Tak, jestem królową pszczół!

Po sieci krąży mem: kobiety dzielą się na boginie i na wycieraczki – oto kontrowersyjna wypowiedź genialnego malarza Pabla Picassa spotyka się dziś z aplauzem rozentuzjazmowanego tłumu. Ochoczo cytują ją i feministki, nawołując kobiety do przebudzenia i odkrycia w sobie bogini – bo przecież każda kobieta jest i może być królową – równie ochoczo wypowiedź cytują i mężczyźni zafascynowani „rozwojem duchowym”, czyli poszukujący bogiń w bliskiej sobie okolicy… Moja matka – prosta kobieta pochodząca ze wsi – z pewnością nie zalicza się do kategorii bogiń, ale życzyłabym sobie, by nikt nie określał jej jako wycieraczki…

Ten artykuł nie będzie rozprawą na temat życia i twórczości Picassa – każdy, kto interesuje się malarstwem, świetnie wie, że biografia Picassa jest nie mniej ciekawa od jego obrazów i że Picasso słynął z prowokowania świata do żywiołowych reakcji, i że prowokował skutecznie o tyle za pomocą dzieł plastycznych, o ile wypowiedzi. Ten artykuł będzie natomiast relacją z obserwacji społecznych – będzie to opowieść o kobiecości rzec by: esencjonalnej. To jest tej kobiecości, o której można mówić wprost, bez wklejania jej do kontekstów modnych, takich jak Gender i feminizm. Będzie to również opowieść o postrzeganiu kobiecości – o postrzeganiu kobiecości dzisiaj: w XXI wieku i w Polsce. Wnioski płynące z tych obserwacji zostaną jednak opisane wraz z odniesieniami do feminizmu, a także do humanizmu, aby możliwą mogła stać się zachęta czytelnika do samodzielnego rozważenia tejże zagadki: co to znaczy – kobieta?…

Lubię rozmawiać z feministkami!

Lubię rozmawiać z feministkami, ponieważ nie przestają mnie one dziwić. Współczesne feministki w Polsce zdają się być odporne na wiedzę – potrafią wprawdzie wyrecytować z pamięci w porządku chronologicznym wszystkie naruszenia praw kobiet, jakie odbyły się od początku świata aż po teraz na całym ziemskim globie, ale odpierają inne rozdziały nauki; te, z którymi jest im niewygodnie. Odnoszę wrażenie, że rozmowa z feministką przypomina rozmowę z alkoholikiem w stanie trzeźwości: trzeźwy alkoholik wie, że alkohol szkodzi na głowę i wątrobę; wie, że alkohol prowadzi do alienacji rodzinnej i społecznej; wie, że picie jest wsobne i niekonstruktywne, ale nie umie spojrzeć wprzód – nie widzi przed sobą realnej, czystej, nieobciążonej, nieskażonej drogi. Podobnie feministka: jej myśli i uczucia w całości pochłonięte są przez przeszłość, która wobec kobiet bywała, owszem, brutalna i niesprawiedliwa, ale przyszłość rysująca się przed kobiecością kompletnie nie zajmuje umysłu ani duszy feministek. Czy feministki zawierają w sobie specjalne sitko, które sprawia, że jedynie gęste i ciemne substancje dostają się do wnętrza kobiety, zaś te eteryczne czy lotne – sitko owo skutecznie odcedza i nie przepuszcza dalej, w głąb?…

Nie da się snuć opowieści o współczesnej kobiecości z całkowitym pominięciem aspektu feministycznego. Dlatego też dla zachowania uczciwości publicystycznej wskażę kilka istotnych uwag dotyczących tego kontekstu:

  • To prawda, że w średniowieczu palono na stosach kobiety, zarzucając im bycie czarownicami. Jednak palono i mężczyzn – zarzucając im bycie czarnoksiężnikami. Poza tym prawdą jest i to, że w tym samym średniowieczu kobiety były niesłychanie poważane – efektywnie zarządzały swoimi ziemiami i majątkami, sprawowały funkcje mecenasek sztuki, wniosły wiele do kręgu nauki i artyzmu jako i mecenaski, i twórczynie. Przykłady tego, że kobiety już w epoce średniowiecza aktywnie tworzyły historię, znajdziecie w tym artykule: http://tosterpandory.pl/sredniowieczna-emancypacja/.
  • To prawda, że sufrażystki i pierwsza fala feministek wywalczyły dla kobiet należne im prawa, m.in. prawo do edukacji czy wyborcze. I za to pierwsze ruchy feministyczne zasługują na szacunek, podziw i uznanie. Bo to dzięki tym odważnym, walecznym kobietom – jestem dziś tu, gdzie jestem. I nikt ni nic nie broni mi dostępu do wykształcenia, swobody w wyrażaniu poglądów i opinii ani drogi do np. kariery politycznej. Premierem Polski – jest kobieta. Premierem Niemiec – jest kobieta. Kobiety w kulturze Zachodu efektywnie pełnią znaczące role społeczne i zawody – są profesorami, posłami, naukowcami, artystkami etc. To prawda, że nie we wszystkich miejscach świata kobiecość ma się dobrze – np. porażająco barbarzyńskim traktowaniem kobiet jest okrutny zwyczaj ich obrzezania; artykuł na ten temat znajdziesz tu: http://tosterpandory.pl/w-piekle-kobiet-o-obrzezaniu/. Ale pozycja kobiety polskiej jest niezagrożona i bardzo silna – polskie kobiety od lat słyną ze swej zaborczości, a nawet wojowniczości. A pośród państw europejskich – Polska znajduje się w ścisłej czołówce krajów, które jako pierwsze przyznały kobietom prawa wyborcze! Przed Polską – w Europie prawa wyborcze kobietom przyznały tylko: Finlandia (12 lat przed Polską), Norwegia (5 lat przed Polską), Dania (3 lata przed Polską), Islandia (3 lata przed Polską). Równolegle z Polską były to: Litwa, Niemcy, Austria, Mołdawia, Armenia i Azerbejdżan. Dla porównania, jak podaje poczciwa Wikipedia: Wielka Brytania przyznała kobietom prawa wyborcze dopiero 30 lat po Polsce, Francja – 26 lat po Polsce, Szwecja – 4 lata po Polsce. I o tych faktach feministki rozmawiać nie chcą – wewnętrzne sitko każe im filtrować te informacje i powtarzać jedynie brzydkie slogany, iż „Polska w traktowaniu kobiet stoi sto lat za murzynami”.
  • To prawda, że szczególnie kobiety narażone są na różnego rodzaju ograniczenia i naruszenia – np. padają ofiarami przemocy domowej; tak też dzieje się w Polsce. Wynika to jednak z zachowań patologicznych, a nie stanowi normy społecznej! Współczesną normą społeczną jest, iż mężczyźni towarzyszą swym rodzącym kobietom, aktywnie zajmują się potomstwem od pierwszych chwil życia potomstwa – oczywiście, że nie podadzą niemowlęciu piersi, aby je nakarmić, ale kąpią, przewijają i tulą bez kłopotu. Kobiety w Polsce skutecznie robią kariery na uczelniach wyższych, prowadzą własne firmy, zarządzają domowym budżetem. Usłużność kobiety względem mężczyzny odeszła w Polsce do lamusa ostatecznie wraz z pokoleniem mojej matki, urodzonej w latach 50. ubiegłego wieku. Podkreślę, iż moja matka pochodzi ze wsi – gdzie mężczyzna, silniejszy fizycznie, tyrał na roli, aby zapewnić rodzinie byt, z pragmatyzmu życia wynikało więc, że kobiety opiekowały się domem i podawały mężczyznom obiad. Moja matka, kiedy przeniosła się do miasta, z trudem odnajdywała się w realiach „wielkomiejskiej równości” pomiędzy płciami, ale nawet ona zdążyła po pierwsze być tej równości świadkiem i po drugie, nauczyć się wyzbywać znacznej części swej usłużności wobec płci męskiej. A dlaczego w ogóle feminizm jako ruch powstał – na świecie i w Polsce, jak się zaczął oraz kto i po co go podjął, dowiecie się z tego artykułu: http://tosterpandory.pl/poprawnosc-polityczna-po-polsku/. 

Życie czarno-białe czy w kolorach?

Pomiędzy kobietą a mężczyzną istnieją różnice zawierające się w sferze soma i w sferze psyche. Te pierwsze różnice – fizyczne – dyskutowane bywają z rzadka, za to te drugie – psychiczne – nieustannie spotykają się z próbami ich zanegowania, opartymi na beztroskim porzuceniu podstaw rozumowania logicznego. To prawda, że naukowcy nie są ściśle jednoznaczni w opisywaniu różnic w psychice kobiet a mężczyzn, ale wobec faktu, że te różnice są obecne – wszyscy możemy mieć pewność, czyli fakt ów nie podlega pod dyskusję, bowiem jest ustalony i powszechnie znany.

Gdybym za każdą rozmowę z feministką, w której mówię, że umysł kobiety różni się od umysłu mężczyzny, a umysł mężczyzny różni się od umysłu kobiety, dostawała złotówkę – w skali miesiąca uzbierałabym co najmniej najniższą krajową. Mam nadzieję, że nie muszę dodawać, że feministka zwykła mi odpowiadać: – To nieprawda! Pomiędzy umysłami kobiet a mężczyzn nie ma żadnych różnic!

A kolory? – pytam feministkę. Kobieta jest bardziej wyczulona na kolory, barwy, odcienie – pomijam w tej chwili statystyki, z których jasno wynika, że mężczyzn znacznie częściej niż kobiety dotyka daltonizm. Mówię o tym, że znam kobiety artystki-malarki i mężczyzn artystów-malarzy. W znakomitej przewadze przypadków – kobietom dużo łatwiej przychodzi ubranie obrazu w kolor. Zdaje się, jakoby między dłonią kobiety, trzymającą pędzel czy szpachlę, a jej umysłem – istniało jakieś przedziwne mistyczne połączenie, które pozwala jej malować kolor w sposób nieomal biologiczny. Mężczyzna – odwrotnie – zdaje się tego „mistycznego naczynia” pozbawiony, stąd aby osiągnąć wybitny efekt kolorystyczny na obrazie, do palety podchodzi w sposób „siłowy”: szuka koloru dłużej od kobiety, więcej czasu przeznacza na obserwację pigmentów i dobór temperatury barw. Kobieta kolor „ma w ręku” (kobieta „czuje” kolor), mężczyzna musi go „wymyślić”, „skonstruować”, „nadać mu rozumowe znaczenie”.

Rozmaitych różnic jest więcej – mężczyźni są bardziej od kobiet uposażeni do większego wysiłku fizycznego (częściej niż kobiety zostają sportowcami) i choć kobietom nie brak uporu i zaciętości, to jednak właśnie mężczyźni są z natury więcej skłonni do podejmowania rywalizacji, a to z uwagi na testosteron, którego ciała kobiet nie wydzielają (wydzielają go w ilościach śladowych – przyp.: J.K.). Powiedzieć zatem, że „życiem kobiety rządzą hormony” jest nie tyle nieprawdą, co nieścisłością, bowiem także „życiem mężczyzny rządzą hormony” – lecz inne rządzą, i rządzą inaczej!

Kobiety częściej chorują na depresję i częściej podejmują próby samobójcze, za to skuteczność samobójstw odnotowuje się z kolei jako przeważająco występującą po stronie mężczyzn… którzy lepiej orientują się w przestrzeni; lepiej oceniają odległości, wymiary obiektów i przedmiotów… I tak dalej, i tak dalej…

Ach, durna genetyko i prostacka biologio! Obie jesteście kompletnie bezbronne w zderzeniu z dzisiejszymi nurtami feministycznymi, bowiem obie pokornie niczym cielęta zwieszacie łebki w strachu przed „filozofią” Gender, która nie uznaje biologicznej determinacji płci, a jedynie płeć kulturową. Tymczasem po pierwsze pojęcia „kultury” od pojęcia „biologii” oddzielić nie sposób – rzecz jasna każdy ma prawo głosić, co mu się żywnie podoba (w granicach prawa moralnego, cywilnego i karnego), ale to nie znaczy, że dowolne zmyślne histerie winny być uznawane jako merytoryczne opinie o otaczającym świecie.

Faktem jest, że różnice (psychologiczne) pomiędzy płciami – istnieją. I to właśnie eksplorowanie, drążenie i poznawanie tych różnic jest fascynujące, tak z punktu widzenia naukowego, jak artystycznego, jak i po prostu: ludzkiego; społecznego!

Niezależnie od tego, co kto osobiście uzna za „swoją prawdę”, faktem jest, że – mówiąc oględnie – biologia na temat umysłu i duszy ma do powiedzenia wiele, i tak też biologia, z akcentem na: genetyka, determinuje płeć u Homo sapiens… O biologii, genetyce i naturze opowiem zresztą w odrębnym akapicie.

Tymczasem wracając do „spraw ducha” – życie nie jest czarno-białe, życie jest kolorowe, z czego kobiety zdają sobie sprawę bieglej od mężczyzn, bo zdecydowana większość kobiet doskonale wie, jak wygląda kolor np. amarantowy, a zdecydowana większość mężczyzn, równie doskonale, ma to, czym jest, a czym nie jest kolor amarantowy głęboko w nosie!

Nie umiem się pogodzić z dzisiejszym nurtem feministycznym – jako kobieta pozostaję natomiast bezwzględną fanką tropienia przejawów kobiecości esencjonalnej. Mówię „esencjonalnej”, gdyż na dany moment nie znajduję stosowniejszego słowa. Lecz towarzyszy mi przekonanie graniczące z pewnością, że istnieje coś takiego jak „esencja” człowieczeństwa – a jeśli tak, to przecież musi istnieć także „esencja” kobiecości (oraz „esencja” męskości).

 

Zaparzam ekstrakt…

Wiemy o tym ze źródeł naukowych, że kobiecość intensywniej (niż męskość) podlega pod wpływy Księżyca. Nie bez przyczyny w wielu różnych kulturach naturę czy osobowość kobiecą umieszczano pod patronatem Luny, w przeciwieństwie do ekspansywnej i silnie oddziałującej na świat męskości, którą wpisywano w kulty solarne.

Miękka, pasywna, subtelna „energia” kobieca w rozlicznych kręgach kulturowych interpretowana była jako siła pochłaniająca czy wchłaniająca, dopełniająca i okalająca. Twarda, ekspansywna, dosadna „energia” męska – przeciwnie – interpretowana była jako siła dająca czy wkraczająca, tworząca oś, będąca filarem. Te interpretacje nie wzięły się znikąd – bez wątpienia w ich skład wlicza się analogia do anatomii i fizjologii kobiet i mężczyzn. Trudno czytając powyższe opisy, uciec od skojarzeń z cielesnością, seksualnością i płodnością: kobiece narządy płciowe zbudowane są „do wewnątrz”, męskie „na zewnątrz” – wszak to miękka pochwa przyjmuje w siebie twardy penis… I tak też rozmyślania natury filozoficznej nie są z gruntu wypatroszone z odniesień do ciał i różnic z ciał wynikających – i każdy, kto uparcie twierdzi, że jedynie nasze (kobiet i mężczyzn) ciała się różnią, a umysły manifestują się dokładnie identycznie we wszelkich dziedzinach egzystencji, myślenia i zachowań, myli się i jawi się ignorantem lub leniwym konsumentem życia, odzierając sam siebie z przyjemności zadawania pytań, badania odpowiedzi i tworzenia osobliwych, suwerennych interpretacji zastanych zjawisk.

Galen (starożytny lekarz i pisarz – przyp.: J.K.) powiedział, że „kobieta to mężczyzna wywrócony na lewą stronę”. I jakkolwiek zdanie to może rozbawiać, tak trudno odmówić mu spostrzegawczości, logiczności i zasadności, zwłaszcza biorąc pod lupę czasy, w jakich zdanie to zostało sformułowane.

Miękka, pasywna, subtelna „energia” kobieca i twarda, ekspansywna, dosadna „energia” męska – te opisy są przykładem przytoczonym spośród właściwie niezliczonych prób uchwycenia czegoś na kształt „esencji natury ludzkiej”. A skoro mówimy o esencji, to mamy na myśli swoisty ekstrakt, a więc coś charakterystycznego, coś o własnym, zintensyfikowanym, typowym dla siebie smaku… Skoro z łatwością uznajemy, że człowiek jako jednostka i jako element zbiorowości ludzkiej może podlegać pod wpływy gwiazd, planet i satelitów – dlaczego niektórzy nie chcą uznać i tego, że możemy podlegać pod plątaninę naszych żył, komórek i hormonów? I dlaczego to, co charakterystyczne – czyli typowe tylko i właśnie dla nas – ma być powodem do wstydu, negacji i odrzucenia?

Miękką kobiecość i twardość męską ilustrują i malarskie dzieła sztuki – np. Gustav Klimt w swoim najbardziej znanym obrazie pt. „Pocałunek” (który to obraz, nawiasem powiedziawszy, niestety trafił do pop-kultury: na filiżanki, na ceraty, na tapety, mimo że powinien pozostać w strefie sztuki wysokiej – przyp.: J.K.) umieścił dwojakie symbole: czarne kwadraty, prostokąty odwołują się do pierwiastków męskich, a jaśniejsze, kolorowe okręgi i kółka odwołują się do pierwiastków żeńskich. Rozróżnienie i czytelność tych form nie pozostawia złudzeń – ostre, graficzne figury odnoszą się do męskiej ekspansywności i „energii” oddającej (obdarowującej, wkraczającej, zdobywającej), natomiast miękkie, obłe i barwne figury odnoszą się do kobiecej pasywności i „energii” przyjmującej (chłonącej, tonującej, uzupełniającej). Proszę zauważyć, że sylwetka mężczyzny na tym obrazie na pierwszy rzut oka wybija się i przenosi na siebie ciężar kompozycji – wizerunek mężczyzny ujęty jest silnie, sprawczo, pozornie wręcz władczo. Twarz, a także układ dłoni i cała sylwetka kobiety, przeciwnie: pozornie zdają się uległe, prawie aż „roślinnie wiotkie”. Zdawać by się mogło, że mężczyzna góruje nad kobietą, podczas gdy, jeśli przyjrzeć się wnikliwiej, męski bohater tego obrazu to zdeterminowany acz zagubiony kochanek, który stara się „dostać” do duszy kobiety, „posiąść” ją, za jej całkowitym przyzwoleniem zresztą, lecz w swej powierzchownie ukazanej sile – w środku sprawia on wrażenie dość bezbronnego. Ona, inaczej: prezentuje doskonałe, pełne oddanie, ale jeżeli przyjrzeć się wnikliwiej, to jej stopy oparte są na ziemi, malarz ukazał je bowiem wyodrębnione, mocno osadzone poza tkliwym, kwiecistym dywanem męskich imaginacji, gdzie całość uniesienia się odbywa… Wnoszę toteż proste pytanie, które kieruję szczególnie do feministek: kto na tym obrazie prezentuje rzeczywistą, piękną siłę, a kto, nie mniej piękną i równie rzeczywistą, tkliwość i oddanie?…

Czym zatem jest – może być – kobiecość? Kobiecość wolna od szeroko i ochoczo uprawianych „izmów” (np. od feminizmu). Czym jest lub czym ma prawo być „esencja” kobiecości – z czego składa się to ukryte głęboko coś, co pozwala manifestować się mojej jako kobiety: emocjonalności, percepcji, reakcyjności?

Porcja „prawdy” o kobiecie?

Nie tylko nauka, z filozofią na czele, podejmuje próby odpowiedzenia na to pytanie – podejmuje je także sztuka (przykładem ww. obraz Klimta), a w jej obrębie literatura:

„Dosłownie każda kobieta zawiera w sobie jeden i ten sam szczegół. Ten szczegół jest podobny do miejsca. A to miejsce jest podobne do cebuli. Jesteśmy inne, ale łączy nas pewne szczególne miejsce zawarte w samym środku naszego ja (…). Kobieta ma głęboko wewnątrz coś miękkiego i kruchego. To jest tak miękkie, jak puszek waty. A kruche, rozpadliwe jak róża zanurzona w ciekłym azocie. Dlatego kobieta to chroni, zakopuje głęboko. Do tego stopnia głęboko, że aż sama zapomina (…). Lecz niektórzy mężczyźni zauważają to szczególne miejsce (…). Nie wszyscy. Może nawet zaledwie nieliczni. Zdarzają się jednak tacy, którzy z jakiegoś powodu zdają sobie z niego sprawę. Oczywiście ci mężczyźni nie widzą tego szczególnego miejsca realnie, fizycznymi oczami, bo to miejsce nie ma fizycznego charakteru. Dlatego trudno tu mówić o normalnym postrzeganiu. Tak czy inaczej istnieją mężczyźni, którzy potrafią to szczególne miejsce w kobiecie zobaczyć. Ten jeden wspólny dla kobiet szczegół – to coś. A kiedy już zobaczą, zaczynają się temu świadomie przyglądać. A żeby się dobrze przyjrzeć, potrzebują się dowiedzieć, jakie to jest. Dlatego oni to biorą w palce i obracają w dłoni jak klocek. I oglądają z każdej strony. Wtedy odkrywają, że to jest niepojęte. Surrealne. Bo to jest miękkie i kruche naraz. To jest jak gdyby przedmiot, będący zarazem miejscem, czyli otwartą przestrzenią. I to jest nielogiczne. Bo to się kłóci. Pomimo czego ci mężczyźni rozumieją, że tak powinno, ma być. Że to jest naturalne. A skoro jest naturalne, najprawdopodobniej jest także potrzebne. Służy to do czegoś, coś można z tym zrobić. Wtedy zaczynają to obierać, warstwa po warstwie, jak cebulę. I robią tak, dopóki nic nie zostanie (…). Jak już nic nie zostaje – kiedy to szczególne miejsce w kobiecie zanika – wtedy kobieta sobie o nim przypomina. Wtedy pamięta, że miała kiedyś w środku coś takiego. I że była ciekawa mężczyzny, który się tego domyśli. Który jej to zabierze i który ją od tego uwolni (…). Każda kobieta ma w sobie takie miejsce, które z wierzchu jest podobne do cebuli. Warstwa za warstwą, a w środku to samo i to samo. Cebula. Ale to miejsce tylko z wierzchu takie jest… w rzeczywistości nie chodzi o cebulę. Chodzi o różne rzeczy: niechciane wspomnienia, wątpliwości, błędy, chaotyczne przekonania, idealistyczne fantazje i tak dalej. Te rzeczy, to są kobiece szpargały. W środku kobiety, w jednym miejscu, jest tego bardzo dużo. Bardzo dużo bardzo różnych rzeczy, które są specjalnie poukładane na kształt cebuli. A w dotyku są jak puszek waty, chociaż mogą się potłuc jak róża zanurzona w ciekłym azocie. W każdym razie te rzeczy naprawdę są zupełnie odrębne i niepodobne do siebie, w przeciwieństwie do jednolitej cebuli. Chociaż kobieta próbuje to zataić. Dlatego układa swoje szpargały w taki sposób, żeby zdawały się jednakowe i płytkie. Jak cebula. Ale naprawdę, to jest stos szpargałów. Prywatny zbiór różnych rzeczy. Który kobieta zakopuje tak głęboko, że aż o nim zapomina”.

Biorąc zacytowaną metaforę „cebulową” za trop, możemy szukać prawdy o kobiecie wyłącznie w niej samej. Zarazem ta prawda bez relacji z drugim człowiekiem, z mężczyzną – nie objawi się. Na dnie kobiety kryje się klucz do jej głębokiej, czystej, „niewinnej” emocjonalności, lecz kobieca „esencja” nie ujawni się dopóty, póki zewnętrzna siła – druga „energia” ludzka – nie przyciągnie jej do siebie jak magnes…

Kobieta chce być oglądana – chce, by przypatrywać jej się z uwagą. Realizuje się nie tylko we własnych, indywidualnych uczynkach – bowiem potrafi utożsamić się zarówno z cierpieniem, jak i szczęściem „całego świata”. Jednakowo boli ją własna bieda, co głód dziecka, które przypadkowo minie na ulicy. Kobiety częściej (niż mężczyźni) mówią „my” – w relacji z innymi kobietami szukamy własnego odbicia lustrzanego. Lubimy i umiemy identyfikować się z czymś na zewnątrz, czymś poza nami – bo jesteśmy przez naturę, los, boga, przeznaczenie albo przypadek wyposażone w niezwykłą plastyczność, w cudowną zdolność do zmieniania kolorów swojej duszy. Uwielbiamy być w centrum świata, wynoszone na piedestały – kochamy być „brane” przez naszych mężczyzn i chronione poprzez to, co na zewnątrz nas. Chcemy, by mężczyźni budowali dla nas domy – by w naszym imieniu wznosili konstrukcje, przebudowywali rzeczywistość, wzmacniali mosty, otwierali bramy… Podziwiamy ich za to!

Nasza kobieca percepcja rzeczywistości jest szeroka, rozległa i elastyczna, a nie specjalistyczna, jak u mężczyzn. Właśnie dlatego my, kobiety, potrafimy rozmyślać o „stu” rzeczach na raz i potrafimy silnie wczuć się w cudzą skórę – tylko dlatego, że na linii odległego horyzontu raptem dostrzegłyśmy pojedynczą, szarą kropkę godną naszej uwagi… Nasza miękkość, plastyczność, elastyczność obarczona jest o tyleż pięknem, o ileż strachem, zagrożeniem i niepewnością. Gładko przenikamy z nastroju w nastrój – w jedną godzinę umiemy przeżyć nie cztery, a wszystkie pory roku świata. Pochylamy się nad najdrobniejszym szczegółem – dalekosiężna perspektywa niekiedy nam umyka. To, co w nas najpiękniejsze, jednocześnie jest najbardziej przerażające. W ułamku chwili możemy przewlec świat z lewej na prawą stronę – kochamy pokój, ale z charyzmą bierzemy udział w wojnach. Kiedy nie ma komu – z pomocą przybywa kobieta: ona jako pierwsza z tłumu zainteresuje się nikomu niepotrzebnym i zbagatelizowanym przez wszystkich okruchem. Bywamy jednakowoż pochłonięte same sobą, zdeprymowane dążeniem do własnoręcznie wymyślonej perfekcji, która w realnym świecie nie istnieje i nikt nie jest w stanie jej osiągnąć. I nikt nie jest w mocy sprostać fantazjom, potrzebom i wyobrażeniom kobiety – ponieważ kobieta biologicznie predestynowana do dawania życia, zarazem sama sobą pełnię życia wyraża… My, kobiety, nie jesteśmy pieprzonymi boginiami – ani wycieraczkami – jesteśmy ludźmi. Nie trzeba nas ani uświęcać, ani mieszać z błotem.

I zupełnie nie potrzebujemy feminizmu XXI wieku do tego, aby być w pełni nami czy do tego, aby być dalej nami, kobietami… bowiem wszystkie pozwolenia niezbędne do tego, by być wolną, niezależną i nieprzynależną kobietą – od grubych dekad posiadamy w rękawie.

Niechciane wrota do humanizmu

Niejednokrotnie proponowałam feministkom, by przemianowały się na humanistki… Ale współczesne feministki nie chcą wkraczać w szerszy i bogatszy kontekst – odrzucają to, co można by zrobić dobrego, w imię własnego duszenia się w starym sosie wyparowanych już nieszczęść i cierpień.

Pragnę zaakcentować, że odnosząc się do moich dyskursów z feministkami – bazuję na gruncie polskim i na kulturze Zachodu. Zupełnie odrębną kwestię stanowią prawa kobiet w krajach takich jak np. Somalia, Egipt, Chiny, Tajwan czy Japonia.

No więc nasze feministki nie są zainteresowane ani trochę humanizmem – uznając, że to przede wszystkim albo wyłącznie prawa kobiet wciąż są gwałcone lub w najlepszym razie drastycznie poniewierane. Nie interesuje feministek naszych sytuacja gospodarcza i ekonomiczna kraju – no chyba że akurat kobieta otrzyma niskie i nieadekwatne do jej wysokiego wykształcenia wynagrodzenie. Nie interesuje feministek naszych bezrobocie – no chyba że dotyczy ono absolwentek kierunków humanistycznych. Nie interesuje feministek naszych niski standard mieszkaniowy przeciętnego obywatela Polski – interesuje je jedynie to, żeby metoda in vitro była refundowana oraz to, żeby homoseksualiści mogli brać ślub.

Polski feminizm XXI wieku ma wymiar raczej indywidualny aniżeli społeczny. Ale jest tak wcale nie dlatego, że – jak twierdzą feministki – w społeczeństwie polskim panuje „zbyt niska świadomość w zakresie dyskryminacji kobiet”, lecz dlatego, że polska kobieta radzi sobie bardzo dobrze. A jeśli boli polską kobietę naruszanie czyichkolwiek praw czy brak wsparcia ze strony państwa – to brak ten dotyczy nie samych kobiet, lecz po prostu obywateli tego kraju, w którym kuleje państwowa służba zdrowia, w którym ZUS jest zbrodniczą wręcz wydmuszką okradającą każdego bez względu na płeć obywatela, i pracownika etatowego, i średniego przedsiębiorcę; w którym system szkolnictwa jest niegodny i upośledzony; w którym „perspektywy na karierę” ma przed sobą raczej hydraulik i tokarz, ale już i rolnik ma pod górkę, i pod górkę ma dowolny absolwent dowolnej uczelni wyższej – czy absolwentem tym będzie Ignacy, czy Ludmiła…

Sytuacja polskiej kobiety nie jest gorsza od sytuacji przeciętnego dziecka ani mężczyzny w Polsce. I o to polska kobieta potrafi – słusznie – się wkurzyć. Jednak będąc kobietą polską wiem, że nawet jeśliby się paliło i waliło – nie mam wątpliwości, gdzie zgłosić się po pomoc ani pod jaki telefon zaufania zadzwonić. Gdybym zaś była polskim mężczyzną, miałabym znacznie bardziej dojmujące trudności z ustaleniem po pierwsze tego, dokąd mogę się po pomoc udać, a po drugie – ze spotkaniem się z samym przyzwoleniem społecznym na to, że w ogóle jako mężczyzna mam prawo mierzyć się z problemem, którego nie potrafię sam rozwiązać.

To, jak dalece dzisiejszy nurt feministyczny w Polsce jest koślawy, infantylny i mijający się ze swą pierwotną ideą – najlepiej ujawnił niedawny Czarny Protest. Feministki potrafiły uzbroić się w plakaty i czarne parasole, ale ani jednej nie przyszło do głowy, by choć podjąć próbę sformułowania precyzyjnego manifestu feministycznego! Jak można spójnie, zwarcie walczyć o coś, wobec czego nie ustaliło się wspólnych, jednoznacznie brzmiących postulatów? Jak można doszukiwać się jedności w pomieszaniu z poplątaniem? Biorące udział w Czarnym Proteście kobiety były od początku do końca – podzielone, bezowocnie dyskutujące, by nie powiedzieć, że notorycznie skłócone, a najsmutniejsze, że nawet w kwestii tak arcypriorytetowej, jaką stanowi balans życie-śmierć (bo tym de facto jest spór o aborcję, dokładnie tym – w każdym państwie i w każdej społeczności), nie umiały zająć jednolitego i przejrzyście zdefiniowanego stanowiska.

Ty prymitywna i wstrętna biologio!

Na samym początku wszyscy jesteśmy… kobietami! Bowiem pierwsze 5 czy 6 tygodni życia płodu Homo sapiens regulują geny znajdujące się na chromosomie X – dopiero po upływie tego czasu do gry wkraczają geny zawarte w chromosomie Y.

Ten skrótowo ujęty fakt ilustruje i dosłownie, i poniekąd przewrotnie, że życie – samo w sobie – od początku, i pewnie do końca, pozostaje niesprawiedliwe, nierówne i dziwne. A przynajmniej – niesprawiedliwe z punktu widzenia równouprawnienia.

Bo równouprawnienie jest terminem kulturowym, tymczasem biologia ma kulturę w nosie – zezwala jej wprawdzie na własny rozwój, jednak to biologiczna strona świata nieodzownie stanowi matrycę „wszystkiego”. Człowiek – bez względu na płeć – także jest zwierzęciem. Logicznie myślący ludzie – czy są kobietami, czy mężczyznami – tego prostego faktu zwykli nie pomijać, bowiem rozumieją, że bez krwi tętniącej w żyłach byliby jedynie albo martwi, albo zombie…

Mówi się, że biologia jest prymitywna – i w pewnym sensie, to racja. Jednak prymitywizm może być również piękną wartością, a nawet cnotą: w malarstwie uprawiał go, nie mniej utalentowany od Picassa – choć absolutnie różny, Gaugauin…

Mówimy, że biologia jest prymitywna, ponieważ wiemy, że często bywa loteryjna, a więc przypadkowa – a „rozwinięty duchowo” człowiek, czy człowiekiem tym jest kobieta, czy mężczyzna, lubi brzydzić się przypadkiem. Niektórzy z nas chcieliby na wszystko mieć wpływ i móc realizować wyłącznie to, na co sami wyrazili świadomą zgodę – a takie myślenie jest głównie bałwochwalstwem, a czasem gorzej: jest prostackim i niby utopijnym i w dobrej wierze zwykłym unikaniem życia i tchórzliwym ukrywaniem się przed dopływem świeżych informacji o życiu, o sobie samym, o świecie…

Człowiek jest zwierzęciem – to prawda – ale z królestwa zwierząt wyróżnia go to, że nawiązuje skomplikowane relacje społeczne, w przeciwieństwie do budowanych przez zwierzęta struktur stadnych. Człowiek nie uczestniczy w roju ani w ławicy – człowiek tworzy społeczeństwo. Lecz dzieje się tak nie tylko dzięki abstrakcyjnemu myśleniu człowieka – dzieje się tak także z uwagi na to, że natura (biologia, genetyka; ewolucja) umożliwiła nam, przedstawicielom Homo sapiens, eksplorację rzeczywistości, konstruktywne konkludowanie i czerpanie satysfakcji z tego, dokąd doszliśmy, co znaleźliśmy i ile oraz jak potrafimy sobą do zastanej rzeczywistości wnieść.

Tak, jestem królową pszczół…

Żadna z kobiet nie posiada ani naturalnych, ani nabytych uprawnień do bycia boginiami czy królowymi. Kobieta nie stała się po to, aby „leżeć i pachnieć” – ani po to, żeby ją upokarzać i piętnować.

Kobieta nie powstała ani z gliny, ani z żebra, a sztucznie przypisana jej służebna względem mężczyzn i dzieci rola – przepadła na dobre, i wystarczy inteligentnie, a nie głupio i cofając się wstecz, podtrzymać ten status.

To kobieta sprawia i daje życie, zawiaduje życiem i maluje życie kolorami. To kobieta nadaje wspólnocie – czy rodzinnej, czy społecznej – złożony i ciepły sens. To kobieta potrafi zgadnąć, kiedy ktoś jest głodny, a kiedy mu zimno. To kobieta urządza wnętrza – przynosi do domu kwiaty albo przestawia meble; to kobieta upiększa świat.

Ale to również współczesna kobieta musi nauczyć się, jak organizować realne więzi, w jakich egzystuje. Jeśli tego nie zrobi, będzie nieszczęśliwa i nierozumiana. Jeśli nie nauczy się przyznawać do swoich słabości, nigdy nie otrzyma utulenia – także od swoich sióstr. Jeśli uparcie będzie udawała królową, podczas gdy jest pszczołą-robotnicą – zgubi drogę do swojej miękkiej i kruchej esencji…

Uznanie przez współczesną kobietę, że na świecie istnieje pewna, dość niewiarygodna niekiedy i często „niesprawiedliwa”, hierarchia – ma kluczowe znaczenie, jak sądzę, dla dalszego progresu człowieczeństwa. Pora pogodzić się z faktem, że wyłącznie niektóre z nas są „boginiami”, inne zaś zupełnie nie do tej roli zostały stworzone, ani też nigdy jej sobie nie przysposobią. Nie pozwalajmy wmówić sobie, że dosłownie każda z nas może „obudzić w sobie boginię” i „być wyjątkową, jeśli tylko zechce” – a jak nie chce, to pozostaje jej bycie „wycieraczką”.

Kobiecość zawsze stała na straży różnorodności (w mianie „kobiecość” zawarta jest rozmaitość i zmienność świata: m.in. cykl miesiączkowy, cykl życie-śmierć, cykl pór roku, cykle Księżyca – przyp.: J.K.). Dlatego szczególnie dzisiaj brońmy kobiecości przed najazdem „plastyku”, „taśmówki” i szeroko pojętej jednośladowości.


Kastracja nie jest obowiązkowa

Np. Niemcom czy Szwedom już – bardzo wyraźnie – czkawką odbijają się „filozofie” Gender i artefakty feministyczne. Tymczasem część społeczeństwa polskiego, uznająca się za liberalną, choć w opisywanym kontekście stanowczo należałoby ujmować słowo „liberalizm” w tłusty cudzysłów – pewna szczególna część naszego społeczeństwa świadomie i nieświadomie, lecz z olbrzymią lubością uprawia coś na kształt „mentalnej ślepoty i głuchoty”. Bazując choćby na przytoczonych dwóch państwach – Niemcy i Szwecja – powinniśmy umieć wyciągać bardzo praktyczne wnioski, płynące z błędów popełnionych w sferze polityki tychże państw. Wiemy lepiej niż świetnie, że natarczywie i bezmyślnie wdrażana polityka multi-kulti – a jest ona powiązana bezpośrednio z wszelkimi trendami Gender i feminizmu – w żadnym z krajów Europy nie sprawdziła się, a wręcz przyniosła niesłychanie obszerne szkody, z zamachami terrorystycznymi na czele, z gwałceniem kobiet w Kolonii w pewną sylwestrową noc. Jednak część naszego społeczeństwa usilnie przymyka na te wydarzenia oczy – pozostaje „mentalnie ślepa i głucha”.

Owa ślepota i głuchota – w prostej linii zbiera żniwo nie tylko w postaci wyjałowienia ogólnospołecznej moralności, ale również w postaci… „kastracji” mężczyzn. Płeć męska – w wyniku swawoli kultury i polityki feminizmu, Gender, multi-kulti etc. – powoli staje się bezwolna, niekreatywna, a w dalszym następstwie wszelkich genderowych szkód społecznych istnieje ryzyko, iż stanie się wręcz katatoniczna.

Wbrew temu, co – ślepo, głucho, naiwnie – głoszą feministki: kobiety dziś, w kulturze Zachodu, nie tylko nie są dyskryminowane, ale i grają pierwsze skrzypce w polityce, w życiu publicznym i społecznym. Cudownie, że grają pierwsze skrzypce – szkoda i żal natomiast, że grają w sposób neurotyczny, doprowadzając swą idealistyczną histerią do swoistego „kastrowania” mężczyzn.

I jak każda idea, która wcielona w czyn, uwielbia zamieniać się we własne przeciwieństwo – tak też feministyczny idealizm zmienił się, i wciąż się zmienia, w zgniliznę i zmiękczenie kręgosłupa moralnego. I tak też mężczyźni – stopniowo odsuwani przez kobiety od możliwości aktywnego bronienia tego, co „moje”, „nasze” i „wspólne”, przeistaczają się z mężczyzn w humanoidalne twory skwapliwo-przezroczyste, i dzieje się tak z naszej winy: to my, kobiety, jesteśmy za ten regres odpowiedzialne.

Ta kastracja nie jest jednakże obowiązkowa! Tak, jak możemy bronić kobiecości esencjonalnej, tak jesteśmy w stanie bronić męskość przed zagrożeniami współczesnego świata. Prawdziwe partnerstwo kobiet i mężczyzn nie musi opierać się na wypatroszeniu naszych odrębnych, różnych pierwotnych matryc – może opierać się na wzajemnym uzupełnianiu naszych powinności, marzeń, aspiracji, pragnień, dążeń…

My, kobiety i mężczyźni, nie jesteśmy jednakowi – ale jesteśmy jak awers i rewers jednej monety; jak dzień i noc, które wspólnie składają się na dobę. Kobieta i mężczyzna razem mogą stworzyć bogatszą, piękniejszą i mądrzejszą, niż stworzyliby osobno i samodzielnie – kompletną istotę ludzką.

Co mnie martwi, a co podnieca

Martwi mnie, kiedy bezrefleksyjnie udostępniasz na swym facebookowym „łolu” następujące przykładowe „rewelacje”:

  • Mem: „kobiety dzielą się na boginie i na wycieraczki” – mam nadzieję, że w rozpiętości tego artykułu wykazałam doszczętnie, dlaczego niegodnym człowieka empatycznego jest cytowanie tego rodzaju bzdur.
  • „Na studiach filozoficznych miałam przyjaciółkę muzułmankę: była kochana, dobra, otwarta na świat i nadzwyczajnie pacyfistyczna!” – tak, ja ci wierzę, że taka właśnie była. Bo właśnie tu, w Europie, w Polsce, jej emancypacja stała się możliwa do wdrożenia w życie. Nic więc dziwnego, że mogące studiować na europejskich uczelniach młode kobiety, które szczęśliwie wyzwoliły się z deprecjonującego je i poniżającego kontekstu kulturowego, tutaj nareszcie, w naszych realiach stają się suwerennymi, samodzielnymi i pogodzonymi z życiem jednostkami.
  • „W Maroku miałem stłuczkę – muzułmanin wziął na siebie całą winę, był zawstydzająco wręcz grzeczny, uczynny, pomocny; wypełnił za mnie po arabsku niezbędne dokumenty, przyjął na siebie wszelkie koszty. Historię tę dedykuję ‚gigantom intelektualnym z Ełku’ i ‚wiejskim filozofom’” – wypowiadać się o ideologii islamu na podstawie tego, że miało się wypadek samochodowy w Maroko, to jakby wypowiedzieć się o historii Polski na podstawie – bo ja wiem? – na przykład występu córki prezydenta Kwaśniewskiego w „Tańcu z gwiazdami”. Gratuluję również – z najzimniejszym cynizmem, na jaki umiem się zdobyć – wszystkim tym, którzy mianują się „pacyfistami”, a którzy uważają, że kradzież napoju z lokalu z kebabem słusznie spotkała się z karą w formie unieruchomienia złodzieja przez jednostkę A oraz zadania mu trzech śmiercionośnych ciosów nożem przez jednostkę B.
  • „Dziesięć lat temu wracałam do akademika obładowana ciężkimi torbami – pomógł mi je nieść, jak okazało się, muzułmanin, który dziś robi w Polsce doktorat z medycyny. I do dzisiaj zawsze mogę liczyć na właśnie jego bezinteresowną pomoc” – och, szanowni czytelnicy! Swojski i hermetyczny świat uczelni wyższych nie jest wymiernym wyznacznikiem jakości całych społeczeństw, a tym bardziej nie jest odbiciem relacji między ideologiami, państwami, politykami, wpływami i interesami – w skali świata! Twoje, radosna i nieświadoma rzeczywistości realnej, studentko, siatki wniesione do domu przez „śniadego uroczego i uczynnego mężczyznę” są dokładnie niczym – na mapie świata, na mapie Europy i na mapie relacji międzykulturowych!
  • „Kobiety są bez przerwy poniżane i wykorzystywane! A ja nie chcę żyć w takim świecie – chcę móc wziąć łopatę i odśnieżać ulice, jeśli mi się zachce!” – a chwytaj za łopatę: kto ci broni?! Jestem wręcz zażenowana, że komentuję tę popłuczynę „pseudowolnościową”… A jest to najprawdziwszy cytat z forum internetowego – podobnych postów ci w „internetach”, niestety, pod dostatkiem…

Martwi mnie także, że feministki uwielbiają nazywać Fridę Kahlo wzorem i ikoną feminizmu, podczas gdy ta – z feminizmem nigdy się nie identyfikowała. Faktem jest coś wręcz przeciwnego: Kahlo dałaby się pokroić za możliwość bycia matką, za możliwość oddania się domowi… Uczciwy artykuł poświęcony Fridzie Kahlo – kobiecie esencjonalnej, a nie feministce, którą nigdy nie była! – przeczytasz tutaj: http://tosterpandory.pl/frida-kahlo-w-cieniu-bolu-w-centrum-zycia/.

Za to podniecam się wielce za każdym razem, kiedy ktoś patrzy na życie – przytomnie, powiedziałabym: normalnie… Norma… Czy normę ustala większość? Co jest najszczerszym, najbardziej miarodajnym wyznacznikiem tzw. normy? Pewnie nie zawsze najsłuszniejszym wyznacznikiem normy pozostaje przewaga liczebna, ale – jak wiemy – choć demokracja nie jest ustrojem doskonałym, dotychczas nikt nie zaproponował ustroju sprawniejszego czy mniej dziurawego.

Wydaje mi się, że jeśli porządnie się wytęży wzrok, wtedy można dostrzec coś na kształt normalnego obrazu świata… Ja też – tak jak ty – miewam trudności z ustaleniem wyrazistych granic pomiędzy normalnością a szaleństwem, ale każdego dnia mojego marnego żywota podejmuję nową próbę czynienia tego typu ustaleń…

Podnieca mnie, kiedy ktoś chce wysłuchać interlokutora, który wyraża przeciwne – inne! – zdanie.

Podnieca mnie bardzo to, że mężczyźni – z piękną otwartością i prostolinijnością – potrafią przyznać się do tego, że ich własne życie pozbawione udziału kobiet jest ubogie, smętne, niepełne i wyjątkowo trudne. Polecam zbiór opowiadań japońskiego pisarza, Murakamiego, zatytułowany „Mężczyźni bez kobiet” – oto recenzja tegoż zbioru opowiadań: http://tosterpandory.pl/murakami-mezczyzni-bez-kobiet-2015-recenzja/. W zbiorze tym znajdziemy siedem odrębnych literackich portretów mężczyzn, którzy w relacji z kobietą – każdy na swój sposób – odnaleźli „większą prawdę o sobie samych i o świecie”, natomiast utraciwszy kobietę – doznali nieposkromionej pustki…

Podnieca mnie, że mężczyzna potrafi mówić o tym, jak bardzo ważna dla niego jest kobieta. I martwi mnie, że współczesna kobieta coraz rzadziej potrafi przyznać się do tego, jak bardzo ważny pozostaje dla niej mężczyzna.

Justyna Karolak

 

Justyna Karolak – powieściopisarka, publicystka, felietonistka i autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci. Najnowszą powieść (2016) Karolak można pobrać bezpłatnie ze strony Tostera Pandory – jest to ebook (Pdf) wydany specjalnie jako prezent dla Czytelników. Dowiedz się więcej: http://tosterpandory.pl/justyna-karolak-mowa-kruka-2016-powiesc-pdf-do-pobrania-za-darmo/.

 

Materiały uzupełniające

Czytelnikom zainteresowanym poszerzeniem wyobrażeń o współczesnym humanizmie i zagrożeniach dla Polski i świata wynikających z deprecjonowania znaczenia humanizmu, poleca się zgłębienie następujących artykułów:

Część I – Diagnoza: rozpoznanie choroby i ustalenie przyczyn: http://tosterpandory.pl/z-cyklu-pt-martwica-duszy-choroba-cywilizacyjna-xxi-wieku-o-charakterze-epidemii/

Część II – Przebieg i charakterystyka objawów: http://tosterpandory.pl/czesc-ii-przebieg-choroby-charakterystyka-objawow/

Część III – Rokowania i uśmierzanie objawów: http://tosterpandory.pl/czesc-iii-rokowania-i-usmierzanie-objawow/

Część IV – W poszukiwaniu antidotum: http://tosterpandory.pl/czesc-iv-w-poszukiwaniu-antidotum/

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (6)
  • w porządku-niezła grzanka (5)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *