Szklanki na ścianie

Szklanki na ścianie

Zofia N. urodziła się w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Przez całe życie czyniła wyłącznie to, co słuszne, właściwe i sprawiedliwe, nie pomyliła się ani razu.

Będąc dzieckiem, cierpliwie grabiła siano, nie mniej cierpliwie zbierała kartofle, w sposób stoicki doiła krowę i pasła kury z takim oddaniem, jak gdyby rozdawała ptactwu płatki hostii, a nie rozsypywała zwykłe ziarno do zwykłych karmników.

Co niedzielę była  w kościele. Do szkoły chodziła pięć kilometrów w jedną stronę przez zaspy śniegu. Niczego się nie bała. Ani mrozu, ani upału w polu. Uczyła się pilnie – różnych reguł na pamięć. Stosowała się do wymagań i realizowała je przykładnie.

Za mąż wyszła w wieku lat dwudziestu. Po pół roku małżeństwa urodziła pierworodnego. Nie był on wcześniakiem. Czyżby odważyła się uprawiać seks przed ślubem? Owszem, odważyła. Ale nigdy się do tego nie przyznała. Opowiadała toteż wszystkim, że syn był wcześniakiem, a jakże.

Jako kobieta dorosła wciąż regularnie chodziła do kościoła, miała także bardzo dobre serce i opiekowała się osobami starszymi. Zmieniała im pieluchy, obmywała starcze ciała z kupy, prała z moczu pościele, opatrywała rany na stopach cukrzycowych. Przez całe życie kierowało nią prawdziwe poświęcenie i empatia.

Była niezwykle prawa i szlachetna. Ale nie miała nerwów ze stali. Jej też cokolwiek miało prawo się nie podobać, mogła krytykować, kiedy ludzie żyli inaczej niż ona, mogła potrząsać cudzym sumieniem, gdy zinterpretowała kogo jako człowieka pozbawionego sumienia. Dysponowała w końcu wolną wolą, nic więc nie stało na przeszkodzie, by korzystała z niej do woli.

Nigdy nie powiedziała tego głośno, ale uwielbiała pogrzeby. Zachowywała się na nich zawsze jak rasowa płaczka grecka. W skrytości ducha jednakże obficie radowała się z każdej śmierci, nigdy szczerze żadnej nie opłakała. Uwielbiała zaglądać do wnętrz otwartych trumien, popatrywać na martwą twarz, wdychać aromat wiązanek pogrzebowych, pomady, którą ułożono nieboszczykowi włosy; różnych zmarłych potrafiła bez krztyny zażenowania żegnać pocałunkiem w zimny polik, nawet kiedy byli to nieomal obcy ludzie. Potrafiła dokładnie wyrecytować z pamięci wszystkie napisy na wszystkich szarfach zdobiących wieńce i bukiety, wskazując bezbłędnie na kolory napisów i kształt pozłacanych czcionek. Wzruszał ją zawsze pogrzebowy orszak, w cierpieniu ludzi żegnających zmarłego członka rodziny za każdym razem dostrzegała dla siebie wybitnie kaloryczną pożywkę. Normalnie wypasała się na ludzkich nieszczęściach, na śmierciach, starościach, fekaliach i schorzeniach – jak tłusta larwa na zapomnianym kawale kotleta, który niezauważenie sturlał się z talerza i chyłkiem spoczął pod ciemną szafą.

Dulska w porównaniu z nią, to wzór cnót i szlachetnej obyczajności. Zofia N. niczego nie zamiatała pod dywan – zwykła trzymać najbrudniejsze śmieci, najgorsze swe wady, na samym wierzchu, wymachiwała nimi jak chorągiewką na pochodzie pierwszomajowym. Była dumna z tego, jaka i kim była, nigdy nie odczuła wstydu prawdziwego – nigdy niczego nie zamiotła pod dywan, nigdy niczego nie żałowała.

Jakbyś ją zapytał, odpowiedziałaby ci, że zawsze bardzo się starała, była dobra i pełna współczucia. Nigdy nie zrozumiałaby, gdybyś wytknął jej egoizm. Nie było tak, że usiłowała się wybielać – ona naprawdę właśnie w ten sposób siebie postrzegała: jako istotę bez skazy, białą, czystą. Nigdy nie podpisała się pod popełnionym błędem – zawsze winna była aura okalająca zdarzenie, nigdy ona sama. I nie dlatego, że starała się zasłonić, nie przyznawać do porażek: ona naprawdę żyła w głębokim przeświadczeniu, że cały świat sprzysięga się w kółko przeciw niej, a ona, biedna, odczuwała w sobie wielką, piękną misję. Była nie tylko niczym Winkelried cierpiący za miliony – była niczym Chrystus: ona przecież, tak samo jak Boży Syn, ginęła codziennie w śmierci męczeńskiej, za grzechy całej ludzkości. Codziennie. Była więc wręcz lepsza od Chrystusa.

Jej ulubionymi słowami były: cierpienie, choroba, męczeństwo, ofiarność i poświęcenie.

Nigdy nie potrzebowała ani męża, ani syna. Potrzebowała tylko niewolników, którzy za zadanie mieli ślepo przytakiwać jej zdaniom i wysiłkom, którzy winni realizować jej postulaty, którzy w istocie powinni być bardziej martwi niż żywi: zawsze po jej stronie, nigdy nie wypowiadający własnego zdania. Gdyby posiadała taką moc sprawczą, nie tylko swego męża czy syna wolałaby widzieć martwymi już za życia – całą ludzkość zmieniłaby w manekiny, bo tylko manekin był w stanie niemo zgadzać się na każde jej słowo i pozwalać traktować się jak mebel.

Nie tylko zresztą cudze nieszczęścia ją pożywiały – sama również uwielbiała być nieszczęśliwa i cierpiąca. Cieszyła się w duchu, w nie do końca świadomy, zdumiewający innych sposób, gdy podupadała na zdrowiu, bo tylko w tych chwilach otrzymywała jedyny obraz świata, który mogła zrozumieć. Jeżeli ją bolało, to znaczy, że zachorowała za karę – czyli za to, jaka jest dobra.

-Za co ja muszę tak cierpieć? Za dobre serce? Za miłość? Za cierpliwość moją i ofiarność? Dlaczego Bóg pozostawia łotrów w zdrowiu, a samych dobrych ludzi, którzy przez całe życie tylko z siebie dają, tak karze i karze?

W powyższym zadawaniu pytań niby głębokich, pięknie retorycznych – ukazywał jej się paradoksalnie w pełni uzasadniony wszechświat. Nie znała innego. Nie była w stanie wykroczyć wyobraźnią dalej chociażby o skromny milimetr. Tylko cierpienie własne, które w rzeczywistości pozostawało emanacją podłości, uskrzydlało ją i potwierdzało jej jestestwo, nadawało mu sens.

Gdy na filmie w telewizji całowało się dwoje ludzi, wyrzucała dziecko z pokoju. Gdy na przystanku autobusowym spotkała dziewczynę i chłopaka, którzy okazywali sobie miłość drobnym przytuleniem i niewinnym pocałunkiem, beształa ich, nie przebierając w słowach, mówiła im, że wstydu nie mają, są bezczelni, że przystanek autobusowy to nie burdel, że wokół tu są ludzie, więc co wy sobie myślicie, wy dzicz współczesna, rozpustnik i dziwka, upadek moralności, dno.

Nienawidziła nie tylko obrazów miłości – równie zajadle nienawidziła odgłosów miłości. Uwielbiała wystawać ze szklanką przy ścianie, by dokładnie podsłuchać dźwięki płynące z sypialni sąsiadki. Każdy cudzy jęk rozkoszy spotykał się natychmiast z komentarzem z jej strony, który wysykiwała przez zaciśnięte zęby jak żmija:

-A to dziwka, kurwa jedna, puszczalska! Wczoraj śmiała założyć spódnicę przed kolano, pół dupy było jej widać, co za szmata! A teraz musi tak krzyczeć, musi tak udawać?! Żeby przez ścianę taką grubą wszystko było dokładnie słychać? Za co ja muszę tak cierpieć? Dlaczego ja muszę tego słuchać, tych skowytów suki bez boga w sercu? Za jakie ja grzechy?

Tak oto syczała pod nosem Zofia N. raz po raz, wsłuchana w cudze odgłosy miłości. Sama nie była zdolna nigdy – nawet we wczesnej młodości, nawet niesiona na spontanicznej fali hormonów wieku rozrodczego – do choćby głębszego pojedynczego oddechu w czasie aktu seksualnego. Seks był dla niej jedną z najobrzydliwszych rzeczy na świecie, i wcale nie dlatego, że takim nakreślał go kościół. Nienawidziła seksu za to, jaki jest organiczny, jak instynktowny, i poprzez cechy te – czysty, uczciwy, szczery. Brzydziła się szczerością po prostu, zwykłą prawdą ludzką. Nie potrafiła toteż kochać się z mężem – tak bardzo bała się zdjąć z siebie maskę. Leżała w łóżku jak przejechana sarna i prawie dusiła się od powstrzymywanego siłą oddechu. Gdyby pozwoliła sobie choć raz w życiu głęboko oddychać, kochając się z mężem, on przecież zobaczyłby, że to jej sprawia przyjemność, a do tego histerycznie bała się dopuścić – gdyby się ujawniła, gdyby pozwoliła sobie w pełni odczuć i okazać przyjemność, potem nie potrafiłaby spojrzeć w oczy lustru.

Nigdy nie wydała sobie zgody zatem na przyjemność, żadną, a zwłaszcza tę prymitywną, prostolinijną, płynącą z potrzeb i pragnień ciała.

Można śmiało powiedzieć, że na samotnych opuszczonych ścianach jej domostwa wyrosły szklanki. Domostwo było samotne, gdyż mąż odszedł od niej dziesięć lat po ślubie. Ułożył sobie życie z inną kobietą. Syn nie pamiętał o Zofii N., jako dziecko wyprowadził się razem z ojcem, później nie otrzymywała od niego żadnych wieści.

Jej ściany porosły szklankami. Kładąc się sama do łóżka, co noc wspominała odgłosy miłości zastygłe w wielu szklankach. Nie mogła spokojnie zasypiać. Dostawała straszliwych wypieków na twarzy. Ale nawet w tych najprawdziwszych chwilach smutku, realnego poczucia całkowitej przegranej, nie była w stanie dotknąć sama siebie, tam, w dole. Śniła o tym jedynie i śniła na jawie, nigdy głębiej nie odetchnęła. Nauczyła się oddychać, jeść i pić przez zaciśnięte zęby. Zimą zakładała ciepły moherowy beret i z czasem coraz częściej można ją było spotkać w kościele. Ale nawet księdzu w konfesjonale nie była w stanie wyznać, jak bardzo żałuje minionych lat, utraconego życia oraz tego, że nigdy nie była w stanie pozwolić sobie na przyjemność.

Młodzi studenci, którzy wprowadzili się za ścianę, lubili obarczać kościół winą za jej osobniczą podłość, pruderię i zakłamanie. Nikt z nich nie zadał sobie trudu zanalizowania problemów starszej, samotnej pani za ścianą. Nikomu nie przyszło do głowy, że kościół nie miał zupełnie nic wspólnego z tym, jaka była i jaką się stała.

Pokolenie, które od dziecka utożsamiała sobą Zofia N., całe swoje zakłamanie wyssało z mlekiem matki. To od matki nauczyła się owej podskórnej, chronicznej nienawiści, którą żywiła tak do siebie samej, jak wszelkich zewnętrznych przejawów życia – młodości, witalności i szczęśliwości. Gdy Zofia N. była młodą dziewczyną i zakochała się w swoim mężu (przyszłym), to nawet miała przesmyk szczerej nadziei w sobie, że będzie szczęśliwa – że będzie inna, różna od swojej matki. Ale nie potrafiła być inna. W sposób doskonały powieliła wszystkie schematy zakłamania i brutalności tego pokolenia, które pamiętało wojnę. Bo wojna zmusza do bycia twardym, zimnym i brutalnym. Wszyscy ci ludzie byli przesyceni ponurą historią, która nauczyła ich wyłącznie nienawidzić i cierpieć – nauczyła ich skutecznie omijać dobroć i miłość. To dlatego, gdy całowało się dwoje ludzi, odwracali głowy ze wstrętem i zasłaniali oczy dzieciom, wykrzykując, że to złe i brudne, obmierzłe i nieakceptowalne. Natomiast wszystkie starsze, bezbronne panie z tego pokolenia – z lubością wkraczały dumnie w sam środek ulicznych przepychanek pomiędzy miejskimi „dresami”, zwracając im uwagę, że tak nie wolno, że „nie wolno używać tak brzydkich słów, młody człowieku!”. Interwencje te za każdym razem spotykały się z solennym obśmianiem przez „dzikich” – w najlepszym wypadku. Było i wiele wypadków gorszych, w których to „dres” z rozkoszą pchnął sobie „babunię”, aż „poleciała na mur kamienicy i rozbiła sobie facjatę” lub „ślicznie złamała biodro”, czasami „dla jaj” wyrywano agresywnej starszej pani torebkę z emeryturą, aby nauczyć ją pokory i pokazać, gdzie jej miejsce we współczesnym polskim tłumie.

Studenci mieszkający ze starszą Zofią N. przez ścianę nie byli w istocie dużo lepsi od „dresów”. Co prawda nie okradali Zofii N. z niczego, nie popychali, nie potrącali radośnie, jednak z cynicznym uśmieszkiem pod nosem okazywali pogardę, z premedytacją nie odpowiadali „dzień dobry”, a na każdej swej weekendowej imprezie zwanej „domówką” szeroko omawiali Zofii N. śmieszność, żałosność, wredność, wąskotorowość poglądów, brzydkie złośliwe oblicze i obscenicznie zaciśnięte szczęki, jak i samotność, która bez wątpienia jej się należała – za paskudny charakter. Trudno im się dziwić, bo rzeczywiście Zofia N. notorycznie ich poniżała – podsłuchiwała ich przez swoje szklanki, gdy mijała ich na korytarzu, niedelikatnie zwracała im uwagę, że niewłaściwie są ubrani, nie znają wstydu, nie szanują ani siebie, ani społeczeństwa. Trudno się dziwić, że żaden z tych młodych ludzi nie pomógł jej ponieść siatki z zakupami ani nie ustąpił miejsca w tramwaju. Trudno się dziwić tym młodym ludziom, że żaden z nich nie zadał sobie trudu przeanalizować jej charakter, codzienne zachowanie, by dotrzeć do realnych korzeni zjawiska. Najgorsze jednakże, że młodzi studenci w nosie mieli wszelką wiedzę, historię – nie mieli o nich pojęcia. Za wszystkie zakłamania i podłości Zofii N. szumnie i ochoczo winili Kościół katolicki, sami z lubością określali się w przewadze ateistami. Prawda była taka, że większość z nich nie rozumiała tego miana, nazywali się ateistami tylko dla powierzchownej wygody, gdyż jeszcze nie zdążyli odnaleźć swych prawdziwych przekonań, tożsamości i światopoglądu. Lubili za to czuć się pod każdym względem lepszymi od żałosnej, starszej pani zza ściany, która pochodziła ze wsi, nie miała praktycznie żadnego wykształcenia – a oni wszakże studiowali, byli eleganccy i tacy „światowi” i inteligentni.

Zofia N. umarła oczywiście w samotności i nikt po niej nie płakał. Na pogrzebie obecny był tylko jej dorosły syn. Położył na grobie piękny, wspaniały wieniec – z uroczą, wzruszającą szarfą, taką, jaką mogłaby polubić, bo za życia ubóstwiała takie szarfy i zawsze dogłębnie wzruszała się na ich widok. Następnie odjechał w swoją stronę, a grób porósł chwastami, nie szklankami.

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (8)
  • w porządku-niezła grzanka (6)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

10 komentarzy

  1. Gratuluję, doprawdy piękny tekst.
    Autorka wielkiego wysiłku intelektualnego dokonała.

    Jednocześnie zupełnie się z nim nie zgadzam 🙂

    „Nigdy nie podpisała się pod popełnionym błędem – zawsze winna była aura okalająca zdarzenie, nigdy ona sama. I nie dlatego, że starała się zasłonić, nie przyznawać do porażek: ona naprawdę żyła w głębokim przeświadczeniu, że cały świat sprzysięga się w kółko przeciw niej, a ona, biedna, odczuwała w sobie wielką, piękną misję. ”

    Skoro odmawiamy studentom – prawa do gardzenia tą toksyczną kreaturą, uznając że Kościół Katolicki jako źródło usprawiedliwienia i praprzyczyny to płytką analizą, a jednocześnie tłumaczymy to wychowaniem, czyli matką, a w sensie kulturowym i społecznym – wojną, po której tylko nie pozwalające sobie na przyjemności ludzkie szczury przeżywają i pozostające przy życiu dzieci otaczają
    – to jakbyśmy cały ten brud z tej Zofii po prostu zmyli, bo ona biedna – nie jest niczemu winna, taka wzrastała i taka żyła, a skoro to 50/50 albo geny te po matce albo środowisko, to ona nawet w 1% za nic nie odpowiada.

    Dla mnie liczy się efekt – produkt końcowy – rezultat – kim kto jest póki jeszcze trzyma się życia. Każdy – bez względu na otoczenie, wychowanie i środowisko odpowiada za swoje życie. Utratę poczytalności można mieć co najwyżej w krótkich i intensywnych momentach życia – w afekcie.

    Za życie godne pogardy – pogarda się należy. Skoro coś śmierdzi, to zasługuje na potępienie – inaczej każda kupa będzie twierdzić, że pachnie, bo puchnąc w odbycie musiała wyjść dupą – nie mając innego wyjścia.

    A do podsłuchiwania życia innych najlepszy jest Facebook – a nie jakieś tam szklanki czy kubeczki.

    • Drogi Zibikendo,
      gratuluję kategorycznych, wojowniczych poglądów – niestety w kontekście mojego tekstu pozostają one chybione, a oto, dlaczego:

      po pierwsze, określanie jakości człowieczeństwa słowem „produkt”, nie przystoi humaniście. Widzę, że wulgarny język korporacji coraz wygodniej mości się w naszym życiu, co wzbudza mój ogromny smutek, a także czuję się zażenowana tego typu mianami: „produkt”, brzmi to niczym „kapitał ludzki”, „zasoby ludzkie”… W tym miejscu już pominę Twoje osobnicze wulgaryzmy w przedostatnim akapicie wypowiedzi, takie jak „kupa”, „dupa” etc. – stoickim milczeniem. No po prostu temperament ognisty z Pana wyciekł wszystkimi porami, ogień to piękny żywioł, przyznaję – pod warunkiem, że człowiek potrafi wziąć za niego odpowiedzialność, wie, jak ugasić pożar, jak i wie, gdzie wolno rozpalić ognisko, a gdzie nie wolno. Pan nie jest odpowiedzialny za swój temperament i nie ma Pan pojęcia, jak go obsługiwać.

      Po drugie – w moim artykule nie ma mowy o tym, że studenci nie mają prawa gardzić Zofią N., brzydzić się nią. Zwracam jednak uwagę, że okazywanie człowiekowi pogardy może być postawą przepełnioną niewzruszoną godnością osobistą, postawą szlachetną i czystą w swej ilustracji – ale może być też postawą przepełnioną płytką, prymitywną kpiną, żartobliwym tonem niby klowna i czerpaniem chorej przyjemności z tego, że dokuczamy człowiekowi różnemu od nas. Wybór między tymi dwoma postawami zależy od moralności i intelektu jednostek – dla myślącego humanisty nie powinno być żadnych złudzeń co do tego, że pierwsza postawa uchodzi za uzasadnioną, druga natomiast pozostaje żałosnym kaprysem słabego, skarlałego pod względem duchowym człowieka, który lubi uznawać siebie za lepszego od innych.

      Nie odmawiam więc studentom prawa do określenia Zofii N. jako osobowości toksycznej, nie krytykuję ich za nieustępowanie jej miejsca w tramwaju itd., twierdzę jedynie, że sam fakt, iż się studiuje nie jest tożsamy z tym, że posiada się rozum i morale bardziej rozwinięte od „dresów”. Wręcz obłuda obnoszenia się tego gatunku studentów (jak w tekście) względem starszych, niesympatycznych, zmanierowanych ludzi zdaje mi się pod pewnymi względami gorsza nawet od postawy „dresa”, który po prostu inaczej swych emocji okazywać nie potrafi, i nigdy potrafił nie będzie. Co innego student – powinien być to osobnik dbający o rozwój osobisty i stale uzupełniający wiedzę.

      Niedouczenie i mentalna obłuda oraz nieudolność studentów, którzy z entuzjazmem krytykują Kościół katolicki nie za to, za co powinni, a za to, że przypisują Kościołówi wpływ na zachowanie Zofii N. – to nie są żadne walory, a ponadto zwracam uwagę, że w ani jednym akapicie ja nie usprawiedliwiłam Zofii N., ja tylko wskazałam na pewne przyczyny tego, jaką była i jaką się stała.

      Natomiast Twój komentarz i surowy ton, a wręcz zajadłość, z jaką go sformułowałeś – martwi mnie i zasmuca zwyczajnie. Kipisz jak zardzewiały czajnik – zdaj se Chłopie sprawę z pewnych faktów, zanim zaczniesz wyzywać ludzi nawet najpodlejszych od „ludzkich karykatur” i „śmierdzących toksyn”. Zofia N. może sobie być podła, ale to, jaki rodzaj pogardy (z dwóch możliwych rodzajów przytoczonych wcześniej) Ty dla niej wybierzesz, świadczyć będzie już o Tobie, nie o niej. I również o tym jest ten tekst.

    • O jeju jeju jeju, moje drogie, kochane objawy ludzkości – opis sytuacji nie jest tożsamy z sytuacją, na jego podstawie można snuć wnioski i do tego służy – to pierwsze wyjaśnienie. Jeśli zakładamy iż opisana jednostka jest negatywna, to nie stosujmy jej ocen w naszych rozważaniach – albowiem stajemy się do niej podobni – drugie wyjaśnienie. I trzecie wyjaśnienie – ci będą mieli rację którzy przeżyją, a wy przeżyjecie – więc tylko ważne jest abyście się nie upodobnili do tych których tak krytykujecie, a muszę powiedzieć iż jesteście baaaaardzo podejrzani.
      i to by było na tyle – dzieci drogie

      • Panie Mądralo Mądraliński,
        zwracam również Pana uwagę na ton wypowiedzi, albowiem poczęstował nim Pan dwoje dyskutantów, a ja się właśnie postrzegam w miejscu bardzo zdystansowanym do oceniania i wyciągania daleko idących krzywdzących wniosków – dobrze wiem, że upodabniamy się do tych, z którymi walczymy, tak więc Pana potrząsanie sumieniem i odwołanie się do tej idei skierowane jest właśnie do Zibikendo, dlatego należało spuścić nieco z tonu i mieć odwagę zwrócić się konkretnie do tego dyskutanta, którego wypowiedź Pana w istocie dotyczy – a dlaczego to mnie wmieszałeś do swojego komentarza niby, po co, jakim cudem?

  2. Gratuluję doprawdy piękny, tekst

Odpowiedz na „LyonartAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *