W poszukiwaniu lepszego systemu edukacji

To, że coś jest proste, wcale nie znaczy, że jest w wykonaniu łatwe. Poziom trudności rośnie wraz z miniaturyzacją lub zwiększeniem liczby elementów, do których trzeba zastosować dane proste rozwiązanie. Prosta operacja, którą trzeba zastosować na małych elementach lub na milionach przypadków, sprawia trudność z powodu efektu skali…

To dlatego robiący drobne elementy artyści, czyli ludzie bardzo precyzyjni, byli nagradzani za swój kunszt w małej skali, a ich mikrodzieła są określane jako jedne z najbardziej zaawansowanych form aktywności ludzkiej. To dlatego programiści, czyli ludzie bardzo analityczni, potrafiący rozłożyć konieczny do rozwiązania problem na najbardziej trywialne kroki, są tak wysoko opłacani, bo ich programy potrafią wykonywać dane zadanie, nie myląc się w milionach przypadków.

Obecnie najbardziej nieskuteczną dziedziną życia jest system edukacji.

W założeniu ma on przygotowywać młodych ludzi do bycia przydatnymi w społeczeństwie. Jednak najtrudniejsze z zadań – pomija on w swoim curriculum, nie ucząc ani bycia artystą, ani programistą. Uczenie z definicji wymaga bowiem aktywności po stronie nauczyciela, podczas gdy w rzeczywistości edukator finezyjnej sztuki czy programowania nie robi nic konstruktywnego, zamiast tego zleca jedynie zadania, zachowując się jak klient w umowie o dzieło, który dodatkowo nie płaci. Nauczyciel nie oferuje żadnej pomocy w trakcie dążenia do celu. Co najwyżej świeci przykładem, zakładając, że podpatrujący uczeń sam wypracuje konieczne zasady, opierając się tylko na naśladownictwie.

Obecnie najbardziej zacofaną dziedziną życia jest system edukacji.

Rynek pracy się zmienia, wymaga stawiania sobie wyzwań, a system edukacji dalej ślepo klepie formułki, zabijając w dzieciach ciekawość świata, bo większość przekazywanej wiedzy jest po prostu nieprzydatna. Utrata zaufania do poprawności, jakości i nieomylności systemu przez młodego człowieka, jest największą i niepowetowaną stratą. Odkąd nauczyciel przywiązywał wagę do rzeczy, które okazywały się błahe, każde dziecko uczyniono kontestatorem systemu opresji albo uległym wykonawcą dowolnych absurdów.

Uczenie pamięciowe jest najbardziej anachroniczną formą nauki. Było stosowane jeszcze przez religijnych mistrzów i szamanów, bo w założeniu ma pozbawiać krytycznego podejścia do przekazywanych treści. Ma otępić, czyniąc z alumna pokornego poddanego zakazów i ślepego wykonawcę nakazów, gąbkę do nasiąkania i powtarzania, nigdy przetwarzania wiedzy. Takie właśnie, tj. pamięciowe, jest 90 % systemu nauczania, bo wiedzę w takiej formie najłatwiej jest wyłożyć i sprawdzić. Szkoła nie jest dla ucznia, ale dla nauczyciela. Przerwa w szkole jest dla nauczyciela, nie dla ucznia. Szkoła nie ma uczyć, ona ma nauczać, będąc narzędziem dawania łatwej pracy dla kierownika i przyuczania do znoju pracownika. Praca przy przekazywaniu programu nauczania jest łatwa, trudne jest w niej tylko zmaganie się z oporem tak krzywdzonych uczniów. Jeśli nauczyciele wracają do domu zmęczeni, to głównie dlatego, że jeszcze jakiemuś dziecku chce się sprawiać podczas tego tresowania jakieś problemy.

Obecnie najbardziej bezużyteczną dziedziną życia jest system edukacji.

Wiedza i edukacja jest wszędzie. W sieci znajdziemy wykłady z najlepszych uniwersytetów, przemowy i książki najwybitniejszych naukowców, darmowe kursy językowe i możliwość rozmowy z ludźmi z całego świata. Możemy nawet wysłać e-mail do laureata nagrody Nobla i albo on, albo jego sekretarz nam odpowie. Możemy przeglądać niezliczone teksty naukowe, docierając do źródeł.

Jeżeli szkoła ma być motywatorem, to jest manipulatorem. Każda prawdziwa motywacja pochodzi z wewnątrz. Od „motywowania” dzieci w rozwoju – są rodzice, patroni, dziadkowie i ludzie sukcesu: wzorce do naśladowania, a nie urzędnicy. Motywować do działania ma opłacalność nauki i sukcesu, motorem jest społeczeństwo opłacające lepiej ludzi bardziej przydatnych, kreatywnych, którzy wchodzą w życie z jakimś pomysłem lub dorobkiem.

To, czego potrzebujemy nauczyć się w murach szkoły, zawiera się w tym, czego nie możemy nauczyć się samemu, na darmowych kursach wideo. To wiedza z zakresu zarządzania ludźmi, wiedza projektowa, doświadczenie możliwe do zdobycia tylko przy współpracy z innymi, uczenie nadzorowane przy zmiennej, bo negocjowanej, drodze dochodzenia do celu.

Obecnie najbardziej irracjonalną dziedziną życia jest system edukacji.

Szkoła nie potrafi prognozować tego, co w przyszłości będzie ważne. Ona nawet nie potrafi zdecydować się, co w zamierzchłej przeszłości było ważne – stąd zmienność listy lektur, podczas gdy istotny jest kontekst, w jakim się o tych dziełach opowiada i to on ma być dostosowany do współczesności.

Spędzając czas w szkole, tracąc w imię posłuszeństwa dla reguł konformizmu tysiące godzin w quasi-pracy tylko dla bardzo młodych ludzi, trzeba uzyskiwać coś w zamian – choćby radość ze skutków spotkania z rówieśnikami. Inaczej jest to praca niewolnicza, nie przynosząca żadnego korzystnego skutku. To dlatego źle traktowane przez rówieśników dzieci mają myśli samobójcze. Wędrówka do szkoły z intencją większego rozbudowania wielce pozytywnych relacji z nauczycielem jest bardzo rzadka, także dlatego, że system każe nauczycielom izolować się od dzieci, w imię obawy o niezdrowe pedofilskie relacje oraz z powodu obawy o utratę prestiżu i autorytetu nadzorcy. Obowiązek szkolny jest konieczny, bo bez niego prawie nikt nie przebywałby w okowach systemu edukacji. Kiedy na ścianach wiszą łańcuchy, mimowolnie zaczynamy odgrywać role helotów, których łączy nadzieja, że na zasłużonych czeka wolność i ucieczka do lepszego świata.

Obecnie najbardziej zakłamaną dziedziną życia jest system edukacji.

W szkole średniej chodziło jeszcze o pieniądze. Nauczyciel przychodzi do pracy, bo mu płacą. Uczeń przychodzi do quasi-pracy, bo będą mu płacić (i tego chce mama) – musi zdać maturę (zaraz po niej pojedzie na budowę do wujka i będzie niezależny finansowo, gdy ułoży równo dachówki, czy kafelki).

Potem, na studiach, relacje są bardziej zróżnicowane. Niektórzy przychodzą naiwnie w nadziei, że w końcu poznają interesującą wiedzę. Część osób ma jeszcze złudzenia, że wybrało kierunek zgodny z linią własnych zainteresowań. Biorąc pod uwagę 30-letnie zapóźnienie wobec najnowocześniejszych rozwiązań na kierunkach inżynieryjnych i 20-letnie na humanistycznych, szybko orientują się, że są w błędzie.

Część osób stara się walczyć na rynku pracy i po porażce harówy za minimalną krajową, przychodzą na studia, żeby odpocząć, trochę przedłużyć sobie dzieciństwo. Jednocześnie liczą na to, że pracodawcy przestaną traktować ich jak niewolników – gdy spojrzą na papierek. Jeszcze inni nie wiedzą, co chcą robić w życiu, a w akademiku przecież jest wesoło. Co więcej cała masa zwyczajnych przedstawicieli starszego pokolenia jest przekonana, że student, tak jak klient w krawacie, jest mniej awanturujący się, dlatego w wielu przypadkach studiowanie jest warunkiem sine qua non dla wynajmu mieszkań czy podjęcia pracy.

Kiedy ludzie wybierają się na studia, kończy się hipokryzja misji edukacyjnej, nauczyciel przestaje „dbać i wychowywać” – oficjalnie i tylko na papierze, bo prawdziwi ludzie z misją zdarzają się raz na pokolenie (większość ludzi, jakich znam, miało ledwie jednego lub dwóch takich szczególnych, prawdziwych nauczycieli). Na studiach zaczyna się zakłamanie, gdy dorośli ludzie ustawiają się po przeciwnych stronach barykady. Wykładowca ma mieć w głębokim poważaniu poziom wiedzy studenta – ważne, żeby napisał on egzamin. Studiowanie wedle definicji jest aktywnością samodzielną, dlatego nie ma co liczyć na jakąkolwiek pomoc. Dla uczelni ważna jest tylko kolejna głowa, za którą wydział dostanie z budżetu sowitą dotację.

Jeden gracz jest na katedrze, żeby móc dostawać pieniądze za pisanie artykułów naukowych. Celem jest dochrapanie się profesury, która jest zawodem dobrze opłacanym i (wedle badań) najmniej stresującym ze wszystkich. Reszta graczy tłoczy się pod katedrą, bo chce dostać papierek. Sądzą, że ich prawdziwe życie zacznie się dopiero po studiach, bo z papierkiem gdzieś wyjadą. Żadna ze stron nie mówi sobie prawdy. Wykładowcy, aby mieć spokój, nie angażują się za bardzo. Studenci, aby mieć spokój, nie wychylają się zbytnio – najlepiej być średnim, niezauważalnym. Są jeszcze idealiści uważający, że pracodawca spojrzy na średnią ze stopni na dyplomie albo ci walczący o stypendium, ale im również nie zależy na nauczeniu się czegokolwiek; oni walczą tylko o stopień, i to jest dla nich ważne. Ostatecznym celem jest wszystko za wyjątkiem realnego zrozumienia i poznania wiedzy. Biegłości w danej dziedzinie nabywa się przypadkiem, nieco z boku prawdziwej aktywności, jaką się na studiach podejmuje. Poznanie to zaledwie skutek uboczny – pewien odrzut z prawdziwych celów systemu edukacji.

W Polsce edukator nie może studentowi dać niczego za wyjątkiem zaliczenia. Student nie może dać edukatorowi niczego za wyjątkiem marnej satysfakcji, która, przy braku wiedzy o dalszym losie i radzeniu sobie w życiu studenta, szybko odchodzi w mroki zapomnienia. Dalsze losy studentów nie są w żaden sposób powiązane z uczelnią. Efekt procesu edukacyjnego w żaden sposób nie wpływa na edukującego. To jest Polska, a nie Harvard, gdzie absolwenci dobrowolnie finansują własną uczelnię, gdzie jakość nauczania przełoży się bezpośrednio na przyszłe finansowanie. Powiązanie pomiędzy dalszym rozwojem absolwentów a uczelnią, która ich do tego rozwoju przygotowuje, w Polsce się nie zdarza. Wśród 20 najlepszych uczelni amerykańskich – 19 z nich jest kontrolowanych przez absolwentów (stanowią oni minimum 50 % zarządu). W Polsce liczy się tylko liczba studiujących głów – to dlatego przyjmujemy obcokrajowców, którzy zaraz potem wracają do swoich rodzinnych stron, tam budować dobrobyt, więc ich stypendia są tylko obciążeniem dla budżetu, a ich obecność namiastką studiowania.

Obecnie najgorzej zarządzaną dziedziną życia jest system edukacji.

Wprowadziliśmy sztuczny twór – gimnazja, tylko po to, żeby zagrożeni bezrobociem z powodu niżu demograficznego nauczyciele mogli dotrwać do emerytury. Kiedy to się udało, wracamy po prostu do tego, co było, czyli do klas 1-8. Zero innowacyjności, czy nowszej długofalowej strategii. Obecne zwolnienia spotkają się z dużo mniejszym oporem społecznym, bo nauczyciele spodziewali się, że nie dotrwają na ciepłych posadach bez poważnych turbulencji. Przecież widzą, że ludzie nie chcą w takich warunkach mieć dzieci – przecież wiedzą, co się dzieje.

Jeżeli celem jest edukacja, to zarządzającym systemem edukacji udało się wyznaczyć KPI, jak najbardziej odległe od tego celu. Key Performance Indicators to mierzone czynniki poddawane ocenie. Uczeń dostaje oceny za zapamiętywanie, a nie za ciekawość i myślenie. Nauczyciel dostaje dobre oceny za realizowanie programu nauczania, suflowanie uznanych i ministerialnie przypieczętowanych faktów i nagany za kreatywność, czyli jego obchodzenie. Nikt nie premiuje nauczyciela za rozbudzanie zainteresowań i wyrabianie przydatnych umiejętności. Uczeń jest okradany ze swoich osiągnięć, jeśli bierze udział w olimpiadach i konkursach przedmiotowych, bo pierwszym, który otrzymuje laury jest nie on sam, tylko nauczyciel. Tylko do porażki edukacyjnej nauczyciel nie chce się przyznać, gdy rodzic jest wzywany, by „omówić dziecko” wraz z jego problemem. Szkoła średnia jest premiowana za wysoki poziom zdawalności na wyższe uczelnie, co owocuje większą popularnością wśród uczniów podstawówek, co z kolei zaostrza kryteria przyjęcia, bo miejsc jest ciągle tyle samo. Dzięki temu tworzy się wrażenie elitarności z powodu lepszych uczniów. Sukces ma wielu ojców – nawet jeśli postawa nauczycieli nie miała z nim niczego wspólnego.

Współpraca to jedna z niewielu cech ludzkich, która umożliwia nam zdobywanie i poznawanie nowych terytoriów, ale zarządcy systemu edukacji współpracę przy rozwiązywaniu problemu nazywają ściąganiem, oszukiwaniem – „nie komunikować się; sami musicie napisać test”.

Współpraca mająca na celu wspólne osiąganie celów – jest niemożliwa w systemie zarządzania typu hierarchicznego: ministerstwo edukacji, kuratorium, dyrektor, nauczyciel, niewolnik (a właściwie kandydat na taką właśnie rolę w społeczeństwie).

Obecnie najbardziej ryzykowną dziedziną życia jest system edukacji.

Czeka nas niepewna przyszłość. Pracę ludzką zastępują roboty, a systemy kognitywne budują nową gospodarkę opartą na algorytmizacji. W takiej przyszłości człowiek, który chce jakoś wyróżniać się na rynku pracy, musi mieć umiejętności, których nie posiadają maszyny. Musi być lepszy w relacjach z klientami, musi umieć pracować w grupie, tworzyć relacje, projektować, czy budować nowe maszyny.

Człowiek w służbie technologii musi ciągle nie dać się zastąpić, wykonując pracę zbyt zmienną, aby mógł opisać to programista i sztuczny system mógł podać rozwiązanie.

Kiedy założyciele systemu edukacji dostosowywali nawyki uczniów do hodowli klatkowej, czyli do niebezpiecznej pracy w fabrykach, wtedy wymagający posłuszeństwa i powtarzalności, dehumanizujący system miał swoje uzasadnienie. Obecnie jest tylko marą dawnych zastosowań; powtarzanym bezmyślnie schematem, uzasadnianym dawno nieistniejącym celem.

Dzisiaj produkujemy odbiorców, zamiast uczyć dzieci. Tworzymy biernych odbiorców pomocy społecznej i ludzi niekreatywnych, którzy mogą być bardzo zdenerwowani, kiedy pozbawi się ich podległej roli w społeczeństwie, gdy na ich odtwórcze miejsce pracy przyjdzie maszyna. Człowiek, który w dzieciństwie oduczany był myśleć, nie zostanie szybko projektantem, chyba że jego psychika oparła się presji systemu. Ale takich ludzi przecież nie ma wielu, bo większość z nich za młodu zmiażdżyła edukacyjna machina.

Obecnie najbardziej niereformowalną dziedziną życia jest system edukacji.

Gdyby pomyśleć o czymś bardziej czułym, czymś, przy czym lepiej nie majstrować, naszym oczom ukazuje się proces edukacji. Tutaj nie ma dobrych pomysłów; wszystkie są złe choćby dlatego, że wprowadzają niepewność wśród młodych ludzi, dotyczącą tego, jak powinni się do życia w społeczeństwie przygotowywać. Drugą stroną jest lobby nauczycieli, którzy nie chcą zmienić systemu, w którym żyją. Każda zmiana jest zła, a praca… cóż – praca jest na tyle wygodna, że trzeba ją w dawnej formie jak najdłużej zatrzymywać.

Szkoła boi się eksperymentów, gdyż jest ona inżynierią społeczną, a złą inżynierią można zatrzeć mechanizm, co skutkować będzie osobistymi tragediami ogromnej, niezliczonej liczby dzieci.

System edukacji nie boi się zmian, bo w społecznym postrzeganiu jest on monolitem. Zmieniając jeden element, burzymy kolejny i dlatego wolimy nic nie ruszać, bo przecież mamy ciepłe posady w rządzie i dopóki nie ma fermentu, lepiej jest niczego nie zmieniać.

Żeby naprawdę zmienić system edukacji, trzeba zmieniać go oddolnie, i to nie – zaczynając od poziomu nauczyciela. Ci, którzy tak myślą, już przesiąkli starym i zatęchłym systemem – „najniżej wcale nie jest nauczyciel, matoły!”. System edukacji trzeba zmieniać, zaczynając od poziomu ucznia. Pozwalać mu na więcej, dając większą swobodę, dając więcej wolności – w zakresie ekspresji dotyczącej metody. To uczniom trzeba dać szansę eksperymentować, to uczniowie muszą współpracować, żeby osiągać lepsze efekty. Nowość w tym systemie jest mile widziana tylko na poziomie ucznia.

Rozwiązanie jest proste: na poziomie indywidualnym dajmy uczniom odpowiedzialność za efekt końcowy: „zrób to tak, jak sam uważasz, może spróbuj tego, czy tamtego, ale efekt końcowy musi być nie mniejszy, niż to, co nauczyli się koledzy idący starym schematem – tylko wtedy dostaniesz więcej wolności”.

Rozwiązanie jest proste, na poziomie wszystkich uczniów danej szkoły – dajmy uczniom wgląd w program nauczania i możliwość jego oceny. Negocjacje dotyczące tego, czego będziemy nauczać, są jednocześnie pobudzaniem ciekawości przez uzasadnienie. Szkoły nigdy nie tłumaczą się uczniom, dlaczego ta czy inna wiedza jest potrzebna, bo bycie rozliczanym przez uczniów z wykonywanych zadań wydaje się edukatorom starej daty koszmarem pajdokracji, zjawiskiem zupełnie nie do pomyślenia. A człowiek tylko współuczestnicząc w procesie, czuje się jego częścią – „tak, zarządzające edukacją matoły – uczeń to mały człowiek i myśli jak człowiek, dopóki nie trafi w szpony systemu edukacji; potem już myśli, jak wy – jak trybik maszyny!”.

Rozwiązanie jest proste, a zarazem trudne, bo trzeba przyznać się przed samym sobą, że uwalniamy proces i że tracimy nad nim kontrolę. Każdy uczeń może wybrać dowolną nową drogę – ważne, by po jej przejściu wygrał konkurencję z peletonem, uczącym się jak dawniej.

Wymaga to wyrzeczeń, wymaga to zrzeczenia się przez edukatorów i urzędników części swojej władzy, a więc uzasadnienia dla istnienia ciepłych posad. Dlatego musi to zostać przeprowadzone brutalnie i nagle – jednocześnie, więc o ogromie trudności tego zadania zadecydują głównie efekty skali. Pojawią się zarzuty, że szkoła nie uczy wszystkich po równo, że chcącym daje szansę na szybszy i lepiej ukierunkowany rozwój, czyli rozpęta komunistyczne gardłowanie, że wszyscy nie mają tak samo źle. Wszystkie rzeczy fundamentalne są trudne, bo dotyczą milionów istnień…

Ważne jest to, by próbować coś zmieniać, bo bez dyskusji o zmianach uświadamiającej konieczność wprowadzenia zmian, system edukacji pogłębi tylko oderwanie od XXI-wiecznej rzeczywistości, powiększy ten rozdźwięk, a wraz z nim każdą wymienioną i wszystkie głębiej ukryte wady.

Zibikendo

B
Co myślisz o tym artykule? Wyraź swoją opinię - zgrilluj tosta!
  • bardzo ciekawy-wypieczony tost (3)
  • w porządku-niezła grzanka (3)
  • potrzebny-smaczny tost (1)
  • średni-przeciętny tost (0)
  • nie podoba mi się-spalony tost (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *