na ołtarz, tam układali ją na plecach, aby piąty kapłan mógł rozciąć klatkę piersiową i wydobyć z niej, wciąż bijące, serce, rozcięcie to było robione przy użyciu noża z krzemienia. Serce było podane kolejnemu kapłanowi, który jego krwią obmazywał posąg boga, na cześć którego odbywał się dany obrzęd i złożenie ofiary. Ciało ofiary ostatecznie z wierzchołka piramidy zrzucano, kapłani czekający na dole – obdzierali je ze skóry po to, by nadrzędny kapłan mógł się w nią ubrać i odtańczyć taniec rytualny.

Wszystkie ceremonie religijne opiewały w dogłębne znaczenie symboliczne, były odprawiane przez kapłanów, których praca precyzyjnie wiązała się z obserwacjami astronomicznymi, a terminy wszelkich uroczystości dyktował kalendarz rytualny liczący 260 dni. Terminarz obrzędów dokładnie określono oraz przestrzegano, przeprowadzane rytuały obowiązywały przez rozliczne dni święte, jak np. początek miesiąca, nowy rok, okresy żniw, zasiewów, także zakończenie cyklów astronomicznych.

Wszystkie obrzędy wtedy i dziś tonęły w kwiatach, girlandach, piórach, naszyjnikach i maskach, nie mówiąc o wszechobecnych figurkach kościotrupów i czaszek. Dość ponury fatalizm, jaki towarzyszył zawsze ludowi Meksyku, wynikał z braku jego wpływu na wielkie sprawy tego świata, a jedyną pociechą była sprawiedliwość śmierci, która nie omijała nikogo – czy był to bogacz, czy kapłan, czy nawet władca, wszyscy umierali tak samo, jak najbiedniejszy ciura. Śmierć była zawsze nieprzekupna i poza wszelkimi układami, stając się w ten sposób niejako czysta, wręcz święta. Jedynym postulatem, jaki można było do niej wnosić, była prośba o to, by była pozbawiona cierpienia, nadeszła szybko i bezboleśnie. Jej zobrazowaniem stała się postać opatulona w płaszcz z kapturem i z kosą oraz globem ziemskim w kościstej dłoni, Santa Muerte, Seńora de las Sombras, Biała Pani, Biała Siostra, Pani Cienia – oto niektóre z jej licznych imion.

Meksyk od dawna należy do niechlubnej czołówki najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie – korupcja, anarchia, przestępczość zorganizowana są tu codziennością i nic dziwnego, że dla milionów obywateli wszystko wokoło jest oznaką niestabilności i strachu, a jedyną rzeczą, która w tym kruchym świecie jest stabilna i pewna, to śmierć. Jej wyznawcami stali się prości ludzie, ale również przestępcy i gangsterzy. W świecie przemocy jej szczególny wymiar jest jeszcze bardziej namacalny, wręcz dotykalny. Tutaj wznosi się do niej modły za dobry łup, za łatwy napad i za dobrą śmierć. Lecz tutaj również widoczna staje się jej mroczna strona, w której pojawiają się ofiary na jej cześć. W dziwnym mieście Ciudad Juarez, tuż przy granicy z USA, gdzie liczba zbrodni jest największa w całym Meksyku, a to znaczy, że i na świecie, gdzie zbiegają się wszystkie szlaki gangów narkotykowych i gangów przemytniczych, od 1993 roku doszło w ciągu kilkunastu lat do 400 porwań i śmierci młodych kobiet oraz dziewcząt. Podejrzewa się, iż po uprzednich torturach i gwałtach poświęcono je na ołtarzu Białej Pani, ponieważ sprawy nie zostały nigdy wyjaśnione, za to pojawiają się nowe porwania.

W samym Meksyku Kościół Katolicki nie jest w stanie nic zrobić z tą szczególną formą kultu, wszystko tu jest zbyt zaplątane i nie wiadomo, gdzie się co zaczyna, a gdzie kończy, a nie można przecież zakazać oficjalnego kościelnego święta. Dopiero w 1913 roku zareagowała Stolica Apostolska, potępiając głosem kardynała Ravasiego szerzenie się kultu śmierci jako niemożliwego do pogodzenia z chrześcijaństwem. Tymczasem liczba wyznawców gwałtownie wzrasta i obecnie obliczana jest na jakieś 20 milionów, stając się tym samym jedną z najbardziej dynamicznie wzrastających religii świata. Wraz z migracją Meksykanów do USA przesącza się powoli na teren Stanów Zjednoczonych i już teraz świece wotywne i figurki śmierci można znaleźć w sklepach we wszystkich stanach. Wykorzystując Halloween, przedostaje się do świadomości Anglosasów oraz ogarnia prawie wszystkie środowiska Latynosów.

Zarejestrowano obecność jej wyznawców w Australii, Japonii, RPA oraz UK. Zawsze najpierw pojawia się w postaci zabawnych gadżetów dotyczących kościotrupów, czaszek itp. Dopiero później wyłania się jej prawdziwe przedstawienie w postaci zakapturzonej śmierci z przypisanymi jej atrybutami, kosą i kulą ziemską. Jej przemieszczanie się jest tym łatwiejsze, że przenosi się wraz z religią już uznaną i wyznawaną w obrębie jej rytuałów związanych ze śmiercią i pochówkiem, wykorzystując powszechnie celebrowane święta, takie jak Zaduszki, Wszystkich Świętych, Święto Zmarłych, zależnie od tradycji w danym rejonie.

Nigdzie jednak nie będzie tak żarliwych i bezkompromisowych wyznawców, jak Meksykanie, chyba że jednak tkwi w niej narkotyk większy, niż się na pierwszy rzut oka wydaje, oceniając ją z daleka. Na świecie jest przecież tak wielu ludzi pozbawionych nadziei, którzy mogą szukać w jej objęciach pocieszenia.

Leonard Jaszczuk

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (1)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Jeden komentarz

  1. Wyznawcy postmodernizmu głoszący, że „nie ma nic pewnego” są w kropce. Rzeczywistość pokazała im pazur wyciągając najcięższe działa – nie uciekniesz od bólu i śmierci. Ból przestaje być kwestią postmordernistycznej opinii, gdyż zawsze był kwestią faktu, ale jeszcze można go zwalczyć przy użyciu pieniędzy, a więc odpowiednich zabiegów przecięcia nerwów, zatrucia botuliną sprawiających problemy miejsc, czy podaniem leków przeciwbólowych, co na dłuższą metę jest najbardziej szkodliwe.

    Śmierć natomiast nadal wymyka się władzy pieniędzy, chociaż istnieją amoralne wedle wielu przeszczepy, przedłużające życie bogatych, kosztem organów pozyskiwanych od młodych i zdrowych, ale słabych i biednych.

    Śmierć ze starości od kilku lat jest jednak coraz częściej na celowniku naukowców wymyślających nowe terapie, które pozwolą w przyszłości dłużej zachować młodość.

    Jeśli do tego czasu ta religia w pełni się rozwinie, więcej, ta religia ma szansę się rozwinąć właśnie teraz, bo wkrótce człowiek po raz pierwszy w swojej historii spróbuje stanąć do walki i wyleczyć główną chorobę – starość – skutkiem czego dojdzie do konfliktu. Nie ma bowiem większego świętokradztwa dla kultu śmierci niż wieczna młodość tych, którzy mogą sobie na to pozwolić – co mówi wprost, że ludzie nie będą równi nawet w obliczu śmierci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *