Still Alice (2014) – o pięknie sztuki aktorskiej

Still Alice 2014 – o pięknie sztuki aktorskiej

Są takie kreacje aktorskie, które buduje się oszczędnie pod względem użytych środków stylistycznych, a które zapadają w pamięć jak najżarliwszy krzyk, najpierw dobitnie przykuwając uwagę. Do takich kreacji zalicza się popis Holly Hunter w „Fortepianie” Campion czy Meryl Streep w „Sprawie Kramerów” Bentona. A także Julianne Moore w „Still Alice” Richarda Glatzera i Washa Westmorelanda, filmie opartym o powieść Lisy Genovy. I Moore podobnie do dwu wymienionych poprzedniczek – za swój doskonały aktorski pokaz zasłużenie otrzymała Oscara. Dzięki niej – książkowa Alice stała się kobietą z krwi i kości, której życiowy dramat odbieramy w sposób bez mała osobisty, tak mądrze i krystalicznie Moore swoją postać skonstruowała.

Pięćdziesięcioletnia Alice, to aktywna zawodowo, wykładająca na uniwersytecie pani profesor lingwistyki. Kobieta ponad przeciętną inteligentna i niezwykle zdyscyplinowana. Głównym miernikiem jej życiowego sukcesu – i zawodowego, i prywatnego – jest niezłomność charakteru, wytrwałość i siła, i swoista nienaganność w dokonywaniu wyborów. Jeżeli chcielibyśmy wyobrazić sobie kobietę, która zawsze wie, co sądzić i kim być, która ma i zdobyła przysłowiowe wszystko – urodę, mądrość, wysoką pozycję zawodową, uznanie środowiska, wspaniałego męża i cudowne, udane, dorosłe już, dzieci – to Alice będzie idealnym uosobieniem tego wyobrażenia. W młodości przeżyła tragedię, ponieważ jej matka i siostra zginęły w wypadku, wie więc, co to cios od losu i niełatwo ją złamać. Jak sama podkreśla, wszystko – całe swoje życie – zawdzięcza sobie, swojej pracy i miłości bliskich, i wszystko to, co posiadła, pielęgnuje w swoich wspomnieniach. Tymczasem mając tyle życiowego, zacnego doświadczenia na koncie, Alice dostaje nowy, bezwzględny cios od losu. Pada ofiarą rzadkiej postaci Alzheimera, która u osób o jej poziomie inteligencji – jest trudna do zdiagnozowania, a która postępuje szybko, zbierając przerażające żniwo. Jeśli rdzeniem człowieczeństwa jest pamięć ludzka – Alice traci nie tylko wszystko, co zdobyła, traci także dostęp do własnej głębokiej istoty, do esencji swojej tożsamości, po drodze gubiąc świadomość świata wokół…

Still Alice 2014 – o pięknie sztuki aktorskiej

Ten film, to subtelne, spokojnie i przekonywująco opowiedziane studium o szczęściu i tragedii, której konsekwencje trzeba umieć ponieść, ponieważ w życiu, prócz osobistych sukcesów czy porażek, zawiera się także trudny aspekt spraw losowych i nieuchronnych, z którymi nie da się dyskutować, walczyć, ani zwyczajnie pogodzić. Alice ubywa z dnia na dzień, ale dzielna i mądra kobieta przygotowuje chytry plan zaskoczenia swojej, nie uznającej kompromisów, choroby, zanim ta – odbierze jej naprawdę wszystko… Kto lub co zwycięży ten dramatyczny, cichy, z pozoru nieznaczny, misternie skradający się, a jednak: wyścig z czasem – Alice i jej niezłomność, czy nieuleczalny rak duszy, czyli ludzkiej pamięci?…

W filmach traktujących o chorobach, łatwo o epatowanie cierpiętnictwem wymyślonych bohaterów, które razi papierową sztucznością – równie łatwo o stosowanie, zużytych już, emocjonalnych kalek. Co do pierwszego niebezpieczeństwa, w „Still Alice” nie uświadczymy bohaterów cierpiących i napawających się swoim cierpieniem, udających tkliwych niby herosów. To ważny plus tego filmu. Występujące w nim postacie nie rażą teatralnym, chwiejnym balansowaniem na granicy rozpaczy i walki, swój dramat próbują ugryźć „po ludzku” – czasem ciąży im żal nad tym, czemu nie można zapobiec, czasem nie dowierzają w skalę swojego dramatu i pragną go wyprzeć czy zanegować, a czasem starają się z nim pogodzić, układając życie niejako na nowo. Co do kalek, ich uniknięcie w każdej dziedzinie sztuki, to rzecz duża, wymagająca, trudna. Twórcom „Still Alice” nie do końca udało się ją osiągnąć – film nie jest dojmująco świeży, tym bardziej odkrywczy, a może to bezsilność ludzi dotkniętych niezaprzeczalnym dramatem rysuje się podobnie, jest powielającym się za każdym razem, w różnych odsłonach, wciąż tym samym mechanizmem… Ciężko ocenić jednoznacznie.

Na pewno „Still Alice” nie jest arcydziełem, nie jest to wybitne kino, które poraża geniuszem zdjęć czy pracy kamery. To dość zwyczajna pod względem estetycznym i technicznym filmowa opowieść o życiu, szczęściu, chorobie, miłości. Ale co czyni ten film ważnym, wartym zgłębienia, to właśnie kreacja Moore. Dzięki niej ten kameralny film nabiera obszernej świetlistości, i choćby historia w nim ukazana sama w sobie zdawała się być może mało intrygująca, Moore – niezależnie od indywidualnych gustów widzów – pociąga nas za sobą w głąb zimnego labiryntu, domaga się od nas świadomego współudziału w dramacie jej bohaterki, budzi nasze żywe emocje z letargu, nie pozwala odejść od ekranu obojętnymi, niedotkniętymi i osobnymi.

Wyjątkowo w tym filmie nie razi Kristen Stewart, grająca najmłodsze dziecko Alice, wrażliwą i idealistyczną Lydię. Naprawdę zadziwiająco dobrze partneruje ona Moore, chociaż jej ciału brakuje jak gdyby lekkości i plastyczności – wciąż nie udaje się Stewart wyzbyć na dobre pewnej manieryczności przed kamerą, czy charakterystycznego i nieco ciężkiego „uroku chłopczycy”, który niestety oddziela ją od kreowanej postaci, nie pozwala perfekcyjnie się z nią stopić. Niemniej to bardzo udany występ Stewart, a na tle bezbarwnych i irytujących, zagranych wcześniej – Belli i Śnieżki, to wręcz majstersztyk aktorskiej klasy, wzbicie się o kilka poziomów.

Alec Baldwin w roli kochającego męża Alice – jest poprawny i autentyczny. Jednak w tym filmie nie miał szansy wykrzesać z siebie więcej – ten film skradła mistrzyni Moore, ciekawie i ładnie dopełniona przez Stewart i jej Lydię.

Still Alice 2014 – o pięknie sztuki aktorskiej 2

I tylko pozostaje gniewem się unieść na polskich tłumaczy tytułów filmów… Mieliśmy już „Terminatora” – „Elektronicznego mordercę” i „Dirty dancing” jako niezapomniany „Wirujący seks”, a teraz mamy… „Still Alice” jako… „Motyl still Alice”! Bo oczywiście – polski widz jest idiotą, samodzielnie z pewnością nie zauważyłby motywu motyla, który dwu czy trzykrotnie przewija się przez film, dlatego też należy po prostu koniecznie dołączyć słowo „motyl” do oryginalnego tytułu, abyśmy my, kompletni idioci, nie musieli trudzić się przypadkiem własnoręcznym konkludowaniem na podstawie oglądanej treści. Dość dodać, że samo słowo „motyl” na siłę dopchnięte do pierwotnego tytułu – niczego nie tłumaczy, interpretacja i tak leży po naszej stronie, więc… po co, doprawdy – po co?!

Jeszcze Alice” czy „Nadal Alice”, a może „Wciąż Alice” – filmem wartym polecenia jest, i basta. To skromna historia o rodzinie, o kardynalnych dla ludzkiego życia wartościach, o kruchości, o wieczności – trwaniu i przemijaniu. To bardzo dobry przykład na to, w jak oszczędnym stylu można odwołać się do emocji widza, i jak niewiele środków potrzeba, by zrealizować porządne, pełne, ciekawe kino.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (4)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *