The Cat Lady (2012) – recenzja gry

 The Cat Lady 2012 recenzja gry

W recenzji Tostera – gra bardzo nietypowa. Recenzja raczej też nietypowa… Zapraszamy!

Ta recenzja właściwie powinna znaleźć się w dziale Literatura i w podkategorii Recenzje Pandory (poświęconej literaturze pięknej i wrażeniom na jej temat). Zdecydowaliśmy się umieścić ją w dziale recenzji filmowych tylko dlatego, by nie siać zamętu w głowach naszych Czytelników, by nie generować niepotrzebnego chaosu. Postanowiliśmy więc zachować określony i uznany powszechnie ład: gry komputerowe z założenia bliższe są przecież filmom, wypada opowiadać o nich tam, gdzie zwykło opowiadać się o filmach, nie gdzie indziej, bo i po co… Oczywiście gry stanowią odrębną od filmu dziedzinę, są bytem suwerennym, mimo iż dokładnie z niego wypączkowanym, ale o ile dany serwis nie jest poświęcony wyłącznie grom – jak nie jest Toster Pandory, który ogniskuje się na różnych dziedzinach kultury i sztuki – wtedy jak najbardziej przyjmuje się, że w kategorii filmowej można mówić ludziom także o grach. Po co o tym wspominam? Ponieważ ta gra jest szczególna, zdumiewająco wyjątkowa, o czym opowiem za chwilę, dlatego też jako pisarz podejmujący się jej zrecenzowania – stanęłam przed swoistym problemem, a właściwie przed pokusą, czy aby nie umieścić tej recenzji w dziale jednak literackim… Ja i cała redakcja Tostera oparliśmy się tej pokusie z przyczyn czysto pragmatycznych: nie wydaje nam się, że ktokolwiek poszukiwałby recenzji gry komputerowej w dziale literackim, uznaliśmy toteż, że nie będziemy siać zbytecznego zamętu… Ale pokusa była we mnie ogromna, bo najważniejszą wartością tej gry – jest jej warstwa fabularna, a wręcz epicka właśnie…

The Cat Lady 2012 recenzja gry 1

Zacznę od tego, że ta recenzja nie będzie zawierała w sobie oczywistych fragmentów streszczenia fabuły, bo takich recenzji jest dostępnych w sieci mnóstwo; nie ma sensu powielać tych informacji. Postaram się przekazać Wam inne informacje na temat tej bardzo nietypowej gry, unikając wszelkich spojlerów…

Po pierwsze – grafika.

Nie jest żadnym odkryciem, że świat emocji wsącza się do człowieka zawsze przez oczy. Wzrok – to jest ten kanał komunikacyjny. Jasne, że dźwięk i muzyka potrafią jak nic innego wydobyć z przekazu emocjonalnego kluczowe akcenty, potrafią pobudzić wyobraźnię i otworzyć umysł. Ale to widzialny obraz – kształty, kolory i cienie – grają na naszych nerwach, by skutecznie zachęcić do interakcji. Zatem grafika The Cat Lady, to niezaprzeczalny kawał znakomitej roboty. Bynajmniej syzyfowej.

Mamy tu niezwykłą hybrydę fotografii, renderowanego 3D i malunku – najprawdopodobniej wykonanego od początku do końca w technice cyfrowej, ale jednak: malunku. I ta grafika, to jest, proszę Państwa, artyzm.

Chociaż w pierwszych momentach grafika ta może u niektórych wywołać pewną irytację – tak też było w moim przypadku – ponieważ po ciężkim w treści wstępie, budzimy się jako bohaterka tej historii w dziwnym, upiornym, opustoszałym świecie. Nasza bohaterka, Susan, w którą się wcielamy, porusza się w prosty sposób (jak w klasycznej platformówce 2D, co samo w sobie zawiera w sobie urok i tworzy pozytywny klimat), wyglądając przy tym więcej niż umownie, bo „chropowato”. W pierwszych chwilach może zdarzyć się tak, że nie spodoba nam się nasz wygląd, i nie mówię tu o banalnej próżności. Jak gdyby za mała głowa, trochę za długie, charakterystycznie zwisające i poruszające się ramiona mylnie sugerują abstrakcyjnie nieprzystającą do współczesności postać (zaś cała gra osadzona jest w naszym współczesnym świecie, bez modnej stylistyki steampunk) – cechy te anatomiczne kojarzą się wręcz odrobinę z „małpią pierwotnością”, co na wstępie może przeszkodzić w obdarzeniu naszej postaci sympatią, w utożsamieniu się z nią, z poczuciem znalezienia się w jej skórze.

The Cat Lady 2012 recenzja gry 2

Ale fabuła od pierwszych chwil tak silnie wabi ku sobie, że niepostrzeżenie brniemy dalej, i z każdym krokiem oraz, najdrobniejszym nawet, przeżyciem Susan – czujemy się z nią coraz silniej zżyci. Zażyłość ta buduje się samoistnie dzięki intrygującej, mrocznej, oryginalnej fabule, aż wreszcie cała hybrydowa forma grafiki wsysa nas w siebie tak niepostrzeżenie, iż nagle się okazuje, że upłynęło już parę godzin grania, a my wciąż nie mamy dosyć, i wciąż – głębiej, ufniej, z oddaniem zanurzamy się w ten malarski, interaktywny świat. A zanurzamy się weń dokładnie po to, by po zakończeniu gry ze zdumieniem odkryć, iż normalne ludzkie twarze wcale nie są tak oczywiste i naturalne, jak mogłoby się dotąd zdawać.

Innymi słowy, ta gra urzeka, czy życzymy sobie tego, czy nie – urzeka swoją innością po pierwsze plastyczną. Stąd powidoki tej gry, postacie, lokacje, pomieszczenia, zjawiska, pejzaże (np.: oranżowe niebo nad rzeką… widzę je właśnie, i od nowa podziwiam w mojej fantazji, zwłaszcza, iż zostało w wyniku mądrej reżyserii odurzająco zderzone z umowną, graficzną, szarą, ponurą w przewadze scenerią…) na długo kotwiczą w pamięci i skutecznie przeciwstawiają się temu, by wyparła je trywialna proza życia, dnia codziennego.

Po drugie – dźwięk i muzyka.

Znakomite. Trafione w dziesiątkę. Przemyślane, skonstruowane, skomponowane z całością w sposób nie pozostawiający luki na nasze wątpliwości, na żaden sceptycyzm. Wszystko, co dobre, czego może grze komputerowej przydać dźwięk i oprawa muzyczna – stało się w The Cat Lady.

Każdy najdrobniejszy odgłos, każda nuta i każde słowo mają należyte, wymowne, a przy tym nie rażące brzmienie. Aktorzy użyczający głosów różnym postaciom spisali się mistrzowsko. Melodia i rytm ani jednego wypowiedzianego w tej grze zdania – nie kole w uszy; wszystkie wygłoszone kwestie przepływają przez nas bez najmniejszych zgrzytów, każdy ton i każdy szczegół dźwiękowy splatają się z fabułą niepodzielnie, niezaprzeczalnie i, poprzez cechy te, po prostu ujmująco.

Po trzecie – kapitalna fabuła. Mroczna? Na pewno. Poważna? Zdecydowanie: tak. Dorosła? Bez dwóch zdań.

Bo ani pierwotny, błyskotliwy zamysł, ani znakomita muzyka, ani cudowna grafika sukcesywnie budująca surrealny i poniekąd oniryczny świat, nie uratują gry przygodowej przed rozbiciem się o mur – w postaci rozczarowania gracza, który prócz wymienionych powyżej elementów, głodny jest przede wszystkim tajemnicy, jaką pragnie odkrywać krok po kroku, rozwiązując łamigłówki i dokonując samodzielnych, indywidualnych wyborów. I tu docieramy do punktu zbornego…

The Cat Lady 2012 recenzja gry 3

The Cat Lady jest grą przygodową i jednocześnie horrorem (a dokładniej: gore osadzonym w konwencji surrealizmu czy, jeśli kto woli, mistycyzmu). Jednak jej szkielet i powołanie jest dokładnie takie: być przede wszystkim tzw.: przygodówką. Fani przygodówek powiedzą na pewno zgodnie, że fabuła w grze pozostaje priorytetem. Musi ona zawierać tajemnicę, to oczywiste – inaczej nie byłoby sensu w grę grać, ale co niesłychanie ważne, musi być bardzo spójna, odpowiednio zdynamizowana, energetyczna i stymulująca. Bez tych czterech podkreślonych cech – fabuła przygodówki nie obroni się, nie zadowoli gracza w stu procentach, lecz wygeneruje u niego deficyty.

The Cat Lady opiera się na fabule cudownej, naprawdę absolutnie intrygującej:

  1. wzruszającej i zachwycającej (obyczajowej, w drobnych niuansach powiedziałabym, że wręcz melodramatycznej),
  2. także sensacyjnej i tragicznej (cechy dreszczowca, kryminału i dramatu psychologicznego),
  3. makabrycznej (gore)
  4. oraz pełnej grozy i lęku (thriller i horror)
  5. i na tych komplementach poprzestałabym, gdybyśmy rozmawiali faktycznie o literaturze, a nie o grze.

Tymczasem lojalni fani przygodówek mają bez wątpienia rację: gra, to coś znacznie więcej, niż jedynie interaktywny film. Dlatego skomplikowane, zawoalowane, dramatyczne losy Susan, które odkrywamy stopniowo i z którymi z czasem coraz intensywniej przyjdzie nam się mierzyć i ścierać oraz utożsamiać – to niestety za mało na miano przygodówki totalnie wybitnej.

The Cat Lady jest grą osadzoną w klasycznej przygodówkowej konwencji, ale gdyby nie wspaniała grafika, wspaniała muzyka i wspaniała oś fabularna wraz ze wszystkimi swymi iście literackimi niuansami, ta konwencja mogłaby gracza rozczarować, ponieważ:

  • dialogi bywają przydługie; nim przyjdzie nam pchnąć akcję dalej – najpierw bardzo, ale to bardzo wiele musimy wysłuchać, dopiero następnie, często na granicy nudy i wytrzymałości, gra poczęstuje nas zadaniem, zagadką albo nas postraszy (na co również z utęsknieniem czekamy, bo wszak przebywamy w świecie „piekielnym”),
  • rzeczywistość ukazana w grze na tyle „poetycko” chwilami staje się tak doskonale literacka, że aż przesącza się przez ekran i z czasem zdaje się, iż ten „film” może nie jest nawet interaktywny,
  • zaś intelektualny ciężar łamigłówek w tej grze ugina się zawstydzenie pod masą atutów formalnych, estetycznych (obraz i dźwięk), chowa się za parawanem oczywistych zalet (sam szkielet i przesłanie fabuły), nie wykrzesając z siebie prawdziwie, dojmująco logicznej głębi i nie zapewniając mózgowi odpowiednio dynamicznej i będącej wyzwaniem – stymulacji.

Być może jesteście zdziwieni, że chwaląc fabułę tej gry w pierwszych akapitach – tak drastycznie i gładko wytknęłam jej wady w powyższych punktach. Powiedziałam przecież wcześniej, że fabuła jest kapitalna, że wabi ku sobie, że jest najważniejszym atutem tej gry – gdzie więc konsekwentność moich wypowiedzi? Już tłumaczę:

jako plastykowi, na co dzień przede wszystkim – pisarzowi, oraz miłośnikowi kina, osobiście nie przeszkadza mi w najmniejszym stopniu niski poziom trudności w zagadkach logicznych, bowiem studio Quantic Dream już pokazało mi najwyższych lotów filmy interaktywne, które zwą się grami. Dzięki produkcjom takim jak Heavy Rain oraz Beyond: Two Souls osobiście znalazłam swoje naturalne środowisko w świecie „gier” komputerowych. Lecz zgadzam się z wytrawnymi graczami: te dwa tytuły pozostają jedynie filmami interaktywnymi. Jednak w przypadku rosłego studia i nie mniej rosłego budżetu, przy udziale jakich twórcy ze studia Quantic Dream są w stanie zatrudnić do realizacji przedsięwzięcia gwiazdy kina, jak np.: Willem Dafoe, graczowi – w tym mnie – nie pozostaje nic innego, niż napawać oczy zjawiskiem doskonałym pod względem technologicznym. Tymczasem – poniekąd paradoksalnie – gry typu Indie wzmagają apetyty gracza na wartości i jakości nie mierzone zasobami finansowymi, i dlatego poprzeczka w postaci bezsprzecznie obezwładniających nasze mózgowie łamigłówek, pozostaje zawieszona aż tak wysoko.

The Cat Lady 2012 recenzja gry 4

I tej poprzeczki – The Cat Lady nie sięgnęła. Niestety.

Mówię o tym dlatego, że poszukując w świecie gier komputerowych nie tylko rozrywki, ale także przeżycia, samych najwyższych C – najlepszych „tonów” pod każdym względem, czyli kompleksowości moich doznań wynikających z artyzmu twórców – niestety nie odnalazłam tego wszystkiego w The Cat Lady. A ogromnie chciałam, bo takie łaknienie wzbudza w graczu sama gra, wraz ze swoim rozwojem.

Dlatego – powtórzę: niestety – nie jest to gra totalnie wybitna, pozostaje jej „tylko” efektywnie zapaść się w naszą pamięć, jawić się literacko (nie czysto fabularnie, nie rasowo – przygodówkowo), jawić się wyśmienicie pod względem klimatu, obrazu, głębi postaci, muzyki oraz dźwięku…

… to jest piękna i wzruszająca gra, nietypowa, mocna i „bezkompromisowa”, po stokroć godna polecenia, ale jednak nie wybitna.

Należy niemniej z ogromnym szacunkiem i sympatią, wykraczającą daleko ponad przeciętną, pogratulować Remigiuszowi Michalskiemu popełnienia scenariusza i reżyserii, gdyż bez tego człowieka – nic w tej grze nie byłoby tak kuszącym, jakim się stało. Także gratulacje dla całego studio Harvester Games oraz Jamesa Spanosa za interfejs. Oby więcej pojawiało się na rynku gier produkcji typu indie – tak pięknie pobudzających do myślenia, przeżywania historii i wyciągania własnych wniosków.

 

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (2)
  • potrzebny-smaczny tost (2)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *