Synestezja humanizmu

synestezja-humanizmu

Ludzie mają do siebie to, że lubią łączyć się w grupy: człowiek jest istotą społeczną. A naukowcy uwielbiają tego typu tautologie. Chcą wywyższać się spośród innych, używając języka, który znaczy to samo, lecz patrzy na innych z góry. Ale samo sformułowanie praw społecznych nie znaczy jeszcze, że powstała z tego tytułu nowa wiedza. Wiedza to rozumienie przyczyny, zaś rozumienie oznacza możliwość udowodnienia, że inne przyczyny są mniej prawdopodobne – od tej wskazanej przez naukowca.

Zacznijmy więc od początku, czyli od boga… Na początku – było nieznane. Nieznane dzieliło się na: poznawalne, do czego można było dojść, dotknąć, poczuć czy spróbować; trudno poznawalne, do czego trzeba było się wspiąć lub dobiec, gdyż czaiło się tuż za horyzontem; oraz niepoznawalne, co było domeną wyłącznie boga. Boga pojmowano bowiem jako to, czego nie dosięgniemy.

Dlatego z czasem, gdy coraz więcej wyjaśnialiśmy, jedyne, co nam pozostało w panteonie – to siły przyrody. Stąd ostatni na placu boju bogowie – to gwiazdy i planety, a więc ci bogowie, którzy zajmowali się sztormami, błyskawicami, trzęsieniami ziemi i upadkami meteorytów. Później – pojawił się Bóg, czyli wszechmogąca istota, która miała nam dać to, co nadal nam się wymyka; zdrowie, władzę i pieniądze. Sekret robienia z siebie bogacza – w każdych warunkach jest inny, dlatego w skali społecznej – nadal pozostaje sekretem, a do Boga modlimy się o te rzeczy materialne, których potrzebujemy.

synestezja-humanizmu-1

Ludzie lubią łączyć się w grupy, bo to im się opłaca. Uczucie lubienia czegoś zostało instrumentalnie wykorzystane do pchania nas w kierunku, który w większości sytuacji się sprawdza. Uczucia są ponadczasowe, to cegiełki natury – „uniwersalne moce”. Dobór naturalny poukładał te cegiełki tak, żeby były naszą siłą napędową, pomagały nam w odwiecznym cyklu przetrwania i zasiedlania czegoś jeszcze.

To samo tyczy się każdego innego aspektu emocjonalnego, będącego źródłem naszej moralności. Bo etykę sami tworzymy w zależności od tego, co jest dla nas dobre. To ostatnie zaś słowo – „dobre” – wyznacza nam konglomerat uczuć, z jakimi się rodzimy. Miłość, nienawiść, bezpieczeństwo, strach, a nawet ból i przyjemność – wszystko to istniało na długo przed pojawieniem się na Ziemi pierwszej komórki. Tak samo jak istniała grawitacja, oddziaływania silne, czy elektrosłabe. Te uczucia zostały ewolucyjnie ułożone, by wyznaczyć nasze ukierunkowanie. Nasze ukierunkowanie emocjonalne wykreowało naszą etykę.

Ludzie łączą się w grupy, nie tylko po to, by poczuć się bezpieczniej w zwartej gromadzie, lecz przede wszystkim po to, by razem działać czy budować. Polowanie wyznacza konieczność koordynacji działań, która z początku była możliwa głównie na podstawie wzajemnych obserwacji. Lecz po dojściu do większych wyzwań, wymagających uprzedniego planowania, trzeba było mieć w grupie bardziej wnikliwych obserwatorów, którzy wiedzieli, kto będzie – w czym dobry. Tak powstało zarządzanie sieciocentryczne, wyznaczające pierwotny podział pracy w stadach ludzkich, czyli plemionach – który znakomicie sprawdzał się w małych grupach. Na tyle małych, że każdy znał w niej każdego i bez centrum zarządczego, każdy wiedział, co ma robić i gdzie jest jego miejsce.

Potem staliśmy się ofiarą naszego sukcesu, bo dobra współpraca na poziomie plemienia pomnożyła nas liczebnie i stanęliśmy przed wyzwaniem budowania centralnego ośrodka władzy – źródła wiedzy i statusu, któremu wszyscy się podporządkowujemy.

synestezja-humanizmu-2

Gdy powstała idea władzy, została ona wykorzystana do partykularnych interesów ludzi, którzy poczuli płynące z niej korzyści. Używając manipulacji i oszustw, osiągali statusy społeczne, które nie miały uzasadnienia merytorycznego. Najpopularniejszym kłamstwem była religia, czyli kłamstwo polegające na tym, że to bóstwo chce, aby ten czy inny człowiek decydował o wszystkim lub był bardziej poważany bądź szanowany niż na to w rzeczywistości zasługiwał. Źródłem spaczonej etyki – również była religia. Ale wypaczenie religii względem normatywnych (ewolucyjnie wyznaczonych) źródeł tejże, nie mogło być nigdy zbyt odległe, bo ludzie dysponują ograniczonymi możliwościami wmawiania sobie, co jest dla nich dobre (istnieją granice kontrolowania swojego charakteru – przyp.: Z.G.).

Po odejściu od mistycyzmu, część ludzkości zaczęła pływać w odmętach pleonazmu emocjonalnego, mówiąc, że na pewno dobre jest to, co sami czują, że jest dla nich dobre. Wsłuchując się w swoje wnętrze, szukali mądrości, by z żalem przekonać się, że nie jesteśmy marną powłoką dla jakiś anielskich istot pełnych oświecenia, i że tak naprawdę w głębi człowieczej jaźni czają się koszmary. Nie możemy próbować poszukiwać drogowskazów dla siebie w strukturze, która została ukształtowana przez miliardy lat, dla wyzwań z zupełnie innych czasów. Ewolucyjne rozwiązania są nieadekwatne. Wewnętrznych mądrości po prostu nie posiadamy – żadnych… 

Zatem już czas najwyższy zacząć myśleć o tym, co powinno być dla nas dobre, tak aby cele jednostek nakładały się i wzmacniały rozwój intelektualny oraz bogactwo emocjonalnych interakcji całych społeczeństw…

Oczywiście trzeba też zostawić obok naszą ewolucyjną spuściznę – „umieścić ją w rezerwacie”. Bo to, co sami budujemy, to konstrukcja, która nie może być sprawdzona, dlatego musimy zachować możliwość powrotu do fundamentów, by od nowa określać przyszłą hierarchię wartości.

Tymczasem – co się stanie, jeśli nie podejmiemy tego wyzwania i dalej będziemy uważali, że dobre jest to, czego nauczyła nas przez miliardy lat, ślepa i nakierowana tylko na wzrost, przyroda?…

Otóż staniemy się niewolnikami rozumu. Ponieważ nie jesteśmy w zakresie rozumu za szczególnie rozwinięci, rozumem tym stanie się mądrość zbiorowa, której skuteczność będzie opływała w swoje nieuchronne konsekwencje.

synestezja-humanizmu-3

Przeprowadzając rewolucję, nie wystarczy obalić mury i pomniki starego systemu. Należy zaproponować nowy, lepszy system; i to się wkrótce stanie. Oczywiście nigdy nie przyjmiemy modelu, który będzie gorszy od tego, w jakim funkcjonujemy obecnie. Lecz patrząc na „mądrość” polityków (pochłoniętych kierunkami zbyt ważnymi, aby potrafili się z nich wycofać i zbyt dużymi, aby te mogły upaść), których działania przepełnione są megalomanią, które odseparowane są od wiedzy i rzeczywistości – tych polityków, których wybieralne stanowiska zacietrzewiają ich samych w ślepym demokratycznym pędzie: nie potrzebujemy propozycji przemiany arcywybitnej, by doświadczyć zmian na lepsze.

Wola człowieka we współczesnym świecie jest hołubiona i nabłyszczona – chociaż nie znaczy nic, bo w momencie, w którym każda bez wyjątku wola jest ważna, krańcowy rezultat staje się przecież wypadkową masy. Paradoksalnym rezultatem indywidualizmu – jest kolektywizm. Słuchaj siebie, bądź wierny sobie, ufaj sobie, kieruj się sercem, rób to, co czujesz – to wszystko złe drogowskazy. I nie dlatego, że wnętrze człowieka jest głupie, lecz po prostu dlatego, że niczego istotnie wiążącego w tym wnętrzu się nie zawiera. JA, a właściwie elitarne, namaszczone, uduchowione i post-arystokratyczne JA, to wynalazek rewolucji francuskiej. JA powoli przestaje być źródłem autorytetu, ponieważ tacy właśnie są politycy: ufni wobec siebie samych i machający do tłuszczy, w związku z czym do ludzi dociera, że to, co do tej pory politycy proponują – zwyczajnie się nie sprawdza. Jesteśmy wystarczająco równi (tzw. elity nie wystają znad traw), by widzieć własną śmieszność…

Powstaje toteż globalne, digitalne MY. Połączenie cyklu – dziel się, nagrywaj, doświadczaj. Doświadczenie życiowe staje się źródłem emocji, które powinny być nagrane, przesłane do Internetu, tam skonsumowane, by następnie dostarczyć nam nowych źródeł emocji, i wartych nagrania treści.

Dataism, czyli wyznawanie danych, się rozprzestrzenia – jako szczególna, technokratyczna nadzieja i „religia”. Ufamy, że technologia powie nam, co pić i jeść, w co się ubierać, gdzie chodzić i co robić dla przyjemności oraz jaką wykonywać pracę. Mądrość ogółu ma być ostatecznym źródłem mądrości grupy, bo ma za swoje źródło dobrowolnie oddawane informacje od każdego z osobna i z wielu urządzeń widzących rzeczy, które ludziom jeszcze się nie śniły. Dataism, to „szariat XXI wieku”; to fundament ideologiczny dla oddania swojego życia w ochronne ręce algorytmu rekomendacyjnego, który z czasem będzie przez nas bezrefleksyjnie, prawie automatycznie wykonywany. Nie będziemy w stanie wyrwać się z jego objęć, bo wpasuje się on idealnie w nasze potrzeby, traktując nas wyjątkowo, tj. „indywidualnie”. Tak jak dzisiaj oddajemy nasze ciała w profesjonalne ręce lekarzy – bo dziś to oni, na podstawie badań, dużo lepiej niż my sami i obiektywniej oceniają nasze zdrowie, a nawet na podstawie tego, jak czujemy się rano po wstaniu z łóżka – tak w przyszłości „profesjonalizm dataiczny” opanuje dowolny aspekt ludzkiego życia.

synestezja-humanizmu-4

Dzisiaj człowiekowi narzuca się współczesną medycynę, mówiąc mu, że on sam nie ma prawa, nie ma podstaw, by oceniać, a czasem decydować samodzielnie o swoim stanie zdrowia. Każdy jest głupi, kto nie robi okresowych badań i nie pozwala na przeprowadzanie zabiegów, jakie zaleca się wedle medycznych alumnów. Algorytm nie musi być perfekcyjny – tak samo jak dzisiaj możliwa jest omylność lekarzy: wystarczy, że rezultat podjętych przez medyka działań będzie ciut lepszy od naszych własnych pragnień, od naszych własnych wysiłków, a biorąc pod uwagę poziom niedoli na świecie, nie jesteśmy najlepsi w rekomendowaniu sobie tego, do czego powinniśmy dążyć.

Czy maszyna może rozumieć nasze uczucia lepiej od nas samych?

Czy istnieje algorytmiczna recepta na szczęście?…

Jeśli tak, to scenariusz ten oznacza gotową receptę na marazm. Kiedyś byliśmy przymuszani do określonego działania przez religię, a musieliśmy być przymuszani, bo jej nakazy nie były zwykle lepsze od naszych własnych postanowień. Teraz będziemy zmierzeni, zważeni i policzeni cyfrowo – tym razem dokładnie i naprawdę.

Dzisiejsze usprawiedliwienie polityków i urzędników stanie się dobrem ogółu. Jeśli zrobimy, co nakazał nam system, nawet jeśli wyrządzimy coś złego, miłościwie panujący nam Internet automatycznie nas oczyści. Nikt nie może nas o nic winić. Jesteśmy czyści, wyzbyci indywidualnej odpowiedzialności – w pełni bezpieczni, jak w łonie społecznej, cyfrowej matki. Jak pilot wojskowy, który zrzuca bombę na ludzi i śpi spokojnie, bo przed naciśnięciem spustu spełnił każdy punkt swojej długiej obiektywizującej, a więc demoralizującej procedury. I to będzie koniec humanizmu, gdyż poczucie bezpieczeństwa, zgodnie z ewolucyjnie narzuconą hierarchią, przeważa nad potrzebą/pragnieniem tajemnicy i zaciekawienia, które to od przyrody tak pozytywnie nas oddzielają. Dataism oznacza naukowo, a nawet procesowo, udokumentowane twierdzenie, że człowiek nie jest kompetentny, żeby żyć i dążyć samodzielnie, podejmować suwerenne, odpowiedzialne decyzje. Mówi nam, że my – ludzie chcemy wegetować w cieple i beztrosce, bawiąc się – co pewien czas próbując z nudów czegoś nowego i nie ponosząc konsekwencji z tego tytułu, przez co wszystko będzie smakowało tak samo.

Wtedy już tylko Mars, czy inna niezbadana daleka kolonia kosmiczna, może nasz rozwój jeszcze pobudzić, bo będzie to dla struktur społecznych – środowisko oddalone na tyle, by było w mocy efektywnie zaproponować nam energetyczne i nietrywialne rozwiązania. Lecz taka eksploracja nie powinna budować naszej głównej drogi rozwoju – co najwyżej plan B, jeśli „plan A” na naszej macierzystej planecie… zawiedzie… Wyjątkowi ludzie powinni nauczyć nas, że dataism to ułuda, bo esencja człowieczeństwa tkwi w czymś więcej, aniżeli w dążeniu do błogostanu i chęci trwania w tymże – jakkolwiek do takiego właśnie błogostanu dąży obecnie ludzkość. Ale ludzkość stoi niżej od indywidualnego człowieka, bo to ona – jest jego dziełem.

Musimy niechybnie wkroczyć na drogę naszej własnej, antropocentrycznej ewolucji ku NASZEMU lepszemu życiu. Nasze dążenia muszą być częścią naszej kreacji. Jeżeli nie uczynimy nic, to wszystkie dążenia zastąpi zupa algorytmicznie i indywidualnie dostosowanych opcji, zgotowana z ograniczonego menu, służącego konserwowaniu status quo. Jeśli nie zaczniemy już wkrótce myśleć o tym, czego de facto możemy zapragnąć, wtedy przyjmiemy zbiór, jaki będzie NAM „dany” – czyli podarowany przez bliżej nieokreślone kontinuum korporacji spajającej/trzymającej wszystkie dane…

synestezja-humanizmu-5

Ludzie mają do siebie to, że lubią łączyć się w grupy… wyciągnijmy wreszcie wnioski z tego twierdzenia! Człowiek, najbardziej rozwinięta na Ziemi istota inteligentna – najwyższa tu forma tego bytu, który nazywa się życiem; forma, która ewoluowała na wielkiej błękitnej planecie przez cztery miliardy lat i która przez cały ten gigantyczny szmat czasu niczego lepszego od ludzkości (od grupy) nie stworzyła… Ta właśnie forma, czyli człowiek – podjęła dawno temu świadomą i odpowiedzialną decyzję o zbudowaniu cywilizacji technicznej i o zbudowaniu społeczeństwa. Pytam: po co?! Na pewno nie po to, żeby po prostu stworzyć społeczeństwo, bo celem podjętego działania nie może być tylko „ono samo” (sama treść przypisana danemu działaniu).

Ta cywilizacja, którą wymyśliliśmy i skonstruowaliśmy oraz to społeczeństwo, które stało się faktem – te wydarzenia były indywidualnemu człowiekowi do czegoś potrzebne. Miały mu zapewnić energię, zasoby i możliwości bardziej dalekosiężnego, swobodnego funkcjonowania i egzystowania, tak aby docelowo każda jednostka mogła autonomicznie realizować swoje długo skrywane potrzeby i odkrywać własną, osobniczą tajemnicę. Ludzkość miała zyskać możliwość zapełnienia otoczenia swoim dziełem, tak aby w pełni odwzorować w tej kreacji własną – człowieczą – naturę. I tak, aby móc przejrzeć się w tym własnym dziele, w tej konstrukcji, jak w lustrze i być może w efekcie zapragnąć dalszych zmian – zapragnąć uczyć się, jak być, jak żyć i jak tworzyć we Wszechświecie coś więcej, niż tylko kopie samego siebie…

W momencie pełnego zamianifestowania się dataismu, znaczna część ludzkości się mu podda, zapominając o swoim źródle, o człowieczeństwie. Lecz mniejsza część ludzkości – ta, w której humanizm trzyma się mocno – nie da się zwieść twierdzeniu, iż zaledwie środek działania jest jego ostatecznym celem. Bo to wytwór pokoleń społecznie zintegrowanych, czyli cywilizacja, pełni rolę służebną wobec jednostek ludzkich, i to wola jednostek jest uzasadnieniem i powodem istnienia społeczeństw. Bez indywidualnego i wolnego człowieka, jako fundamentu dla sensu zbiorowego działania, wszystko, co stworzyliśmy i na co pracowaliśmy wspólnie, jest metabolizującym koszmarem. „Wegetujące mrówki ludzkie” – tj. ta część ludzkości, która podda się profesjonalnej algorytmizacji życia – nie będą różnić się od bezwolnej, nieożywionej materii. To człowiek indywidualny, który na nowo oddzieli się mentalnie od automatyzmu przedkładania potrzeb społecznych ponad własne, który będzie potrafił zrezygnować z korzyści, jakie da ubezwłasnowolnienie, nada sens istnienia tej części ludzkości, która będzie cieszyć się swoim sugerowanym, zaprogramowanym w najdrobniejszych szczegółach, bezwolnym życiem.

synestezja-humanizmu-6

Dopóki humanizm nie powróci, opanowywana przez dataism część ludzkości – w ciszy i spokoju po wielokroć obiegnie Słońce, czekając oraz pozostawiając multum możliwości ekspresji tym, którzy będą potrafili z nich skorzystać, nie bojąc się ponoszenia pełni konsekwencji swoich „atypowych” działań.

Zbigniew Galar

 

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (1)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

2 komentarze

  1. Zbyszku,

    bardzo ładny tekst!

    Podoba mi się narracja – sukcesywny, przemyślany sposób budowania/przedstawiania czytelnikowi Twoich tez. Podoba mi się to „delikatne potrząśnięcie” czytelnikiem – zachęcenie mnie do tego, żebym samodzielnie przemyślała, czym współcześnie jest humanizm, i gdzie znajduje się moje miejsce w świecie i we Wszechświecie – moje, jako jednostki reprezentującej (jak wiele innych jednostek) to dziwne zwierzę, jakim jest człowiek (gatunek ludzki); i moje, jako członkini społeczeństwa; i moje, jako człowieka będącego… Ziemianiem – po prostu 🙂 .

    Dopowiadając bardzo serio – podoba mi się także Twoje doprowadzenie miana „humanizm” do aktualnego „cyfro-świata”, czyli spotkanie wartości dawnych (powiedziałabym, że wręcz esencjonalnych) z tymi wartościami (dodatnimi i ujemnymi), w które opiewa dzisiejsza, stechnicyzowana rzeczywistość, i które – być może – dopiero roztoczą się przed naszym, ludzkim, wzrokiem…

    Jako członkini redakcji Tostera za siebie mówię, że takich tekstów na Tosterze – też nam trzeba, i takich chcemy więcej 🙂 . Może to będzie nawet zaproszenie dla tych Czytelników, którzy chcieliby spróbować swoich sił w publicystyce i skontaktować się z naszą redakcją, aby zaprezentować swój talent i wejść z Tobą w konstruktywną – publicystyczną – polemikę 🙂 .

    Pozdrawiam 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *