Tydzień w korporacji

Tydzień w korporacji

Poniedziałek

Będąc na etacie w korporacji, w pierwszy dzień tygodnia roboczego – pracując, uczę się (tak jak dziecko uczy się, bawiąc), czym jest wzajemny szacunek i empatia.

Wypoczęty po leniwej niedzieli, w poniedziałek idealnie od ósmej rano jestem na pełnych obrotach. Mój świeżo obudzony do działania „procesor” pozwala mi na obsługiwanie służbowych obowiązków z wydajnością 200 procent normy, z tendencją rosnącą do 250 procent. Podczas pierwszej przerwy śniadaniowej jestem już w tak zaawansowanym stadium wypełnienia moich dziennych obowiązków, że mógłbym popracować jeszcze dwie czy trzy godziny i spokojnie pójść do domu, taką wydajność prezentowałem od rana. Ale, nie. Czeka mnie jeszcze co najmniej 5-6 godzin udawania, że jestem robotem. Zresztą inne „roboty” (inni współpracownicy, moi koledzy) patrzą mi na ręce i ścigają się ze mną. Oni też chcą być najszybsi, najbardziej wydajni. Dlatego nikt z nas nie wyjdzie dziś z pracy równo o szesnastej. Każdy zostanie jeszcze godzinę, niektórzy – dwie godziny, żeby udowodnić samemu sobie i reszcie tego mrówczego ustroju, że jest się naprawdę gotowym na wydajne spędzenie tu kolejnych dni tygodnia.

Poniedziałek, to jasno zdefiniowany wstęp do całego tygodnia roboczego, w którym intensywnie i z grymasem symulującym uśmiech, trzeba się wykazać jako mocno skuteczny i znakomicie naoliwiony tryb w olbrzymiej maszynie. Trzeba wmówić sobie w myślach, że bez tego jednego maleńkiego bez znaczenia trybiku, którym jestem, cała maszyna zatarłaby się i przestała funkcjonować. Dlatego uśmiecham się do siebie i swoich myśli, przekonując się, że jestem tu ważny i potrzebny. W ten sposób zamykam się w odizolowanym od wszystkich kokonie, zachowuję się jak robot, bo tylko wtedy mam poczucie dobrze zrealizowanych zadań, którymi mnie obdzielono.

Oficjalna wersja jest taka, że korporacja nie chce, żebym był robotem – jako przedmiotowo traktowany pracownik, moim dodatkowym, prócz zwykłych obowiązków, zadaniem jest z tegoż względu bycie ludzkim. Korporacja, która mnie zatrudnia, chce, żebym był uczłowieczony – więc uczłowiecza mnie za pomocą wielu zmyślnych praktyk marketingowych i PR-owych, spośród których te najzmyślniejsze są dziełem liderów działów HR. Tak, tych działów, które zajmują się „obsługą zasobu i kapitału ludzkiego”, a nie zarządzaniem umiejętnościami człowieka.

W poniedziałki zatem dużo się uśmiecham do kolegów, jak i przełożonych, a oni do mnie, bo tym właśnie w rozumieniu korporacji jest wzajemny szacunek i empatia. Dokładnie w ten sposób podtrzymuje się fasadę bycia szczęśliwym pracownikiem, oraz fasadę bycia człowiekiem, a przez nasze indywidualne procesory – nie umysły, lecz właśnie procesory – przewijają się hasła o wzajemnym szacunku i empatii. Te hasła są oczywiście wydmuszkami, czyli pustymi sformułowaniami – słowami i grymasami bez najmniejszej treści.

Wtorek

Drugi dzień tygodnia w rozumieniu środowiska korporacyjnego przypisany jest jakości. Jest to bowiem kluczowy dzień, rzekłbym – strategiczny, w którym praca z wydajnością 300 do 400 procent normy, staje się normą.

W tym dniu nie ma już miejsca na drobne przystanki, na wymianę „empatycznymi” uśmiechami, teraz liczy się wyłącznie praca, praca i praca. Wszystko, co stwarza sobą ryzyko czy niedomówienie, iż mogłoby być zaległością, oraz wszystko, co z punktu widzenia zarządu firmy należałoby maksymalnie przyspieszyć, czyli błyskawicznie wdrożyć, musi się kumulować właśnie w tym dniu.

W drugi dzień tygodnia cała korporacja przyspiesza aż do granic abstrakcji – to idealny dzień dla zarządu na wymyślenie dodatkowych problemów, które koniecznie należy natychmiast torpedować, czytaj: rozwiązywać. Rozwiązywanie sztucznie wygenerowanych problemów jest zresztą treścią istnienia tworu, jakim jest korporacja, ale mechanizm ten jest zawsze najsilniejszy i najbardziej ochoczo hołubiony właśnie w drugi dzień tygodnia.

Po wtorku jestem więc wybitnie zmęczony. Żeby we wtorek wieczorem jakkolwiek dojść do siebie, muszę – jak robot – dość długo biec po bieżni w siłowni, którą mam po drodze z pracy. Normalny człowiek o umyśle zużytym w danym dniu jak mój umysł, poszedłby wieczorem na spacer po lesie, czy choćby po peryferiach miasta, albo biegałby po parku, ale ja jako pracownik korporacji nie nadaję się do tego typu naturalnych technik relaksacyjnych. Teren w parku nie jest równy i gładki jak bieżnia, biegając po parkowych alejkach, musiałbym myśleć – którędy biec, jak ustawiać stopy na pokarbowanym grudkami ziemi i kępkami trawy terenie, aby nie skręcić nogi w kostce na przykład – tymczasem ja w taki wieczór nie chcę już myśleć, marzę tylko o tym, żeby się wyłączyć, naprawdę jak robot, żeby na chwilę po prostu nie musieć myśleć kompletnie o niczym. Dlatego tylko bieżnia spełnia moje oczekiwania.

Po „odbębnieniu bieżni”, co w środowisku korporacyjnym lubimy nazywać sportem i zdrowym trybem życia lub zdrową aktywnością życiową, wracam do domu, jem kolację – sam, bo nie mam już ochoty na żadne relacje towarzyskie – i jestem tak wyprany z samego siebie, że nie mam najmniejszego pomysłu, jak zasnąć. Po takim dniu nie mam zielonego pojęcia, co jeszcze przed zaśnięciem mógłbym ze sobą zrobić, żeby potem móc zwyczajnie rozluźnić się we śnie.

Około 21.00, względnie 21.30, miotam się bezradnie po mieszkaniu. Biorę do ręki jakąś książkę, kartkuję, ale nie jestem w stanie przeczytać ani jednego zdania ze zrozumieniem. Włączam telewizor, przez chwilę surfuję, ale nic nie widzę – popatruję tylko na ruchome obrazki, które nie mówią mi zupełnie niczego. Odpalam internet, ale nie umiem wybrać ani jednej strony, która mogłaby mnie zainteresować. Jednak jeszcze nie chcę, nie mogę, nie potrafię położyć się do łóżka. To jest pierwszy dzień tygodnia, w którym sięgam po alkohol. Po niewinny alkohol – wydobywam z otchłani wielkiej lodówki przyjemnie oszroniałą butelkę dobrego (czytaj: z wyższej półki) piwa i wypijam szybko. Dopiero po tym artefakcie idę spać, nie mając już absolutnie żadnych myśli.

Środa

Ten dzień stanowi w dużej mierze kontynuację poprzedniego. Nadal liczy się prędkość i intensywność wypełniania obowiązków zawodowych, różnica polega zaś na tym, że w środę należy wykazać się większą elastycznością. Ale niech by ktoś pomyślał, że ta elastyczność oznaczać ma poluźnienie biurowej atmosfery – nie!

Elastyczność oznacza tyle, że będąc tak samo wydajnym, sprężonym, skondensowanym wewnętrznie jak we wtorek, we środę masz być jednocześnie trochę bardziej plastycznym… To znaczy, że masz pracować tak samo prężnie, ale masz zadbać o to, żeby twoje ciśnienie w środku głowy było niższe. To znaczy, że masz pracować tak samo, ale z bardziej pozytywnym nastawieniem do wykonywanych obowiązków.

Gdyby korporacja nie starała się wytworzyć w tobie tego poczucia bycia zdolnym do samozadowolenia z tego, co potrafisz dla korporacji wykonać, byłbyś w środę naprawdę, ale to naprawdę zmęczony. Cały dowcip polega na tym, by zatrzymać twoją wydajność na poziomie z wtorku, jednocześnie wytwarzając w tobie iluzję, że czujesz się na siłach i pogodzony z tym, że rzeczywistość wyżyma cię jak ścierkę. Oficjalnie nazywa się to umiejętnością pracowania pod presją czasu w stale rozwijającym się, dynamicznym zespole. Faktycznie jest to zmanipulowanie pracownika do poziomu uzyskania w jego jaźni poczucia bycia odpornym na dynamicznie zmieniające się i wzrastające wobec niego wymagania.

Mój środowy wieczór po pracy jest toteż prawie identyczny z wtorkowym – różnica polega na tym, że po bieżni biegnę 10 albo 15 minut dłużej, a po kolacji wypijam dwa piwa, wcześniej już nawet nie próbując czytać ani oglądać telewizji, ani odpalać internetu.

Czwartek

W czwartek o świcie odczuwam niewielkie, ale jednak dotkliwe wyrzuty sumienia, że przez dwa wcześniejsze wieczory piłem piwo w samotności. Żeby się pozbyć tych wyrzutów, postanawiam udać się na siłownię przed pracą, tak więc w czwartki już o godzinie szóstej piętnaście rano można spotkać mnie na bieżni.

Po porannym „robotowym dżogingu”, jestem faktycznie uwolniony od wyrzutów, nie zdając sobie sprawy, że stałem się uwolniony nie tyle od wyrzutów, co od samego sumienia. W ten sposób nieświadomie sam siebie dostosowałem do korporacyjnych wymogów odczłowieczenia i korporacja w tym dniu nie będzie nawet musiała jakkolwiek nade mną pracować, bym spełnił jej oczekiwania. Czwartek więc, to dzień święta dla zarządu firmy – pracownicy sami pozbawiają się odruchów emocjonalnych i myślenia kreatywnego, skupiając się na służbowych, suchych obowiązkach, by jeszcze wyraźniej zagłuszyć grożące im „niebezpieczeństwo” w postaci posiadania strzępków własnego sumienia.

W czwartek nikt nie musi mnie dyscyplinować ani czuwać nade mną – już sam rozumiem, gdzie moje miejsce, sam dopilnowuję, by mały bez znaczenia trybik, którym jestem, był dobrze naoliwiony i skory do wysiłku.

Po tak intensywnym dniu, do jakiego sam siebie półświadomie zmobilizowałem, uznaję pod wieczór, że zasłużyłem na odrobinę rozpieszczenia i luksusu. Postanawiam się nagrodzić za to, czym jestem, i wybieram się do galerii handlowej. Potrzebuję przecież uzasadnić ten wysoki status materialny, o jaki codziennie się staram i walczę. Dlatego kupuję sobie kilka nowych – z wyższej półki – prezentów. Znacznej części z tychże gadżetów co prawda nigdy nie użyję, niektóre z nich użyję raz czy dwa, ale sama świadomość powrotu do domu z markowymi siatkami z kosztownym łupem jest mi niezbędna do tego, bym zyskał wrażenie bycia wartościowym człowiekiem.

Wracając w czwartkowy wieczór z zakupami do domu, wyobrażam sobie, że jestem samcem – pierwotnym osobnikiem, który powraca z tarczą z pola bitwy, albo powraca z polowania z mięsnym achivmentem, dumnie dzierżonym w silnej garści. W domu układam moje błyszczące i pachnące nowością, drogie łupy na właściwych półkach, nalewam sobie whisky do eleganckiej szklanki i sączę powoli, rozkoszując się ekskluzywnym smakiem i podziwiając świeżo rozpakowane i poukładane zdobycze. Po chwili zasiadam do gry komputerowej, bo jest to wieczór mojego nagradzania się za to, jaki jestem dzielny, odpowiedzialny i unikalny. Grając, dolewam sobie whisky, czasem spontanicznie krzywię się podczas jej przełykania, bo w rzeczywistości nie lubię alkoholu, a zwłaszcza whisky o charakterystycznym, nieładnym moim zdaniem, zapachu, ale nauczyłem się akceptować produkty drogie jako smaczne, jako rodzaj mojego osobistego święta.

Zasypiam, nie pamiętam dokładnie, jak, ani o której. Wpadam do czarnej dziury, w której nie ma snów, ani dobrych, ani złych. Po prostu znikam na kilka godzin, wylegując się nieprzytomnie w oparach whisky.

Piątek

W piątek rano odrobinę boli mnie głowa. Ratuję się drobnym medykamentem, wypijam diabelskie espresso, zapinam marynarkę i jestem gotowy na nowy dzień w korporacji. Jadąc do pracy moim samochodem, na który sam zapracowałem i który bardzo lubię, słucham pozytywnie ładującej emocje muzyki, którą lubię. Za biurkiem zasiadam zadowolony, że głowa przestała boleć, wręcz zapominam, że w ogóle mam głowę – zamiast myślenia i emocji, uruchamiam mój „procesor”. Czuję się dokładnie tak, jak powinienem się czuć: czuję się zaprogramowany na dobry dzień w dobrej pracy.

Piątki w korporacji są dość urocze w porównaniu do pozostałych dni, ponieważ każdy zdaje sobie sprawę, że rychłymi krokami nadciąga weekend. Nie jest tak, żeby na piątek zarząd przewidział jakiś substytut lenistwa, ale odgórne wymagania stają się rozmyte. Klienci, kontrahenci, dyrektorzy, wszyscy – głęboko oddychają już wizją weekendu, dlatego piątek jest uroczym dniem na w miarę spokojne porządkowanie „papierologii” i spraw mijającego tygodnia oraz układanie planu wytycznych na poniedziałek. Wszystkie tryby pracują nieco wolniej, wszyscy znów uśmiechają się do siebie; naprawdę uroczy dzień.

Piątkowe popołudnie i wieczór przewidziane są na relaks z kolegami z pracy. Czasami jest to impreza integracyjna organizowana przez firmę, a czasami jest to wypad na miasto ze współpracownikami, bo jednym z naszych dodatkowych, przewidzianych obyczajami korporacji, zadań – jest wzajemne darzenie się sympatią. Dlatego w piątek, nawet jeśli firma nie organizuje nam i nie zapewnia jakiejś integrującej rozrywki, zapewniamy ją sobie sami, umawiając się w trakcie dnia na popołudniową wspólną eksplorację miasta.

Piątkowe popołudnie i wieczór z kolegami z pracy zawsze przebiega niezwykle elegancko i ze smakiem. Dobrze wyszkoleni w kierunku udawania robotów, a także grania osobników lepszych od innych oraz od samych siebie, poklepując się po plecach, podlizując i komplementując nawzajem, prześcigujemy się w uprzejmościach, które z nas postawi następną kolejkę.

Na takie piątkowe wieczory umawiamy się zawsze w eleganckim miejscu, koniecznie z kroplą awangardy czy „hipsterii”. Kręgle, nowy tor gokartowy, po torze – nowa restauracja w stylu klasycznym, etno albo japońska, w której zamówimy oczywiście bardzo drogie sushi, na którym żadne z nas ani się nie zna, ani w istocie go nie lubi. Nikt w czasie takich piątkowych spotkań po pracy się nie upije, wszyscy aż do końca spotkania utrzymujemy stosowny fason, ponieważ nikt z nas nie ma złudzeń co do tego, że nasze relacje nie mają nic wspólnego z prawdziwą sympatią, nie wspominając o przyjaźni. Wszystko, co nas „łączy”, pozostaje tylko rodzajem niby koleżeńskiego rytuału, w którym należy brać czynny udział, ale każdy ma świadomość, że jeżeli by „przeholował”, na przykład z alkoholem, to w poniedziałek mógłby – dzięki doniesieniu przez kompanów piątkowego wieczoru – wylądować „na dywaniku” u kierownika.

Dlatego każdy z nas, dbając o swoją pozycję w firmie, jednocześnie dba o pozycję współpracowników w firmie – pilnujemy się wzajemnie i dbamy o siebie nawzajem, dzięki czemu dbamy o siebie samych, i to się nazywa wzajemny szacunek i empatia w rozumieniu języka korporacji.

Czasami po takim piątkowym wieczorze, gdy w „przyjacielskiej” aurze rozchodzimy się do domów, udaje się umówić z koleżanką z pracy na seks bez żadnych zobowiązań, u mnie albo u niej, w zależności od tego, czy ona, czy ja – mocniej pragniemy pochwalić się tym, jaki standard reprezentuje nasze mieszkanie i ile oryginalnych przedmiotów nabyliśmy akurat w tym tygodniu. Czyli zależnie od tego, czy kobieta, czy mężczyzna posiada więcej świeżo nagromadzonych w danym tygodniu mebelków, ubrań, gadżetów etc. – to albo u niej, albo u niego odbędzie się seks bez zobowiązań.

Taki seks bez zobowiązań, to też rodzaj „społecznego” rytuału ustanowionego w korporacji. Oficjalnie tych dwoje „kochanków” będzie utrzymywało, iż ich cielesne zbliżenie było przejawem wyzwolenia i braku pruderii. W rzeczywistości oboje w piątkowy wieczór są zanadto trzeźwi, by odważyć się na przełamanie blokad. Ich akt seksualny jest więc przepełniony zażenowaniem, pusty i zachowawczy – w najlepszym wypadku; w gorszych wypadkach: totalnie nieudolny. Po tym akcie seksualnym korporacyjni, jednorazowi „kochankowie” rozstają się w środku nocy, podając sobie ręce, jak na kumpli z pracy przystało – rozstają się w ciągu nocy wcale nie dlatego, że umówili się na „seks bez zobowiązań”, tylko dlatego, że po żenującym dla obojga stosunku nie potrafiliby zasnąć obok siebie w jednym łóżku i ich wymyślona pseudo wyzwolona bliskość dręczyłaby ich do białego rana, nie pozwalając zmrużyć oka. Rozstają się więc ze szczerą radością w środku nocy, udając przed sobą, że „było fajnie”.

Sobota

Sobota dla pracownika korporacji jest dniem odreagowania wcześniejszej części tygodnia.

Po śniadaniu należy odwiedzić rodziców, by opowiedzieć im o swoich sukcesach w pracy, o nowych pięknych zakupach, by spełnić swój głęboko zakorzeniony obowiązek „duchowy” polegający na doglądaniu swoich rodziców. Zwykle sobotę z rodzicami spędza się aż do wczesnego popołudnia, kiedy to można zjeść treściwy, smaczny, prawdziwy obiad ugotowany przez mamę, bo sushi, kawior i hamburgery oraz pizza konsumowane w samotności w tygodniu, które potem należy spalić przy pomocy bieżni, jakoś nie zapewniają poczucia sytości. Dlatego nie ma, jak sobotni obiad u mamy, odbywający się pod szyldem: jakże was kocham, rodzice, cudownie, że możemy spędzić razem trochę czasu, bardzo troszczę się o was i dużo o was myślę.

Po obiedzie jest czas na to, żeby się odświeżyć, przebrać w gustowne, markowe i modne ciuchy, następnie można już wyruszyć na miasto.

Tego wieczora, dokładnie tylko i wyłącznie tego – sobotniego wieczora, nareszcie można być prawdziwym sobą. Problem polega na tym, że będąc sprawdzającym się i lojalnym pracownikiem korporacji, niezwykle trudno jest przypomnieć sobie, kim się naprawdę jest. Albo kim chciało się, marzyło być – w dorosłym życiu.

Taki dorosły osobnik, który nareszcie uprawnia siebie samego do bycia wolnym, autentycznym sobą, jest niczym zaszczuty pies, który przez wiele lat więziony na łańcuchu, nagle zostaje z niego odpięty i nagle wolno mu biegać, gdzie chce. Taki dorosły pracownik korporacji w sobotni wieczór przejawia wielką radość z tego, że może biegać, gdzie chce, robić, co tylko dusza zapragnie – w tej samej chwili boleśnie dociera do niego fakt obiektywny, iż stoi on w miejscu, nie wie, gdzie się udać, nie wie, gdzie chce biec, nie wie, co marzy ze sobą uczynić.

Zaczyna się bać. Czego? Prawdziwego, prywatnego życia. Oto, po tygodniu w korporacji, został gwałtownie wklejony do tak zwanego prywatnego życia, i nie rozumie takiego życia ani trochę. Jego życie – w odłączeniu od korporacji – jest pozbawione sensu. Dlatego pierwsze kroki w czasie sobotniego wieczoru kieruje do klubu, do baru, do knajpy – nie tak eleganckich jak te, które odwiedza w piątki z kolegami z pracy. Musi pójść do takiej knajpy, by nie natknąć się na znajomego z pracy, by móc poczuć tę wolność, która raptem została mu zwrócona – i musi do woli, bez wstydu, satysfakcjonująco „urżnąć się”, by znieczulić ten lęk, który wolność w nim wzbudza.

Dlatego zaczynam sobotni wieczór od kilku mocnych drinków w zwykłym barze. Tam – ośmielony już procentami – podrywam jakąś pannę. Od jednej czy drugiej dostaję jedynie liścia, ale prędzej czy później udaje mi się podejść jakąś dziewczynę, niektóre łaszczą się na moje markowe ciuchy lub są łase na mój ładny samochód. Najpierw dalej piję, z nią razem, pijemy wspólnie przez godzinę, czasem dwie, następnie idę z nią do niej albo do mojego samochodu. I nareszcie czuję się wolny. Już nie pętają mnie blokady, które krępowały mnie, gdy byłem z koleżanką z pracy. Teraz mogę być prawdziwym mną. Nie waham się uprawiać seksu brutalnego, pozbawionego skrupułów. Nie waham się zrobić jej i sobie – rzeczy, które na co dzień uznaję za „brzydkie”, a o których potajemnie śnię, i do których nigdy się nie przyznam.

Niedziela

To mój dzień uzasadnionego, zasługującego na rozgrzeszenie, dojmującego lenistwa.

Z sobotniej nocy mało co pamiętam. Czasami w niedzielę budzę się w obcym miejscu, nie poznaję ani kształtu mebli, ani siebie. Nie znam nieatrakcyjnej kobiety, która bez skrępowania przechadza się przy mnie – kompletnie naga, proponując śniadanie i kawę.

Pospiesznie się ubieram, głowa łupie mnie ze wszystkich stron, oschle żegnam się z dziewczyną, która nie ma imienia ani twarzy, i uciekam od niej czym prędzej.

Leżę w swoim salonie na kanapie, żrąc tłuste jedzenie, pijąc aspirynę, próbując myśleć, zastanawiając się, kim i czym się stałem, jestem i będę. Rozgrzeszam się z minionego tygodnia, muszę skleić się z własnym ciałem, by przygotować się na poniedziałek.

Dzwoni telefon. Obcy numer. Może to ta dziewczyna? Nie wiem, kto może do mnie dzwonić w niedzielę. Dziwię się, że jeszcze ktokolwiek dzwoni. Myślę, że już niedługo to potrwa. W końcu mój telefon umilknie, a ja niczego nie mogę poradzić. To jedyna głęboka refleksja, na jaką mnie stać. To jedyna obiektywna jakość i „gadżet”, na którą nie wydaję pieniędzy. Jedyna wątła, krótka, chybotliwa chwila, w której jestem prawdziwym sobą – biednym, osobnym i wydrążonym z głębi…

Jestem nowym, nowym człowiekiem. Niepodobnym do nikogo – nawet do siebie samego. Ale – jestem…

 

Justyna Karolak

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (11)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (4)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *