Spowiedź tancerki

 

Spowiedź tancerki

Nie, nie czuję się przegrana. Ani specjalnie wyróżniona. Bo nie od razu byłam tancerką. Dobicie do tego muru, do którego ostatecznie dobiłam ja, wymaga czasu. I sklejenia w całość bardzo wielu różnych okoliczności, z których znaczna część pozostaje względem siebie sprzeczna. Moja sytuacja nie jest więc naturalna, mimo że przeciętna. Ileż rzeczy musiało się złożyć, zaistnieć, zakorespondować ze sobą, bym stała się mną…

Tak, jestem tancerką go-go. Ale nie uznaję mojego zajęcia za coś ordynarnego czy upadlającego. Nie przyszłam wszak na ten świat jako tancerka go-go…

Najpierw studiowałam, potem podjęłam pracę – biurową – i wyprowadziłam się od rodziców. Początkowo sobie całkiem nieźle radziłam. Byłam dumna z tego, że jestem dorosła i że nie muszę stanowić ciężaru dla moich rodziców. Zrobiłam wszystko w należytej kolejności: uczyłam się, poszłam do pracy, zaczęłam mieszkać sama. Nie czułam się przy tym samotna – czułam się samodzielna. Myślałam, że mam prawo być z siebie dumna. I rzeczywiście czułam się dumna.

Wynajęłam sobie skromne mieszkanie – kawalerkę. „Moja” kawalerka nie była niczym nazbyt poręcznym, ani niczym moim, ale byłam zdania, że mi wystarczy. Miała jedno okno wychodzące na zielone podwórze, miała aneks kuchenny, w środku izby mieszkalnej było miejsce na łóżko i na regał z książkami. Nad łóżkiem zawiesiłam jakiś obrazek, to znaczy tanią reprodukcję w ładnej ramie, i byłam zadowolona.

Moja” kawalerka miała nawet miejsce na mini biurko, na którym ustawiłam maszynę do pisania.

Ubrania trzymałam w pudełkach kartonowych pod łóżkiem. Nie przeszkadzało mi, że nie mam „w domu” miejsca na szafę. Nie miałam zresztą zbyt wielu ubrań – nigdy nie interesowały mnie fatałaszki, pończochy, szpilki, moda i szminki. Naprawdę byłam zadowolona.

Pracowałam w trybie osiem godzin na dzień, od poniedziałku do piątku. Wieczorami czytałam i pisałam. Zawsze lubiłam pisać i miałam plan, by zostać zawodową pisarką. Nie przeszkadzało mi, że na co dzień muszę ubierać maskę sekretarki. Każdego wieczora bowiem stawałam się prawdziwą mną: siadałam do maszyny do pisania, to znaczy do laptopa, i tworzyłam. Słowo pisane. Opowiadania. Wiersze. I byłam zadowolona.

W sobotę czy niedzielę spacerowałam po parku. Czasem spotykałam się z jedną albo drugą koleżanką. Obie zaszły w ciąże i urodziły dzieci. I przestały miewać dla mnie czas. Lecz ja rozumiałam ten zmieniający się stan rzeczy. Nie narzekałam – byłam zadowolona.

Dzieci moich koleżanek rosły – podejrzewam – jak na drożdżach, ja w tym czasie – w samotności – pisałam, marząc, że ktoś we mnie uwierzy. Że wydam książkę, że będę – każdego dnia, w dzień roboczy i w niedzielę, w każdej drobnej chwili mego jestestwa, pisarką. Że będę moim wcielonym marzeniem o mnie.

Wynagrodzenie za pracę biurową stanęło w miejscu, czynsz i inne rachunki wzrosły, proszek do prania i chleb do jedzenia też podrożały… Nie narzekałam. Ale zaczęło mi sukcesywnie brakować na życie.

Po pracy biurowej zasiadałam do pisania. W sobotę i niedzielę chodziłam sprzątać ludziom domy. Nie narzekałam. Nie uważałam, by ta praca mnie hańbiła. Musiałam dorobić do pensji, musiałam się utrzymać. Nie chciałam utonąć. Chciałam pisać… więc sprzątałam. Po godzinach zajęć wszelkich zarobkowych – wciąż zasiadałam do pisania. Niestrudzenie. Pogodzona. Dumna?

Spowiedź tancerki 1

Zaczęłam tyć, choć zawsze byłam szczupła, a jednak zaczęłam tyć – choć bardzo dużo pracowałam. Bo przekroczyłam trzydziestkę – utraciłam figurę nastolatki, nie dbałam o siebie z pradawną zapalczywością podlotka, nie jadłam regularnych śniadań, za to wycieńczona po dniu intelektualnej i fizycznej pracy, pałaszowałam podwójną lub potrójną kolację.

Dobrze rozumiałam, że muszę włączyć jakiś sport do codzienności, jakiś rodzaj zdrowej aktywności fizycznej – taka była konieczność nie tylko estetyczna, ale i zwykła, przyziemna. Kręgosłup bowiem poczynał mnie niebezpiecznie pobolewać…

Z prostych obliczeń wyszło mi niechybnie, że pracując w trybie osiem godzin na dzień – biurowo, od poniedziałku do piątku – i w trybie osiem godzin na dzień – w soboty i niedziele, sprzątając – figury nie zachowam, nie mówiąc o jej odzyskaniu, a czasu na jogę już nie ma. Zważywszy, że każdy wieczór przeznaczałam na pisanie.

Wstąpiłam więc do baru. Eleganckiego, oddalonego od centrum miasta, położonego w miejscu, w którym nikt mnie nie znał, w którym dla nikogo nie byłam sąsiadką. Zamówiłam drinka i wypiłam nieomal jednym duszkiem. Podeszłam do jednego barmana i powiedziałam, że pilnie szukam pracy.

-To elegancki, kosztowny bar – powiedziałam. – Jestem pewna, że znajdzie się w nim miejsce dla zwykłej dziewczyny, takiej jak ja. Dla jeszcze jednej zabłąkanej duszy…

ja wiem, że dziewczyn takich jak ja, są tysiące. I barów takich jak ten, też bez liku. Ten bar nie jest wcale wyjątkowy. Ja też nie. Wiem o tym dobrze. Moje położenie niczym się nie różni od tysięcy analogicznych położeń młodych kobiet, które nic nie mają, ale jednak cokolwiek by chciały. Nie wiem, czy mieć, posiadać, lecz z pewnością – wiedzieć, że ich los dokądkolwiek zmierza. Nie jestem wyjątkowa, inna. Ja także chciałabym poczuć, że moje życie ma jakąkolwiek treść.

Ten barman szepnął coś na ucho drugiemu barmanowi. Ten drugi barman poszedł na zaplecze, po czym przyszedł do mnie właściciel baru. Obrzucił mnie klamrującym spojrzeniem, a potem powiedział, że mogę tańczyć na rurze, jeśli chcę. Było mi wszystko jedno, więc się zgodziłam.

Było mi do tego stopnia wszystko jedno, że tego wieczora po powrocie „do domu” od razu wyrzuciłam maszynę do pisania. Następnego wieczora wiłam się w zadymionym, doprawdy eleganckim i kosztownym barze, półnaga, ale przy tym zupełnie niezawstydzona.

Wszystkojedność od tej chwili, gdy zatańczyłam po raz pierwszy, przywarła do mnie na dobre. Nabrałam kondycji, moje ciało zrobiło się smukłe, kręgosłup przestał boleć, nie musiałam troskać się o rachunki i inne drobne przyziemne sprawy, zyskałam sporo wolnego czasu i spokojnie mogłabym stworzyć co najmniej kilka grubych książek. Tylko, że odechciało mi się pisać.

Szczerze mówiąc, wyparowała ze mnie cała wola. Przypominałam zagubioną duszę, jedną z mnóstwa, które tułają się po świecie. Utraciłam zdolność rozpaczania nad swoim przeciętnym położeniem. Moje miałkie życie równie doskonale mogłoby być cudzym życiem, nie moim.

Sama nie wiem, po co tu przyszłam – po co ci to wszystko mówię? Czy moja opowieść ma dla ciebie jakąś wartość? Szczerze mówiąc: wszystko mi jedno.

Spowiedź tancerki 2

Mówię ci tylko tyle, że raczej za każdym człowiekiem kryje się jakaś historia. Być może drobna, być może nawet żałosna, ale historia. Z dużym prawdopodobieństwem – historia całkiem przeciętna, zwykła i wątła, jakich tysiące, ale jednak historia.

Nie mam pojęcia, jaką treść poniosło ze sobą moje życie, ale wiem jedno:

żyłam, z całych sił próbując nie utonąć. I jak nie czuję się specjalnie wyróżniona, tak samo nie czuję się przegrana. Dlatego nie patrz na mnie wzrokiem sędziego, bo nie przyszłam do ciebie ani po rozgrzeszenie, ani po pokutę. Przyszłam tylko po to, żeby opowiedzieć ci moją historię.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *