Sztuka dyskusji, czyli jak ośmieszyć się w oczach rozmówcy

„Sztuka” prowadzenia sporów, czyli krótka rzecz o tym,
jak ośmieszyć się w oczach interlokutora

 

Przychodzi do mnie na moją stronę WWW młoda studentka i niepytana o zdanie zaczyna krytykować mój artykuł. Ma prawo krytykować mój artykuł? Oczywiście, że tak. A bez pozwolenia również? Oczywiście, że tak! Artykuł jest do użytku publicznego, więc dowolny człowiek, który akurat życzy sobie go przeczytać, ma prawo wypowiedzieć się na jego temat, kiedy chce oraz tak, jak ma ochotę, krytycznie też – normalna sytuacja. Problem polega na tym, że owa studentka zaczyna z góry mnie pouczać i udzielać instrukcji dotyczących tego, co mam myśleć i jak mam pisać. Dyskusja, którą odbyłyśmy w sieci za pośrednictwem komentarzy w medium społecznościowym, była dla mnie tak fascynującym i jednocześnie abstrakcyjnym przeżyciem, że postanowiłam podzielić się nią z Państwem. Oto i ona…

– Artykuł jest za długi. Brzmi tak, jakby był wywodem naukowym, ale nie jest wywodem naukowym, bo nie ma podanych źródeł w postaci linków, no więc jest za długi i nikt nie zechce go przeczytać – stwierdza studentka na dzień dobry autorytarnie.

W czasie, gdy pani pisze do mnie te słowa, artykuł, o którym mowa, zdążyły przeczytać – od deski do deski – dziesiątki ludzi. Wiem o tym, bo niedługo po opublikowaniu otrzymałam dziesiątki mejli od czytelników, którym artykuł się spodobał. Jednak nie to jest najistotniejsze.

– Dla pani za długi, dla drugiego w sam raz. Rzecz gustu. Poza tym prawidłowo uznała pani, że nie jest to artykuł naukowy, ponieważ nie jestem naukowcem, a pisarzem. Dlatego nie pisuję artykułów naukowych, tylko literackie i publicystyczne – odpowiadam grzecznie.

– No ale to brzmi jak wywód naukowy – upiera się pani.

– Ale to nie jest tekst naukowy, powtarzam – powtarzam grzecznie.

– Ale ja studiuję i piszę teksty naukowe do czasopism i wiem, że nie pisze się tekstów naukowych tak, jak pani to zrobiła.

– Ale to nie jest tekst naukowy, szanowna pani… – Powoli tracę cierpliwość, ale jeszcze nie dobry humor.

– I jest źle skonstruowany. Za długi jest. Ja wiem, bo ja piszę artykuły do czasopism i jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką postawą, żeby jakaś redakcja wydrukowała mi taki długi artykuł naukowy. No i poza tym to nie jest przecież artykuł naukowy.

– To świetnie, że się zgadzamy, bo istotnie: to NIE JEST artykuł naukowy. Ale skoro upiera się pani przy rozmowie na temat publikacji naukowych, to powiem oględnie, że żadna redakcja papierowego czasopisma naukowego nie zaakceptowała pani artykułu o zbyt dużej objętości najprawdopodobniej dlatego, że papierowe czasopismo naukowe składa się z ograniczonej liczby kartek papieru. A za każdą z tych kartek stoi ograniczona ilość pieniędzy. Redakcja takiego czasopisma musi zadbać o różnorodność i odpowiednie zdynamizowanie treści, musi połamać tekst do druku, zrobić skład na stosownym poziomie, no i musi uszanować co najmniej kilku, o ile nie wielu różnych autorów, z których każdy zasługuje na tyle samo przestrzeni w numerze. W Internecie jest inaczej – taniej, szybciej i prościej. No i w swoim serwisie, za swoje pieniądze mogę opublikować, co chcę i jak chcę, oczywiście w granicach prawa i norm moralnych – tłumaczę pokrótce.

– No dobrze, ale pani nie jest naukowcem i nie może pani tak pisać.

– Nie jestem naukowcem, to prawda – chętnie zgadzam się ze studentką. – A pisać „tak”, to znaczy jak? Czego mi mianowicie nie wolno? – zaciekawiam się.

– No nie wolno pisać tekstów nienaukowych tak jakby były naukowe.

– Aha…

– Ja wiem, bo ja studiuję i piszę artykuły naukowe.

– Gratuluję.

– I to jest niemożliwe, żeby pisać tak jak pani. Tak się po prostu nie robi. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim podejściem do pisania. U mnie na studiach nikt by niczego podobnego nie dopuścił do publikacji. No więc musi pani skrócić ten tekst i w ogóle inaczej go napisać, bo w tej formie nikt go nigdy nie przeczyta.

„Ale ten tekst już przeczytała kupa ludzi” – myślę sobie. Nie powiem o tym mojej rozmówczyni, bo po co… Powiem coś innego – może to inne coś przyniesie jaki efekt w postaci choćby mikroporozumienia?…

– Pani wybaczy, ale w naszej redakcji pracuje człowiek, który niedawno ukończył studia doktoranckie i być może niebawem przymierzy się do profesury. I póki mamy w redakcji tego człowieka, to jednak jego opinia, a nie studentki studiów magisterskich, będzie dla mnie wiążąca – mówię.

Właściwie czuję się fatalnie, że zostałam zmuszona, żeby coś takiego powiedzieć. Dlatego, że nigdy nie oceniałam ludzi na podstawie ich wykształcenia. Nigdy. Wyłącznie na podstawie tego, co sobą reprezentowali. Miałam przyjemność poznać wybitnych artystów czy po prostu ludzi oczytanych, utalentowanych, myślących, zaś to, jaką szkołę ukończyli i jaki dyplom obronili – zawsze interesowało mnie tyle, co śnieg sprzed dwudziestu lat. Tym razem odwołałam się jednak do wykształcenia mojego redakcyjnego kolegi, licząc, że argument ten nareszcie zakończy tę idiotyczną i nic niewnoszącą dyskusję. Niestety nie zakończył…

– Pani mnie obraziła! – krzyczy studentka.

– Ja panią, doprawdy?

– Tak, pani mnie obraziła, ale ja nie pozwolę pani mnie poniżać! To, że nie umie pani pisać, to jedno i w sumie nic mnie to nie obchodzi, mam dużo ciekawszych zajęć niż czytanie tego, co pani napisała. Ale na to, jak się pani odnosi do ludzi, którzy próbują coś w życiu osiągnąć, na to nie ma usprawiedliwienia. Jest pani zarozumiała i zapatrzona w siebie, jak nie wiem co. Do widzenia!

Kurtyna…

Chyba zaczynam się starzeć. To jedyny racjonalny wniosek, jaki umiem wysnuć na podstawie przytoczonej dyskusji. Starzeję się, jak nic. Serio. Serio!

Mój mąż zwrócił mi uwagę, że w zasadzie każde pokolenie doświadcza jakiegoś technologicznego przełomu, który owocuje zmianami w normach obyczajowych, społecznych. Miał rację. Zaczęłam nad tym intensywnie rozmyślać…

W czasach młodości mojego ojca owym przełomowym wynalazkiem była telewizja. Starsi ludzie, którzy po raz pierwszy ujrzeli telewizor, zastanawiali się, jakim sposobem pomniejszono ludzi i umieszczono w tym pudełku. A na obyczaje telewizja wpłynęła tak, że człowiekowi zdało się, że ma cały świat na wyciągnięcie ręki. Wcześniej czerpał informacje z gazet typu dziennik oraz z radia, siłą rzeczy więc musiał sobie pewne sprawy wizualizować. Tymczasem od chwili gdy w domach zagościły telewizory, można było na własne oczy oglądać świat – można było śledzić osobiście, i to bez wychodzenia z domu, np. widowiska sportowe. A co to było za święto, gdy na pół osiedla przypadał tylko jeden telewizor! Kiedy nasi grali mecz, pół osiedla podziwiało ich w telewizji, tłocząc się jak sardynki w ciasnej puszce w mieszkaniu jednego z kolegów – tego szczęśliwca, którego rodziców było stać na kupno telewizora.

A wyobrażacie sobie, co musieli czuć ludzie, którzy po raz pierwszy zetknęli się z cudem dagerotypii? Wyobrażacie sobie, jak silne, wstrząsające musiało to być uczucie?

A ci ludzie, którzy jako pierwsi w historii poszli do kina? Martwe, nieruchome zdjęcie – zostało poruszone. Ludzie na zdjęciu ożyli, zaczęli tańczyć… Opowiadanie historii przestało być domeną najpierw gawędziarzy, potem wędrownej trupy teatralnej i cyrkowej. Wreszcie stało się domeną rzeczywistości samej w sobie – domeną istnego „reportażu”, człowieka prawdziwego, uchwyconego w ruchu…

A czy wyobrażacie sobie, jakim cudem technologicznym musiał być wynalazek pisma? To dopiero wydarzenie! Opowieści dotychczas przekazywane z pokolenia na pokolenie w formie ustnej z czasem się zakłócały, każdy kolejny narrator dodawał własne odcienie do tej samej, opowiadanej głosem historii, aż ostatecznie ta sama historia przestawała być tą samą historią, a zaczynała być inną historią, nową jakością. Język pisany umożliwił ludzkości odwoływanie się do pierwotnych informacji – oczywiście dopóki napis na papirusie nie spłowiał, a papirus nie obrócił się w proch, pokruszony zębem czasu… Potem wynaleziono trwalsze techniki pisania na papierze, aż narodziła się książka… Następnie wynalazek druku wsparł książkę w jej imponującej ewolucji i „samokopiowaniu”, a wraz z tą ewolucją – wykrystalizowała się przepiękna sztuka introligatorska…

W czasach mojej młodości był to telefon komórkowy. Cóż to był za cud! Nagle stało się możliwe odbycie dialogu – bez względu na miejsca, w których rozmówcy przebywali. Można było pomówić z drugim człowiekiem, jednocześnie nie będąc przytwierdzonym do określonego terenu. To było jak walkie-talkie, tyle że odległości przestały mieć znaczenie. Już nie trzeba było w środku surowej zimy przedzierać się pięćset metrów przez zaspy śniegu, aby dopaść do budki telefonicznej na żetony i zadzwonić po pogotowie. Komórka nie tylko umilała życie, komórka ułatwiała, a nawet ratowała życie. Właściciele pierwszych komórek czuli się tak, jakby osobiście dotknęli kosmosu.

Kosmos zdawał się zdobyty do chwili, aż ludzkość dostąpiła cudu Internetu. Internet… Niezwykłe narzędzie i chwały, i pogardy. Stanisław Lem powiedział, że żeby nie Internet, nie miałby pojęcia, jak wielu idiotów żyje na świecie. I faktycznie – trudno się z nim nie zgodzić.

Moje pokolenie, czyli ludzie urodzeni w latach 80., pamięta świat bez Internetu. Co prawda wynalazek Internetu sam w sobie jest starszy ode mnie o 20 lat, ale do Polski pierwsze jego jaskółki przyfrunęły z początkiem lat 90. – miałam wtedy 10 lat. Zanim ukończyłam lat 12, nie widziałam komputera na oczy, a z siecią zetknęłam się po raz pierwszy, mając lat 20. A zatem Internet to właśnie ten przełomowy wynalazek, którego świadkiem było moje pokolenie. Dorastaliśmy z Internetem w tle, doświadczyliśmy bumu kawiarenek internetowych, które wówczas wydawały się biznesem bardzo przyszłościowym, wkrótce zakładaliśmy pierwsze blogi, siedząc w domach, a nie w kawiarenkach…

O rany, ileż w świecie się zmieniło od tamtych czasów! Najpierw w Internecie było miło, spokojnie i bezpiecznie. Potem niestety to samo pseudointelektualne łajno, które wcześniej zainfekowało gazety, radio i telewizję, dostało się do Internetu – a różnica polega na tym, że w tym medium tak samo jak każda informacja, tak samo każde łajno rozchodzi się miliony razy szybciej niż w innych środkach masowego przekazu.

Jak zatem Internet wpłynął na normy obyczajowe, społeczne, etyczne? Ano tak, jak widać na przykładzie pani studentki. Pani studentka studiuje, więc pani studentka wie. A wie dlatego, że tak ją nauczono w jej środowisku bytowania. Pani studentka egzystuje bowiem – jak wielu młodych dziś ludzi – w krainie gotowych rozwiązań. To jest kraina, w której nie funkcjonują surowce, tylko półprodukty, substytuty, suplementy oraz gotowe produkty. Ja natomiast pochodzę ze świata, w którym liczyły się naturalne surowce, minerały, zasoby, z jakich dopiero w drodze głębokich i skomplikowanych procesów poznawczych i wydobywniczych oraz analiz krytycznych odfiltrowywano wartości godne uwagi.

Przerażające w mojej ocenie jest to, że wystarczyłoby – zdaniem pani studentki – abym dołączyła do swojego owego artykułu zbiór linków do różnych badań naukowych znalezionych w sieci, a już uznałaby mój artykuł za godny uwagi. Bo współcześnie dowolny gówniany link równa się bibliografii. Pani studentka nie zadała sobie trudu samodzielnego przemyślenia treści mojego artykułu – nie. Pani studentka oblizała mój artykuł wzrokiem i przekonawszy się, iż nie zawiera on linków – czyli „bibliografii” – zdyskredytowała jego obraz, a dokładniej mówiąc: objętość, bo przecież do zawartości ani estetycznej, ani tym bardziej merytorycznej nie odniosła się nawet półsłowem. A najsmutniejsze w tej historii jest to, że pani studentka żyje w głębokim przeświadczeniu, iż podąża ścieżką nauki oraz posługuje się językiem naukowym.

Podkreślę, o jakim w ogóle problemie jest tu mowa – co mnie boli i co także was powinno  zaboleć i przerazić: mogłabym jako autor publikujący w sieci napisać najgłupszy albo najbardziej niemoralny artykuł pod słońcem – jednak wystarczyłoby, że ubrałabym go w porządny język oraz dodała do niego linki do odpowiednich badań, aby ogromna rzesza ludzi mogła nabrać się na jego wartość. Bo w erze Internetu „badań naukowych” w sieci ci setki i tysiące. Możecie uwierzyć mi na słowo, że potrafiłabym napisać najpodlejszy, najnikczemniejszy wywód na świecie i umiałabym uzasadnić go tak biegle, że moglibyście dać się oszukać – i zaufalibyście mi. Potrafiłabym napisać taki artykuł, bo jestem cholernym pisarzem, pieprzonym intelektualistą. A to, że nie dopuszczam się tego rodzaju praktyk, wynika wyłącznie stąd, że pochodzę ze świata, w którym dać słowo, że mówi się prawdę – znaczyło bardzo dużo i zobowiązywało, również przed samym sobą. A to, że czasem nie odwołuję się w swojej publicystyce do konkretnych linków, wynika z mojej decyzji, że zostawiam wam jako czytelnikom przestrzeń na własne przemyślenia w obrębie poruszonego w danym artykule tematu, jednocześnie wyrażając nadzieję, że ci z was, którzy nie będą wiedzieli, co myśleć, pójdą do biblioteki poczytać poważne treści, a nie łajno w necie pod szyldem „badań naukowych”.

I nie, debilizm oraz tupet pani studentki – nie są odosobnionym przypadkiem, przykro mi. Gdybym za każdorazowe skierowanie do mnie jednej z poniższych uwag otrzymywała złotówkę – „biłabym się w dupę pintami”, jak zwykła mawiać moja babcia:

  • Pani Justyno, a skąd Pani czerpie te mądrości, jeśli wolno spytać? Bo nie widzę żadnych źródeł – nie podała Pani w artykule ani jednego linku.
  • Pani Justyno, a jakie ma Pani dowody na te, że się tak wyrażę, własne wizje?
  • Pani Justyno, muszę Pani powiedzieć, że czytając Pani książkę, doszedłem do wniosku, że literatura współczesna schodzi na psy. Te wszystkie pseudointelektualne wynurzenia… No nie da się tego czytać po prostu. To było najgłupsze i najnudniejsze 400 stron, jakie przeczytałem w życiu.

I tak dalej, i tak dalej…

No więc dziś w sposób zbiorczy odpowiem na wszelkie te żałosne inwektywy:

Przede wszystkim nigdy i nigdzie nie powiedziałam ani nie napisałam, że tworzę mądrości. W różnych swoich tekstach, czy to publicystycznych, czy literackich, umieszczam moje poglądy. Moje poglądy. Nie twoje, nie pani, nie pana, nie czyjeś – moje. I dopóki nie stosuję przeniesienia cudzej treści do treści własnego utworu – nie mam obowiązku uźródławiać czy uwiarygodniać swoich poglądów. Są one wiarygodne póty, póki ja chodzę po ziemi. I są one uprawnione, póki nie naruszam żadnych praw i norm. A to, że katował się pan moją powieścią liczącą ponad 400 stron tylko po to, żeby własnoręcznie odnaleźć mnie w sieci i wysłać mi wiadomość prywatną ze wskazaniem na to, jaka jestem głupia i beznadziejna, właściwie nie wymaga komentarza.

A odpowiedź lakoniczna na powyższe zarzuty brzmi: swoje „mądrości” czerpię z życia, panie, z życia. Korzystam też z wielu przełomowych wynalazków, np. z pisma. Z książek, panie, z książek. Korzystam z wiedzy, którą dzięki wynalazkowi, jakim jest druk, utrwalono na papierze, a następnie przełożono na inne nośniki – np. bardzo poręczne e-booki. Całe życie uczę się od mądrzejszych ode mnie – tak, jest ich wielu. A potem filtruję przez swoją łepetynę to, czego się dowiedziałam i nauczyłam, i wyprowadzam własne wnioski na dany temat, przy udziale, dziś już chyba nieco zapomnianych cnót umysłu człowieka oświeconego, czyli mechanizmów takich jak sceptycyzm, krytycyzm i racjonalizm. Tak, to były fundamentalne pojęcia dla ludzi XVIII wieku. Dziś mamy wiek XXI… Obawiam się, że coś poszło nie tak. Bardzo – nie tak. A nawet całkiem źle…

Bo dzisiaj własne wysiłki intelektualne, a w ich wyniku dyskusje i spory z innymi – podejmuje się i przeprowadza na zupełnie innych zasadach. Wymiana opinii i poglądów w sieci często ogranicza się do powierzchownego pink-ponga, w którym rolę piłeczki pełni link. Podaj link! A masz link? A może jakiś link? Masz tu link! Link, link, link… Bez linku pogląd jest nieważny. Aha! Byłabym zapomniała! W zastępstwie linku powszechnie powoływać się można na osobiste doświadczenie – uznawane jest ono bowiem za w pełni merytoryczne i doskonale wyczerpujące dyskutowany temat. Oto i przykłady:

  1. W dyskusji dotyczącej problemu nielegalnych migrantów islamskich w Europie: W czasie studiów miałam kolegę muzułmanina. Był bardzo miły i wyjątkowo kulturalny, ukończył medycynę na polskiej uczelni i pomagał mi nosić siatki z zakupami, bo był moim sąsiadem.
  2. W dyskusji o aborcji – argument ze strony pro-life: Po błędnym badaniu USG mojej znajomej zalecono usunąć wadliwą ciążę. Moja znajoma nie posłuchała i urodziła zdrowe dziecko. To dowód na to, że zezwalając prawnie na aborcję, społeczeństwo dopuszcza się w wyniku błędów w sztuce lekarskiej eksterminacji zdrowych dzieci.
  3. W dyskusji o aborcji – argument ze strony pro-choice: Ja uważam, że płód ludzki nie jest człowiekiem, tylko jest płodem, więc nie ma podstaw, żeby decyzja kobiety o donoszeniu lub terminowaniu ciąży z dowolnych powodów miała być narzucana przez ten płód.
  4. W dyskusji odnośnie do wycinki świerków w Puszczy Białowieskiej – argument za: Zostałem wychowany na opalaniu pieca drewnem i uważam, że wycięcie chorych świerków na opał to słuszna decyzja.
  5. W dyskusji odnośnie do wycinki świerków w Puszczy Białowieskiej – argument przeciw: Byłam w rezerwacie w Puszczy Białowieskiej i jest to najpiękniejszy las, jaki kiedykolwiek widziałam. Ingerowanie przez człowieka w tak piękny fragment przyrody to zbrodnia przeciwko matce naturze.

I zrozummy się prawidłowo: uznaję Internet za cudowny wynalazek. Nie jest tak, że tęsknię do starego świata, bo robię się nadmiernie sentymentalna na starość… Do zestarzenia się zresztą jeszcze sporo mi brakuje… Serio.

Mocno doceniam Internet, za wiele cech. Za potężną dynamikę przepływów informacji. Za wielość perspektyw. Za skalę zasobów. Za komunikatory w postaci mediów społecznościowych. Za możliwość nawiązania dialogu lub dyskusji z szalenie interesującymi, wspaniałymi ludźmi. W świecie bez Internetu – musiałabym tak wspaniałych ludzi poszukiwać bardzo długo. A w sieci znajdujemy się wzajemnie rachu-ciachu. Wystarczy, że zapiszemy się do grupy w medium społecznościowym adresowanej do ludzi o konkretnym typie zainteresowań, pasji. Dzięki Internetowi mogę zatapiać się w zwiedzaniu Luwru, ile dusza zapragnie. Jasne, reprodukcje oglądane w sieci – to nie żywe obrazy. Ale skoro nie stać mnie na dosłowną, fizyczną wycieczkę do Luwru – net jest prawdziwą łaską. Pomyślcie też o ludziach z malusieńkich miasteczek i wiosek. Dawniej, kiedy tacy ludzie wybierali się na pierwszą w życiu wyprawę do Warszawy, byli oszołomieni, nierzadko wręcz zszokowani. Na widok ruchomych schodów – drżeli od podekscytowania i strachu naraz. I nie ma w tym nic śmiesznego. Jesteśmy różni, wychowujemy się w odmiennych środowiskach. Internet umożliwia nam wszystkim zajrzenie do cudzej krainy. Pomyślcie też o niepełnosprawnych, którzy znaczną część życia spędzają w domach. Internet jest dla tych ludzi cenny jak woda. Dzięki niemu rozmawiają z innymi, nawiązują mnóstwo relacji, pozytywnych i budujących znajomości…

Osobiście jestem z powodu Internetu szczęśliwa dodatkowo – dlatego, że daje mi on intensywną możliwość publikowania, a więc pracowania nad swoim warsztatem pisarskim. W roku 2014 na samym Tosterze Pandory ukazało się ok. 100 tekstów mojego pióra. No właśnie – nie pióra, lecz klawiatury. Gdyby Internet nie istniał, zakładam, że napisałabym najwyżej połowę tekstów z tej liczby, ponieważ nie miałabym tak silnej motywacji do działania. Bez Internetu – tworzyłabym znacznie mniej i wolniej także dlatego, że sam proces pisarski byłby więcej żmudny i do tego obarczony ryzykiem nieprzekucia na realne działanie. Mówiąc wprost, bez Internetu byłabym skazana na poszukiwanie wydawców dla moich treści. Tym samym moja wolność wypowiedzi byłaby zdecydowanie uboższa, bo musiałabym dostosowywać swoje teksty do zapotrzebowania określonego przez dany profil wydawniczy czy daną redakcję czasopisma papierowego.

Nie jest więc tak, że Internet jedynie mnie rozczarowuje. Ani tak, że w Internecie żyją sami idioci – oczywiście, że nie! Choć dobrze pamiętać, że idiotów nie brak, niestety. Podobnie jak manipulatorów, nierzetelnych dziennikarzy i skretyniałych blogerów.

Ale, ale, ale! Są też blogerzy znakomici, uczciwi i ogromnie interesujący! Aby więc zakończyć ten – ponownie – długi, trudny i nudny swój nienaukowy wywód, zaproszę Was do odwiedzenia trzech kapitalnych blogów. Sprawią one, że Wasza wiara w ludzi publikujących w Internecie zostanie wzmocniona. I nawet podam linki! Tak!

Minerva – jako pasjonat malarstwa i rysunku długo, oj długo poszukiwałam bloga poświęconego sztukom pięknym, który reprezentowałby rzeczywiście dobry poziom. Początkową odpowiedzią na te poszukiwania było stworzenie przez naszą redakcję kategorii Museum of Art Pandora’s Toaster – wiadomo: potrzeba jest matką wynalazków. Ale jako że Toster obsługuje zbyt wiele działów, kategoria ta jest przez nas uzupełniana z rzadka. Natomiast Justyna Stasiek-Harabin stworzyła znakomity blog, który nareszcie na bieżąco syci mój głód sztuki: http://www.laminerva.pl/. Autorka z wykształcenia jest historykiem sztuki, pisywała publikacje naukowe do różnych periodyków. To, co mnie urzekło w blogu La Minerva, to bardzo ładny język publicystyczny – z jednej strony przystępny dla każdego czytelnika, z drugiej merytoryczny i poprzez to satysfakcjonujący wszystkich zanurzonych w dziedziny sztuki nieco głębiej. Polecam ten blog gorąco.

Jan Grochocki – z wykształcenia polonista, w praktyce copywriter we własnej firmie, a przede wszystkim: introligator. Tak, to właśnie wiedza introligatorska jak magnes przyciągnęła mnie do strony: http://jangrochocki.pl/. Przebija z niej uwielbienie dla dobrych książek – i pięknie wydanych. Do Jana można zapisać się na warsztaty introligatorskie, a połączenie pasji, profesjonalizmu i kultury słowa, jakie sobą reprezentuje, to w mojej opinii perła. Poza tym jest tytanem pracy, za co dodatkowo go szanuję. Miejsce w życiu, do którego dotarł, jest owocem nie tylko jego talentu, ale właśnie pracy. To cudny książkowy przykład: jak przekuć pasję w pracę i spełniać się zawodowo. Zaimponował mi swoim oddaniem dla obranej idei i solidną racjonalną walką o marzenia. A ponieważ w erze cyfrowej sztuka introligatorska powoli staje się anachronizmem – tym bardziej działalność Jana zasługuje na pilną uwagę. Korzystajmy więc z dobrodziejstwa Internetu – z tego, że możemy obserwować ludzi, którzy świadomie zabiegają o kunszt, rzemiosło i autentyczne piękno.

Maciej Wojtas – gdyby Pola Flegrejskie były głową blogera, należałyby do Macieja. Maciej to gotująca się lawa pomysłów blogowych i copywriterskich. Swoimi tekstami przykuwa i wsysa, bo za każdym razem jest w stanie wykrzesać z siebie nowy oryginalny odcień. Słynie też z charakterystycznego poczucia humoru, które rozładowuje atmosferę zawsze wtedy, gdy wymaga tego sytuacja, a w chwilach neutralnych po prostu znakomicie bawi. Maciej umie w blogi i w sztuki copywriterskie – środki stylistyczne dobiera ściśle według zapotrzebowania na dany tekst, jest biegły w ujmowaniu istoty rzeczy tak, jak dana istota rzeczy potrzebuje być ujęta. Spogląda na świat z kilku perspektyw, nie zamyka się w pojedynczym punkcie widzenia. Nie spoczywa na laurach, lecz wali łbem o mur, a w rezultacie nie iskry lecą, tylko na świat opadają kolejne niezastąpione hasła i artykuły. Koniecznie odwiedźcie Macieja pod adresem: http://maciejwojtas.pl/. To człowiek bystry i inspirujący.

Z pokorą

Justyna Karolak

 

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka opowiadań oraz baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to e-book (Pdf) udostępniony specjalnie jako prezent dla Czytelników. Więcej informacji o powieści i o pisarce przeczytasz, klikając link: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

 

Oświadczenie redakcji Tostera Pandory w składzie Lyo Art Grupa:

Niniejszy artykuł nie jest sponsorowany – na łamach Tostera Pandory nie ma artykułów sponsorowanych. Polecenie trzech blogów wystąpiło ze szczerej woli autorki niniejszego artykułu.

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (4)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (3)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *