Upadek „cywilizacji” białego człowieka

Upadek „cywilizacji” białego człowieka

„Cywilizacji białego człowieka” nigdy nie było. Nie istnieje coś takiego, jak cywilizacja rasowa – istnieje natomiast rasizm. Bierze się on z naturalnego poszukiwania podobieństw.

Jako ludzie jesteśmy różni – a pośród nieznanego, człowiek zawsze poszukiwał podobnych sobie. Dlatego preferował podobnych w myśleniu, manierach i wyglądzie. Posiadał natomiast uprzedzenia wobec odmiennych kultur, ekspresji bycia i koloru skóry – zakładał najgorsze wobec tych, którzy byli inni.

Biali, żółci i czarni zawsze trzymali się razem. Tak samo jak trzymały się razem narody, które jeszcze ściślej łączył język, historia i wspólna kultura. Nic więc dziwnego, że gdy przypadkiem zdarzyło się, że w jednej z kultur globalnych narodził się sposób myślenia owocujący przewagą w możliwościach zabijania – z możliwości podboju świata skorzystała ta właśnie mająca taką przewagę kultura.

Przewagę tą dawało myślenie oświeceniowe, które zachowywało najlepsze z rozwiązań, bez względu na źródła pochodzenia. W myśleniu tym kultywowano praktyczność rozwiązań, strategię charakteryzował natomiast pragmatyzm rezultatu.

Tak narodziły się pierwsze maszyny zasilane liniami energetycznymi z drewna, które wydobywały wodę z nieustannie zalewanych kopalń węgla kamiennego. Węgiel zapoczątkował natomiast rewolucję przemysłową, spowodował rozwinięcie metalurgii, to z kolei umożliwiło powstanie maszyn parowych. Na końcu tej drogi, dającej kolejne przewagi światu zachodniemu, narodziła się ostateczna maszyna.

Maszyną tą był karabin maszynowy Hirama Maxima. O ile do tej pory imperia kolonialne rozrastały się powoli, tocząc przy tym nieustanne boje (przy czym część z nich, jak bitwa pod Isandlwana z 1879 roku, gdzie 15 000 Zulusów wycięło w pień nie mogących wystarczająco szybko przeładowywać swoich karabinów 1300. Brytyjczyków, kończyła się klęską), o tyle od 1884 roku globalna supremacja państw posiadających karabiny maszynowe stała się przytłaczająca.

Od tego mniej więcej momentu równowaga pomiędzy różnorodnymi drogami rozwoju myśli ludzkiej została zachwiana. Nie miało znaczenia, co myśli Chińczyk, Hindus czy Arab. Ostateczne zdanie posiadał Bwana M’kubwa.

Reszta kultur widziała przewagę państw uprzemysłowionych, lecz rozmiaru tej przewagi nie uzmysławiały sobie jeszcze wszystkie orientalne masy. Z powodu tej niewiedzy w okresie tym Chiny sprowokowały dwie przegrane z kretesem wojny opiumowe, a w Sudanie wybuchło powstanie Mahdiego. W tych czasach (przed I Wojną) państwa pierwszego świata nie prowadziły pomiędzy sobą wojen z użyciem nowych wynalazków takich jak karabiny maszynowe – uważając te metody za zbyt niehumanitarne. Tego typu maszyny używano tylko podczas wojen z „dzikusami”.

W 1895 roku Brytyjczycy zdecydowali się rozprawić z „dzikimi” z Sudanu w „cywilizowany” sposób. Podczas operacji przeciw Mahdiemu nie prowadzono klasycznych działań wojennych, ograniczając straty własne. Zamiast tego wojsko chroniło tylko swoją linię zaopatrzeniową, czyli tory kolei żelaznej. Przez trzy lata budowano linię kolejową do zbuntowanej stolicy Sudanu. Kiedy już dociągnięto „nowoczesność” do serca zbuntowanej prowincji kolonialnej – jeszcze przed pierwszą bitwą wojna była wygrana.

Bitwa o Chartum z 1898 roku była krótka. Kalif rzucił do walki ponad 30 tysięcy żołnierzy, którzy zderzyli się z kilkoma stanowiskami karabinów maszynowych.

Woda w chłodnicach okalających lufy Maximów zagotowała się i musiano uzupełniać ją z manierek, ale dzięki dobremu zaopatrzeniu dostarczanemu koleją na pustynię – wody starczyło. W rezultacie śmierć poniosło około 9700 Mahdystów, ponad 15 000 zostało rannych. W trakcie szarży żaden z atakujących nie podbiegł bliżej niż na 50 metrów do linii Brytyjczyków. Zwykli żołnierze nawet nie musieli strzelać. W wyniku kontruderzenia na zdziesiątkowanym wrogu do niewoli pojmano ponad 5 000 buntowników, przy 28. ludziach strat własnych.

Kiedy wieść o przebiegu kampanii stała się szerzej znana na świecie, glob podzielił się na kraje, które coś znaczą i resztę. W rezultacie w okresie prawie całego XX wieku świat arabski był na łasce państw posiadających i mogących produkować nowoczesną broń, przez co w znaczeniu politycznym przestał w ogóle istnieć. To dlatego w pierwszej połowie XX wieku bliski wschód był kolonią, a w drugiej połowie ubiegłego wieku rządziły nim satrapie mające krwawo utrzymywać porządek.

Porządek postkolonialny przez kilkadziesiąt lat utrzymywany był twardą ręką dyktatorów, których pozostawił po sobie pierwszy świat, lecz pod koniec lat 70. pierwszy (Chomeini) zislamizował się Iran.  10 lat później, w 1989 roku, Rosja oddała Afganistan muzułmańskim Talibom. Rok później, głównie za sprawą pretensji terytorialnych wobec Kuwejtu, zdestabilizował się Irak. W kolejnym, 1991, roku w Somalii wybuchła wojna domowa. Pustynna burza islamu z każdym rokiem przybierała na sile. Miała już broń – bo powszechność AK-47 po raz pierwszy od 1884 roku wyrównała proporcje – brakowało im tylko pewności siebie.

Potrzeba więc było kolejnych 20. lat, bo dopiero w 2010 roku, za sprawą powszechności lepszej komunikacji i możliwości dyskusji na portalach społecznościowych, świat arabski mógł ponownie się policzyć. Na Facebooku rozpoczęły się rozruchy „arabskiej wiosny”, nasiliły się działania Boko Haram w Nigerii. Upadły dyktatury, przez Tunezję, Egipt, Libię i Syrię przetoczyły się masowe dążenia do teokracji. Amerykanie, wycofując się z Iraku, nie pozostawili za sobą silnej dyktatury, przez co bojownicy Allacha przejęli nowoczesny sprzęt i jesteśmy świadkami odrodzenia Kalifatów, będących polityczną emanacją kultury islamu. Teraz tego ruchu już nie da się powstrzymać nawet przy nasileniu koalicyjnych bombardowań. To przykre tracić kontrolę nad tą częścią świata – lecz wcześniej czy później system musiał powrócić do równowagi poprzez wyrównanie możliwości zabijania.

Bliski wschód powraca jako ostatni, po Japonii, Chinach i Indiach do globalnej gry z coraz większą mocą decydowania o sobie. Uśpiony na ponad sto lat za sprawą mocy karabinu maszynowego arabski twór, reprezentujący 23% udziału kultury muzułmańskiej w ludzkości – wkrótce zacznie powiększać swoją siłę oddziaływania.

Cywilizacja ludzkości jest więc już prawie kompletna – obecnie reprezentacja prawie każdej wielkiej kultury staje się widoczna. Odradza się hindusko-buddyjskie imperium Assoki (Indie za 10 lat będą najludniejszym państwem świata), Chiny, Japonia, a nawet Korea zaopatrują w gadgety, amerykańsko-europejska strefę wpływów ostatnio jest rozleniwiona. Indonezja i Brazylia rosną w siłę. Prawie każdy ma dzisiaj możliwość zgłaszania swoich postulatów. To bardzo dobrze.

W XXI wieku muzułmanie – jak i stepowe ludy Europy wschodniej – będą ekspresyjnie wyrażać swoje agresywne sposoby bycia poprzez podbój. Tych żywiołów nie można ugasić, można co najwyżej ukierunkować – do czasu znalezienia bardziej produktywnego rozwiązania – a najlepiej podburzyć je przeciwko sobie.

Jedynym wielkim nieobecnym, od ponad 2000 lat, pozostaje Afryka. Z kolei wielkim przegranym końcówki XX wieku pozostają kraje świata zachodniego. Pomimo podróży na Księżyc, cywilizacja zachodnia straciła globalną supremację – kraje „białego człowieka” nie wykorzystały bowiem lat 70., kiedy była szansa, aby zjednoczyć, niemającą jeszcze wiele do powiedzenia, resztę ludzkości w idei wspólnego (pod przewodnictwem) podboju Kosmosu.

Przespaliśmy 50 lat. Teraz Kosmos będziemy zdobywali wspólnie.

Zibikendo

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (1)
  • w porządku-niezła grzanka (0)
  • potrzebny-smaczny tost (0)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *