Seks więziotwórczy a popkulturowy

Seks więziotwórczy a popkulturowy 2

Współcześnie coraz częściej można usłyszeć postulat, iż mężczyzna z natury jest osobnikiem poligamicznym, a monogamia jest jedynie pokłosiem kulturowym, zrodzonym  z dyktatu powszechnie przyjętych przez społeczeństwa norm moralnych. Najczęściej owe normy moralne dyktowane są z kolei przez postawy religijne, jak na przykład katolicyzm, a one z oczywistych względów rzutują na postrzeganie związków między płciami w kategoriach związków duchowych, nie cielesnych, i stąd sztucznie wywołana przez nie – monogamiczna – idea małżeństwa.

Takie stawianie sprawy jest błazno-podobną nonszalancją, to znaczy bełkotliwą nowomową mężczyzn nie potrafiących lub nie żywiących pragnienia dochować swemu partnerowi wierności w aspekcie fizycznym, natomiast nie ma ono nic wspólnego ze stanem faktycznym. Rytuał małżeństwa (zaślubin) jest jednym z najstarszych, rzec by: pierwotnych, rytuałów świata, a monogamia jest dość popularna również w królestwie zwierząt.

Pomysł, iż małżeństwo – a więc przede wszystkim cielesna wspólnota dwojga ludzi umawiających się na wyłączność względem siebie – miałoby funkcjonować jako sztucznie wpojona bezmyślnemu tłumowi stygmatyzacja kulturowa, jest co najmniej chybiony i intelektualnie kaleki. Definicja małżeństwa, czyli monogamicznego, wiernego związku dwojga ludzi, nie wynika w żadnej mierze z kultury, religii, moralności czy etyki, ale… z biologii. Potrzeba współegzystowania z jednym partnerem pozostaje temu dziwnemu zwierzęciu, jakim jest człowiek, naddana z poziomu biologicznej matrycy, wcale nie z poziomu edukacji, wychowania, ani myślenia idealistyczno-romantycznego.

W sensie biologicznym bowiem, człowiek jest po prostu: zwierzęciem. Jest co prawda zwierzęciem niesłychanie specyficznym, ponieważ współżyje seksualnie również w okresach niepłodnych swojego życia, co nie ma miejsca u innych zwierząt. A zatem – najczęściej uprawiamy seks z dużym entuzjazmem i dla przyjemności, a znacznie rzadziej w celach prokreacyjnych. Jednakże „seks dla przyjemności”, to przejaw biologicznej natury człowieka, który z założenia dąży także do zbudowania większej i ściślej zwartej więzi – emocjonalnej. Innymi słowy, seksualność człowieka, to działanie tak zwane „więziotwórcze”. Pod warunkiem, że seksualność danego człowieka dzielona będzie z jednym partnerem, nie z wieloma. Nawet jeśli rozpatrujemy człowieka pod kątem jego „zwierzęcości” (biologii), powinniśmy jako byty świadome i rozumne zdawać sobie sprawę, o czym dokładnie mówimy. Mianowicie o tym, że seks z jednym partnerem przyczynia się do wykreowania i uzyskania przez obie strony bliskiej, stabilnej, spójnej więzi – nie tylko uczuciowej i duchowej, ale właśnie głównie więzi biologicznej, typowo cielesnej, zmysłowej i sensorycznej.

Każdy, kto myśli, wykorzystując do tego bolesnego procesu więcej niż jedną czy dwie szare komórki, doskonale wie, że tylko długofalowa relacja z jednym partnerem potrafi wznieść również naszą seksualność na wyższe poziomy doznań. Każdy człowiek, który ma potrzebę ewoluować, dokonywać skoków w rozwoju – emocjonalnym, intelektualnym, jakościowym – posiada świadomość, że może ich dokonywać wyłącznie wówczas, gdy pozostaje lojalny i wierny wobec jednej idei na długi czas, a najlepiej przez całe życie. Ten sam pogląd odnosi się również do relacji damsko-męskich. Znać ciało partnera, wiedzieć, co ono lubi, jak reaguje, potrafić w sposób nieomal podprogowy odczytywać najdrobniejsze kody, sygnały generowane przez drugie ciało, oznacza móc być najbliżej, jak tylko możliwe, drugiej istoty ludzkiej, jak i najbliżej samego siebie. Poprzez „studiowanie” drugiego ciała, poznajemy prawdziwie także swoje własne ciało. I nie da się osiągnąć analogicznego stanu bliskiej, obopólnej więzi, notorycznie zmieniając partnerów seksualnych, bądź współżyjąc seksualnie równolegle z wieloma partnerami. Przy takiej (poligamicznej) postawie nie jesteśmy w stanie nikogo rzeczywiście poznać, my sami także będziemy dla naszych zmieniających się partnerów stale obcy, nieuchwytni, jak gdyby „na niby”, jak gdyby „połowiczni”. Patrząc na seksualność człowieka w ten sposób, dodam, iż seks ludzi poligamicznych przypomina żartobliwe muskanie, a nie de facto zbliżenie – bo nawet jeżeli wynagradzamy sobie w takim przypadku brak faktycznej więzi zwiększoną dozą afektu, nieprzewidywalnej namiętności, czy swoiście kuszącej „ostrości”, to taki seks pozostaje zawsze wyłącznie pewną iluzją, jakoby zabawą pochodzącą z chwiejnego pogranicza prawdy i fałszu, cyrkową sztuczką albo spontaniczną ekwilibrystyką iście sportową. Taki seks nie ma prawa być niczym więcej – poszukiwanie w nim prawdziwej wolności jest pomyłką, osiągnięcie za jego pośrednictwem prawdziwej wolności jest awykonalne. Śmiało można powiedzieć, że o ile ludzie poligamiczni w kwestii seksu posiadają swój punkt widzenia, o tyle ludzie monogamiczni w ramach doznań seksualnych mają do dyspozycji cały horyzont… a za pojedynczym horyzontem – z radością nieskalanego dziecka – odkrywają następne horyzonty, i następne.

Monogamia w każdym razie nigdy nie była wynalazkiem czysto kulturowym, podobnie do wynikającej zeń idei małżeństwa, i każdy, kto tak twierdzi, nie ma pojęcia o antropologii, ni socjologii, a co najsmutniejsze – nie ma pojęcia przede wszystkim o… swojej własnej biologii.

Małżeństwo czy związek partnerski – monogamiczne – z punktu widzenia biologii są definiowane jako związek bojowy, który chroni wspólne dobro: „my dwoje przeciw całemu światu”. W związkach poligamicznych takiej postawy bojowej – nie ma, bo nie ma i wspólnego dobra, którego przetrwania należałoby razem chronić. W związkach poligamicznych każdy z partnerów zawsze będzie osobny, ich dobra pozostają oddzielne, a brak istotnych zobowiązań wobec drugiej strony przeczy tej organizacji świata, jaką zaproponowała sama Matka Natura. I już. Nie istnieją inne prawdy ani inne, osobnicze definicje na ten temat. Idea małżeństwa zaczerpnięta została ze zjawiska pod tytułem „dystrybucja seksu”, ale takie właśnie zawłaszczenie seksu drugiego osobnika wyłącznie na własny użytek – czy dystrybuowanie swojej seksualności jednemu wybranemu partnerowi oraz odmawianie swej seksualności dodatkowym, postronnym zainteresowanym – jest odkryciem czystej, prostolinijnej i prymitywnej natury (biologii), nie kultury, ponieważ monogamia (a więc „dystrybucja seksem”) pierwotnie służyła zwiększeniu szans na przetrwanie danego stada, a w dalszej perspektywie: gatunku. Koniec.

A teraz porzućmy na chwilę refleksje o biologii i naturze typowo zwierzęcej i prymitywnej –  bez sentymentu.

W twierdzeniu, że każdy mężczyzna z natury jest poligamiczny, zawiera się ta sama porcja ignorancji, co w twierdzeniu następującym: każda kobieta jest prawdziwa wyłącznie wtedy, kiedy jest płodna i może wydać ze swego ciała potomstwo. Absurdalność drugiego przytoczonego zdania razi z odległego kilometra, mam nadzieję. Zapewniam, że absurdalność zdania pierwszego pozostaje jednakowo uderzająca. Twierdzenia te dobrałam specjalnie na zasadzie krzywego zwierciadła, aby jak najczytelniej oddać ich nonsens.

Monogamiczni mężczyźni wciąż występują w przyrodzie zwanej dżunglą XXI wieku, i wciąż mają się dobrze (jabadabadu!), podobnie do kobiet niepłodnych lub takich, które świadomie nie chcą zostać matkami, pozostając przy tym nadal pełnowartościowymi kobietami, partnerkami, kochankami i żonami (hurra!).

Jeśli już uprzemy się, by zaznaczyć wyraźną granicę między kulturą a biologią, uściślę, iż z dwu postaw – monogamia i poligamia – wytworem kulturowym jest właśnie ta druga.

Jednakże współczesny świat stał się ogromnie plastyczny, a tłumy od dawna dumnie dzierżą na sztandarach hasła takie, jak: tolerancja, akceptacja, równość wszystkich niezależnie od różnic etc. Współcześnie nie ma więc najmniejszych podstaw do tego, by stawiać tezę, iż monogamia jest na przykład kulturową presją albo normą społeczną. Świat pełen jest monogamicznych i poligamicznych związków, niezależnie od tego, czy mówimy o parach heteroseksualnych, homoseksualnych, czy o singlach. Niemniej dla każdej z tych wymienionych kategorii ludzkich we współczesnym świecie funkcjonuje już przyzwolenie społeczne. Zatem kiedy ktoś chce być poligamistą, nie ma żadnych przeszkód, by był społecznie akceptowany. Wystarczy, że ze swoim aktualnym partnerem w sposób szczery umówi się na propagowaną przez siebie postawę, a i bez problemu jest w stanie znaleźć partnera, któremu postawa ta będzie absolutnie odpowiadała, bo i on poszukiwać może w świecie stale zmieniających się bodźców, impulsów, i przygód, a nie stabilizacji i głębi. I dobrze, i wolno im!

Człowiek tym różni się od pozostałych zwierząt, że ma dużo bardziej skomplikowaną głowę – nasza zdolność myślenia abstrakcyjnego i rozwiniętej świadomości są wystarczającymi przyczynkami do tego, by każdy żył tak, jak uznaje za stosowne, pod warunkiem, że nie krzywdzi innych. Dlatego każdy, kto widzi się w opisanej roli poligamisty – i mężczyzna, i kobieta – ma prawo w sposób uczciwy umówić się z drugim człowiekiem nie na wyłączność, a na przygodę właśnie, która z definicji zakładała będzie udział większej liczby uczestników.

Ale wmawianie sobie: jestem poligamistą, bo takim stworzyła mnie natura – jest iście groteskowym oszukiwaniem samego siebie. Powiedzenie „naturalna poligamia”, to niepełnosprawny oksymoron – oksymoron-inwalida. A postulaty takie wypowiadane głośno i publicznie, szerzą dookoła błędne, czyli fałszywe dane, w rezultacie czego oszukiwani są inni. I wyłącznie z tego powodu postulaty te zasługują na bezkompromisową krytykę – moralność w naszym współczesnym, kolorowym, pełnym i popkulturowym świecie, Drodzy Państwo, nie ma tu nic do rzeczy!

 

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Pozostawanie wiernym i rozwijanie związku monogamicznego jest przede wszystkim moralne i piękne, a przy okazji dopiero przydatne ewolucyjnie i potrzebne.

    Jeśli więc jesteśmy do czegoś genetycznie uwarunkowani, to do monogamii właśnie, bo jest ona panaceum na zagrożenia świata – jest po prostu skuteczniejsza.
    Wygrywaliśmy konkurencję biologiczną, kiedy jeszcze technologia nie dawała nam tak wielkiej przewagi właśnie dlatego, że jesteśmy niezwykli, należymy do elity, bo tylko 10% ssaków pozostaje w monogamicznych związkach.

    To monogamia przyczyniła się do rozwoju naszego mózgu i jest obecna od prawie 7 mln lat – będąc dużo starszą niż jakakolwiek forma kultury człowieka.
    Dzięki monogamii łatwiej jest zbudować system społeczny, bo istnieje dla niego podstawowa komórka. To dzięki monogamii słabsze samce przestały rywalizować i zaczęły współpracować, dostarczając pożywienie dla coraz mniej rozwiązłych partnerek.

    To dzięki monogamii była możliwa nasza pasja odkrywcza. Samiec, który pewny jest wierności swojej partnerki może wypuszczać się na dalsze wyprawy w poszukiwaniu zasobów, bez strachu, że gdy wróci potomstwo nie będzie jego.
    Monogamia sprzyja także rozwojowi cywilizacji, bo nie ma w niej (jak w poligamii) zagrożenia dzieciobójstwa potomków poprzedniego alfa. Dzięki temu mogliśmy dochować się potomstwa, które wymaga większej i dłuższej opieki ze względu na swój nieproporcjonalnie duży mózg.
    Kolejną i już ostateczną sprawą są koszty opieki nad potomstwem. Tylko w monogamicznym związku kobieta jest w stanie przekonać partnera do dzielenia się tym wysiłkiem – część z tych obowiązków, jak na przykład noszenie młodych, może być nie do wykonania przez kobietę, bo jest fizycznie za słaba.
    Poligamista prawie nigdy nie będzie zainteresowany opieką, także ze względu na większą liczbę potomków…
    i raczej o to ostatnie chodzi współczesnym mężczyznom publicznie deklarującym swoją „naturalną i wrodzoną” poligamiczność – to związane z własnym egoistycznie rozumianym interesem działanie, które ma odsunąć od nich te przykre i trudne obowiązki. Nie chodzi więc o żadną naukę czy filozofię, ale o wygodnictwo poparte pseudoargumentacją – naprawdę to żałosne Panowie…

    • Drogi Zibi, dzięki za tak piękny i mądry komentarz – wymarzone uzupełnienie treści mojego artykułu 🙂 🙂 :). Nawet nie odniosę się do tego, co napisałeś – wspólnie udało nam się jednoznacznie nakreślić ważny temat, bardzo się cieszę :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *